Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ni jutro, ni kiedy. U nas w rodzie złodziei nie było. Won ty!
Zapałały mu tak złowieszczo oczy, że żyd od progu się cofnął, drzwiami do połowy zasłonił.
— Wy teraz bez humoru... Ja tu jutro przyjdę — rzekł.
— Ni jutro, ni kiedy! — powtórzył żołnierz — a jak mi się nawiniesz jeszcze z pokusą, Judaszu, to jak Boga kocham, klnę się, w tym twoim worku zęby i brodę poniesiesz! Won! słyszysz!
Postąpił krok naprzód — drzwi się zamknęły.
Chłopak na środku kuchni pozostał, cały dyszący. Krew mu grała po żyłach i serce biło mocno. Mundur włożył i do mieszkania wszedł. Przymaszerował do pani i na stole przed nią położył miedziaki.
— Co to?
— Żyd dał za wymoki herbaty i pierze!
— Weźże to sobie!
— Dziękuję. Przyszedłem też oznajmić panu, że owsa jeszcze jutro brać nie trzeba. Zbiegło na trzy dni pewnie.
— Toś zuch! Dostaniesz jutro urlop za to!
Cofnął się do drzwi, ale nie odchodził.
— Co tam jeszcze?
— Pokornie proszę pana o arkusz papieru i kopertę.
— Na list? Masz.
— Tak jest; do matki.