Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Hryc, obserwujący go, myślał, że usnął — a on — zmarniał.
Nazajutrz żaden owad nie wyszedł. Zastanowiło to człeka.
Zatlił skręt łachmanów, siekierą podważył otwór, i kurząc sobie — zajrzał.
Ostrożność była zbyteczną — pszczoły jego nie miały już żądeł, ani mogły użyć skrzydeł. Grubą warstwą pokrywały spód ula, była ta hekatomba całego narodu.
Hryc zmartwiał. Odrzucił kurzydło, pełną garścią nabrał owadów, popatrzał na nie długo. Ani na miód, ani na wosk nie zwrócił uwagi. Ujrzał przed sobą znowu zaklęcie, przypomniał sobie przepowiednie znachora, ową matkę pierwszą, którą »zgłumił« — i nagle z przerażenia i dziwu przechodząc w szał, zerwał się na nogi, siekierę w obie garście porwał i ze wściekłym zamachem w ul ją puścił. W drzazgi rozleciało się przykrycie, ul się zatrząsł, poczęły się obrywać plastry.
Hryc blady, z oczami zmrużonemi, zaciętemi zębami, milczący, dziki — rąbał.
Siekiera padała bezładnie, odłupując drzazgi, rozbijając sęki, ryjąc, kalecząc, niszcząc. Człowiekowi pot zalewał oczy, ciekł po rękach. Milczał wciąż, z za zębów ślina mu się cisnęła, osiadła pianą w kątach ust — oczy osnuła siatka krwawych żyłek.
Wreszcie kłoda rozpadła się na dwoje, poto-