Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idź do djabła, stary! Mało mnie to potrzeba chleba i synom moim?
— A królestwa niebieskiego ci nie trzeba?
— Ty, stary, pytasz się, jakbyś do Pana Boga dziś w gościnę miał iść. Nu, jak zajdziesz, to powiedz, że Archip Mielnik chce codzień wiatru na swój młyn. I tyle!
— I tyle! — powtarza staruszek, głową trzęsąc.
Wstaje potem i do kosza podchodzi.
Ręce nad skrzynią wyciągnął i rzecze:
— A cóż ty mielesz, młynarzu?
Podchodzi Archip, zagląda i osłupiał.
Pełne skrzynie, ale w skrzyni piasek; pełne worki, ale w workach piasek; pełen kosz, ale i w koszu piasek!
Patrzy, aż tu w całym młynie jasno się robi, a to ów staruszek światło daje, jak sto jarzących się świec.
Chce się żegnać Archip, ale ręka jego tak tylko chodzi wkoło, jak te śmigi; chce uciekać, ale nogi go tylko w okrąg noszą, jak jego młyn się kręci.
A ów staruszek powiada:
— Mielże, Archipie, młynarzu, aż wszystek piasek całej ziemi na pytel zejdzie. — Mielże, aż wiatru na świecie zabraknie. — Miełże, aż póki ostatni złodziej na świecie nie zginie. Będzie to noc święta, coś ją zohydził, złodziejską patronką od tego czasu, szczodrą nocą się nazwie i będą