Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wsi bez ciebie! — zdecydował młody małżonek filozoficznie.
— Och, doloż moja! — jęczała kobieta.
— Nie idź, Stefanie, nie idź! — ozwała się przeciągle najstarsza z kobiet. — A toż po tych bagnach złe chodzi i dusi! Noc czarna, drogi niema.
— To co! Żeby droga była, toby pan sam pojechał, zamiast mnie posyłać. Głupie wy baby, nie durzcie mnie głowy.
— Toś ty i dziecka swojego nie ciekawy? — wtrąciła druga. — Może jutro być!
— Może, może! Co tam za ciekawość. Pastuszek z niego jutro nie będzie, a krzyku zostanie dosyć i dla mnie. Nu, cyt — dosyć!
Skończył jeść i zaczął do drogi się sposobić. Do torby łykowej włożył bochen chleba i dwa listy, owinięte w brudną szmatę, potem przytroczył do niej zapaśną parę postołów. Włożył na siebie kożuch i dwie świty i już do drogi gotów, wyciągnął się na ławie.
— Z północy ruszę, jak miesiąc zejdzie — pomyślał. Po chwili usnął, rozmarzony gorącem izby, ale we śnie czujny był, słyszał odejście znachorek, stękanie żony, ujadanie Łyski za ścianą.
Marzyło mu się, że już wrócił i pan przez pomyłkę dał mu trzy ruble i pasował się z sobą — odnieść, czy utaić. Odnieść, bo pan może tak umyślnie zrobił »na praktykę« — utaić, bo w chacie chrzciny.