Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Dawniej przez to jezioro leśne płynęło czyste »Stubło«, i była to woda przejrzysta, tak, że olszyny aż we dnie tafli gładkiej widziały swe czarno-zielone gałęzie. Wśród olszyn rosła szczotkowata trawa »typeć«, rosły krzaki jarzyn i chmielu, a jesienią pod olchowymi spadającymi liśćmi chowały się całe rodziny rydzów.
Wiosną, gdy ziemia poczynała drżeć i dyszeć miodem, silnem życiem, każde jej drżenie kołysało jeziorko, każde jej tchnienie rodziło kwiaty. Złote »łotocie« pokrywały ziemię wokoło, wbiegały aż w wodę, wytykały aż z toni kwiaty i zieleń.
Wrzało życie. Zwijają się nocą nad jeziorem lelaki, w jarzynach zawodzą słowiki, po brzegach zapadają kaczki i gniazda ścielą, nad Stubłem przemykają słomki i rzucają swoje urywane, krótkie hasło: ch, ch-ps-ps!
Zwało się wtedy jeziorko owe: Perezwy, co znaczy »Konkury« w ludowej mowie.
Lubili je rybacy i myśliwi, pasterze i młodzi parobcy, gęsto po niem snuły się czółenka, a woda niosła i szepty, i śmiechy, wioseł pluskania i strzelb wybuchy. A teraz ta Czarna Woda — przeklęta.