Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i sprzeda, płótna wybieli i spienięży, w żniwa, chociaż z kołyską, kilkanaście rubli uzbiera. Na jesieni zacznie u braci pola dochodzić...
Rozmyślając szedł i szedł, stawiając kroki szerokie i równe z wprawą wytrawnego piechura. Co myśl, to krok dalej i dalej. I tak po kilku godzinach w myślach był już starostą wioskowym, a w drodze o wiorst dziesięć od domu, w cudzej już stronie, pogrążony w labiryncie nizkich sosnowych porośli, przerzniętych mnóstwem ścieżek. Była to granica bagien wołkińskich. Kanał oddzielał je od stałego lądu. Nad kanałem stała karczemka żyda, który prom dzierżawił. Tu wstąpił Czujko po najświeższe informacye co do stanu drogi.
Żyda jednak trudno się było dobudzić, a gdy wreszcie wstał i lampkę zapalił, odpowiadał bez związku.
— Prom chodzi?
— A chodzi, ale teraz ściągnięty na brzeg. Lód trzymał.
— Można się dobrać do Wołkiń?
— Czemu nie, tędy droga, ale nikt nie jedzie.
— Puściło do gruntu?
— Na ostrowach trzyma.
— Bodaj cię nagła uchwyciła, żydzie. Toć ja nie o ostrowy pytam, ale o błota.
— Błota! — powtórzył żyd przeciągle, odzy-