Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czoną sosnami wiecznie zielonemi; widział płoty i sadki wiszniowe i drogę i pólka powydzierane z pod boru i sznurki łąk, a na straży karczmę starą, w której Srul mieszkał i Jenta.
Było w Budkach tych trzy rody, rozrodzone na piętnaście chałup: Dubienieccy, Łabędzcy i Marcinowscy, skoligaceni i spowinowaceni ściśle. W jego chałupie matka wdowa wyhodowała chłopców trzech i dwie dziewczyny, rządziła dotąd, posłuch mając bezwarunkowy. Widział i ją żołnierz; kobietę siwą, wysoką, suchą, o twarzy surowej i nakazującej uszanowanie. Miłował on też ją dusznie, głęboko.
Kasztan oficerski kręcił się i swawolił; ułan zębami popręgi dociągnął, wygładził, munsztuk założył i podał przed bramą, trzymając cugle w jednej ręce, a strzemię w drugiej.
Oficer wskoczył na siodło i ruszył tęgim kłusem, szeregowiec w furcie pozostał, patrząc przed siebie, w jeden punkt, oderwany zupełnie od otoczenia.
— Mój Ty Boże, mój Ty Boże! a to ich opadło! Odryny niema, którą on sam z braćmi stawiał, kasztanka niema, białonogiego ulubieńca! Co to on się na nim do miasteczka najeździł. A teraz woły pójdą i te pólka żyd wyssie; a i stryj doradzca pomarł i gęsi się zwiodą czubate! Mój Ty Boże! za jedno półrocze. Pieniędzy im trzeba na siano!
Jeszcze broń Boże proces opuszczą, co go tatuś