Wybór pism w X tomach/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wybór pism — Tom I
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KLEMENS JUNOSZA.
WYBÓR PISM
W X TOMACH.
Klemens Junosza - Wybór pism tom III ornament 009.png
TOM I.


NAKŁADEM AUTORA.

WARSZAWA.
Drukiem „Wieku“, Nowy-Świat Nr. 61.

1891.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 16 Января 1891 г.







Nieruchomość № 000.[1]


І.

Będzie temu lat... nie tak bardzo wiele. Most żelazny na Wiśle, pod Cytadellą, już był, i nieraz, w pogodny dzień letni, wieczorem, przechodziliśmy po nim z poczciwym p. Faramuzińskim na drugą stronę rzeki na spacer, między linie dróg żelaznych, pod wiadukty, aż het ku Szwedzkim górom, na żółte piaski Pelcowizny, albo ku gmachom fabrycznym, najeżonym kominami wielkiemi. Zwykle chadzaliśmy w tamtą stronę, wyjątkowo tylko do Marymontu, a jeden raz w rok aż do Bielan. Czasem braliśmy się od mostu na prawo i przez park prazki peregrynowaliśmy ku staremu mostowi — niekiedy na lewo, między fortem Śliwickiego a rzeką, wędrowaliśmy w cieniu ogromnych wierzb, rozrosłych niepomiernie na wilgotnym gruncie wybrzeża.
Bywało nim się namyślimy, jaki obrać kierunek, stoimy na moście i patrzymy na wodę, która płynie cicho, spokojnie, tylko przy filarach mostowych pieniąc się trochę i wirując.
Patrzymy na berlinki stojące na kotwicach przy brzegu, na cierpliwych rybaków zapuszczających w wodę podrywki, widzimy, jak piaskarze na starej krypie siedząc, zwir i piasek dobywają z dna rzeki. To znów elegancka łódka ślizga się leciutko po fali i unosi wioślarzy przybranych w jaskrawe kurtki; jaskółki muskają wodę skrzydłami, a ta woda toczy się i toczy bez końca...
Długie pasy tratew płyną powoli ku Gdańskowi, oryle śpiewają, z oddalenia widać czarne kłęby dymu buchające z komina parostatku, do warszawskiej spieszącego przystani.
Stoimy z p. Faramuzińskim i patrzymy na rzekę... w tem świst przeraźliwy się rozlega, turkot, brzęk... Pociąg przechodzi nad naszemi głowami i osypuje je deszczem popiołu. Żelazny most ugina się i trzęsie, huk ogłusza; zdaje się, że wszystko runie w wodę. Pomimowoli chwytamy za poręcz, a Faramuziński śmieje się...
— To — powiada — lubię, to rozumiem... to jest dopiero prawdziwy postęp!... Boże! Boże! Czegóż to człowiek doczekał! Takie dzieła rąk ludzkich, takie genialności! Pamiętam, proszę cię, most łyżwowy od ulicy Bednarskiej — a teraz... teraz... Dawniej wrony tylko przelatywały po nad Wisłą, a teraz to całe pociągi żelazne, ciężkie, ważące licho wie ile centnarów! Postęp, postęp, a co będzie za lat sto, albo za dwieście, na świecie?! Może ludzie zupełnie bez mostów i bez dróg żelaznych obchodzić się potrafią, i elektryczność nosić ich będzie w powietrzu, z żonami, z dziećmi, z tłomokami, ze wszystkiem. Mam swój własny grób familijny na Powązkach... Zbudowałem go na to, żeby położyć się w nim na wieczne czasy i leżeć aż do dnia sądu ostatecznego, ale dużo, dużo dałbym za to, żeby po upływie lat stu, wypuszczono mnie ztamtąd choćby na jeden dzień, na dwie godziny wreszcie... żebym zobaczył co się dzieje, i jak też Warszawa wygląda... ale nie wypuszczą, nie — próżne marzenia!...
Wydobył srebrną tabakierkę, zażył tabaki, otarł spocone czoło czerwonym w kraty fularem — i westchnął...
— Ciągłe zmiany — mówił dalej — ciągłe nowości! Nowe wynalazki, nowe domy, nowe ulice, coraz to inny świat, ale to dobrze... to właśnie jest postęp... to lubię! Nie tak jak drudzy, co to, proszę cię, chcieliby się zasklepić w skorupie na kształt żółwi. Nie taki, jak moja kochana sąsiadka pani Klejnowa. Krzyż pański mam z tą babą, utrapienie, koniec świata! Bo proszę cię, sam osądź. Powiada do mnie, że dach zacieka. Radzę więc, jak komu dobremu: zrzuć pani stare skorupy, pobij się pani blachą, pomaluj się pani na czerwono, będzie i niebardzo drogo i dobrze... postępowo będzie — a ona powiada: nie! tyle lat siedziałam pod dachówką, będę siedziała i dłużej! Cóż to, mówi, pan Faramuziński sobie myśli, że holenderska dachówka to żarty!? Wieki trwa i wieki trwać powinna. Niechże sobie trwa — odrzekłem i poszedłem do domu — bo co się z babą spierać?! Na drugi dzień, patrzę, oho! już dwóch mularzy sprowadziła, siedzą na dachu, pacykują gliną, wapnem, a baba tryumfuje. Postawiła na swojem, ma dachówkę! Na przyszły rok znów będzie to samo, dach zacznie zaciekać, Klejnowa będzie lamentowała, ja będę radził blachę, a ona swoje zrobi...
— Może zmieni zdanie — rzekłem.
— Zkąd?! jakim cudem! Ta wojna o dach trwa już między nami od lat piętnastu. Co wiosna powtarza się ta sama historya, ja swoje, ona swoje... a dom niszczeje, upada... I czy to tylko o to jedno! Wyobraź sobie, ma baba emfiteutykę i czynsz płaci, na magistrackim placu siedzi... Powiadam: — Wykup się pani, spłać od razu, plac nabądź, hypotekę ureguluj, na cudzem nie siedź, bądź obywatelką i dziedziczką. Mówię, jak sam widzisz, nie głupio; radzę poczciwie, po dobremu, a ona swoje! — Tyle lat — mówi — czynsz płaciłam; i nieboszczyk mąż mój, świeć Panie nad jego duszą, też płacił, więc zmian żadnych nie trzeba. Będę opłacała dalej, i basta; a co do mego obywatelstwa, to i małe dzieci wiedzą, że jestem dziedziczka i pani, że we własnym domu siedzę, tak jak nieboszczyk mąż mój siedział, i o łaskę nikogo nie proszę. Znają mnie tu wszyscy bardzo dobrze i wiedzą, żem z nieba nie spadła, anim z pod ziemi nie wyrosła... tylko że obywatelka warszawska sobie jestem a w swojej nieruchomości siedzę. — Ha — powiadam — skoro panią znają, niechże znają. Chcesz pani siedzieć na emfiteutyce, siedź, ale jak pani kiedy plac odbiorą, to nie wiem, gdzie kamienicę podziejesz... chyba weźmiesz na plecy i wyniesiesz za miasto...
Zasapał się p. Faramuziński, zaczerwienił, zagniewał.
— Wyrzekłbym się — mówił — wyrzekłbym od dawna i przyjaźni i znajomości i całego stosunku, ale z racyi opieki nie mogę... na żaden sposób. Muszę czekać do czasu, ale niechno Andzia dojdzie do pełnoletności, albo wyjdzie za mąż — kłaniam uniżenie! Na herbatkę, jeżeli pani Klejnowa koniecznie prosić będzie, owszem; na Nowy Rok, na Wielkanoc, na imieniny, przyjdę; ale co się tyczy rady, pomocy w interesach — aus! Niech szuka kogo chce, niech idzie do adwokata, do budowniczych, do kogo jej się podoba... Co mi po tem? alboż nie mam swoich interesów? Zawsze jest to gadanie: pan Faramuziński kawaler, pan Faramuziński nie ma dzieci, pan Faramuziński ma czas. Także racya! że ktoś nie ma dzieci, to zaraz powinien mieć czas! Przepraszam, właśnie że nie mam czasu, a choćbym miał, to dla siebie, na swój własny użytek. Po radę przychodzą, a słuchać nie chcą. Na cóż więc rada? Chodźmy.
Poszliśmy. Z wysokiego nasypu zeszliśmy na drugą stronę rzeki, ku parkowi. Przed nami roztaczał się prześliczny widok na całą Warszawę, malowniczo rozłożoną na wzgórzystem wybrzeżu.
— Patrz-no — mówił mój towarzysz — patrz na te mury... to książka. Słowo honoru daję, książka, i to nie byle jaka: historyczna, historyczna mój panie. Czytać z niej można tak jak z druku, tylko że zamiast liter masz domy, zamiast przecinków wieże. Boże miłosierny! cóż tu tego! Zacząwszy od kościoła Panny Maryi, aż tam daleko za Ujazdów rozłożyła się ta księga. Mógłbym o każdej karcie coś powiedzieć, bo i czytywało się trochę, i od dziadka, od ojca, dużom się różnych rzeczy nasłuchał, a ojciec mój nieboszczyk lubił opowiadać. Zazwyczaj milczący bywał, ale gdy go wyciągnięto na słówko, gdy się rozgawędził, rozgadał — to już snuł z pamięci jak z motka, historyę za historyą, opowieść za opowieścią. Stare dzieje! Tu, uważasz, jak oto wieża Panny Maryi, Sakramentki, w tej stronie moja kamieniczka stoi i tej utrapionej baby, Klejnowej. Nieboszczyk Klejn po ojcu ją wziął, a ojciec jego kupił ją od Dmuchalewskiego rzeźnika, który ją swego czasu w posagu dostał za żoną. Zacności był człowieczysko ów Klejn, musiałeś go znać?
— Nie.
— Godna dusza i obywatel porządny, co się zowie. Zdrów był jak ćwik, żyć mógłby Bóg wie dokąd, ale nieszczęście się stało, wypadkowym sposobem życie stracił. Długa to i smutna historyą. Opowiem ci ją kiedy.
— Czemuż nie zaraz?
— Ot, zachciałeś?! Jakże można na spacerze? Rozumiem jeszcze idąc rozmawiać, ale opowiadać porządnie nie sposób. Do opowiadania trzeba zasiąść wygodnie, głowę na ręku podeprzeć, myśli zebrać... bo to, proszę cię i drobny szczególik ma nieraz duże znaczenie, a w roztargnieniu opuścić łatwo. Panią Klejnową znasz chyba?
— Z widzenia.
— Ho! ho! żebyś ją był znał temu lat dwadzieścia, trzydzieści, było na co spojrzeć! Cukierek, malina, przylepka!... Ja pamiętam — i gdybyś chciał koniecznie wiedzieć dla czego się nie ożeniłem, to Klejnowa mogłaby coś o tem powiedzieć. Ona jedna, więcej nikt, na to daję słowo uczciwego człowieka, a wiesz, że Faramuziński takiem zaklęciem nie szafuje... To, proszę cię, dawne dzieje. Jeszcze się wówczas nie śniło nikomu, że ona będzie Klejnową... Znałem ją, najprzód jako małą Micie, potem jako pannę Michalinę. Śliczności stworzenie! Jej ojciec miał kamieniczkę na ulicy Kościelnej, nazywał się Migdalski, z fachu był rękawicznik. Robił dobre interesa, dwunastu czeladników trzymał, do pierwszorzędnych sklepów swoje wyroby dostarczał. Ktoby się spodziewał, że z tej ślicznej, zachwycającej Michalinki, będzie taki, panie dobrodzieju, Herod!... Nieboszczyk Klejn, poczciwe człowieczysko i dość oczytany nawet, bał się jej jak ognia. Co ona chciała, to było święte; wszystko w domu działo się podług jej woli. Mąż powie: tak, a ona: nie! i jest nie, bez żadnej apelacyi...
Usiedliśmy w parku na ławce, Faramuziński zapalił cygaro.
— Jemu i tego wolno nie było — rzekł z westchnieniem.
— Komu? — zapytałem.
— A nieboszczykowi Klejnowi, Do ogrodu Saskiego na cygarko uciekał... Słyszałeś, aż do ogrodu Saskiego!
— Z tego, co mi pan mówisz, przekonywam się, że pańska sąsiadka jest przyjemne ziółko, i gdyby nie to, że, jak pan twierdzisz, przyszła na świat w Warszawie, na ulicy Kościelnej, to możnaby myśleć, że jest z piekła rodem...
— No, no — rzekł Faramuziński — tak znowuż źle nie jest... Jużcić, że Herod baba, to Herod; że dojść z nią do ładu nie sposób, to prawda; że rady dobrej nie usłucha, to fakt; że wszyscy jej boją się jak ognia, to wiadomo; że Andzia, stróż, a nawet lokatorowie w kamienicy drżą przed nią, temu przeczyć nie myślę. Ale przytem... proszę cię, charakter prawy, serce złote, dusza wzniosła, cnota nieposzlakowana!... Wiesz, to jest cnota jak mur! co to, jak mur! jak kazamat, jak cytadela! Ja o tem coś wiem... Co tu gadać! prawe dziecko Warszawy i to nie tej waszej nowomodnej Warszawy od Marszałkowskiej lub Nowego-Światu, ale prawdziwej Warszawy, starej jak fukierowska piwnica, pięknej, dawnej Warszawy, co ma za sobą wieki dziejów, co jest pierwszą kartą w kamiennej księdze. Niech ci się nie zdaje, że to nic! Baba-Herod — jużci Herod, ale dusza złota! U Panny Maryi ją chrzcili, u panny Maryi ślub brała pierwszy, u Panny Maryi drugiego brać nie chciała...
Machnął ręką, otarł spocone czoło fularem i umilkł. Przyśpieszył kroku i szedł szybko, niespokojny, wzruszony...
— Wiesz pan co — rzekłem, chcąc starego na słówko wyciągnąć — teraz już nie mam pojęcia, co o tej pani myśleć. To ją pan ganisz, wszelkich z nią stosunków, znajomości się wyrzekasz, to znów wynosisz pod niebiosa. Nie rozumiem.
— Zrozumiesz, zrozumiesz, opowiem ci wszystko, ale nie tu, nie... Ot, wiesz co, wstąpimy do Fukiera wracając, tam opowiem.
Przeszliśmy przez most i Nowym Zjazdem w górę. Faramuziński szedł milcząc; widać we wspomnieniach utonął... Przechodnie trącali go, nie zważał na to; żyd z ogromnym koszem na plecach trącił go i prawie w rynsztok zepchnął, on się ani obejrzał; przyspieszył kroku, że ledwie nadążyć mu mogłem.
Przez Plac Zamkowy, skierowaliśmy się w wązką uliczkę Świętojańską. Ze sklepów zalatywała ostra woń skór, powietrze było duszne i ciężkie.
— Uf! — rzekł mój towarzysz — tu żyję... tu oddycham! Mów sobie co chcesz, a ja powiadam, że prawdziwa Warszawa od Fary się zaczyna a na Kościelnej kończy. Dodałbym jeszcze Rybaki, choć to właściwie raczej przedmieście niż miasto. Uf! Tu widzisz jest życie, ruch jest, wszystko blizko, dorożki można nie znać. Chcesz się pomodlić, masz kościół jeden, drugi, trzeci, choćby siódmy; chcesz co kupić, tuż targ, sklepy, składy. Masz czego dusza zapragnie. Powiadasz, że ciasno — głupstwo! Gdzież, pytam, w mieście może być przestronno? Komu duszno, kto lubi przestrzenie i zapach siana, niech mieszka na wsi, niech się osiedli w chałupie pod lasem, albo w czystem polu z zającami, wilkami, i niech się cieszy że mu dobrze... Duszno, to nieprawda, to wymysł, frazes! Ojcowie, dziadowie, pradziadowie nasi mieszkali tu i było im dobrze i mieli zdrowie lepsze niż dzisiejsi ludzie, chociaż nie zbogacali aptekarzy i nie rozsypywali proszków po podwórzach... Widzisz ten dom wysoki, o trzech oknach frontu, cztery piętra?
— Widzę.
— To był dom mego dziadka. Siostra mego ojca, Petronela Faramuzińska, wyszła była za mąż za niejakiego Kacperkiewicza. Panie odpuść, co to było za małżeństwo! On do niczego, hulaka, roboty nie pilnował, na interesach się nie znał, dom, panie dobrodzieju zadłużył, obciążył, procentami się zarzynał, nareszcie i procentów płacić już nie mógł. Zlicytowali, zmarnowali, sprzedali na amen. Kacperkiewiczowa, niby moja ciotka, wpadła ze zmartwienia w ciężką chorobę. Kwękała, jęczała, płakała nad spustoszeniem swego dziedzictwa, i umarła biedaczka ze zgryzoty. On znów zaczął pić na potęgę i zapił się. Został po nich syn, sierota, niby mój cioteczny brat. Ten promował się nieźle, skończył szkoły, wszedł na aplikacyę, dosłużył się posady w Komisyi Spraw Wewnętrznych i ożenił się z panną Dąbkowską, córką swego zwierzchnika, naczelnika sekcyi. Z początku dobrze im było, postarali się o tranzlokacyę na prowincyę, do Pińczowa, ale w niedługim czasie on umarł. Wdowa wychowywała jedynego syna też nie długo, gdyż poszła za mężem — chłopiec został osierocony. To mój siostrzeniec, Franciszek Kacperkiewicz, śliczny chłopak, dziś ma dwadzieścia pięć lat, pracuje w garbarni... poznasz go kiedy... No, jesteśmy u celu, proszę bardzo...
Weszliśmy przez sień, do wielkiej średniowiecznej izby, o wysokich łukowatych sklepieniach. Dokoła ścian stały piękne ławy drewniane.
Faramuziński wybrał stoliczek na uboczu, odosobniony; zresztą niewiele osób znajdowało się w izbie można było mówić swobodnie.
— Za zdrowie pańskiej sąsiadki! — rzekłem, biorąc lampkę do ręki.
— Za zdrowie!... Naturalnie, chociaż różnie bywało między nami, i różnie bywa dotychczas, choć kłócimy się nieraz ząb za ząb, ale zdrowia jej życzę. Ach! żebyś ją był widział przed trzydziestu laty! Wiadomo, że w Warszawie pięknych kobiet nie brak, ale Michalinka była z miłych najmilsza, z ładnych najładniejsza! Czoło, proszę cię, alabaster! twarz — różyczka, usta — wisienka, ząbki — perły, warkocze jak z hebanu, czarne, grube — a oko! no, jeżelim kiedy w życiu widział równie piękne oczy, to niech w ziemię wrosnę po sam pas! Jak spojrzała, to ci się od razu robiło i gorąco i zimno. Brewka śliczna, aksamitna, rzęsy długie; dodaj do tego ładny wzrost, figurkę, zgrabność, a będziesz miał pojęcie, — ale co ja mówię! wcale nie będziesz miał pojęcia, wyobrażenia mieć nie będziesz!... Nie zdaje mi się, żeby mógł istnieć na świecie człowiek, zdolny, jedynie za pomocą imaginacyi, odtworzyć sobie w myśli równie piękny i wspaniały obraz; trzeba było własnemi oczyma widzieć. Mówią, że Andzia do niej podobna. Istotnie, niby coś jest, ale gdzież jej do matki! cień podobieństwa zaledwie... a przecież Andzia za piękność uchodzi, wszyscy tak utrzymują, a ten wisus, mój siostrzeniec, Franuś Kacperkiewicz, najwięcej. Tak, mój kochany, dajmy na to, że zgadzam się z Franusiem; przyznaję, że Andzia jest piękna, ale zarazem twierdzę, utrzymuję i gotów jestem przysięgę na to wykonać, że swego czasu matka Andzi była stokroć piękniejsza. Ona jeszcze i dziś, chociaż między nami mówiąc, ma już czterdzieści ośm lat jak obszył, jest wcale przystojna, powiedziałbym więcej, jest okazała, imponująca piękność. Twarz świeża, bez zmarszczek, oko żywe, włosy czarne jak heban, a że cokolwieczek nabrała tuszy, to nic, do twarzy jej z tem, wygląda wspanialej.
— Uważam, że pan jeszcze i dziś gotów ją uwielbiać — wtrąciłem.
— Ba! i przed trzydziestu laty, i przed piętnastu, i wczoraj, i dziś, i w każdej chwili do ołtarza iść mogę...
— I nie bałbyś się pan?
— Czego?
— No, przecież sam mówiłeś, że Herod...
— Prawda, prawda.. ale któraż to kobieta nie Herod? — a przecież żenią się ludzie i głów im z karku nikt nie zdejmuje. Ja nie miałem tego szczęścia — dodał z westchnieniem, — i zdaje się, że już go mieć nie będę... Ja! ostatni Faramuziński z naszej linii. Nie było przeznaczenia... nie dał mi Pan Bóg potomka. Ha, cóż robić! Kamienicę zapiszę Kacperkiewiczowi, trochę pieniędzy, co mam w listach zastawnych, na dobroczynność... i po wszystkiem. Czy też zgadniesz, ile ja od Klejnowej odkoszy już dostałem?
— Myślę, że jeden wystarcza.
— Jak komu, mnie nie. Mam charakter stały, a nawet dość uparty, niepowodzenie nie zdoła mnie zrazić. Nie udało się raz, próbowałem drugi; nie udało drugi, to trzeci, i tak do siedmiu. Siedm odkoszów ta baba mi dała, jak ci dobrze życzę, siedm! ale to nic, zobaczymy co będzie za innym razem.
— Chciałbyś pan jeszcze próbować?!
— A dla czego nie?
— Jak to? Kłócisz się pan z nią o dach, o emfiteutykę, o najmniejszy drobiazg, mówisz, że jak Andzia za mąż pójdzie wyrzekniesz się wszelkiej znajomości, że bywać będziesz tam tylko na Nowy Rok i Wielkanoc...
— To się tak mówi — rzekł mrugając oczyma — tak się mówi. Sto razy zarzekałem się już, ale cóż robić? Przyszle stróża, prosi, żebym przyszedł, bo ma pilny interes. Jakże odmówić? Nie pójść, gdy kobieta wzywa — do czego podobne!? Takim gburem nie jestem. Więc idę, słucham co mówi, odpowiadam, kłócę się z nią ząb za ząb, zaczerwienię się, zacietrzewię, zakaszlę — no, i na pożegnanie... wycałuję ją po rękach, i na drugi, albo na trzeci dzień, przychodzę bez wołania, z własnej woli... To mi życie wypełnia. Tak... tak... ja bez tej znajomości, bez sprzeczek z Klejnową umarłbym już od dawna. Co chcesz! takie usposobienie dziwaczne. Ona zawsze w moich oczach jest ta sama Michalinka co dawniej.
— Podziwiam stałość...
Faramuziński jednym tchem lampkę osuszył, wsparł głowę na dłoniach i zamyślił się.
— Wiesz со? — rzekł po chwili, — historya moich oświadczyn jest dość dziwna. Pierwszy raz, kiedy jeszcze była panną, wystąpiłem nieśmiało, delikatnie; ona spuściła oczka w ziemię, słuchała zapłoniona, drżąca, odpowiedziała mi słodziutko, delikatnie, szeptem, ze łzami prawie... Ach, jaka była śliczna w tem zakłopotaniu! jaka śliczna! Obraz, powiadam ci, kopersztych, posąg z białego, trochę zaróżowionego, marmuru! Odpowiedziała: — „Panie Faramuziński, mnie to boli, mnie przykro, ja oceniam pańskie uczucie, pańskie przywiązanie, i gdyby moje serce było wolne... ale, powiada, ja już kocham, bardzo kogoś kocham.“ Przykra rzecz, zrobiło mi się gorzko, jak gdybym funt tureckiego pieprzu zjadł, ale cóż poradzić, skoro ona kogoś kocha? Westchnąłem z żalu, że to kochanie innego uszczęśliwić miało, i życzyłem jej jak najlepszej doli w przyszłości. Rozstaliśmy się po przyjacielsku, w zgodzie, i ona wyszła za Klejna. Byłem na weselu, tańczyłem nawet, chociaż mi się łzy w oczach kręciły; a nad ranem, kiedy się już widno zaczęło robić, ogarnęła mnie taka pasya, taki żal, taka zawziętość, że jak puściłem się z panną młodą mazura, jak zacząłem wybijać hołubce, to powiadam ci, podłoga się trzęsła, szyby drżały, zdawało się, że dom runie. Wszyscy mówili: „Patrzcie, patrzcie, oto tancerz! oto życie, oto ogień!“ — Nie prawda: nie tancerz, nie życie, nie ogień, ale rozpacz i wściekłość takiego mazura tańczyły! Klamka zapadła, Michalinka została mężatką, a moje marzenia, nadzieje, widoki szczęścia perdu. Radzili mi, żebym się ożenił na złość, alem nie chciał, nie mogłem.
Westchnął, zapalił świeże cygaro, i wpatrując się w niebieskawe kłęby dymu, mówił:
— Bywałem u nich w domu prawie co dzień i zawsze mnie oboje mile witali. Patrzałem z bliska na ich pożycie. On był łagodny, potulny, spokojnego charakteru, dobre człowieczysko, ale jak to mówią, ciepłe kluski. Ona zaś żywiec, iskra, ogień, sama energia. Ma się rozumieć, że od razu wzięła go pod pantofel...
— To nie miałeś pan czego zazdrościć — rzekłem.
— Hm... widzisz mój dobrodzieju, nie miałem, albo i miałem; pantofel pantoflowi nierówny, bywają różne. Opanowała go zupełnie, to prawda, pozbawiła woli, ale wynagradzała mu to przywiązaniem, wiernością, sercem. Przez dziesięć lat blizko byli bezdzietni, nareszcie doczekali się córeczki, tej właśnie Andzi, o której mówiłem. Co to było za szczęście! jak się oboje cieszyli, opowiedzieć nie umiem; i czy dasz wiarę, że i ja radowałem się także razem z nimi, bom się przyzwyczaił do tych ludzi i przywiązał. Andzia rosła na pociechę, nauczyła się chodzić, szczebiotać, istny aniołek. Przynosiłem jej ze Starego Miasta cukierki, a z Podwala zabawki. Śliczny dzieciak był — ale Klejn nie długo swojem szczęściem się cieszył. Skończył marnie życie, przejechany na ulicy przez powóz. Biedna pani Michalina, że ona wypadek ten przeżyła, że nie wypłakała oczu, to cud, prawdziwy cud, słowo daję. Przywieźli go biedaka potłuczonego, zakrwawionego, z połamanemi kościami. Jeszcze mi ten obraz stoi przed oczyma, jeszcze go widzę. O mało nie zemdlałem, ale ona nie straciła głowy, ona jedna! Rozesłała na wszystkie strony po doktorów i to po najsławniejszych. Leczyli go, zszywali, łatali, wyjmowali z niego pogruchotane żebra. Na samo wspomnienie zimno się robi. Blizko trzy miesiące męczył się nieborak, aż nareszcie Bóg się zmiłował i położył kres cierpieniom, które nie do zniesienia były. Umarł tedy Klejn, pochowali go, a pani Michalina została sama z Andzią, no i ze mną także, bo nieboszczyk, który z całą przytomnością umysłu życie kończył, przed śmiercią prosił mnie i zaklinał, żebym się zaopiekował wdową i sierotą. Ma się rozumieć, żem pragnął obowiązek ten najsumienniej i najuczciwiej spełnić; ale nie tak to łatwo z panią Klejnową dojść do ładu. Zaraz w pierwszym tygodniu po pogrzebie, sprzeczkę z nią miałem o stróża, który wielki koronny pijak był i częściej przesiadywał w kozie niż w bramie. Ja mówię: „Wypędź pani Onufrego na cztery wiatry, bo gałgan jest i pijak“, — a ona odpowiada: „Nie wypędzę, on się poprawi; był za nieboszczyka, niech będzie i za mnie.“ Spolitykowałem, zmilczałem, bo cóż było robić? Chce trzymać pijaka, niech go trzyma, skoro taka jej wola... ale mniejsza o to, miałem ja co innego w głowie...
— Domyślam się.
— Nie wielka sztuka dorozumieć się. Jak ona wyglądała w żałobie! Malowidło dalibóg. Dwadzieścia ośm latek, róża kwitnąca, jabłuszko dojrzałe, nie cukierek to już, nie ciasteczko, ale tort, tort co się zowie wspaniały! Liczyłem dni i godziny, kiedy się żałoba skończy. Rok i sześć niedziel, jak obszył, nosiła czarną suknię i długą, krepową zasłonę, dotrzymała do terminu jak najpunktualniej, najakuratniej, a po terminie, taśmy i welon odrzuciła, ale sukni czarnej nie zdjęła. Myślałem sobie: już czas, teraz uderzę, niech się co chce dzieje. Poszedłem do niej na herbatę, Andzia usnęła na kanapie, byliśmy sami z Klejnową. Przemówiłem do niej godnie, poważnie, do rozumu i serca, a żem przedtem wypił lampeczkę wina na kuraż, więc byłem taki wymowny, że kamień chybabym poruszył... Tak, tak, mój kochany, kamień, ale nie ją...
— Odmówiła?
— Najzupełniej. Rozmawialiśmy długo. Odpowiedziała mi poważnie, z pewnym dla mnie szacunkiem, z podziwem dla stałości uczuć, których czas zachwiać nie zdołał. Mówiła chyba z godzinę, że żal po mężu jeszcze zbyt świeży, że chciałaby nieboszczykowi pozostać wierną do śmierci. Takie oto zawracanie głowy... bo żywemu wierność dochowywać — rozumiem, ale nieboszczykowi, który się już w proszek rozsypał, cóż choćby po dwudziestu czterech wiernościach? Powiadam: „Pani potrzebujesz opieki.“ „Dam sobie rady.“ „Pani masz kłopoty z domem, z lokatorami, rzemieślnikami, z meldunkami, ze stróżem.“ „Mała rzecz.“ „Może się zdarzyć wypadek, w którym się pani nie obejdziesz bez pomocy mężczyzny.“ „A to, powiada, poproszę p. Faramuzińskiego, on taki poczciwy, nie odmówi...“ Róbże co chcesz z takim zawziętym, koźlim uporem. Ani w prawo ani w lewo, ani tak, ani siak, jednem słowem nic. Ha, myślę sobie, upór na upór, zobaczymy, kto kogo przetrzyma? Poczekałem rok i znowuż oświadczyłem się...
— Ależ pan jesteś wytrwały...
— W naszym rodzie wszyscy tacy. Co Faramuziński, to uparty i stały. Nie jesteśmy szlachtą, nie mamy herbów, ale dewizą naszą jest hasło: „Nie daj się, nie ustąp.“ To niby dewiza Faramuzińskich. Mogę być dumny z niej, niby jaki hrabia lub baron ze swego herbu. Ale wracam do rzeczy. Pierwsze moje oświadczyny były delikatne, słodziutkie, cichutkie; — drugie poważne, jak ci oto opowiadałem i spokojne... trzecie trochę już ze sprzeczką, nawet z dość ostrą sprzeczką. Zaczęło się od dachu. Powiada ona: „Mówią mi, że dach popsuty, zacieka, i kawalerom z facyatki kapie woda na głowy. Tego im tylko trzeba, żeby mieć powód do niezapłacenia. Chciałam przekonać się sama, lecz dostać się nie mogę. Onufry się nie zna, rzemieślnicy mnie oszukują. Co rok mnie ten dach Bóg wie ile kosztuje i co rok z nim kłopot.“ A ja mówię: „Dobrze pani tak, bardzo dobrze, ślicznie, szkoda że jeszcze nie gorzej! Dla czego pani za mąż wyjść nie chce? Boże wielki! gdybym ja był pani mężem, tobym jak kot chodził po dachach, po piwnicach, wszędzie, gdzieby tylko było potrzeba. Dla czego pani mnie odrzuca? Czy nie jestem człowiek poważny, porządny, obywatel warszawski z dziada pradziada? Czemże to Faramuziński gorszy od Migdalskich, a tembardziej od Klejna? Nie mamże to kamieniczki porządnej, o trzech oknach frontu, z oficyną, na własnym placu? Nie mamże to kapitaliku w listach? Nie mamże to ładnych ruchomości, sreber stołowych i precyozów po matce? Czy nie ubierałbym pani w atłasy, nie stroił brylantami i kamieniami drogiemi? Czy nie kochałbym Andzi, tej ślicznej pani jedynaczki, czybym jej nie wyposażył uczciwie? Cóż to pani myślisz? Mnie do trumny potrzebny będzie tylko czarny garnitur, białe rękawiczki i pantofle za rubla, a kamienica komu by się dostała? Andzi — a kapitalik komu? Andzi — a ruchomości, srebra i precyoza? Andzi. Pani miałabyś męża, Andzia ojca, i dachby nie zaciekał, o meldunki nie byłoby kłopotów, nie potrzebowałabyś pani kłócić się z rzemieślnikami, procesować niewypłacalnych lokatorów. Ale pani nie chcesz męża dla siebie, nie chcesz ojca i sukcesyi dla Andzi, nic pani nie chcesz, wszystkiem pani pogardzasz! Krzywdzisz pani siebie, więdniejesz pani w opuszczeniu i wdowieństwie jak kwiat na jesieni, marnujesz się nie wiadomo na co, po co i dla jakiego celu? Źle pani robisz, nie dobrze pani postępujesz. Żeby nieboszczyk Ludwik (niby Klejn, bo mu tak na imię było) mógł z grobu wstać i przemówić, toby powiedział: Wstydź się Michalinko, głupstwo robisz, że zrażasz poczciwego człowieka i mego przyjaciela, tego przyjaciela, który cię kochał jeszcze wprzód niż ja i kocha bardziej niż ja, któryby za tobą w ogień skoczył, dla ciebie na kawałki dał się pokrajać, na proszek utłuc... Wstydź się!“ Rozchodziłem się, wypowiedziałem wszystko com miał na sercu, do słowa jej przyjść nie dałem. Myślę sobie: przekonam ją, upokorzę, zawstydzę, otworzę jej oczy, że przejrzy nareszcie, zrozumie, że dobra jej pragnę...
— A ona?
— Ona? O! nie pozostała mi dłużna w odpowiedzi. Krzyknęła na mnie, jak na swego Azorka, oczy jej się zaiskrzyły, twarz zaczerwieniła i dopiero jak zacznie, jak zacznie: „A to pan, powiada, taki jesteś przyjaciel, taki życzliwy, tak to cenisz pamięć nieboszczyka, że mu chcesz żonę zabierać? co?“ Tłómaczę się, powiadam: nieboszczyka cenię, masz pani najlepszy dowód, że póki żył, ja nie zdradziłem niczem com czuł, com myślał, co w mojem sercu się działo, pary z ust nie puściłem, nie szepnąłem pani ani jednego słówka... Ledwiem to wymówił, jak ta się zerwie, jak skoczy na środek pokoju, i dopiero do mnie: „Proszę! nie zdradzałeś pan swoich romansowych sentymentów, nie szeptałeś do mnie! co za łaska! A czy panu się zdaje, że pozwoliłabym na to? czy jestem podobna do takiej, do której można szeptać?... Niech no by kto spróbował!! Jabym do męża na skargę nie poszła, ani go o pomoc nie prosiła, umiałabym się obronić sama od takiego, któryby się szeptać ośmielił! Języka w ustach by zapomniał! Szeptać! proszę ja kogo, trzeba wiedzieć, do kogo się szepcze...“ Ha! cnota, widzisz, cnota silna, warowna jak forteca... Wyszamerowała mnie tak, że istotnie sam nie wiedziałem co mówić, zabrałem kapelusz i uciekłem jak zmyty. Zatrzymała mnie w progu i rzekła: „Niech no pan swoją drogą jutro na herbatę przychodzi, tylko proszę o niepotrzebnych rzeczach nie mówić, bo się rozgniewam, a wiadomo, że jak jestem zła, to nie zważając na osobę, każdemu powiem słowa prawdy, bez żadnej ceremonii, nie owijając w bawełnę...“
Pod względem powierzchowności, Faramuziński osobliwie nie wyglądał. Był to człowieczek średniego wzrostu, nie otyły ani szczupły, nie wysoki i nie nizki; twarz miał niewyraźną, pospolitą, taką, jakich się tysiące spotyka, a całą jej ozdobą były oczy, w których malowała się dobroduszna poczciwość. Ubierał się porządnie, nawet z pewną pretensyą, zapewne ze względu na nieustanne, a tak niefortunne konkury. Włosy i niewielkie wąsiki, które zaczynały już siwieć, czernił znakomitym jakimś płynem, i skutkiem używania go, dosyć dobrze zakonserwowana jego czupryna była przy samej głowie biaława, dalej jakby pomarańczowa, jeszcze dalej zielonkowata, a nareszcie czarna nienaturalną, w przyrodzie nigdy nie spotykaną czarnością. Każdy włos, oddzielnie wziąwszy, tak wyglądał, jak gdyby w części pomalowany był wapnem, w części gummigutą, grynszpanem i na końca szuwaksem. Nie przeszkadzało to p. Faramuzińskiemu zaczesywać włosów w czubek nad skroniami, co nadawało mu minę trochę czupurną, a w jego własnych oczach pełną energii i zamaszystości młodzieńczej.
Człowiek ten nie chciał, nie mógł się zestarzeć, ze względu na swój sentyment, na Klejnową, której serce i rękę spodziewał się kiedyś nareszcie pozyskać.
Faktem jest, że skoro zobaczył pierwszy siwy włos na swej głowie, zaraz go wyrwał; z drugim, dziesiątym, setnym postąpił tak samo, ale że te siwe włosy mnożyły się szybko, że przybywało ich coraz więcej, więc zląkł się, że wyrywając je, łysiny się dorobi. Porzucił tedy szczypczyki i zaczął używać farby, którą mu polecił jakiś znakomity fryzyer, stawiacz baniek i golarz, oraz zarazem dentysta sławny i znany na obudwóch Fretówkach, wązkiej i szerokiej, a nawet na Święto-Jerskiej i Mostowej.
Znakomity płyn uspokoił potrosze obawy Faramuzińskiego, który się starości lękał jak ognia i do swoich lat przyznawać się nie chciał.
„Póki serce młode, póty i człowiek młody“, myślał i zamykał oczy na czas, który mu skronie i czoło zmarszczkami przyozdabiać zaczynał. Konkurent pani Klejnowej lubił kwiaty, miał w swojem mieszkaniu kilkadziesiąt doniczek na oknach, a podczas lata bukiety niewykwintne kupował i swojej sąsiadce je zanosił.
— Później — mówił, ciągnąc opowiadanie, które był przerwał na chwilę — oświadczałem się jej jeszcze pięć razy, przy okazyi różnych kłopotów, interesów lub niepowodzeń. Już to nie były oświadczyny cichutkie i słodziutkie jak pierwsze, ani poważne jak drugie, ale całe w sprzeczkach, w gniewie, w kłótni nieraz nawet bardzo ostrej i gwałtownej. Przy ostatnich oświadczynach skakaliśmy sobie do oczu jak dwa koguty, ona aż płakała ze złości, jam o mało apopleksyi nie dostał, i może szkoda, żem nie dostał, niechby się ta niepewność raz już skończyła! Powiedz mi, proszę, dla czego ja do małżeństwa szczęścia nie mam? Z moich znajomych ten się ożenił, tamten się ożenił, dziesiąty, piętnasty, setny... a ja zawsze jeden, zawsze samotny. Mówiłem przecież do niej: „Pani Andzia zamąż pójdzie, pani zostaniesz sama jedna, opuszczona, będziesz siedziała w kamienicy jak grzyb!“ — a ona na to: „Pan też siedzisz jak grzyb i dobrze panu jest.“ „Wcale nie dobrze, mówię, bo mi smutno.“ „A mnie nie, powiada, mnie wesoło.“ Wesoło jej! słyszysz? Mnie dyabli biorą z gniewu, a jej wesoło! Są chwile, w których niecierpię, nienawidzę tej baby, jestem na nią tak zły, że powiadam, powiadam... ale dla czego nienawidzę, dla czegom na nią zły?... bo ją od tylu lat kocham... no, tak, kocham, czegoż się wstydzić?
Duszkiem lampkę wychylił, machnął ręką, wstał z ławy.
— No, no — rzekł — może jeszcze nie koniec życia... zobaczymy kto zwycięży?
— Dałbyś pan pokój tym zamiarom — wtrąciłem — do czego to podobne? Zapomnij o nielitościwej sąsiadce i zostaw ją własnemu losowi, a sam pocieszaj się jak możesz. Nie jesteś pan biedny, możesz sobie i na zbytek nawet pozwolić. Pojedź za granicę, zabaw się, świat zobacz, a jeżeli koniecznie pragniesz ożenić się, toć Warszawa duża, panien w niej jak maku. Niejedna chętnieby wyszła za pana, i byłaby jak najlepszą żoną... tylko otrząśnij się pan trochę ze starych sentymentów. Jesteś pan jeszcze w sile wieku, niejednej kobiecie możesz głowę zawrócić, tylko energii trochę! ostro, wąsy do góry i przekonać Klejnową, że...
Spojrzał na mnie bystro, i wziąwszy za klapę od tużurka, zapytał:
— Słuchaj-no, czyś ty mój przyjaciel, czy wróg?
— Całe życie przyjaciel...
— W takim razie, jeżeliś przyjaciel, to nie rób mi żadnych uwag w tym przedmiocie... bo widzisz, ja tego nie lubię, nie cierpię i nie znoszę, nienawidzę — i nie chcę!




II.

Noc letnia krótka jest, zwłaszcza w mieście, gdzie wieczór ginie w obec oświetlonych okien sklepowych, północ jest uważana jeszcze za wieczór, a świt zjawia się na horyzoncie nie według miejskich zwyczajów, lecz zgodnie z normalnym porządkiem i prawami natury... Jeszcze szaro, jeszcze latarnie płoną, — a już z kościoła Sakramentek słychać dzwonek, który przybycie dnia zapowiada.
Światła uliczne gasną, na tle poranku rysują się mury i wieże, wozy piekarskie z przeraźliwem dudnieniem i łoskotem toczą się po wązkich ulicach...
Słońce ukazuje się na wschodzie. Wychyla złote oblicze niby z pod ziemi, i rzuca jasne blaski na Wisłę, na mosty, na wieże, na domy, co się na wybrzeżu amfiteatralnie piętrzą... Podnosi się wyżej, coraz wyżej, wlewa potoki jasności w wązkie uliczki, w ciasne podwórka, napełnia blaskiem rynki i place, złoci szyby w oknach, połyskliwe blachy wież kościelnych, rozkłada świetlne smugi na wydeptanych chodnikach, na brukach, przeplata je cieniami od ścian.
Pracująca i nabożna ludność się budzi, słychać odgłos sygnaturek i dzwonów od Sakramentek, Franciszkanów, od Św. Jacka, Paulinów, od Pijarów, od Fary, od Św. Marcina... Śpieszą ludzie modlić się, pracować, lub też rozpoczynać dzień w szynkowniach, które także równo ze wschodem słońca otwarto. Biegną, popychają, potrącają się nawzajem i napełniają ulice tym gwarem i wrzawą, który od rana się zaczyna a dopiero późną nocą ustaje.
Tego dnia, zaledwie słońce wychyliło się z za Wisły, w ciężkich, okutych mocno drzwiach nieruchomości pani Klejnowej zgrzytnął klucz i z ciemnej sionki wychylił się stróż Józef, nizki, barczysty chłop, z twarzą szeroką i krótko przystrzyżonymi wąsami, ubrany w bluzę niebieską i czapkę barankową pomimo lata. Wyszedł przed dom z ogromną miotłą osadzoną na ciężkim kiju i zaczął nią chodnik i bruk zamiatać, mrucząc półgłosem na „paskudny naród“, który dzień w dzień, w piątek i świątek, śmieci i śmieci bez końca, jak gdyby nie miał nic lepszego do roboty.
Nieruchomość front miała wązki, o trzech oknach, była trzy, a właściwie czteropiętrowa, jeżeli liczyć za piętro mansardzik pod dachem z oknami w dymnikach, gdzie były małe stancyjki, chętnie przez kawalerów zajmowane. Na dole, po jednej stronie bramy znajdował się sklepik z wiktuałami, utrzymywany przez tęgą jejmość, wdowie po konduktorze kolejowym; po drugiej zaś stronie był sklep z obuwiem męzkiem, damskiem i dziecinnem, a zarazem warsztat majstra Kulasińskiego, bardzo godnego szewca.
Zaledwie Józef bramę otworzył i ulicę zamiatać zaczął, wnet, „konduktorka“ gdyż tak ją zwykle nazywano, otwierała sklepik, do którego zaraz zaczęła napływać procesya sług z koszykami i bez koszyków, po bułki, chleb, węgle, drewka i po najrozmaitsze przedmioty, w które pani konduktorka zaopatrywała stale swój magazyn.
Z po za drzwi sklepowych, zamkniętych na sztabę żelazną, dawało się słyszeć stukanie, a na to hasło Józef rzucał miotłę, odejmował sztabę i sklep otwierać pomagał. Za tę czynność otrzymywał zwykle bułkę, a czasem, gdy właścicielka sklepu była w dobrym humorze — i kieliszek wódki, do której oficyalista pani Klejnowej miał pociąg stały i niezmienny.
— Dzień dobry pani — rzekł zdjąwszy sztabę i otworzywszy drzwi sklepiku.
— Dzień dobry Józefie, dzień dobry, możebyście nie wzgardzili kieliszkiem na śniadanie?
— Bóg zapłać. Wzgardzić nie wzgardzę i wypić wypiję, skoro pani taka grzeczna i chce łaknącego człowieka potraktować; bo choć Bóg miłosierny daje lato, ale zawdy rankiem chłód idzie, snadź od Wisły.
— Jakoś dziś w nocy było cicho? — rzekła.
— A cicho... o dwunastej z drugiego piętra lokatory przywlokły się, widać z tyjatru, a później już nikt...
— Dziw, że kawalerowie nie szturmowali nad ranem...
— Dziw, albo i nie dziw, proszę pani. Trudno, mieli szturmować, kiedy jak wczoraj wieczór wyszli, tak do tej pory nie przyszli...
— Do tej pory! — zawołała kręcąc głową — do tej pory i jeszcze ich nie ma?!
— A jużci nie ma...
— Że też gospodyni chce trzymać takich wisusów, którzy po całych nocach latają. Jabym zaraz przepędziła na cztery wiatry... jak mi Bóg miły, godzinyby tu nie siedzieli! Ale ona chciwa na grosz, o, chciwa! wynajęłaby nawet pierwsze piętro choćby samemu dyabłu, żeby jej dobrze zapłacił.
— Eh, proszę pani, mnie się widzi, że nie.
— Ale co wy mówicie! wynajęłaby, jeszczeby go w rękę pocałowała.
— Albo pani myśli, że ona z tych kawalerów co ma? tylko zniszczenie domu i nic więcej. Toć chodzę na górę z kwitkami mało nie codzień i złamanego grosza jeszcze od nich nie przyniosłem. „A to, powiadają, jutro, pojutrze, za tydzień“; a jeden, ten czarny z bródką, mówi: „Ot, ożeniłbym się z córką pani gospodyni, toby z komornem było kwita...“
— Patrzcie go! z córką gospodyni! Zaraz! czego to się zachciewa?
— Ale i pani sprzykrzyło się czekać, pewnie dziś każe kartę wywiesić.
— Zawsze, powiadam, że chciwa. Ja przez dwanaście lat płaciłam za ten głupi sklepik i ciupkę, co przy nim jest, czternaście rubli na miesiąc, a na trzynasty rok podwyższyła mi do piętnastu! Słyszał to kto? żeby stateczna, bogata kobieta, pani obywatelka, dziś się na takie zdzierstwa puszczała. Kulasińskiemu też podwyższyła. Powiada, że teraz podatki większe, nieprawda! nie podatki, tylko chciwość! Że sama sobie pani, że kamienicę ma, że ją głowa o nic nie zaboli, że na nią jedną tylu lokatorów pracuje, to jej jeszcze mało, jeszczeby chciała z biednego narodu skórę ściągać. Oni wszyscy tacy ci bogacze! każdy z nich jak worek dziurawy, co go niczem nie zapchasz. Słyszane to rzeczy komorne podwyższać i komu? Biednej wdowie, samej, opuszczonej, sierocie... biednemu szewcowi... i to o całego rubla! bo żeby, dajmy na to, o pół, niechby o pięć złotych, ale zaraz o rubla, jakby to ruble z nieba spadały. Nieprawdaż mój Józefie?
— Trochę prawda, a trochę i nie. Kulasiński nie biedny, i jak przeszłego roku córkę za mąż wydawał, to czystemi pieniędzmi pięćset rubli na stół położył, a zaś nasza gospodyni, po sprawiedliwości mówiąc, jeszcze nie najgorsza, insze gospodynie podwyższają co rok, a niektóre zdzierce co kwartał, po tamtych kamienicach ciągłe przeprowadzki, tu każdy siedzi na miejscu. Jak nastałem tu na stróża po nieboszczyku Onufrym, będzie temu już trzynaście lat na Święty Michał, jeszcze się przy mnie żaden lokator nie ruszył. Którzy wtenczas byli i siedzieli, na dzisiejszy dzień są i siedzą. Jedne kawalery z facyatki zmieniają się często, ale wiadomo pani, że taki naród miejsca nie zagrzeje.
— Józef zawsze za gospodynią trzyma...
— Nie tak za gospodynią, jak za sprawiedliwością... dobra kobieta jest... i nieraz choć p. Faramuziński namawia, żeby komorne podwyższała, ona nie chce i jeszcze go wykrzyczy.
— Patrzcie go! jaki mądry... niedość, że ze swoich lokatorów ciągnie, jeszczeby z cudzych skórę zdejmował! Dziadzisko! I po co taka gadzina tu łazi prawie codzień?...
Józef uśmiechnął się złośliwie.
— A po co do pani łazi tokarz z Piwnej ulicy?
— Tylko proszę, mój Józefie, może sobie co złego myślicie. Tokarz jest porządny majster i stateczny człowiek, dzieci ma odchowane i wyposażone, a że jako wdowiec szuka sobie uczciwej żony, to mu wolno, bo wdowiec, i jakbym ja się namyśliła i wyszła za niego, to mi także wolno jako wdowie. Nie zabroni mi nikt. Zresztą tokarz chodzi niedawno, i albo się ożeni, jeśli go zechcę, albo jeśli nie zechcę, nie będzie wcale przychodził; a ten oto Faramuziński łazi już kilkanaście lat, jak ból po kościach... i niechby sobie chodził, ale po co gospodynię buntuje? po co na nas biedaków nastaje? cośmy mu winni? Niech-no ja go kiedy spotkam, to mu tak powiem, że długo będzie pamiętał. Chciwiec ten, zdzierca!...
Do sklepiku weszło kilka sług, i pani konduktorka, zajęta wrażeniem i mierzeniem, wstrzymała na chwilę potok wymowy... Stróż wymknął się na ulicę i machnął miotłą zawzięcie.
Na pierwszem piętrze otworzył się lufcik, i w nim ukazała się główka młodej dziewczyny z rozpuszczonemi czarnemi włosami...
— Józefie! Józefie!
Stróż w górę spojrzał.
— Mama was woła.
— Idę panieneczko, wnet idę.
Za chwilę Józef się stawił na pierwszem piętrze, w pokoiku, skąpo oświetlonym przez jedyne okno wychodzące na schody. Pokoik ten, właściwie przedpokój, służył pani Klejnowej za jadalnię i za gabinet do przyjmowania interesantów. W nim przepędzała cały dzień. Z tego pokoju wchodziło się do niewielkiego saloniku o dwóch oknach, a za nim znajdował się pokój sypialny. Okna obudwóch tych pokojów wychodziły na front, i widać z nich było ruchliwe życie ulicy. Dzięki temu panował w tem mieszkaniu ciągły szum. Turkot dorożek i wozów bez ustanku wyprawiał szyby w drżenie; echa kłótni i sprzeczek tu dolatywały z ulicy. Pani Klejnowa z córką przyzwyczaiły się do tego gwaru; nie przeszkadzał on im rozmawiać, pracować, grać lub zajmować się niekiedy lekką lekturą. Pani Klejnowa za nic na świecie nie opuściłaby tego mieszkania, gdyż była przekonana, że w całej Warszawie wygodniejszego, lepszego i weselszego nie ma. Pokoiki, które zajmowała z córką, umeblowane skromnie, dość gustownie, utrzymane były we wzorowej, pedantycznej czystości. Posadzka świeciła się jak zwierciadło, na stołach, na krzesłach najbystrzejsze oczy nie dostrzegły pyłu lub plamki. Obicia na ścianach, chociaż nie nowe, wyglądały tak jakby je wczoraj nalepiono. Na oknach ozdobionych firankami śnieżnej białości, stały doniczki roślin pospolitych, lecz pielęgnowanych starannie, wśród nich imponowały rozmiarami dwa duże, kwitnące oleandry, dar p. Faramuzińskiego na imieniny Andzi. W saloniku znajdował się fortepian i szafka z książkami, na stole leżały systematycznie poukładane „Kuryery“ i pismo poświęcone modom. Pierwsze dostarczały nowinek, drugie wskazówek: co teraz noszą i jak noszą. Co prawda, dwa te źródła duchowego pokarmu były dla matki i córki jedyne. Do szafki z książkami, nabytemi i zebranemi przez ojca, rzadko kiedy zaglądały, i sprzęt ten stał raczej dla zapełnienia miejsca aniżeli dla użytku. Bez „Kuryera“ panie obejśćby się nie mogły, przynosił on im bowiem najciekawsze wieści. Bez pisma traktującego o kapeluszach i sukniach również byłoby trudno żyć... bo panie lubiły trzymać się mody i umiały prawdziwie po warszawsku stroić się tanim kosztem i z szykiem. Po dziesięć razy przerabiały jedne i te same suknie, kombinując, sztukując, odbywając nad każdym fałdem lub kokardą długie konferencye, z taką powagą i namaszczeniem, jakby o losy całego świata chodziło. Po za tem piśmiennictwo niewiele je zajmowało. Andzia czytywała niekiedy sentymentalne powiastki; matka jej zaś, kobieta realna i praktyczna, wolała przepędzać czas nad rachunkami, lub też nad przyrządzaniem obiadów, których p. Faramuziński, zapraszany niekiedy, odchwalić się nie mógł.
Do teatru chodziły często. Pani Klejnowa lubiła ten rodzaj rozrywki, wzdychała na dramatach, zaśmiewała się na wesołych komedyach, nie przejmując się wszakże zbyt głęboko ani treścią utworu, ani grą artystów. Lubiła też wiedzieć, kto jest w teatrze, jak ubrany, i ze szczególną uwagą przyglądała się sukniom artystek. Andzia natomiast podczas widowiska wzroku oderwać nie mogła od sceny... zapalała się, entuzyazmowała, oczy jej były pełne blasku, czarne brwi ściągnięte, usta wpółotwarte, pierś podnosiła się niespokojnie. Mogłoby się zdawać, że zapomina o całym świecie, że gotowa jest skoczyć z galeryi, wpaść pomiędzy aktorów i zawołać: „Czekajcie! ja to lepiej od was potrafię...“
Matka nie spostrzegała tego nadzwyczajnego zachwytu, i to także dla niej było obce, że ów zapał datuje się od niedawna, że zrodził się i powstał zaledwie przed pół rokiem. Nie dostrzegała też tego, że Andzia bywa niekiedy dziwnie zamyślona, i że często odwiedza lokatorkę, zajmującą na temże samem piętrze dwa pokoiki w oficynie. Drzwi od tego lokalu wychodziły na ganek z galeryjką drewnianą, ciągnącą się wzdłuż całej oficyny — i znajdowały się o kilka łokci zaledwie od drzwi mieszkania pani Klejnowej. Lokatorka i córki jej, oraz od czasu do czasu przybywający kuzynek, lubili przesiadywać na ganku, zwłaszcza w lecie, gdy w nizkich pokoikach było gorąco i duszno. Andzia też znaczną część dnia przepędzała na ganku z robótką, a z córkami owej lokatorki znała się prawie od dziecka...
Pani Klejnowa co rano odbywała konferencyę ze stróżem. Zawołany przez lufcik Józef przychodził z ulicy, stawał w pierwszym pokoju przy drzwiach, a zdawszy relacyę, otrzymywał szklankę herbaty, którą wypijał, przez uszanowanie dla pani, na schodach.
— Jak się macie Józefie? — witała gospodyni swego cerbera.
— Bogu dziękować, do nóżek pani gospodyni upadam.
— Cóż słychać?
— Bogu dzięki, nic — tylko kawaliry jeszcze nie przyszli i nie nocowali w domu...
— A cóż mnie to obchodzi! mój Józefie.
— Wiadomo, że pani gospodyni to wszystko wraz, jeno do tego się mówi, że o pieniądze się dziś nie upominałem, jako że ich nie ma. Chyba pani gospodyni kartę wywiesić każe.
— Poczekamy jeszcze, może się namyślą i zapłacą.
— Ehe! oni też także podobne do zapłaty, jak ja... do panny młodej, to proszę łaski pani gospodyni, lekki naród... wiatrem żyje, a dla człowieka nietylko, nie przymawiając, dziesiątki, ale słowa poczciwego nie ma. Po sprawiedliwości mówiący, panowałoby takich lokatorów w harmatę nabić i wystrzelić...
— Cóż tam więcej?
— Bogu dzięka nic, jeno u Kulasińskiego piec się rozwalił...
— Ciągłe szkody! Jakim sposobem mógł się piec zawalić?
— Po prawdzie pani powiem. Onegdaj gości mieli i w porządnej kompanii zabawili się krzynkę. Któryś nogą zawadził... że zaś pieczysko stare i kruche, to się i rozleciało...
— Ja reperować nie myślę. Umieli popsuć, niechże umieją naprawić.
— Zawdy trza zduna sprowadzić, raz według tego, że szewcy pieca nie sporządzą, bo na to szewcka głowa je nic potem, a po drugie, że i na drugiem piętrze u emeryta kuchnia dymi...
— Znowuż! przeszłego roku naprawiana...
— Prawda to jest, ale że dymi, to dymi jak na urząd. Emeryt całkiem się zbuntował, i powiada, że na pani koszt nową kuchnię postawi, zaś niby jego żona nic nie mówi, jeno ciągle płacze, a sługa powiedziała, żeby sobie od pierwszego szukali innej, bo, powiada: „ja też jestem na ten przykład bozkie stworzenie i nie chcę być uwędzona jak śledź...“
— Co kłopotów z tym domem! co kłopotów!... już nawet nie chcę pytać o więcej...
— Ha! więcej to Bogu dzięka już nic, jeno rewirowy przykazował, że ma być jakaś kara, niby za sługę, co przez praśportu meldowana i jako też książeczki nie ma... i to jeszcze byłoby bajki, jeno, że cości kiedyś zmalowała w jenszej służbie i ma cztery tygodnie kozy...
— Kara?
— A jużci kara, coś o dziesięciu rublach rewirowy opowiadał.
— Ani myślę płacić, ani mi się śni! za co?
— Jak ta sobie pani gospodyni miarkuje, nie moja na to głowa... Najlepiej, żeby pani gospodyni sama pofatygowała się do cyrkułu, toby się pani gospodyni dowiedziała też według frontu, co go przykazują malować, jako że obdrapany jest i miejscami z niego trynk het pooblatywał.
— Co oni chcą? śliczny front!
— Ja sam tak powiadam, proszę pani gospodyni. Po ludziach gorsze fronty niż nasz i dla tego nie malują, jeno że pani gospodyni wdowa, to się zaraz kużdy chce niewiadomo do czego przyczepić...
— Et, co tam Józef plecie!
— Może i plecie... Ja się na polityce nie znam, jeno to jeszcze pani gospodyni melduję, że jako sklepikarka piszczy, że jej za drogo, i że na takie wyżyłowane komorne całym swoim handlem nie obstanie... choć mnie się widzi, że łże, bo wiem, że co tydzień po trzy, a już najbiedniej po dwa ruble do oszczędności nosi.
— Niech ją licho weźmie. Jeżeli jej się tu niepodoba, to może się od pierwszego wynosić.
— Ja też tak samo powiadam, ale ona się nie wyniesie... Gada, aby gadać, zwyczajnie oto, jak baba...
— Niech-no Józef za dużo nie mówi... Macie herbatę, wypijcie. Ja sama zobaczę piece i kuchnie. Pójdzie też Józef do p. Faramuzińskiego i poprosi, żeby koniecznie wieczorem dziś przyszedł, ale niech Józef powie, że koniecznie.
— A jużci, powiem, że pani gospodyni nakazała, żeby p. Faramuziński duchem leciał, bo pilno trza.
— Powiedźcie, że ja proszę... wyraźnie wam mówię...
Józef wziął herbatę, ukłonił się nizko swej pani i wyszedłszy, zasiadł na schodach i pił gorący napój, dziwiąc się przytem, co ludzie w nim widzą dobrego? Ta kwestya bardzo często zajmowała jego umysł i nieraz debatował nad nią ze stróżem sąsiedniego domu. Obadwaj zgadzali się na to, że oprócz słodyczy, zresztą wszystko w herbacie jest oszukaństwo, wymyślone na otumanienie dobrych ludzi. Ani to wódka, ani barszcz, ani tem się rozgrzać, ani najeść... parzy tylko w zęby i nic więcej. Pomimo tego pił, bo skoro dają pić należy, a ponieważ cały świat tego napoju używa, to widać musi coś w nim być.
Pani Klejnowa przeszła do sypialni, pobyła tam z kwandrans i ukazała się już w kapeluszu, w rękawiczkach, gotowa do wyjścia. Widząc ją w czarnej sukni, zgrabnem okryciu, z twarzą przysłoniętą woalką, trzeba było przyznać, że Faramuziński miał słuszność.
Drobniutkie zmarszczki niknęły pod lekką zasłoną, z pod kapelusza zaś wychylały się włosy bujne i czarne, z pod woalki błyszczały duże oczy, pełne życia. Wzrost miała wysoki i tuszę średnią, figurę zgrabną i na pierwszy rzut oka uchodzić mogła za kobietę trzydziestoletnią najwyżej. Ruchy jej były szybkie, energiczne, ale niepozbawione wdzięku, ręka w obcisłej czarnej rękawiczce wydawała się malutka i zgrabna.
— Andziu — rzekła do córki — ja wychodzę. Posprzątaj tu sama, bo ja ci pomódz dziś nie mogę.
— Prędko mama powróci?
— Nie wiem... tyle mam różnych interesów... za dwie godziny, może za trzy, zdążę przyjść do domu.
Andzia zabrała się do robienia porządków z wielką energią i pośpiechem. Mogłoby się zdawać, że i ją także powołują jakieś ważne czynności, i że nie ma ani chwili czasu do stracenia. Ktoby się bacznie tym porządkom przyglądał, zauważałby zapewne, że nie były one dokonywane ze zwykłą drobiazgowością i pedantyzmem, i że pani Klejnowa znalazłaby to i owo do poprawienia.
Ukończywszy sprzątanie bardzo prędko, Andzia stanęła przed lustrem i układała swe lśniące, czarne warkocze w jakieś misterne sploty. Staranność znać było w całej toalecie. Widocznie chciała ładnie wyglądać, co się jej też bez trudności udało. Wzrost miała matki, rysy twarzy regularne, oczy duże w prześlicznej oprawie, cerę świeżą i zarumienioną.
Dziw, jakim cudem taka hoża, dorodna, zdrowiem kwitnąca istota wychowała się i wyrosła wśród murów miejskich, w dusznej atmosferze, prawie nie widząc słońca, nie znając ożywczego tchnienia lasu i łąk. A przecież wyrosła tak pięknie, jak palma duża wśród rumowisk i rozwalonych murów.
Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się, potem rzuciła jeszcze wzrokiem dokoła, aby się przekonać, czy matka nie będzie miała powodu do zrzędzenia, i wyjęła klucz z zamku, chcąc wyjść i zamknąć mieszkanie.
Na zarumienionej jej twarzyczce malowało się wielkie ożywienie i radość, półgłosem nuciła piosenkę. Już miała wyjść, gdy we drzwiach ukazał się p. Faramuziński.
Był zadyszany i zmęczony, oddychał ciężko.
— Gdzie mama? — zapytał w progu.
— Wyszła — odrzekła lakonicznie dziewczyna, zastawiając osóbką swą wejście i dając tym sposobem staremu kawalerowi do zrozumienia, żeby sobie poszedł, i że jego wizyta wcale nie jest pożądana, ale p. Faramuziński nie zrażał się łatwo.
— Niechże mnie Andzia wpuści, — rzekł — żebym trochę odpoczął; niechże mi Andzia powie przynajmniej dzień dobry, jeżeli Andzię tego na pensyi uczono.
Dziewczyna cofnęła się o kilka kroków, i zrobiwszy z przesadą dyg pensyonarki, rzekła:
— Dzień dobry panu... czy już pan kontent? Może jeszcze raz?
— Zawsze się Andzi żarciki trzymają...
Pan Faramuziński znał Andzię od dziecka, i kochał ją jak rodzoną córkę. Gdy była maleńka, pieścił ją i nazywał po imieniu, od czasu zaś, gdy awansowała na dorosłą pannę, mówił do niej w trzeciej osobie i trzymał się zdaleka.
— Co pan u nas robi o tej porze? — spytała dziewczyna, widocznie niekontenta z wizyty.
— Co ja robię? Andzia pyszna jest z tem pytaniem! To ja raczej powinienbym spytać, co wy tu wyrabiacie?
— Wyrabiamy? cóż za wyrażenie!
— Dobre, bardzo dobre, tylko za słabe. Bo niech się Andzia postawi w mojem położeniu! Niech się Andzi zdaje, że Andzia dopiero co wstała, że zaledwie zdążyła przełknąć kawę, że Andzia siedzi w szlafroku przed lustrem i mydli sobie Andzia twarz, żeby się porządnie ogolić...
— Ależ panie, ja w szlafroku nie chodzę, twarzy nie mydlę i brody kolącej nie mam...
— To też niech sobie Andzia wyobrazi... Bierze Andzia brzytwę i zaczyna... w tem ktoś dzwoni. Któż u licha, o takiej porze?... Pali się, czy co? Rzuca Andzia brzytwę, biegnie z namydloną twarzą, otwiera drzwi — i cóż? stoi ten wasz gapa Józef i powiada: Niech pan zaraz przychodzi, bo pani gospodyni ma wielki ambaras i bardzo prosi, żeby pan jak najśpieszniej przybył... Powiada i ucieka... a ja przerażony, myślę co to takiego? co się zrobiło? czy broń Boże, zachorował kto nagle, czy jakie nieszczęście? Chcę spytać, ale ten ciemięga już odszedł; goniłbym go, ale jakże? w szlafroku?
— Ach mój Boże! jaki ten Józef głupi! mama mu wcale tego nie mówiła!
— Być może, ale niech Andzia postawi się w mojem położeniu. Cóż Andzia robi? Naturalnie goli się co prędzej, ręce Andzi drżą z niepokoju i pośpiechu, kaleczy się Andzia tu o, pod samem uchem, krew idzie, przylepia Andzia papierek, krew jeszcze idzie. Andzia już na to nie zważa, niech tam sobie idzie... goli się Andzia Bóg wie po jakiemu, ubiera się pośpiesznie... wszystko Andzi z rąk wypada... kamizelkę zapina Andzia krzywo, maszynka u krawata się Andzi obrywa... Śpieszy się Andzia, zapomina Andzia tabakierki, chustki do nosa, okularów... pędzi Andzia, przeskakuje po trzy schody naraz... dyszy Andzia, sapie Andzia, przybiega Andzia nareszcie i dowiaduje się Andzia, że mama wyszła... Uf! miłosierdzia nie macie nademną!
Z temi słowy pan Faramuziński padł na fotel... dziewczyna śmiała się z niego, a czarne jej oczy zwracały się wciąż na drzwi szklane, przez które widać było ganek i okna sąsiadki.
— Biedny pan, doprawdy — rzekła — a wszystko przez tego gamonia Józefa... Czy wie pan, co mama kazała powiedzieć?
— Ja wiem, co mi on powiedział; wiem, żem się strachu najadł, żem się skaleczył, że może to wzruszenie zdrowiem przypłacę...
— Mama powiedziała: niech Józef poprosi pana Faramuzińskiego, żeby był łaskaw przyjść dziś na herbatę, i że mama chce panu coś powiedzieć...
— A no, widzi Andzia, widzi Andzia, co mi ten chłopisko narobił! Gdyby on był u mnie stróżem, tobym go na cztery wiatry wypędził! Ale czy naprawdę macie wy jaki ambaras?
— Nie wiem panie... zapewne jakieś zwyczajne kłopoty z domem...
— A ma się rozumieć, zawsze kłopoty, ambaras, a któż temu winien? Niech Andzia sama powie, jak może istnieć dom bez gospodarza?
— Istnieje jakoś...
— Ba! ale jak!
— Tak jak wszystkie. Dotychczas jeszcze się ani razu nie przewrócił; nie zauważyłam też nigdy, żeby stanął kiedy dachem na ziemi, a piwnicami do góry.
— Andzia się śmieje, sama nie wie z czego! Andzia się na tem nie zna. Andzia jest dziecko, Andzia się jeszcze nie dawno lalkami bawiła. Co to za gadanie! dom stoi, ale jak stoi? ile kłopotów sprawia, ambarasu, ile potrzebuje reparacyi! Żeby sądzić o czem, trzeba się przedewszystkiem znać...
— Być może... Wierzę też w to, że pański dom nie przyczynia żadnych kłopotów, zawsze jest nowiutki, czyściutki, nie wymaga reparacyi... Co to za przyjemny i szczęśliwy dom. Zazdroszczę mu doprawdy!!
Pobiegła do kuchenki i wziąwszy ztamtąd pęk kluczy, zaczęła niemi pobrzękiwać.
— Co Andzia będzie z temi kluczami robiła?
— Na górę mam iść... Widzi pan — dodała — żeby tu był gospodarz, zarazby pobiegł na górę, pomógł zdejmować bieliznę i układać ją w kosz... prawda panie?
— Nieprawda... do mężczyzn takie drobiazgi nie należą.
— Mój Boże! a ja myślałam, że gospodarze wszystko umieją.
— Niech-no Andzia ze starszych nie żartuje, bardzo proszę.
Dziewczyna znów kluczami brzęknęła, stary kawaler podniósł się z krzesła.
— Andzia się spieszy? — zapytał.
— Trochę.
— No, to ja pójdę, odpocząłem już cokolwiek po tem zmęczeniu, wracam do domu. Niechże Andzia powie mamie, żem tu był, że jak zawsze, wszystko porzuciłem i nie zwłócząc, na pierwsze wezwanie przybiegłem.
— Powiem, a jakże. Zresztą czyż mama nie wie, jaki p. Faramuziński poczciwy i uprzejmy dla nas.
— Dobrze, że mi Andzia przynajmniej to przyznaje. Do widzenia, mogłaby też Andzia podać mi rączkę na pożegnanie.
— Choćby i obie — rzekła z uśmiechem.
— Tak to lubię, Andzia powinna mnie zawsze poczciwie witać i poczciwie żegnać, bo ja Andzię na ręku nosiłem i kocham Andzię i dobrze Andzi życzę.
— Do widzenia... Ach! — zawołała, gdy Faramuziński już wyszedł — nareszcie! Ten dziad utrapiony najmniej pół godziny tu siedział...
Spojrzała w lustro, poprawiła włosy, rzuciła pęk kluczów do kuchenki i zamknąwszy mieszkanie, wyszła na ganek. Z otwartego lufcika wychyliła się główka bladej, jasnowłosej dziewczyny.
— Dzień dobry Maniu — rzekła Andzia.
— Dzień dobry Andziu, może zajrzysz do nas.
— Owszem.
Na drzwiach, za któremi zniknęła Andzia, przybita była, przez jakiegoś kaligrafa-amatora wysztychowana kartka, a na niej wśród zawijasów i floresów nazwisko: „Petronela Kubik“.
Pani Kubikowa od lat dwudziestu zajmowała mieszkanie w domu № 000. Sprowadziła się jeszcze za życia nieboszczyka Klejna i po krótkim targu, wynajęła lokal w officynie. Nieosobliwy appartament, ale tani i dość wygodny. Składał on się z kuchni ciemnej zupełnie, jednego pokoju ciemnego w połowie i drugiego mniejszego, wilgotnego w samą miarę, a ciemnego w trzech czwartych. Okna tego appartamentu wychodziły na ganek drewniany, co się wzdłuż całej officyny ciągnął. Większy pokój uważany był za salon, mniejszy służył lokatorkom za sypialnię.
Pani Kubikowa sprowadziła się przed laty dwudziestu z prowincyi, z dwiema bardzo blademi i wątłemi córeczkami, z których starsza mogła mieć wówczas lat ośm, młodsza sześć. Kobiety z całej kamienicy, ujrzawszy nową lokatorkę, zadecydowały jednozgodnie, że blade dziewczynki nie wychowają się i żyć nie będą, lecz przepowiednia ta wcale się nie sprawdziła. Dziewczęta rosły wprawdzie powoli, ale rosły, były szczupłe, blade, jak rośliny pozbawione światła, ale żyły, cieszyły się życiem, bo nieraz śmiechy ich wesołe rozlegały się po domu, nieraz śpiewały wesołe aryjki z operetek przy akompaniamencie rozklekotanego fortepianu.
Kto był mąż pani Kubikowej, jakie zajmował stanowisko w społeczeństwie i w której części świata przebywa, trudno było dociec. Pani Petronella, gdy ją kto o małżonka zapytał, zapalała się gniewem i z żywą gestykulacyą dowodziła, że człowiek, który z nią niegdyś losy swoje połączył, a po kilku latach opuścił ją bez powodu, pochodził z pod ciemnej gwiazdy, że zajmował stanowisko niegodziwca, a wszystkie jego tytuły i honory można było zawrzeć w wyrazach: łotr, gałgan, łobuz, pijak, karciarz i „sumogrado“.
Ten ostatni wyraz pani Kubikowa lubiła szczególniej i używała go bardzo często w rozmaitych okolicznościach, nadając mu zawsze znaczenie ujemne. Można było od niej usłyszeć, że jest mróz jak sumogrado, drożyzna sumogrado, że suknia leży na kimś tak fatalnie jak na prawdziwem sumogradzie...
Opuszczona przez swojego niegodziwego, czy może tylko lekkomyślnego małżonka, pani Petronella postanowiła wziąć na własne barki ciężar wyżywienia i wychowania bladych dziewczynek, i w tym celu zabrawszy swój bardzo niewielki fundusik, wyprzedawszy meble, trochę świecideł i garderobę co lepszą, przyjechała do Warszawy szukać chleba. I rzeczywiście znalazła go wśród tych murów, do których tyle biedoty wszelakiej dąży, z nadzieją znalezienia zarobku.
Karyerę swoją opierała pani Kubikowa na małym fundusiku, wynoszącym ośm tysięcy... złotówek, na umiejętności gry na fortepianie, oraz na swej drobiazgowej, nieprawdopodobnej oszczędności i zabiegliwości, na jaką tylko kobieta zdobyć się potrafi.
Przyjechawszy do Warszawy, ulokowała się z dziewczynkami czasowo u krewnej na Kapitulnej, i zaczęła rozglądać się po mieście, zajęcia upatrywać. Krewna zgromadziła wszystkie swoje znajome, kuzynki, przyjaciółki i rozpoczął się sejm niewieści. Każda radziła co innego: pracownię kapeluszy, lekcye muzyki, sklepik z wiktuałami, magle, kawiarnię, pralnię, fabrykę kwiatów, Bóg wie co.
Pani Petronella słuchała uważnie, zastanawiała się, rozważała, ale nie śpieszyła z decyzyą. Chciała wynaleźć jakiś fach korzystny, pewny, a przytem w dobrym guście. Najęła mieszkanie w domu Klejnów i zaczęła bardzo uważnie odczytywać ogłoszenia kuryerowe o używanych fortepianach. Notowała adresa sprzedających i chodziła oglądać wymęczone długoletniemu gammami i passażami klekoty. Studyowała je szczegółowo, badała klawiatury, skórkowanie i struny, targowała się do upadłego, odchodziła, znowuż wracała, i ostatecznie doszła do posiadania kilku instrumentów za bardzo małe pieniądze.
Te fortepiany i pianina zaraz puściła w kurs. Niezamożne matki wynajmowały je dla ćwiczenia talentu swych córek, a przy tej okazyi pani Petronella ofiarowywała się dawać lekcye za niewielkie wynagrodzenie. Tym sposobem przemyślna kobiecina, naruszywszy tylko część kapitaliku, posiadała sześć klekotów, które przynosiły jej kilkanaście rubli miesięcznie i miała sześć lekcyj na dzień, płatnych wprawdzie tylko po czterdzieści groszy za godzinę, ale przynoszących w ogóle więcej niż rubla na dzień. Była to już bądź co bądź pozycya. Pani Kubikowa bynajmniej nie skarżyła się i nieraz w sekrecie przed Klejnową przyznawała się, że dochodów swoich przeżyć nie może i robi niejakie oszczędności. Na utrzymanie domu wydawała bardzo niewiele, zakupy na targach czyniła sama, jadała bardzo mało, i nie przepasała też swoich bladych dziewczyn; obywała się bez sługi, stróż za kilka złotych miesięcznie wodę jej nosił, a sprzątała i gotowała sama, póki córki były małe, a z ich pomocą, gdy podrosły.
Dziewczynkom swoim dała pewną edukacyę. Chodziły one w swoim czasie na pensyę prywatną trzyklasową, gdzie za małą opłatą wtajemniczono je w sztukę czytania i pisania, nauczono trochę geografii, arytmetyki, historyi i początków francuzkiego języka.
Gdy całkowity kurs ukończyły, i przyniosły świadectwa, oraz pochwały wylitografowane na glansowanym papierze z obwódkami złotemi, matka orzekła, że wykształcenia ogólnego mają już aż nadto, i że należy się zająć nauką specyalną, mogącą w przyszłości zapewnić byt i utrzymanie. Tą specyalnością była, ma się rozumieć, gra na fortepianie. Początki panny już posiadały, gdyż uczyły się muzyki od szóstego roku życia, szło więc tylko o udoskonalenie gry i nabycie znakomitej techniki.
Ustawiono w saloniku fortepian i pianino, i codziennie o godzinie ósmej rano dziewczyny puszczały białe, kościste paluszki w ruch i utrzymywały je w nieustannej wibracyi do dwunastej, a po południu od drugiej do szóstej.
W czasie tych praktyk, zwłaszcza latem, emeryt z drugiego piętra, jeżeli z powodu niepogody nie karmił wróbli w ogrodzie Saskim i znajdował się w domu, wkładał w uszy podwójną porcyę waty, głowę owiązywał chustką, i odczytując pilnie Kodeks Kar Głównych i Poprawczych, jedyne, prócz kalendarza, dzieło, jakie w swej bibliotece posiadał, dziwił się, że o fortepianie nie uczyniono tam żadnej wzmianki.
Chciał się wyprowadzić, ale nie uczynił tego z uwagi, że równie taniego mieszkania, i w takim pysznym punkcie miasta nie znajdzie.
Po czterech latach nauki, wprawy i ćwiczeń, pani Petronella uznała, że córeczki jej doszły już do tego stopnia wirtuozowstwa, iż mogą z powodzeniem przygotowywać i kształcić pianistki przyszłości.
Jak na jesieni stary bocian strąca z gniazda swe potomstwo, aby rozwinąwszy skrzydła, wprawiało je do lotu, tak pani Kubikowa pchnęła dziewczyny na miasto, aby korzystały z talentu, i za jego pomocą wiły sobie gniazdko przyszłości, czyli mówiąc prozaicznie, pieniądze na posagi zbierały.
— Nie potrzebujecie teraz nic — mówiła do dziewczyn — ja komorne płacę, ja was ubieram jak lalki, ja wam daję jeść tyle, że macie po same uszy, więc pracujcie dla przyszłości. Zbierajcie grosz do grosza i pamiętajcie o tem, że panna zupełnie biedna i bezposażna, choćby była uczona jak Salomon, a piękna jak landszaft, męża jak się należy nie znajdzie. Nie mówię o letkiewiczach, łobuzach i sumogradach, bo takich na świecie nie braknie, lecz o mężach statecznych, uczciwych, którzy dbają o żony i nie rzucają ich na pastwę losu...
Wiedzieć trzeba, że w całej dzielnicy od Starego Miasta aż do Franciszkańskiej i Kościelnej, nawet na Przyrynku i Rybakach (bo i tam także sztuka kwitnie), używała sławy znakomitej pianistki. Dzięki rozgłosowi matki, w córkach uznano talent dziedziczny, świetną szkołę i wyborną metodę uczenia, więc lekcyj nie brakło, i blade dziewczyny znosiły czterdziestówki, a nawet od zamożniejszych uczennic dwuzłotówki, i oddawały matce do przechowania.
Przed kilku laty pani Petronella otrzymała list od swego małżonka. Donosił, że jest w obowiązku, o dziesięć mil za Żytomierzem, że jest zdrów, ale tęskni, że jest skruszony i chciałby do żony i do dzieci powrócić.
Pani Petronella przez trzy dni chodziła jak struta, nie mogła ani jeść, ani spać, opuściła nawet kilka lekcyj, co jej się od lat dwudziestu ani razu nie zdarzyło, wreszcie czwartego dnia, gdy córki z domu wyszły, zamknęła się na klucz i napisała list następujący:
„Żeś pan za Żytomierzem, to mi obojętne, bądź pan sobie nawet o dziesięć mil za Portugalią, a jeżeli się panu podoba, to i w Antypodach. Żeś pan zdrów, to dobrze, ja nikomu choroby ani śmierci nie życzę; żeś pan skruszony, dziwię się i myślę, że chyba moczono pana przez kilka lat w occie siedmiu złodziejów. Powrotu pańskiego się nie lękam; dobrzy ludzie poradzili mi co zrobić, i mam separacyę. Jako panicza, który żonę i dzieci opuścił, konsystorz wzywał pana na sprawę przez gazety. Nie raczyłeś pan przybyć, i obeszło się. Córki pańskie są zdrowe, wszystkie trzy pracujemy na kawałek chleba i niczyjej czułości, ani łaski nie żądamy. Nie załączam panu uszanowania, boś go nie wart, ani ukłonów, ponieważ takim sumogradom jak pan kłaniać się nie myślę. Ten mój list jest ostatni i proszę do mnie więcej nie pisywać. — Petronella“.
Gdy napisała ten list, gdy wyprawiła go na pocztę, odetchnęła. Ciężar spadł jej z piersi, sądziła, że sumogrado został już stanowczo i na zawsze odepchnięty, i że po takiej odprawie więcej odezwać się nie ośmieli, a tembardziej przyjechać.
Dla ciekawości zapytała jednak córek, jako biegłych w geografii, gdzie leży Żytomierz i jak daleko od Warszawy? Zdania panien były podzielone. Mania twierdziła, że to bardzo znaczne miasto nad morzem Kaspijskiem, Józia zaś, że wcale nieznaczne i nie nad morzem, lecz nad rzeką, której nazwy nie sposób spamiętać, na pograniczu Syberyi.
Wywiązała się między siostrami sprzeczka, ale rozstrzygnąć jej nie było można, gdyż książki pensyonarskie, a między niemi geografia i atlas, zostały sprzedane, a pieniądze za nie wcielone do oszczędności.
Pani Petronellą ze sprzecznych zdań córek wyprowadziła wniosek, że bądź co bądź Żytomierz musi leżeć bardzo daleko i że przybycia sumograda nie ma się obawiać.
Gdy Andzia wbiegła do mieszkania pani Petronelli, zastała w niem tylko starszą córkę, Manię.
Była to dziewczyna dziwnie wątła i szczupła, figurkę miała śmiesznie cienką i niewydatną, rysy twarzy ostre, chociaż nie brzydkie i dość sympatyczne. Oczy niebieskie, włosy bardzo jasne, miękkie, połyskliwe.
Gdy Andzia weszła, panna Marya zerwała się z krzesełka.
— Jak to dobrze, żeś przyszła — zawołała — samej tak nudno!
— A gdzież Józia, gdzie mama?
— Józia na lekcyi, mama na targu, ja mam teraz dwie godziny wolne. Cóż ty dziś robisz Andziu?
— Nie wiem jeszcze.
— Przyjdź do nas wieczorem, będzie wesoło, zobaczysz kogoś, kogoś...
Andzia zarumieniła się i spuściła oczy.
— Przyjechał wczoraj — mówiła dalej blondynka — spotkałam go na mieście. Żebyś wiedziała, jak się dopytywał o ciebie, jak dopytywał! Ciągle tylko panna Anna, panna Anna, jakby już oprócz ciebie nikogo na świecie nie było. Zawróciłaś mu głowę kochana Andziu.
— Ja?
— Nie zapieraj się, moja Andziu, cóż w tem złego? On młody i ładny, ty jeszcze młodsza i ładniejsza, dla czego więc nie macie głowy sobie wzajemnie zawracać? Czytałam niegdyś w jakiejś książce, że najpierwsze prawo do miłości ma młodość i uroda. Kto wie co z tego może wyniknąć? Zainteresowanie się, zakochanie wzajemne, a potem wesele. Jakby to było dobrze!
— Ależ ja wcale o tem nie myślę.
— Mogłabyś być szczerszą Andziu. Która z nas o miłości nie myśli? Możemy mówić swobodnie, nikt nas nie podsłuchuje. Na co się zapierać, kiedy ja wiem doskonale, co się dzieje w twojej główce, a może i w serduszku...
— Zapewniam cię...
— Nie wierzę, nie wierzę i nie wierzę! Każda o ładnym chłopcu i o weselu marzy... ja nawet, brzydka jak widzisz i biedna, także marzyłam, i jeszcze się tej myśli nie wyrzekłam, choć poranek mego życia już minął. Dla czegóż więc ty piękna, bogata, rwąca się do życia, miałabyś być wyjątkiem?
— Przedewszystkiem kto ci powiedział, żeś brzydka?
— Ten sam, kto tobie mówi, żeś ładna.
— Nikt mi tego nie mówi, chyba p. Faramuziński, gdy jest w dobrym humorze.
— Nie Faramuziński, lecz lustro, które ciągle powtarza: śliczna Andzia, piękna Andzia, codzień piękniejsza!
— Nie żartuj sobie ze mnie Maniu.
— Ja mówię prawdę. Lustro powiada, że ładna, a Oleś... no, ten nie ma słów na opowiedzenie swego zachwytu. Przypomina sobie wszystkie role, w których są wyrazy uwielbienia i podziwu dla piękności. Doprawdy, powiadam ci, ten chłopiec, choć niedawno cię poznał, szaleje formalnie za tobą.
Twarz Andzi pokryła się mocnym rumieńcem.
— Bo widzisz — mówiła blada dziewczyna — tacy ludzie jak on, artyści, mają serca, jakby ci to powiedzieć? wrażliwsze, czulsze, bardziej skłonne do uniesień, niż serce zwykłego, pospolitego człowieka. Nie przeczę, że każdy mężczyzna kochać potrafi, ale tak kochać jak artysta, może tylko artysta, a Oleś właśnie artystą jest w calem znaczeniu tego wyrazu. Wierz mi, kochana Andziu, że to jest wyjątkowy talent, to geniusz! Dopiero trzeci rok on jest w teatrze, a już grywa pierwszorzędne role, dają mu znaczną pensyę i dwa benefisy na prowincyi, a jaki posiada repertuar! Żaden ze sławnych i głośnych aktorów w Warszawie takiego repertuaru nie ma i mieć go nie może, bo na to trzeba, widzisz, wyjątkowego, wszechstronnego talentu. Ja się na tem trochę znam, bo moja mama jest artystką, i my z Józią także. Prawda, że nie dramatyczne, tylko pianistki, ale to prawie jedno. Oleś tak powiada, i jedna z moich przyjaciółek, która występuje w operze, w chórach, tego samego jest zdania. Ja Olesia podziwiam: co to za geniusz! Pomyśl tylko Andziu, taki okrzyczany Królikowski grał tylko role grobowo-tragiczne, czasem, czasem i inne, ale nigdy nie bawił i nie śmieszył. Żółkowski znów śmieszył zawsze, świetnie śmieszył, ale nie pobudzał do płaczu — a przypatrz się Olesiowi! Dla niego wszystko jest możebne. Nieraz deklamuje coś tak okropnego, że aż mróz słuchających przechodzi; to znów odegra scenę czułą, romansową, tak ślicznie, że płakać się chce; a nagle, ani ztąd ani zowąd, twarz wykrzywi i zrobi się taki śmieszny, taki zabawny, że tylko za boki się trzymać i siadać ze śmiechu. Koledzy jego nazywają go małpą, i niech ci się nie zdaje, że on się o to obraża: przeciwnie, dumny jest z tego, bo w tem powiedzeniu przebija się i zazdrość i uwielbienie dla wyjątkowego geniuszu. Czy wiesz, że on każdego naśladować potrafi, staruszka, kobietę i dziecko, nawet ptaka lub zwierzę; dla tego dyrektorowie przepłacają go, bo każdą rolę zagra. On sam mi opowiadał, że w Kutnie grał Franciszka Moora w „Zbójcach“, we Włocławku „Romea“, w Kaliszu wojewodę w „Mazepie“, a w Turku, ponieważ tenor zachorował, on śpiewał w „Srebrnym puharze“, w „Zielonej wyspie“, w „Nietoperzu“ i bardzo dobrze śpiewał. Teatr się trząsł; chociaż to tylko w Turku, ale zawsze to zaszczyt niemały. Ja go podziwiam: co to za genialny chłopiec! urodzony artysta! Śpiewa ładnie, a gdy potrzeba tańczyć, to czy sądzisz, że sprowadzają baletnika — na co? Oleś jest tak wszechstronny, że dziesięciu baletników zakasuje. Zobaczysz. Poproszę mamy, żeby urządziła dla nas wieczorek. Przecież czasem można sobie na taki zbytek pozwolić; zaprosimy cię, przekonasz się sama, że takiego tancerza jak Oleś, w świecie poszukać. A jednak, gdy był dzieckiem, wcale się na to nie zanosiło.
— Ty, Maniu, dawno znasz p. Aleksandra — spytała Andzia.
— Czy go dawno znam? ależ od dziecka, toż to blizki nasz krewny.
— Brat cioteczny zapewne.
— Dokładnie nie wiem, ale chyba tak. Zdaje mi się, że jego matka i nasza matka były cioteczne siostry. Mama to wie dokładnie. Nam, jak wiesz, mówi on po imieniu, uważamy go jakby za brata; dość powiedzieć, że się całuje z nami na przywitanie. Jego rodzice już nie żyją; byli to ludzie niebogaci, ojciec zajmował stanowisko rządcy, czy leśniczego na wsi niedaleko Warszawy, i Olesia tu do szkół posyłał. Wtenczas, jeszcze w szkolnym mundurku, przychodził on do nas co niedziela na obiad, a dwa razy w tygodniu na lekcye. Mama nasza grać go uczyła.
— Ach, więc p. Aleksander kończył szkoły w Warszawie?...
— Co też ty mówisz Andziu? gdzieby taki artysta szkoły kończył! dobrze, że kilka lat tego piekła wytrzymał i to jakimś cudem szczególnym. Ja to rozumiem. My z Józią jesteśmy także artystki. Posyłała nas mama na naukę, więc trzeba było chodzić i uczyć się; ale jak to było ciężko! Zdawało się, że czas tej przeklętej pensyi nigdy się nie skończy... Ale z mamą żartów nie ma; powiedziała: „Macie się uczyć kozy jedne, sumogrady rozpróżniaczone!“ i trzeba było robić jak kazała. Ale my co innego, my dziewczyny, artystki wprawdzie, ale nie geniusze, on zaś chłopiec i geniusz. Powiedz sama Andziulko, czy z takim wyższym polotem i z talentem mógł długo wytrzymać przy jakiejś tam strasznie nudnej łacinie i algebrze? Naturalnie, że nie. Uciekł poprostu z klasy, nie wiem już której, i powiedział ojcu, że ma tej szkolnej mądrości dosyć, że mu już ona uszami wychodzi. Ojciec, jak zwykle ojcowie, gniewał się, podobno nawet chciał Olesia zbić, bo miał bardzo prędki temperament; lecz widząc, że nic nie poradzi, oddał go do ślusarza.
— Jak to? na rzemieślnika? — spytała Andzia zdumiona.
— Co chcesz, moja kochana? starzy ludzie miewają swoje uprzedzenia i dziwactwa.
— Chyba nie wiedział o talencie syna.
— Zapewne, że nie; ostatecznie uwziął się i na swojem postawił. Biedny Oleś! Wyobraź sobie, on, taki elegancik, taki zawsze wyświeżony, wychuchany, jak z pudełka wyjęty, musiał chodzić usmolony jak kominiarz, piec się przy ogniu, nosić żelaztwo. Było to ze strony ojca istotne barbarzyństwo! Ja wiedziałam, że chłopiec nie wytrzyma w takiem piekle, tembardziej, że i żywili go źle, i od czeladników miewał przykrości. Znosił to jednak, póki mógł; ale gdy już nie mógł, uciekł od majstra. Były przykrości, mama moja musiała się w to wdawać, i skończyło się na tem, że umieścili go u innego rzemieślnika, stolarza czy tapicera, bo już nie pamiętam. Powtórzyła się ta sama historya. Oleś znów uciekł, ale nie do rodziców. Poszedł dokąd ciągnął go talent i prawdziwe powołanie. Dostał się na prowincyę, poszedł do dyrektora teatru, i tak się umiał podobać, że go odrazu przyjęto i zaraz traktowano jak artystę. Nie przeszkadzał mu już nikt. Jeździł z aktorami od miasta do miasta, i wyrobił się na pierwszorzędnego aktora. Trwało to kilka lat; rodzice pomarli i Oleś został panem zupełnym swojej woli. Bardzo dobrze zrobił, ślicznie zrobił, że poszedł za głosem talentu, i zdaje mi się, że kiedyś będzie z niego znakomitość... chluba kraju, a może i świata.
— Powiedz mi, moja Maniu, dla czego p. Aleksander, mając taki talent, nie stara się występować w jakim dużym teatrze, choćby tu w Warszawie?
— A któż ci powiedział, że się nie starał? Próbował już kilka razy.
— No...
— Ach! moja droga! nie masz pojęcia, co się w świecie artystycznym dzieje! Intrygi, intrygi i intrygi! zazdrość. Miernota może się tam dostać, bo uznanym wielkościom nie zagraża — geniusz nigdy! Oleś starał się o występ i występował. Publiczność przyjmowała go najlepiej, ale te szkaradne gazety, ach! te gazety! Wiesz, to było oburzające! Napisali o nim, że nie umie mówić, nie potrafi się ruszać; nie umie chodzić po scenie, że dziesięciu liter nie wymawia, że roli nie chciało mu się nauczyć, że jest zmanierowany, krzykliwy, że łączy w sobie wszelkie wady prowincyonalnego aktora i nie posiada ani odrobiny zdolności. Powiadam ci, Andziu, że to było coś okropnego... ja płakałam czytając, a po przeczytaniu podarłam gazetę na drobne kawałeczki i wrzuciłam je w piec.
— Biedny p. Aleksander, dopieroż musiał rozpaczać! — rzekła Andzia z westchnieniem.
— On? wcale nie! Powiedział, że mało go obchodzą zdania ludzi, niemających najmniejszego wyobrażenia o sztuce, złośliwych, a może i skaptowanych przez kogo... Grywał dalej na prowincyi, gdzie go każdy dyrektor z największą wdzięcznością przyjmował. Teraz będzie grywał tu, w ogródku, przez całe lato. Spodziewam się, że go zobaczysz w jakiej lepszej roli. On tu dziś będzie; przyjdź Andziu, przyjdź koniecznie; poznasz go bliżej, przekonasz się jaki geniusz. Przyjdziesz?
— Postaram się, jeżeli dziś u nas nikt nie będzie.
— Ech! kto tam u was bywa! Twoja mama prawie nigdy gości nie przyjmuje, ty się nie bawisz, ludzi prawie nie widujesz...
Andzia dotrzymała słowa i wieczorem była u sąsiadek. Znakomity artysta deklamował i śpiewał. Andzia powróciła do domu w dziwnem usposobieniu. Była zamyślona, rozmarzona i przez całą noc oka zmrużyć nie mogła. Dopiero rano, gdy już słońce ozłociło Wisłę i wysokie wieże kościelne, usnęła.




III.

Pan Faramuziński kończył swą tualetę. Na wskazującym palcu umieścił złoty pierścień z ametystem, w czarny krawat wpiął brylantową szpilkę, skropił klapy od tużurka pachnidłem i wydobył z pudełka kapelusz najnowszy, zaledwie przed dziesięciu laty sprawiony, lśniący, czarny i wysoki.
Spojrzawszy w lustro, uznał, że jest ubrany bez zarzutu: bogato, jak przystoi na obywatela, posiadacza domu i kapitaliku; i elegancko, nawet z pewną pretensyą, jak powinien się nosić człowiek, umiejący walecznie bronić się zębom czasu kawaler, gotów każdej chwili stanąć przed ołtarzem z damą swego serca...
Właśnie do tej damy iść zamierzał, ale tym razem nie kierowały nim egoistyczne pobudki. Szedł w innej sprawie.
O uczuciach swoich tak stałych i niewzruszonych, postanowił podczas tej wizyty wcale nie wspominać.
Była to niedziela, godzina jedenasta przed południem. Znając obyczaje pani Klejnowej, dobrze wiedział, że tylko co powróciła z kościoła i nie wyjdzie z domu prędzej aż po obiedzie, to jest koło godziny drugiej lub trzeciej. Co do tego p. Faramuziński wątpliwości żadnej nie miał. Rozmyślał tylko nad tem, w jaki sposób na czas rozmowy z panią Klejnową, możnaby wyprawić Andzię, bo kwestya była ważna i wymagała porozumienia się sam na sam.
Zastał sąsiadkę w saloniku i samą.
— Rączki drogiej pani całuję, do nóżek upadam! — rzekł wchodząc.
Odpowiedziała mu jak zwykle, złośliwie:
— Dzień dobry panu, dzień dobry! Ale zdaje mi się, że możnaby już przestać padać w tych latach, bo trudno będzie się podnieść.
— Jak komu, pani łaskawa, jak komu. Ja, dzięki Bogu, jestem jeszcze dość zręczny.
— Szkoda, że teraz nie karnawał, miałby pan pole do popisania się ze zręcznością w tańcach.
— Przyjdzie i na to czas... Gdzież Andzia?
— Była ze mną w kościele, a teraz z panią Kubikową i jej córkami poszła do ogrodu Saskiego. Skarży się, biedaczka, że głowa ją boli...
— A to ślicznie, to doskonale, to się wybornie składa! Nie uwierzy pani, jak jestem zadowolony; żebym na loteryi wygrał, toby mnie tak nie ucieszyło.
— Czy pan już dziś po dobrem śniadaniu, czy co? — odrzekła z gniewem. — Cóż to znowu!? Dziewczynę głowa boli, a pan się z tego cieszysz? Co Andzia panu złego zrobiła?..
— Alboż ja co mówiłem?
— Przecież słyszałam na własne uszy.
— Nie! jak mi honor miły, pani nie zrozumiała mnie. Cieszę się, że Andzia wyszła, bo mam z panią do pomówienia o bardzo ważnej sprawie, i obecność Andzi przy tej rozmowie byłaby mi wcale nie na rękę.
— Cóż to za sprawa?
— Bardzo ważna, niezmiernie ważna, proszę pani.
— A o cóż idzie?
— O małżeństwo.
Pani Klejnowa wstała z krzesła.
— Niech mi pan raz da pokój. Wie pan, co o tem myślę, zdania nie zmieniłam i będę szczerze wdzięczna, jak pan sobie na zawsze te projekta z głowy wybije...
Faramuziński brwi zmarszczył i zrobił minę bardzo poważną.
— Przepraszam panią — rzekł — ale jak w tym razie, idzie o małżeństwo Andzi.
— Co?! Córkę mam wydać za pana! akurat! jeszcze czego? przypiął kwiatek do kożucha! Doprawdy panie Faramuziński, szczególnie dziwaczne pomysły pan miewa!
— Pani się mylisz, pani jesteś popędliwa, prędka, rozmowy z panią prowadzić nie sposób! Jak mi Bóg miły. Wprawdzie ja Andzię kocham, ja ją nawet bardzo kocham, ale przecież nie do tego stopnia, żebym się myślał z nią żenić. Ani mi się śniło coś podobnego. Pani bardzo dobrze wiesz o tem, z kim ja chcę się ożenić i z kim się ożenię, i wiesz pani, że ta osoba ma na imię nie Andzia.
— Nie wiem, wcale nie wiem.
— Wiesz pani! — rzekł stary kawaler ze złością.
— Wreszcie, dajmy na to, że wiem — odparła — ale ta osoba za pana nigdy nie wyjdzie.
— Zobaczymy!
— Zobaczymy!
Wstał z krzesła i zaczął szybko chodzić po pokoju.
— Koniec świata — mruczał — dalibóg koniec świata... do ładu dojść z tą kobietą nie sposób!..
— Ale — przerwała gospodyni — niechże się raz nareszcie dowiem, z czem pan przychodzi? i o co się pan złości?
— Z życzliwością przychodzę moja pani, z sercem! a gniewam się o to, że mi pani do słowa przyjść nie dasz. Nieboszczyk Ludwik zalecił mi, żebym opiekował się panią i Andzią, a chciałbym to spełnić, chciałbym wam nieba przychylić, cały mój majątek, a gdyby było potrzeba, krew i życie oddałbym dla was. Ale cóż? jak jestem za to traktowany? Ja do pani z sercem, a pani do mnie poprostu z miotłą! Fe, wstyd! nie godzi się tak.
— Przepraszam pana, obrazić nie miałam zamiaru; ale sądziłam, że pan znowuż o tamto...
— Tamto swoją drogą, a to z czem dziś przyszedłem swoją, ale ogólnie powiadam, że pani mnie zawsze źle traktujesz... O wszystko się pani spierasz, o najmniejszą rzecz się pani gniewasz, straszne rzeczy pani ze mną wyrabiasz! Ja co rok choruję i na jakąż to słabość?! Czy na katar, na kaszel, na migrenę, jak ludzie? Wcale nie! Ja chory bywam na dach pani Klejnowej, na dom pani Klejnowej, na jej lokatorów, na jej meldunki, teraz zapadłem na Andzię, a że sama pani Klejnowa do grobu mnie wpędzi, to nie ulega najmniejszej wątpliwości...
Odetchnął, otarł czoło fularem i spojrzał na przedmiot swoich westchnień ze szczerym żalem i wymówką.
Klejnowa przemówiła do niego łagodnie:
— Niesprawiedliwie mnie pan sądzisz, panie Faramuziński. Wiem coś pan wart i oceniam pańską przyjaźń, mam dla pana więcej życzliwości i szacunku niż myślisz, a że czasem się rozgniewam, to trudno. Takie moje usposobienie, prędka jestem, pan o tem wiesz i powinieneś mi nie jedno wybaczyć.
— A ma się rozumieć, że jak pani się do mnie po ludzku odezwie, to nietylko wybaczę, ale sam przeproszę i w rączkę pocałuję.
— Więc zgoda?
— Zgoda, najdroższa moja paniusiu, najśliczniejsza pani Michalino, zgoda, zgoda na całe życie!
— Puść-że pan moją rękę, bo znów się rozgniewam; przyczepiłeś się pan do niej jak pijawka, do czego to podobne!
— No, już... już... moja pani, już nie będę... tylko jeszcze jeden raz, ostatni, słowo honoru!
— Ej panie Faramuziński... bo...
— Nie grozić, nie straszyć, nie przerażać!... i tak masz mnie pani na sumieniu... Mój Boże, tyle marzeń, tyle westchnień, tyle złudzeń i tyle lat... Zdaje się, że gdybym przed Karasiem stanął i do żelaznego Kopernika tak długo przemawiał, toby mi przecież chociaż raz głową kiwnął.
— Mieliśmy mówić o Andzi, panie Faramuziński.
— A tak, paniusiu moja — odrzekł z westchnieniem — tak jest, o Andzi. Po to przyszedłem umyślnie. Czy pani pozwoli mi zapalić cygarko?
— Pozwolę, ale zaczekaj pan. Jestem trochę głodna i pan zapewne jeszcze nie po śniadaniu.
— A nie.
— Więc przyszykuję jaką przekąskę.
Wyszła do przedpokoju, który zarazem i za jadalnię służył, i zaczęła się krzątać koło stołu.
Faramuziński ścigał ją wzrokiem i półgłosem mówił do siebie:
— Jaka ona ładna! jaka ona jeszcze ładna!
— Co pan opowiada? — spytała.
— Nic, proszę pani... to jest, właściwie mówiłem, że pogoda dziś prześliczna...
— Przecież byłam na mieście... wiem. Proszę pana, czem chata bogata... Mam tu i nalewkę, ale nie wiem czy do gustu przypadnie... słodka i nie mocna...
— Tu mi wszystko do gustu przypada... — odrzekł.
— Zaciekawił mnie pan co do Andzi...
— Rzecz istotnie ważna... Mam konkurenta dla niej.
— Konkurenta! Taka młoda, doprawdy żalby mi było rozstawać się z nią.
— Wierzę, wierzę, kochana pani; ale cóż robić? prędzej czy później zamąż trzeba ją wydać; idzie tylko o to, żeby wydać dobrze i szczęście jej zapewnić.
— Kogoż pan ma na myśli?
— Siostrzeńca mego, Franciszka Kacperkiewicza. Zna go pani przecie...
— Znam, przystojny chłopiec...
— To nie dość, moja pani, nie dość, że przystojny, ale uczciwy, z dobrem sercem, pracowity, porządny młodzieniec co się zowie. Garbarz wykwalifikowany, a trzeba pani wiedzieć, że to fach doskonały. Taki rzemieślnik, jeżeli pracowity, biedy nigdy nie zazna, owszem, dorobi się. Przytem chociaż mój Franek rękami pracuje, ale umysłowo zaniedbany nie jest... w towarzystwie potrafi się znaleźć... Książki lubi czytać, gładki chłopiec.
— Zkąd panu ten związek na myśl przyszedł?
— To cała historya, proszę pani. Zakochał się chłopak po same uszy, i męczy mnie, żebym koniecznie z panią się porozumiał i pozwolenie bywania u państwa mu wyjednał... Powiada: „Wujaszku! niech mi wolno będzie o pannę Annę się starać, bo ja bez niej żyć nie mogę...“ Słyszy pani... żyć nie może! Szelma chłopak, widocznie w wujaszka się wdał! Powiada: „Ja nie chcę, żeby pani Klejnowa sądziła, że za majątkiem gonię. Kamienicy nie pragnę, posagu nie żądam, niech mi pannę Annę w jednej sukience dadzą, ja zapracuję na nas oboje... Mnie pryncypał lubi, pensyę mi podwyższy, będzie chleba dość...“ A ja na to: „Głupi jesteś! nie potrzebujesz łaski pryncypała, bo masz wujaszka, który kocha i ciebie i Andzię!“ On mnie w rękę, a ja powiadam: „Za pozwoleniem, jeżeli wolno ci będzie tam bywać, jeżeli pokochacie się i pobierzecie z Andzią, to ja wam dam pieniędzy, założysz fabrykę i będziesz sam pryncypałem, a po mojej śmierci dom będzie wasz, to jest twój i Andzi.“ On mnie znowuż w rękę, ale niech mi pani wierzy, że nie obietnica fabryki i domu tak go ucieszyła, tylko myśl o ślicznych oczach Andzi. Ja go znam, to mój nieodrodny siostrzeniec: jak kogo pokocha, to już prawdziwie na całe życie... tylko — dodał ciszej — może on będzie szczęśliwszy w miłości niż ja...
Pani Klejnowa zamyśliła się.
— To, co pan mówi — rzekła — warto bliższego zastanowienia się...
— Chociaż raz w życiu przyznaje mi pani słuszność! Warto, jak mi Bóg miły, warto! Chłopak ze złotem sercem, zacności, uszczęśliwi Andzię. Pył będzie przed nią zdmuchiwał, dostatkami ją otoczy... Ja za niego ręczę, jakby sam za siebie... Więc ostatecznie, moja droga pani, cóż mu powiedzieć?...
— Niech bywa.
— I niech ma nadzieję? czy tak?
— O! zaraz nadzieję! może dziś jeszcze zaręczyny wyprawić i intercyzę spisać, posag przygotować! Powoli panie, powoli... Niech bywa, niech da się poznać, niech się stara pozyskać przychylność Andzi... Na teraz tyle tylko pozwalam, a co będzie dalej, zobaczymy...
— Będzie dobrze — rzekł Faramuziński, zacierając ręce, — doskonale będzie! Ja w to wierzę. Tak, droga pani. Rozpoczynamy konkury, formalne konkury, z wizytami, bukietami, prezencikami, wycieczkami za miasto! I droga moja pani przytem się trochę rozerwie i ożywi.
— Nic mi po rozrywkach. Wiadomo panu, że kiedy byłam młodą, nie ubiegałam się za niemi, a cóż dopiero teraz, na starość.
— A na miłość bozką! nie grzesz pani, nie bluźnij! — przerwał Faramuziński z gniewem. — Starość! starość, proszę ja kogo! także starość! Toć pani wyglądasz dziś jak najwspanialsza róża, centyfolia, w całym przepychu wdzięków i rozkwitu; jak najpiękniejszy kwiat!
— Panie, przypominam, że mieliśmy mówić o Andzi...
— Ja już powiedziałem co było trzeba.
— W takim razie rozmawiajmy o dachu, o czem pan chcesz, byle nie o różach i wdziękach, bo ja tego słuchać nie lubię.
— Zawsze ta sama, zawsze jednakowa! — odrzekł, kiwając głową. — Ale niech i tak będzie, skoro inaczej nie można... Idę już, i w tych dniach siostrzeńca przyprowadzę. Do widzenia tedy, rączki całuję, do nóżek upadam mojej drogiej, kochanej, najpiękniejszej.
W chwilę po wyjściu Faramuzińskiego, powróciła Andzia. Była ożywiona niezmiernie, twarzyczkę miała zarumienioną, oczy błyszczące. Na ustach drobnych, ładnie narysowanych, błądził uśmiech.
Wbiegłszy do pokoju, rzuciła się matce na szyję, z przymileniem, z pieszczotą.
— Czy ci lepiej na głowę? — spytała pani Klejnowa.
— Już mnie wcale nie boli. Spacer pomógł mi jak najlepsze lekarstwo! Żeby mateczka wiedziała co osób w ogrodzie! przecisnąć się trudno; a jakie elegancye, jakie stroje! Pogoda prześliczna, można powiedzieć, że cała Warszawa wyległa na ulice! a co to będzie wieczorem! Ja myślę, że w Alejach, w Botanicznym, w Dolinie tłumy się zbiorą, bo doprawdy w taką pogodę grzech siedzieć w domu. Wie mateczka, że ja mam na dzisiejszy wieczór pewien projekt, i jeżeli się mateczka zgodzi na niego, to powiem, że dzisiejsza niedziela jest najpiękniejszym dniem w całym roku.
— Ho, ho!... ciekawa jestem, co to za projekt?...
— Żeby mateczka była tak dobra, a chciała się na to zgodzić, to poszłybyśmy do teatru.
— Byłyśmy przecież onegdaj.
— Onegdaj! to już tak dawno! Zapomniałam nawet co grali. Ach! mateczko nie sądź, że namawiam na Teatr Letni, na drogie bilety. Nie, ja wiem, że moja matusia nie lubi pieniędzy wydawać, ale trafia się taka okazya, że dziś zabawić się możemy bez kosztu.
— A to jakim sposobem?
— Pójdziemy do ogródka. Pani Kubikowa ma lożę i zaprasza nas. Zdaje mi się, że nawet nie wypada odmówić. Powie, że gardzimy jej grzecznością.
— Kubikowa ma lożę! Andziu, chyba się tobie śni! Taka zabiegła kobieta, taka mrówka, taka oszczędna, że nim grosz wyda, to go wpierw piętnaście razy obejrzy, wydałaby kilka rubli na lożę? Mów co chcesz, ale ja w to nie uwierzę. Chyba, że jej kto dał w prezencie.
— Bardzo być może, nawet zdaje mi się, że tak, bo wspominała coś...
— Ach! jestem w domu! — zawołała pani Klejnowa — już wiem. To pewnie jej przyjemny kuzynek, sławny nicpoń, łobuz i urwipołeć, który przywędrował podobno z aktorami i grywa w jakimś ogródku, uszczęśliwił biletem ciotunię i siostrzyczki, które chcą się znów z nami tą rozkoszą podzielić.
Andzia zmarszczyła brwi i pobladła.
— Dla czego mateczka nazywa p. Aleksandra urwipołciem i nicponiem? Przecież to artysta...
— Ha! ha! ten wisus artysta! Może jeszcze powiesz, że znakomity?!
— Kto wie...
— Znam ja go, moja Andziu, jak zły szeląg. Przychodził czasem do Kubikowej — i nigdy schodami, jak człowiek nie powracał.
— A którędyż?
— Zsuwał się po poręczy aż na dół, a przytem krzyczał, wrzeszczał, śpiewał, świstał, darł się jak opętany. Nieraz wybiegałam przerażona do sieni, sądząc że pożar w kamienicy, a to ten kochany laluś wyprawiał harce. Nie, moja Andziu, tego mi nie potrafisz wytłómaczyć, żeby taki wisielec mógł być artystą, do tego jeszcze znakomitym!
— Ja też nie chcę mamy przekonywać — rzekła Andzia, uważając, że lepiej będzie inny obrót nadać rozmowie, — ale do teatru pójść mam wielką ochotę. Moja mateczko, mamunieczko, moja najdroższa! daj się namówić... i pójdziemy...
— Jeżeli ma ci to zrobić przyjemność...
— Ależ wielką, niesłychaną!
— W takim razie pójdę, chociaż prawdę powiedziawszy, wolałabym w domu pozostać, położyć się wcześniej.
— Wie mateczka — zawołała po chwili — jeżeli mama chce się dziś wcześnie położyć i wypocząć, to właściwie przeszkody żadnej nie ma. Ja mogłabym pójść w towarzystwie pani Kubikowej i jej córek, i z niemi razem powrócić. Idzie tylko o to, czy mama nie będzie miała nic przeciwko temu...
— Nie. Cóżbym mieć mogła?
— To wybornie. My się zawsze z moją kochaną matuchną potrafimy porozumieć. Może mamie w czem pomódz? — zapytała.
Dziękuję ci, moja Andziu, nic mi nie trzeba. Wszystko mam przygotowane i za pół godziny będzie obiad.
Andzia pobiegła do sąsiadek, ażeby im oznajmić, że z zaproszenia skorzysta i do teatru towarzyszyć im będzie. Przy obiedzie była w doskonałym humorze, śmiała się nieustannie, zabawiała matkę rozmową, ale ukradkiem, nieznacznie, coraz to spoglądała na zegar.
Zdawało jej się, że stary czasomierz zepsuł się, i że ruch jego wskazówek jest zanadto powolny; a przecież był to bardzo regularny zegar, antyk francuzki, nabyty ongi przez nieboszczyka Klejna. Od lat dwudziestu kilku wskazywał on godziny w tym domu, ustawiony na mahoniowej konsoli, przykryty dużym kloszem szklanym. Przez cały ten długi przeciąg czasu ani razu w ręku zegarmistrza nie był, i wybijał godziny i kwandranse dyskretnie, głosem mile dźwięcznym, lecz przyciszonym. Widocznie dla wielkich panów go zbudowano.
Dziś, w oczach Andzi, piękny antyk wydawał się szkaradnym, rozklekotanym gratem, który dawno należało sprzedać, lub podarować komu.
— Mateczko — rzekła — zdaje mi się, że ten zegar się popsuł.
— Zkądże to wnosisz?
— On się fatalnie spóźnia! i niema się czemu dziwić. Pan Faramuziński mówił, że to antyk, że ma przynajmniej sto lat, a trudno wymagać, żeby po stu latach mógł być jeszcze zdatny go użytku. Doprawdy, mogłaby mateczka kupić nowy. Teraz są modne regulatory, ładne i nie drogie. Albo wie mama co? niech mama kupi zegar z kukułką, jak u emeryta na drugiem piętrze. Będzie weselej w mieszkaniu.
— Żadnego nie kupię, bo ten jest jeszcze bardzo dobry.
— Mówię mateczce, że się późni.
— No to przekonaj się: na toalecie leży mój zegarek, który doskonale chodzi, a masz przecież i swój własny.
Andzia pobiegła i wróciła trochę zawstydzona.
— Powaryowały dziś te zegary! — rzekła, — wszystkie jakby się zmówiły na jedno.
Książka, za pomocą której dziewczyna czas skrócić pragnęła, wczoraj jeszcze niesłychanie zajmująca i przerwana w najciekawszem miejscu, na rozdziale, w którym lord Wiliam Fitzmitzhave, przed siedmiu laty podczas rozbicia się okrętu na Oceanie Spokojnym utopiony, według zeznania marynarzy pożarty razem z sakwojażem i kapeluszem przez rekiny, wylądował w Plymoucie, aby odzyskać swoje dziecko i żonę, która wyszła już za mąż, jako wdowa, za wice-admirała hiszpańskiego — dziś wydała się Andzi niesłychanie nudną. Nie interesował jej już ani cudownym sposobem ocalony lord, ani zazdrosny hiszpan, ani zrozpaczona lady, ani pojedynek na wybrzeżu morskiem — nic.
Najpiękniejsze efekta były dla niej stracone; czytała machinalnie, bez wrażenia, nie zdając sobie sprawy z treści, może nawet nie rozumiejąc o co chodzi. Przewracała kartkę za kartką, a kiedy doszła do ostatniej, na której znajdował się napis: „koniec tomu czwartego i ostatniego“, odrzuciła książkę z niechęcią i znowu spojrzała na zegar.
Francuzki antyk wskazywał kilka minut po czwartej. Andzia zaczęła przeglądać żurnale mód. Rysunki sukien i kapeluszy zajmowały ją może więcej niż przygody lorda, ale nie tak bardzo jak zawsze, nie przykuwały jej uwagi. Myśl jej była daleko, a główka pracowała nad rozwiązaniem zagadki: dla czego widowiska teatralne w ogródkach zaczynają się dopiero o godzinie ósmej wieczorem, kiedy z równym pożytkiem dla sztuki i dla spragnionej wrażeń publiczności mogłyby się zaczynać o szóstej?
Że też nie znajdzie się człowiek, któryby ten dziwmy obyczaj zreformował...
Andzia układa sobie w myśli, jak się ubierze. Ma kilka sukienek modnych, nowych i bardzo ładnych, ma też i dwa kapelusze, i to nie własnej roboty, ale oryginalne, z magazynów. Jeden kupiła na Długiej, drugi na Freta. Ten ostatni z kwiatami i ptaszkiem, najświeższego fasonu; był nawet bardzo kosztowny. Magazynierka żądała za niego sześć rubli, i po długim, długim targu, wzięła pięć bez dwóch złotych. Drogo, bo drogo, ale też zapewniała i przysięgała się na wszystkie świętości, że to jest model z Paryża, i że tylko po znajomości odstąpiła go za tę cenę. Otóż Andzia postanowiła wystroić się właśnie w ten model. Suknię weźmie nie popielatą, jak postanowiła rano, i nie granatową, jak zadecydowała podczas obiadu, lecz czarną, albo... nie. Stanowczo czarną. Czarna jest najlepiej zrobiona ze wszystkich, doskonale leży i ma ozdoby z dżetów. Do tego będzie parasolka nowa, rękawiczki nowe, i ponieważ wieczorem może być chłodno, więc leciutkie okrycie na rękę.
Podczas ubierania się, decyzya ulegała jeszcze wielokrotnym modyfikacyom i poprawkom; suknia popielata i granatowa były wyjmowane z szafy i przymierzane, ale w obec zalet czarnej, poszły napowrót na kołek.
O siódmej Andzia gotowa już do wyjścia, zapinała rękawiczki, a matka patrząc na nią, pomyślała, że siostrzeniec Faramuzińskiego ma gust, i że długo szukaćby musiał, chcąc znaleźć równie ładną dziewczynę nietylko na tej ulicy, ale nawet w całej parafii Panny Maryi.
— Oby jej Bóg dał tyle szczęścia ile urody! — pomyślała w duchu...
Andzia rzuciła się matce na szyję.
— Do widzenia mateczko — rzekła. — Proszę być o mnie spokojną.
— Czemu ty się Andziu tak śpieszysz? Dopiero siódma dochodzi.
— O mateczko! nim zajdziemy, upłynie kawałek czasu. Podobno śliczną sztukę dziś grają, nie chciałabym się spóźnić...
— No idź, idź kochanie.
Andzia pobiegła do sąsiadek.
Pani Kubikowa już była w całkowitym rynsztunku. Wysoka, niezmiernie szczupła, w kapeluszu pod brodę zapiętym, w wielkim szalu francuzkim zarzuconym na kościste ramiona, wyglądała jak na sztorc postawiona deska, na którą narzucono kawał materyi w jaskrawe palmy i kwiaty. Szal dość mięsisty i ciężki drapował się na niej dziwnie jakoś gładko, bez fałdów, jakby go na niej powieszono, ażeby wysechł po deszczu, lub aby się przewietrzył.
— O, tak, to rozumiem — rzekła pani Petronella, ujrzawszy Andzię, — Andzia to jest panienka punktualna, ubierze się na czas, bez żadnego zachodu i wygląda jak żurnal — nie tak jak moje.
— Alboż Mania i Józia jeszcze nie gotowe?
— Także! Wołałam już od godziny, że czas, ale jak się zaczną czesać, pudrować, sznurować...
— Mają przecież takie śliczne figurki.
— Ma Andzia słuszność. Prześliczne! zachwycające! Kość z pieczeni cielęcej ma kubek w kubek taką samą figurkę jak one. Zdrowie już straciłam, kłócąc się o te stroje.
— Przecież trzeba się ubierać jak wszystkie — odezwała się nieśmiało Andzia.
— Zapewne, ale dzisiejsza moda cudaki z was robi. Jakieś dodatki, turniury, kto to kiedy widział! Jesteście młode, więc ubierajcie się modnie. Co do mnie, kłaniam uniżenie i powiadam, że takiego dziwoląga, takiego sumograda za nic na świecie nie przyczepiłabym sobie do ubrania. No, panny! długo tam jeszcze? Andzia już od godziny czeka.
— Zaraz, mamo, w tej chwili — odezwały się dwa piskliwe głosiki; — już kapelusze wkładamy...
— Słyszy Andzia — rzekła pani Petronella, — co za cudowny pośpiech! one już są w kapeluszach! Osobliwość, słowo daję! Teraz gotowa jestem założyć się, że Mani pięciu guzików u rękawiczek brakuje.
— Tylko dwóch mamo — odezwał się głos z drugiego pokoju — i właśnie pierwszy kończę przyszywać.
— Powiedziałam! Niechże Andzia siądzie, bo jak im się teraz różne haftki i kokardki zaczną obrywać, to jeszcze przeczekamy z godzinkę...
Wbrew przewidywaniom pani Petronelli, panny ukazały się niebawem. Blade ich twarzyczki kryły się pod skrzydłami szerokich kapeluszy, w zgrabnie skrojonych sukniach wyglądały wcale dobrze.
Z wesołą rozmową i śmiechem puściły się naprzód! pani Petronella poważnie kroczyła za niemi.
Na ulicach było gwarnie, tłumno. Wszędzie pełno ludzi, przecisnąć się trudno. Prawdziwe dzieci Warszawy, szczególniej ze starych jej dzielnic, przyzwyczajone do chodników wązkich i uliczek ciasnych, lubią tłum. Szczupła panienka przeciska się przez zwarte szeregi ludzi, wchodzi śmiało w gromadę tam, gdzieby barczysty i krzepki wieśniak się nie odważył. Na wielkich nabożeństwach w katedrze, gdzie zdaje się na wetknięcie szpilki miejsca nie ma, przeciśnie się do samego ołtarza; na procesyi Bożego Ciała zdobędzie najlepsze miejsce, na Powązkach w dzień Zaduszny, wśród wielotysiącznej gromady, przepłynie jakoś szczęśliwie przez wązką bramę cmentarną... i szczęśliwa, zadowolona, dumna jest ze swoich tryumfów, a powróciwszy do domu, opowiada z zapałem:
— Co też było ludzi, jaki ścisk! myślałam, że mi wszystkie żebra połamią!
Rzeczywiście, czasem łamią, ale ponieważ nie wszystkim się to trafia i nie codzień, więc przy zdarzonej okazyi prawdziwa Warszawianka znów się stawia, znów się zręcznie przez gromady ludzi przepycha, i cieszy się, że jej omało nie zadusili.
Jak dla ptaka przestworze powietrza, dla zwierza gęstwina leśna, jak woda dla ryby, tak dla warszawianki tłum zdaje się być najmilszym żywiołem.
Andzia, blade dziewczyny i pani Petronela szły szybko, przeciskając się wśród ludzi z największą zręcznością.
W ogródku, jak zwykle przy święcie, było pełno. Wszystkie stoliki oblężone; pomiędzy gośćmi uwijali się garsoni w zatłuszczonych frakach i dziewczyny usługujące, z talerzami, szklaneczkami i kuflami.
Zawzięci i prawdziwi amatorowie sztuki, którzy przyszli napawać się pełnym okropności melodramatem za całą złotówkę, zwartym szeregiem otoczyli krzesła, i czekali z upragnieniem rychło się sztuka rozpocznie.
W krzesłach było pełno; loże wszystkie zajęte.
— Zawsze tak, gdy on występuje — szepnęła Mania do Andzi. — Publiczność przepada za nim.
Podniosła się wreszcie kurtyna. Grano odwieczny melodramat francuzki, pełen okropności i mordów. Kuzyn pani Kubikowej występował w roli szlachetnego, a prześladowanego przez losy młodzieńca. Kochał piękną dziewczynę, tę mu wydarto, chciał mścić się swej krzywdy, lecz przeciwnicy byli silniejsi, zginął więc w walce, a ostatnie jego wyrazy były pożegnaniem dla ukochanej.
Jak on oświadczał miłość dla swojej wybranej! jak rozpaczał po jej stracie, jak walczył, jak umierał — o tem możnaby dużo powiedzieć. — Andzia jednak była zachwycona. Oczu nie odrywała od sceny, a każdy oklask dany artyście napełniał ją dumą i radością.
Najmniej zachwytu okazywała pani Petronela; otulona w swój szal francuzki, przymykała oczy, i co chwila pytała córek, jak daleko do końca??..
— Mama nic nie uważa — odezwała się Józia.
— Owszem, dosyć uważam.
— Prześliczna sztuka!..
— Cokolwiek za długa. Panowie którzy urządzają teatr, powinniby pamiętać, że każdy ma swoje zatrudnienia i potrzebuje się wyspać...
— Przecież czasem trzeba się i zabawić...
— Taka zabawa!! Ciągle się tylko kolą i zarzynają jak w szlachtuzie!
— Co też mama najlepszego mówi? przecież to znakomity dramat, a dla nas interesujący tem bardziej, że w nim Oleś zbiera ogromne tryumfy.
— Jaki Oleś?
— No, Oleś — nasz kuzyn. Czyż mama nie zna Olesia?
— Znam — ale go tu nie widzę.
— Niepodobieństwo! Główny bohater sztuki; ten właśnie, który przysięga w tej chwili, że jest niewinny.
— A to sumogrado!
— Że też go mama nie poznała!
— Mam krótki wzrok i każdy z tych komedyantów wydaje mi się jednakowy.
— Nie wszystkim jednak dają takie oklaski.
Rzeczywiście oklasków mu nie szczędzono. Artysta, wiedząc jakich mieć będzie słuchaczy, a może chcąc olśnić Andzię, względem której powziął pewne zamiary, wpuścił do ogródka, ma się rozumieć darmo, ze czterdziestu urwisów, a ci po każdem jego odezwaniu się robili taki wrzask i łomot, że można było mniemać, że cała publiczność entuzyazmuje się niezwykle. Oklaskom owych chłopaków towarzyszyły wnet brawa od tej publiczności zawziętej, która się za krzesłami na „stojących miejscach“ lokuje; piwosze rozweseleni przy kufelkach także krzyczeli brawo, sami nie wiedząc za co i dla czego, a wszystko to razem wzięte tworzyło burzę oklasków, która imponowała Andzi. Artysta wielki w jej oczach, teraz wydawał się geniuszem, który nietylko ją jedną, ale wszystkich elektryzować potrafi.
Po skończonem widowisku, nim pani Kubikowa z córkami i Andzią zdołały lożę opuścić, Oleś, któremu rola pozwoliła zejść ze sceny na dziesięć minut przed końcem sztuki, przebrawszy się pośpiesznie, oczekiwał przy wyjściu.
— Obiecałem odprowadzić ciocię i panie — rzekł z ukłonem, — stawiam się na słowie.
— Ślicznie dziś grałeś — odezwała się Mania.
— Znakomicie, zachwycająco! — potwierdziła Józia, — i trzeba przyznać, że miałeś ogromne powodzenie.
— Tak sobie — odrzekł artysta z miną człowieka, który jest już przesycony i znudzony objawami uwielbienia ze strony ziomków.
— Mój Boże! — odezwała się Andzia — pan sobie nic nie robi z tych oznak zachwytu?
— Proszę pani — odrzekł półgłosem, — czasem jedno słówko daje więcej zadowolenia, aniżeli okrzyki tłumu.
Andzia spuściła oczy.
— Olesiu — odezwała się pani Petronela, — powiedz mi, ile też ci płacą za to komedyanctwo?
— Ach! jaka mama prozaiczna! — zawołała Mania. — Chłopiec tylko co ze sceny zeszedł, jeszcze rozentuzyazmowany, pod wpływem gry i powodzenia, a mama pyta: ile mu za komedyanctwo płacą? Przecież Oleś nie jest komedyant, lecz artysta!
— Proszę! nie wiedziałam.
— Mama także jest artystką muzyczną, a nikt nie nazywa mamy podwórzową harfiarką.
— A cóż tak obstajesz za Olesiem? Czy go nazywam komedyantem, czy artystą, na jedno wyjdzie! był, jest i będzie sumogrado; uczyć się nie chciał, ojca nie słuchał... Mógłby być do tej pory człowiekiem, a jest niewiadomo czem. Bardzo cię proszę, nie ciągnij mnie za rękaw; prawdomówna jestem, i czy w oczy, czy za oczy, nietylko jemu, ale i każdemu śmiało powiem, co mam na myśli.
— Ależ mamo, on słyszy — szepnęła Józia.
— To bardzo dobrze. Od tego ma uszy.
Obawa Józi była płonna. Ostatnie wyrazy wypowiedziane przez matkę, nie doszły do ucha artysty. Towarzyszył on Andzi i wysunął się razem z nią o parę kroków naprzód.
— Czy wolno podać pani ramię? — zapytał z przesadną grzecznością.
Andzia przyjęła w milczeniu.
— Pan musi być bardzo zmęczony, po odegraniu takiej trudnej i dużej roli? — zapytała.
— Ale gdzież tam! Ptak swobodnie buja w powietrzu, a artysta jest w swojem żywiole, gdy stąpa po deskach scenicznych, a ja, proszę pani — dodał ciszej, — grałem w wyjątkowo pomyślnych warunkach i byłem bardzo, niewypowiedzianie szczęśliwy.
— Z oklasków?
— O nie... cóż tam oklaski! mam ich codzień aż do znudzenia. Byłem szczęśliwy i dumny, gdyż patrzyły na mnie oczy... jedne, jedyne, które od razu poznałem ze sceny, bo jaśniały jak gwiazdy. Dla nich też tylko grałem... dla tych oczu... Pani zdaje się tego nie rozumieć... a jednak... a jednak... niekiedy bywają w życiu takie zdarzenia, że od razu, jak z drobnej iskierki pożar... z jednego spojrzenia w sercu powstaje wulkan... Bywają chwile, że cała dusza od razu wstrząśniona... złamana, albo nad wszelki wyraz szczęśliwa, tonie w przestworzach marzenia... i wyrywa się, chcąc rozkuć pęta konwenansów, przesądów i paść jak długa do stóp ubóstwionej i wybranej istoty...
Andzia, drżąc ze wzruszenia, słuchała tych słów nie mających sensu, ani związku; pod wrażeniem, ani analizować ich, ani zastanawiać się nad niemi nie mogła, i może nie rozumiała nawet pojedynczych wyrazów — chwytała tylko dźwięki ich przyciszone, śmiałe, namiętne, upajała się niemi. Serce jej nigdy jeszcze nie uderzało tak gwałtownie, nigdy rumieniec żywszy nie wykwitał na jej twarzyczce młodziutkiej.
Wdzięczna była niejasnym latarniom za to, że w skąpem ich świetle łatwiej mogła pomieszanie swe ukryć, wdzięczna wietrzykowi nocnemu, który chłodził jej skronie rozpalone i żywemi falami krwi młodej tętniące... A towarzysz jej głos coraz bardziej zniżając, szeptał jej prawie do samego ucha, kommunały o duszach pokrewnych, o sztuce, o miłości, o życiu pełnem wrażeń i zachwytów, o zentuzyazmowanych tłumach, ścielących kwiaty pod stopy wybranych swych ulubieńców... Nareszcie głośniej już nieco, niby zwracając nagle na inny przedmiot rozmowę, zapytał:
— Czyby też pani mogła polubić artystyczne życie?
— Dla czego się pan o to pyta?
— Bo przeczuwam w pani wielki talent, bo jakiś głos wewnętrzny mówi mi, że pani zostaniesz gwiazdą pierwszego rzędu, że elektryzować będziesz massy... czarować je wejrzeniem i głosem.
Nim Andzia na odpowiedź się zdobyła, stanęli u bramy.
Pani Petronela kościstą dłonią ujęła rączkę od dzwonka i szarpnęła nią kilka razy niecierpliwie.
— Ach ten sumogrado Józef! — rzekła — pewnie się strąbił i każe nam wyczekiwać pod bramą.
Po kilku minutach klucz ciężki zgrzytnął w zamku, artysta ucałował rękę ciotki, kuzynkom się ukłonił, a Andzi podał rękę w milczeniu. Zdawało mu się, że rączka jej ścisnęła dość mocno jego palce.
Odszedł zadowolony niezmiernie.
— Kokosowy interes... kokosowy! — mówił sam do siebie. — Będę miał śliczności żonę i śliczności aktorkę; chałupę mamy Klejnowej zaraz sprzedam, bo co mi po niej? honorów obywatela miasta Warszawy nie pragnę; kupię dekoracye, bibliotekę, kurtyny, założę własną budę, i jazda w świat! Dość już wysługiwania się; sam sobie dyrektorem będę, a z taką ładną żoną i takiemi pieniędzmi, jakie ona mieć może, karyera pewna... Może pani mama będzie robiła jakie subiekcye, może nie zechce dać córeczki i groszy... Głupstwo! alboż nie grałem Romea we Włocławku. Córeczka pójdzie za mną, jako żoneczka, a grosze za nią, boć jej matka nie wydziedziczy... W czepku się rodziłem — w czepku!
Zaśpiewał wesołą aryjkę i puścił się Zjazdem ku mostowi. Chciał być sam, orzeźwić się powietrzem, uporządkować myśli chaotycznie cisnące się do głowy... Biegł szybko, instynktownie może uczuwając potrzebę ruchu i fizycznego zmęczenia.
Biegnąc, jakby go kto gonił, potrącił dwóch ludzi, od strony mostu w górę idących. Byli tak zajęci rozmową, że wcale nie zważali na niego! on również na nich nie spojrzał... Cóż go obchodzić mogli jacyś dwaj zapóźnieni spacerowicze, jego, genialnego artystę, w niedalekiej przyszłości dyrektora teatru, męża zachwycającej żony! A jednak ci ludzie także o Andzi myśleli i rozmawiali.
Faramuziński to szedł z siostrzeńcem swoim, Franusiem, jak go pieszczotliwie nazywał. Z powodu wielkich pomyślności, jakie ich obu w tym dniu spotkały, stary kawaler hulać postanowił. Udali się więc zaraz popołudniu na Kępę, zkąd powracali lądem i pieszo, aby apetytu nabrać i w ogródku dzień sutą kolacyą zakończyć.
— Śliczny to dzionek — mówił wujaszek do siostrzeńca — śliczny jak rzadko. Szampanem by go oblać należało, a przynajmniej dobrem piwem, wprost z lodu... Pani Michalina pozwoliła ci bywać, o Andzię się starać, a dla mnie, słuchaj Franek, dla mnie była dobra, jak nigdy! Czy ty wiesz, czy wiesz — mówił głos zniżając — żem ją dziś wycałował po rękach! Jak mi honor miły — i nie bardzo się nawet broniła.. Czy ty wiesz, czy wiesz, Franek, że ona miała dzisiaj w oczach coś, co opowiedzieć się nie da, coś dziwnie słodkiego i łagodnego. Ja nadziei nie tracę. Pomyślno chłopcze, jak będziemy żyli! Hę? Jak królowie! Ty weźmiesz córkę i będziesz szczęśliwy, ja wezmę matkę i będę jeszcze szczęśliwszy. Dwa domy pełne szczęścia! rozumiesz ty Franek, co to jest?
— A jeżeli nas nie zechcą? — wtrącił siostrzeniec.
— Nie gadaj — zechcą i wezmą. Andzia chybaby oczu nie miała, żeby jej się taki dzielny chłopak, jak ty, nie podobał — pójdzie za ciebie, jak amen w pacierzu, pójdzie — a gdy to się stanie, to moje papiery znacznie w górę podskoczą. Bo uważaj sam: dopóki Andzia w domu, matka ma wymówkę, że los córki pierwszy, ale gdy ta córka w tobie opiekuna znajdzie, wtenczas ostro wystąpię... i powiem: Milczałem dotąd, dopóki był cień racyi, dopóki miała pani pozór wymówki, ale teraz dla kogo będziesz pani w domu samotnie siedziała? Dla burego kota? dla stróża Józefa? czy dla lokatorów? Już ja jej powiem, a wiesz, że w potrzebie umiem być wymownym, i że potrafię składną oracyjkę palnąć.
Tak rozprawiali wujaszek z siostrzeńcem, obaj nadzieją szczęścia podnieceni.
Faramuziński rozhulał się na dobre.
— Pij Franusiu kochany — mówił — pij, jedz co się zmieści, używajmy świata kiedy nam dobrze.
— Jeszcze niedobrze, wujaszku.
— Jeszcze niedobrze! Patrzcie jaki gorączka! To ja, twój wuj, obywatel, człowiek znany, mogę czekać na to, żeby mi dobrze było, trzydzieści lat blizko i nic nie mówię, a ty, smyku jeden, głupich kilku miesięcy nie wytrzymasz! Ani mi się waż odzywać w ten sposób. Dobrze nam jest, i koniec! Hej garson, wina, a dobrego, niech wiem za co płacę.
— Na co wina wujaszku? dość już mamy.
— Niedość, do kroćset! — krzyknął stary uderzając w stół pięścią. — Wypijemy za zdrowie Andzi, za zdrowie pani Michaliny, i — oby nam się dobrze działo na świecie...
Gdy wracali do domu, siostrzeniec mocno podnieconego wujaszka trzymał pod ramię. Faramuziński wymachiwał rękami, co chwila zatrzymywał się, obejmował Franka za szyję, całował go, płakał i mówił:
— Uszy do góry, Franku! Ja do niej przemówię. I dla nas słońce wejdzie, jak powiada jakiś tam poeta...
Nareszcie młody człowiek odprowadził wujaszka do domu i ułożył go na spoczynek.
Podobno miał p. Faramuziński tej nocy sny zachwycające.




IV.

Raniutko stróż Józef wyszedł z miotłą przed bramę. Słońce ukryte było za chmurami, powietrze parne i duszne. Burza wisiała w powietrzu. Odgłos dzwonów kościelnych wydawał się jakby przytłumiony i nie był donośny i czysty jak zwykle.
Wiatr się zerwał, a nad Wisłą i nad polami rozszalał się na dobre.
Chwiały gałązkami wielkie wierzby nadbrzeżne; marszczyła się i falowała powierzchnia wody; przewoźnicy, rybacy, piaskarze spieszyli na łódkach ku brzegowi; na tratwach pewien popłoch znać było. Oryle zabijali w dno rzeki wielkie żerdzie, aby pasy płynącego drzewa zatrzymać; opasłe szwaby na berlinkach, z fajkami w zębach, flegmatycznie, nie śpiesząc się, opatrywali kotwice i umacniali łańcuchy.
Od przystani, świszcząc przeraźliwie, kołami wodę bałwaniąc i kłęby dymu czarnego wyrzucając kominem, odpływał parowiec. Pokład jego był prawie pusty, gdyż podróżni pouciekali do kajut.
Długi szereg murów, który nad lewym brzegiem Wisły malowniczo, amfiteatralnie się rozciąga i w słonecznych blaskach jak mozajka różnobarwna się mieni, teraz wyglądał czarno i posępnie. Na starym moście ruch jeszcze był niewielki, a i na ulicach dość pusto. Stróże tylko przed domami, gromadki robotników do pracy śpieszących, tu i owdzie ktoś pobożny na pierwszą mszę do kościoła... Wiatr szumiał coraz większy, a towarzyszył mu odgłos świstawek ze stacyj kolejowych, z fabryk, z parowozów...
Józef zabrał się do zamiatania chodników, ale syzyfowa była to praca. Wiatr niósł kawałki słomy, strzępki papierosów, śmiecie różne pochwytane z przed sąsiednich domów, z ulicy, z placów poblizkich.
— Tfy! — zawołał z gniewem stróż, rzucając miotłę pod ścianę — jeszcze czego!? Swoje śmiecie zamiatać, to swoje, za to człowiek chleb je, ale cudze! z innych ulic, może nawet z inszego cyrkułu, niech je marności ogarną, nie chcę! niedoczekanie wasze!
Oburzony na niesprawiedliwość losu, który wkładał na niego nadprogramowe obowiązki, Józef splunął i chciał wracać do stancyjki swojej pod schodami, gdy z wnętrza sklepiku rozległo się pukanie i brzęk żelaztwa. Zbliżył się, odjął sztabę, a gdy otworzyły się drzwi, ujrzał panią sklepikarkę, w białym czepku i w pensowym kaftaniku, uśmiechniętą niezwykle i wesołą.
— Dzień dobry pani — rzekł uchylając czapki.
— Dzień dobry Józefie, co na świecie?
— Burza będzie, wiatr okrutny, ale pani dziś zaspała — dodał — dzień już jak wół.
— Trochę zabawiłam się wczoraj.
— To bajki, aby w godnej kompanii...
— Cóż to Józef sobie myśli, w jakiejżeby znów? Byłam wczoraj blizko do dwunastej obok, wiecie, u tej pani, co magle trzyma wiedeńskie, kilka osób miała na kolacyi — no i tak jakoś to się niespodzianie zrobiło... doprawdy, że sama nie wiem, jak i kiedy.
— A co się zrobiło?
— Niby to sekret jeszcze, ale tak, czy tak, w niedzielę będzie pierwsza zapowiedź, a nim zapowiedź wyjdzie, to jeszcze wpierw maglarka po całej Warszawie roztrąbi — bo wiecie, jaka to gęba...
— A jużci, wiem, wiem, czegoby ona nie rozgadała, każdą rzecz ogłosi jeszcze lepiej, niż Kuryer — no, więc takiem prawem pani za mąż wychodzi.
— Kto wam to powiedział? zkąd wiecie?
— Dyć wspominała pani, że jako ma być pierwsza zapowiedź w niedzielę, tedy miarkowałem, że do inszego interesu na cóżby zapowiedzi?
— Więc tak, przyznaję się wam, mój Józefie, wychodzę; wiem, że wy jesteście dobry człowiek i nie roztrząsiecie tego zaraz po całej Warszawie. Co będzie, to będzie, zaryzykowałam, albo wygram, albo przegram, ale przynajmniej nie będę sama więdła w tym sklepiku. Jak wam się zdaje na wasz rozum, dobrzem zrobiła, czy źle?
— Pewnie, że dobrze — to jużci zawżdy kobiecie jest przy chłopie podobniej i foremniej, niźli samej. Jakić on tam jest ów chłopina, lepszy, czy gorszy, a choćby, na to mówiący, i krzynkę lubił łyknąć, przecie nie pies, ale gospodarz... Albo ja to raz choćby i naszej pani gospodyni perswaduję, ale gdzie zaś? Jak jeno co — ona wnet do człowieka ze złością, że ani przystąp....
— Także! — rzekła sklepikarka ramionami ruszając.
— A jużci, z czem się tu drożyć?
— Tak samo i ja myślę — tembardziej, że i ze sklepikiem jednej trudno... Trzeba to i owo kupić, i na Starem Mieście być, i za Żelazną Bramą i na Grzybowie, a kto ma sklepiku pilnować?
Kilka grubych kropel deszczu spadło na chodnik.
— Chodźcie Józefie do mnie — rzekła jejmość — poczęstuję was, i co prawda, interes też mam.
— Do mnie!?
— Do was, do was, mój Józefie, przecież wy stróż, a stróż w domu, to jakby młodszy gospodarz.
— Wiadomo... coby zaś taki obywatel bez stróża znaczył, albo i gospodyni!? Miotły to dobrze nawet na kiju nie potrafi obsadzić. Siedziałoby to cięgiem w kozie za nieporządek i tyle...
— Widzicie Józefie, mój niby przyszły mąż nie jest byle jaki człowiek, ale rzemieślnik i to delikatnej profesyi.
— A wiem, wiem, z Piwnej ulicy. Powiadają o nim, że znaczny tokarz jest, i że ma warsztat o dwóch kółkach, że niegdyś po kilku czeladzi utrzymywał.
— Wszystko prawda, święta prawda mój Józefie — bo i ja też nie wyszłabym za pierwszego lepszego. Nieboszczyk mój mąż urzędnikiem był na kolei, i niech wam się zdaje, że takim sobie — nie, na breku jeździł...
— O ho! — zawołał z podziwieniem stróż.
— Tak, tak, różnie ludźmi los obraca... Z konduktorki na tokarkę, nie wielka karyera, ale uważałam po człowieku. Wszyscy powiadają, że niezgorszy — otóż moi kochani, interes, jaki do was mam, w tem jest, że wyszedłszy zamąż, nie chciałabym tego sklepiku opuszczać. Niech tam mąż ma swoje, a ja swoje, na każdy wypadek. Chcę, żeby w stancyi za sklepem warsztat ustawił i pracował...
— Ale mnie się widzi, że mu trochę ciemno będzie w onej stancyi.
— Otóż to, otóż to, mój Józefie! Przemówcie wy za mną do gospodyni, żeby kazała okno w ścianie wybić do sieni. Nie da ono bardzo dużo światła, ale przynajmniej cokolwiek rozjaśni, a że przyszły mój mąż nosi okulary, to mu może wystarczy.
Józef się w głowę poskrobał.
— Jużci prawda — rzekł — co cztery oczy, to nie dwa...
— Przemówicie? — spytała z przymileniem.
— Co nie mam przemówić? przemówię, albo to mi pierwszyzna, albo się boję gospodyni? Od tegom stróż, żebym do niej przemawiał.
— Ale pięknie jej powiedzcie, bo to baba uparta, jak nie zechce, to nikt z nią nie poradzi.
— No, no, nie boić się, powiem ja jej godnie i po chrześciańsku, jako, że okno potrzebne nie według grymasów, ani według zbytków, ale dla świętego stanu małżeńskiego, żeby żona koło męża, a zaś mąż koło żony, pracowali sobie sprawiedliwie na zucheleczek chleba naszego powszedniego, w zgodzie dobrej, wolnej a nieprzymuszonej woli, rozumie i sumieniu. Obaczy pani, że gospodynię skruszę...
Byłby Józef długo jeszcze opowiadał sklepikarce o swej wymowie i argumentach, jakich użyć zamierza na skruszenie gospodyni, ale burza rozszalała się na dobre... Zrobiło się prawie ciemno, błyskawice migały po niebie, huk grzmotów rozlegał się co chwila, a ulewny deszcz bębnił w dachy, rozbijał się po bruku, rynsztoki zaś w rwące strumienie zamieniał.
Józef żegnał się i pacierze odmawiał, sklepikarka zapaliła światło przed obrazem, i stali oboje przez czas jakiś w milczeniu, dopóki nawałnica nie przeszła.
Burza letnia nie trwa długo. Wiatr przepędził chmury daleko za Wisłę, grzmoty ucichły i słońce rzuciło na obmyte przez ulewę mury i bruki, złote snopy świetlnych promieni.
W rynsztokach wezbranych woda płynęła wartko; kilkunastu malców, zakasawszy ubranie, brodziło w niej z wielką uciechą, radując się bezpłatnej kąpieli. Dzieciaki te, chciwe na zabawę, jak szczury na żer, powybiegały z rozmaitych poddaszy, komórek, nór ciemnych i wilgotnych, ażeby użyć ruchu, swobody i powietrza. Rynsztok wydawał im się wielką rzeką, puszczali też na jego fale papierowe okręty, które stróż Józef i jego koledzy z sąsiedztwa, bez miłosierdzia miotłami niszczyli...
Sklepikarka stanęła we drzwiach i rozkoszowała się świeżością oczyszczonego przez burzę powietrza.
Była już godzina siódma z rana.
Z bramy nieruchomości № 000 wybiegła młoda osóbka, ubrana czarno, o ruchach żwawych, zgrabnych, elastycznych i skierowała kroki swe ku ulicy Kościelnej.
— Józefie! Józefie! — szepnęła sklepikarka.
— A co? — odezwał się.
— Chodźcie-no bliżej na sekret... Gdzie to wasza panienka chodzi tak rano?
— Panienka?
— A cóż to, oczu nie macie? nie widzieliście? — dopiero co pobiegła, ot — tam.
— Toć pani nie wie, że tamtędy chodzi naród do kościoła.
— Ej, nie mnie głowę zawracać, mój Józefie... Do kościoła nikt tak nie śpieszy; ja wam powiadam, że w tem coś jest... Zkądby jej taka nabożność? Zwykle chodzi z matką w niedziele i święta do Fary, a teraz... Już to nie od dzisiaj ja widzę...
— Nie wiem co pani widzi — odrzekł flegmatycznie i zabrał się do przerwanej roboty.
Sklepikarka stała jak na rozżarzonych węglach, paliła ją ciekawość.
W sąsiednich drzwiach ukazała się szewcowa.
— Moja droga pani! moja złota pani — zawołała właścicielka sklepiku — może pani przez momencik popilnuje mojej biedy? Ja tylko na chwileczkę, na jedne pięć minut wybiegnę i zaraz, duchem, natychmiast powrócę. Moja pani złota, moja brylantowa — jeżeli mi pani co dobrego życzy! Za to, jak powrócę, powiem pani coś, o czem pani nie wie, i o czem jeszcze nikt nie wie, moja najmilsza pani! moja najśliczniejsza!
Trajkocząc w ten sposób, otyła dama nie traciła czasu. Szybko zdjęła czepek z głowy i nieuczesane włosy przykryła wielkim kapeluszem słomianym, który jej nietylko głowę, ale i pół twarzy zasłaniał... Na negliż poranny zarzuciła długie, aż do ziemi prawie sięgające okrycie, i tak ustrojona, pobiegła, nie żegnając nawet swej zastępczyni chwilowej i nie dziękując jej, wprost do kościoła Panny Maryi...
Wszedłszy, przeżegnała się, padła na kolana i wzniosła oczy ku górze, bijąc się w piersi i wzdychając. Po chwili dopiero puściła bystre źrenice na lustracyę.
W starożytnej świątyni cicho było i pusto; przy drzwiach wchodowych klęczał żebrak. Kilka kobiet w ławkach, jakiś łysy zgarbiony staruszek u stopni ołtarza, — jeszcze kilka osób — i nikt więcej. — Ale szare oczka otyłej jejmości nie poprzestały na przeglądzie głównej nawy, świdrowały one dalej, i dostrzegły po za filarami klęczącą postać kobiety czarno ubranej.
Sklepikarka poznała ją od razu, chociaż rysów twarzy rozróżnić nie mogła, poznała ją po kroju okrycia, po kapeluszu, może po jakiej kokardce...
— Co ona tu robi? — pomyślała — po co przyszła o tej porze? zkąd jej te nabożeństwa poranne?
Chcąc znaleźć na te pytania odpowiedź, narzeczona sławnego tokarza wodziła wzrokiem po całym kościele, nie zatrzymując jednak wcale oczu na kobietach. Spojrzenie jej bystre prześliznęło się po łysinie klęczącego staruszka, padło na kilku modlących się rzemieślników, zawadziło nawet o dziada, który przy drzwiach siedział, i niezadowolone, zawiedzione, prawie gniewne, pobiegło znów ku gotyckiemu sklepieniu świątyni.
Niepokój ogarniać zaczął tłustą jejmość...
— Bez kozery piękna panienka tu nie przyszła, przysięgłabym, że nie! — ale gdzież ten kozera? gdzie się schował? — poczekaj, znajdę ja ciebie!
Puściła się w nabożną wędrówkę po kościele, szła od ołtarza do ołtarza, przed każdym przyklękała, wzdychając i bijąc się w piersi, a oczy jej pracowały przytem bez ustanku.
Nareszcie, przy samych prawie drzwiach, w cieniu, dostrzegła młodego człowieka, w paltocie dość dziwacznego kroju, z laseczką i kapeluszem w ręku.
— Aha! — szepnęła z tryumfem — jest kanarek!
Ulokowała się przy drzwiach, i udając zatopioną w modlitwie, dawała pilne baczenie... Andzia, klęcząca aż dotąd i niedomyślająca się wcale, że jest przedmiotem śledztwa, podniosła się i z pochyloną głową powoli dążyła ku drzwiom; młodzieniec wyszedł za nią.
Ciekawą jejmość ognie przeszły. Otarła chustką twarz czerwoną ze wzruszenia, wyrzuciła szybko watę z uszu, i nasunąwszy kapelusz na oczy, z obawy, ażeby jej Andzia nie poznała, wyszła z kruchty, tuląc się pod murem, nie robiąc najmniejszego szelestu, i zajęła stanowisko obserwacyjne...
Ostrożność była zbyteczna, Andzia bowiem nie wyglądała wcale na osobę, mającą coś do ukrywania i obawiającą się jawności; szła śmiało z podniesioną głową; jedynie tylko żywy rumieniec na twarzy zdradzał, że jest wzruszoną.
I cała ta schadzka odbyła się dziwnie prędko, ku największemu zmartwieniu sklepikarki, która ani jednego słóweczka z rozmowy dwojga młodych ludzi pochwycić nie mogła. Zamienili z sobą może dziesięć wyrazów; ona podała mu rękę, on tę rękę ścisnął i odszedł szybko.
Cóż to za schadzka!
Sklepikarka widząc, że nie ma już po co Andzi pilnować, pogoniła za jej towarzyszem. Człowiek ów szedł szybko, ale jejmość była także żwawa, i pomimo dobrej tuszy, umiała w razie potrzeby kroku przyśpieszyć. Jak kula wytoczyła się za aktorem, przebiegła na drugą stronę uliczki, wyprzedziła go, i obróciwszy się nagle, spojrzała mu wprost w oczy.
Na twarzy jej odmalował się wyraz zupełnego tryumfu... Pobiegła do sklepiku zasapana, czerwona, zaciskając usta z całej mocy, jak gdyby pragnąc tym czysto mechanicznym sposobem zatrzymać plotkę, rwącą się gwałtem do lotu — i jaką jeszcze plotkę! Jakby ona ślicznie potoczyła się po sklepikach, maglach, bramach, targach i uliczkach! Jakby się nią zachwycano, jakby wyrywano ją sobie — poleciałaby aż precz na Przyrynek, na Kamienne Schodki, na Rybaki, aż do Wisły — a górą, na Kościelną, na obie Freta, na Podwale, albo drugą stroną na Zakroczymską — precz, precz, aż na plac, pod same forty... Puścić ją, puścić co żywo!...
— Już pani z powrotem? — spytała szewcowa.
— A już, już, droga pani, u mnie zawsze tak. — Fik! mik! i po wszystkiem...
— Oddaję pani pieniądze. Z drugiego piętra sługa bułki brała...
— Pewnie na kredyt...
— Chciała, ale bałam się dać — więc przyniosła; niechże pani przeliczy!
— At, moja złota pani, czy mnie pieniądze w głowie! Tyle — tyle różnych różności!
Pani majstrowa wzruszyła ramionami.
— Wiem, — odrzekła, — pani, choć niby sąsiadka, a przecież nie po sąsiedzku, zawsze pani ma jakieś sekreciki, a choć o szczerości serca dużo pani powiada, ale tej szczerości nie widać. Tymczasem, choć pani jest skryta, prawda wychodzi na wierzch, jak oliwa, i co ludzie mają wiedzieć, to już wiedzą.
— Co ludzie wiedzą? co pani wie? — zawołała zdumiona sklepikarka. — Żem do kościoła chodziła? ano, chodziłam, alboż nie godzi się? nie jestem to sprawiedliwa katoliczka? Byłam, nie zapieram się — a co widziałam, to widziałam, i wolno mi komu powiedzieć, albo nie powiedzieć.
— Niech pani nie mówi, bo wszyscy już wiedzą.
— Jakim sposobem? Toć panienka...
— Ech, moja pani — co tam panienkę wspominać! Wiadomo, że jesteś pani wdowa i nie dzisiejsza, a nawet i nie bardzo wczorajsza, ani nie onegdajsza.
— Bardzo proszę, niech-no pani tylko...
— Nie ma się co zapierać, ani o co gniewać — stateczna z pani wdowa i już; druga możeby sobie takich aprensyj nie przypuszczała, ale skoro się pani tokarz podobał, to ludziom do tego nic.
Sklepikarka zrobiła wielkie oczy. Wzmianka o tokarzu przypomniała jej rzeczywistość, gdyż pod wpływem tryumfu z odkrycia, jakiego dokonała przed chwilą, wszystko inne, nawet zamążpójście, wyszło jej z pamięci.
— Ach, pani o tem mówi! — rzekła siląc się na ton jak najbardziej uprzejmy.
— Ma się rozumieć, że tak...
— Moja droga pani, dopiero wczoraj namyśliłam się i rzekłam: Niech się co chce dzieje! a dziś wieczorem miałam się ogarnąć i pójść do kochanej pani, po sąsiedzku, politycznie, opowiedzieć co i jak, i prosić na wesele. Uważałam, że tak oto, w sklepiku, przy obcych ludziach, nie wypada zapraszać na wesele znaczniejszych gości, bo do czegoby to było podobne?... Chociaż ja teraz jestem podupadła i w biednym stanie, ale zawsze pamiętam, że z lepszego świata pochodzę, i każdego, według godności i honoru, potrafię uszanować. Na to mi jeszcze w domu nie żałowali ani rózgi, ani edukacyi, i dla tego też nikt mi dziś nie ujmie, że światowa kobietka sobie jestem.
Szewcowa przyznała zupełną słuszność sąsiadce, ale nie oczekując na formalne zaprosimy, opowiedziała zaraz, że miarkując już od dość dawna, co się święci, obmyśliła sobie na wesele suknię taką, że aż łuna będzie od niej biła, i kapelusz, jakiego jej świat pozazdrości... W najlepszej harmonii obie damy spędziły ze dwie godziny na rozmowie, przerywanej ciągłem wchodzeniem sług po różne sprawunki, ale mimo tego bardzo zajmującej i serdecznej... Sklepikarka miała wielką chęć powiedzieć szewcowej o Andzi, ale powstrzymała się z obawy, żeby ta wiadomość nie miała złego wpływu na projektowane wybicie okna w sieni...
Po zrobieniu okna, niech się świat dowie prawdy!
Biedna Andzia! straciła zupełnie humor i pobladła. Mówiła niewiele, zamyślała się często, a uśmiechu na jej twarzy matka od tygodnia nie widziała... Nie zajmowało jej nic, nie wychodziła, jak dawniej na spacery, nie śpiewała, nie czytywała książek... Czasem tylko chodziła na chwilę do pani Kubikowej, zwłaszcza gdy dziewczęta same były w domu.
Jeden przedmiot pochłaniał całą jej uwagę, wszystkie myśli — teatr. Po za nim, świat zdawał się dla niej nie istnieć... Chodziłaby na widowiska codzień; gdy o teatrze była mowa, ożywiała się — a często podczas nieobecności matki, stawała przed lustrem, i spoglądając w jakiś kajet, mówiła głośno, gestykulując, siadała na fotelu, to znów chodziła szybko, udając płacz, lub śmiech...
Kuzynek pani Kubikowej zręcznie brał się do rzeczy. Widział Andzię raz po wyjściu z teatru, dwa razy u pani Kubikowej, i niby przypadkowo kilkakrotnie spotkał ją przed kościołem; sentymenta swoje westchnieniami tylko i półsłówkami zdradzał, a natomiast wzbudzał w niej zamiłowanie do sztuki.
Zachęcał do studyowania, do uczenia się ról, wróżył, że znakomitą artystką zostanie, starał się ją przekonać, że grzechem jest marnować zdolności, a przyszłość malował w barwach tak świetnych i jasnych, że wrażliwa dziewczyna o całym świecie zapominała... Liczył on na to, i nie bez racyi zapewne, że z ogólnej miłości dla sztuki, wykwitnie specyalna miłość dla jej wymownego kapłana...
Pani Klejnowa zauważyła zmianę w córce, ale przyczyny jej na razie dociec nie mogła. Nie była też w stanie zrozumieć, dla czego Kacperkiewicza, który w charakterze konkurenta bywać zaczął, Andzia traktuje chłodno, wyniośle i prawie go lekceważy... Dla czego? Kacperkiewicz prezentował się wcale dobrze, nawet elegancko — odznaczał się niepowszednią, prawdziwie męzką urodą. Wysokiego wzrostu, kształtnie zbudowany, o rysach twarzy regularnych, miał czoło wysokie, bujne czarne włosy, oczy, w których malowała się dobroć i energia zarazem, jedwabisty czarny wąs ozdabiał górną jego wargę... Możnaby zarzucić, że rękę miał twardą i narobioną, ale Andzia nie w takich chowana była zasadach, żeby mogła komu niedelikatność ręki za wadę poczytywać. Cóż więc do niego cierpi? Młodość za nim przemawia, uroda, pewna ogłada towarzyska, inteligencya, nawet dowcip, o charakterze Faramuziński zapewnia, że najzacniejszy, sposób do życia pewny — majątek...
Po bliższem zastanowieniu się i rozmyśle, matka przyszła do wniosku, że Faramuziński radzi dobrze, że Andzia nie ma co o lepszej partyi marzyć, i że każda panienka na jej miejscu nie namyślałaby się wcale — a ta, nie i nie!
— Słuchaj-no Andziu! — mówi pani Klejnowa — ubierz się ładnie dziś wieczór...
— Na co? moja mamo!
— Goście będą...
— Ach! prawda — mówi Andzia z przekąsem — zapomniałam, że mamy teraz dwóch panów Faramuzińskich!
— Jak to dwóch?
— No tak, starszego i młodszego...
— Bardzo dobrze wiesz, że młodszy nazywa się Kacperkiewicz...
— Niechby nawet Pawełkiewicz, dla mnie jest on Faramuziński, taki sam nudziarz, jak i jego szanowny wujaszek, który go tu nie wiem po co wprowadził...
— Po to, ażeby się starał o twoją rękę, mówiłam ci już...
— A ja mówiłam mamie, że może się nie trudzić. Ja tego zaszczytu nie pragnę, niech uszczęśliwi inną swoją miłością. Wyświadczy mi mama największą łaskę, jeżeli powie mu otwarcie, żeby przestał się fatygować...
— Wcale mu tego nie powiem; przeciwnie, życzeniem mojem jest, ażeby bywał u nas jak najczęściej i żeby się tobie podobał.
— Niech więc bywa; — ponieważ dom jest mamy — może mama zapraszać kogo się podoba; ale co do mnie — już powiedziałam, co miałam do powiedzenia...
— Andziu, wyznaj szczerze, co masz przeciwko niemu?
— Nic mamo!
— A przecież go nie lubisz?
— Nie lubić nie mam za co — jest mi zupełnie obojętny...
— Proszę? — wydaje ci się brzydkim.
— Przyznam się, że nie patrzyłam na niego...
— A więc?
— Nic — mamo...
— Bardzo mnie to dziwi...
— Nie wiem dla czego — pan, którego mama tak chwali, we mnie nie wzbudza zachwytu; widocznie mamy nie jednakowe gusta. Oto cała rzecz.
Pani Klejnowa zrobiła minę seryo.
— Moje dziecko — rzekła — musimy się rozmówić. Jesteś już w tym wieku, że powinnaś zacząć myśleć o przyszłości i ustaleniu losu...
— Widzę — że mama pragnie, abym opuściła dom co najprędzej...
— Pragnę przedewszystkiem twego dobra i szczęścia, a jestem przekonana, że tak jedno, jak i drugie znalazłabyś niezawodnie, gdybyś chciała zostać żoną człowieka, którego bez żadnej przyczyny lekceważysz.
— Ależ ja go wcale nie lekceważę! owszem, szanuję go, życzę mu jak najlepiej, gotowa jestem nawet powziąć dla niego sympatyę i wdzięczność aż do grobowej deski, byle tylko nie przychodził tu, jako starający się o mnie, i byle mojej osoby do swoich projektów nie mieszał. Bo i dla czego, moja mamo? Przecież tyle jest panien w Warszawie! Znajdzie on sobie żonę lepszą, ładniejszą i bogatszą niż ja... Mamo! — dodała z przymileniem — niech mama mu wyperswaduje, żeby sobie te projekta z głowy wybił, bo ja jego żoną nigdy nie będę...
— Stanie się, jak zechcesz, moja Andziu! ja ani cię przymuszać, ani woli twojej krępować nie mam zamiaru...
— O moja droga mateczko! jakże mam dziękować!
— Ja postąpię tak, jak sobie życzysz, ale pod jednym warunkiem — to jest, że wytłómaczysz mi powody, dla których odrzucasz tę partyę; wszakże wszystko przyczynę jakąś mieć musi, i nie przypuszczam, żebyś ty, dziewczyna rozsądna, miała się rządzić samym tylko kaprysem...
Andzia milczała.
— Nie odpowiadasz — rzekła matka — więc jedno z dwojga: albo słusznych powodów nie masz, albo masz takie, których wyjawić przedemną nie chcesz. W pierwszym wypadku, byłby to grymas dziecinny, którego uwzględniać nie ma najmniejszej racyi, w drugim... Andziu! co mam myśleć — jeżeli to drugie przypuszczenie jest prawdziwe... Czyż ty, ty, jedyne dziecko, miałabyś przedemną jakie tajemnice? czy mogłabyś mieć choćby tylko myśli przelotne, z któremi potrzebowałabyś kryć się przed matką? — Nie, ja w to stanowczo nie wierzę, nie mogę, nie chcę wierzyć! — Słuchaj! wiesz, że nie lubię mówić o sobie, ani o swoich uczuciach; dziś jednak muszę o ten przedmiot potrącić, muszę ci powiedzieć, że żyłam i żyję wyłącznie tylko dla ciebie. Kiedy ojciec twój umarł, byłam jeszcze młoda, i mogłam szukać szczęścia w nowym związku. Starali się o moją rękę, mogłam mieć życie wygodne, spokój, dostatki — kto wie, może nawet i szczęście; ale powiedziałam sobie: nie, i wyrzekłam się młodości, szczęścia, jakiebym w życiu mieć mogła, zabaw, rozrywek, wszystkiego. Zamknęłam się w tym domu i postanowiłam żyć tylko dla ciebie; wychować cię i zebrać ci majątek, zabezpieczyć przyszłość. Oszczędzałam, skąpiłam, wyrzekłam się wszelkich prawie stosunków z ludźmi, zabiegałam, starałam się, zbierałam grosz do grosza, i zdawało mi się, że osiągnęłam cel zamierzony. Wychowałaś się przy Bożej pomocy zdrowo, wyrosłaś na ładną panienkę, a moje oszczędności, razem z tym domem, mogą pod względem materyalnym zabezpieczyć zupełnie twoją przyszłość. Cóż mi pozostało jeszcze do zrobienia? Wydać cię za mąż, ma się rozumieć, jak najlepiej i widzieć cię szczęśliwą. Zdawało się, że i to się spełni... Tymczasem, tymczasem — alboż ja wiem, co się stało? Ty dotychczas dobra zawsze dla mnie i szczera, masz tajemnice, nie mówisz ze mną jak z matką otwarcie, serdecznie, a na zapytania moje, rzucasz mi niejasne, niezrozumiałe półsłówka — niedopowiedziane myśli... Nie wiem co to jest? nie rozumiem, pojąć nie mogę; wiem tylko, że nie zasłużyłam na to, i że postępowanie twoje sprawia mi wielką przykrość...
— Mamo! mamo! — zawołała Andzia, prawie z płaczem, rzucając się matce na szyję — niesłusznie mnie obwiniasz. Ja ciebie zawsze jednakowo kocham moja jedyna i najlepsza mateczko...
— A więc dla czego nie jesteś szczerą? czemu prawdę przedemną ukrywasz?
— Bo — bo, proszę mamy — rzekła, i oparłszy głowę na ramieniu matki głośnym wybuchnęła płaczem... Może uspokoiwszy się, byłaby wyznała przed matką, chociaż cząstkę prawdy, ale rozmowa przerwała się — wszedł stróż. Andzia szczerze była mu wdzięczną za tę interwencyę niespodzianą; pani Klejnowa natomiast bardzo kwaśno przyjęła swego officyalistę.
— Czegóż to Józef chce? — spytała opryskliwie.
— Ja tam dla siebie nic nie żądam, jeno według lokatorskich interesów przyszedłem...
— No?
— A to proszę łaski pani gospodyni: najprzód, żeby pani dała książkę, podług tego, że trzeba do parafii zanieść na pokaz, jako nasza pani sklepikarka więcej niż pół roku w tej parafii siedzi...
— Ona tu dwanaście lat mieszka, ale na cóż książka do parafii? Czy nie wybiera się za mąż?
— A właśnie, że tak...
— Oszalała baba na starość! — zawołała gospodyni.
— Eh, proszę łaski pani — właśnie, że dobrze robi, cóż ma tak więdnąć sama jedna we sklepiku.
— Za kogóż ona wychodzi? — spytała Andzia.
— Nalazła sobie wdowca tokarza, aż na Piwnej ulicy...
— Tokarza?
— A tak, i właśnie chce, żeby się przy sklepie pozostała, a on żeby niby w stancyi za sklepem miał warsztat — i według tego, doprasza się łaski pani gospodyni, żeby w stancyi wybić w murze okno do sieni...
— Na co?
— A według tego, że jej mężowi w ciemnej stancyi nijako będzie tokarstwem się trudnić...
Pani Klejnowa, nieprzyjaciółka wszelkich reparacyj i zmian w domu, stanowczo odmówiła.
— Jeszcze czego? — rzekła, — że jej się podoba za mąż na starość wychodzić, to ja mam z tego powodu dom rujnować, mury łamać, okna nowe wprawiać, koszta ponosić. Może jeszcze gazowe oświetlenie w sklepiku zaprowadzić!... Niech-że jej Józef powie, żeby sobie wyperswadowała, bo ja słyszeć nawet o reparacyi i psuciu ścian nie chcę, — od niepamiętnych lat dom stoi i okna w sieni nie było, zkądże teraz? do czego to podobne!...
— Jak pani każe powiedzieć, to się powie — ale że to baba zawzięta, więc gotowa wziąć na ambit i wyprowadzić się.
— To niech się wyprowadza...
— Szkoda lokatorki, zasiedziała od dawna, płaci rzetelnie...
— Znajdzie się druga na jej miejsce. Na cóż Józef czeka?
— Nic — chciałem tylko pani gospodyni słóweczko rzec, jako tej ścianie okno nie zaszkodziłoby nic! Na mój rozum, jabym wybił...
— A ja nie...
Stróż chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przeczuwając, że przekonywania jego pozostaną bez skutku, wyszedł.
Pani Klejnowa spojrzała na zegar.
— Andziu! — rzekła, naszych gości tylko patrzeć. Bądź łaskawa, zrób o com cię prosiła — pomyśl o swojej tualecie...
— Mamo! — niech mi mama pozwoli przesiedzieć tę wizytę w sypialnym pokoju, albo u pani Kubikowej...
— Nie, moja kochana, trzeba, ażebyś była tu. Powtarzam, że przymuszać cię nie będę, woli twej łamać nie chcę... Mam nadzieję, że porozumiemy się, że będziesz ze mną szczera — kogoż masz bliższego nad matkę? Idź, idź kochanie, proszę cię bardzo...
Andzia ucałowała matkę i wyszła. Zamknąwszy drzwi za sobą, padła na krzesło, zakryła twarz rękami i pogrążyła się w smutnych myślach.
Dotychczas wesoła i szczęśliwa, po raz pierwszy w życiu zaczęła poznawać, co jest niepokój i zmartwienie. Uśmiech ustąpił miejsca łzom, wesoła piosnka smutkowi.
Gdyby przed półrokiem, przed trzema miesiącami przyszła była Faramuzińskiemu myśl wprowadzenia swego siostrzeńca, wszystko ułożyłoby się inaczej, tak, jak pragnęła matka i stary przyjaciel domu. Może już do tej pory Andzia byłaby szczęśliwą gosposią we własnym swoim domu, kochaną i kochającą nawzajem.
Czemuż się spóźnił? Czemuż przyszedł wtedy dopiero, gdy już serduszko dziewczęcia nie było wolne, a młodą główkę inne zaprzątnęły myśli? gdy pokochała aktora, gdy uśmiechało się do niej życie pełne wrażeń nieznanych, gdy w wyobraźni majaczyły światła kinkietów, wieńce i tryumfy sceniczne?...
Szych i świecidła brała za czysty kruszec, ale nie jej w tem wina. Za mało wykształcona, aby mogła jedno od drugiego rozróżnić, sądziła tylko wrażeniem; nieznająca świata, ani ludzi, nie wątpiła o prawdzie i świętości uczuć człowieka, który tak ładnie o uczuciach deklamować umiał...
Kochała młodem, czystem sercem, szczerze i nie obłudnie, z wiarą we wzajemność, z przekonaniem, że uczucie tego rodzaju wieki przetrwa...
Wiedziała, że ze strony matki napotka opór, że będzie musiała zwalczać wiele przeszkód, nie była pewna, czy prośbą i łzami zdoła silną wolę matki przełamać — i te przypuszczenia zatruwały jej życie, wprowadzały w stan rozdrażnienia i rozgoryczenia dziwnego...
Przypomina sobie szczegóły rozmowy, jaką miała z matką przed chwilą, żałuje niektórych wyrażeń za ostrych i przykrych — ale te wyrazy były krzykiem boleści, bo matka dość szorstko dotykała jej serca — a to serce tak boli — tak boli...
Dla czego dziewczyna nie może sama o swoim losie stanowić? dlaczego narzucają jej jakieś niby szczęście, obmyślane i uplanowane na zimno, przez drugich?... „Temu oddasz rękę, mówią, bo ten cię uszczęśliwi...“ Zkąd wiecie, że tak będzie? kto wam powiedział, że szczęście tam jest, gdzie je sobie wyobrażacie? Nieprawda! i jeszcze raz nieprawda! Mówicie: patrz, oto twój przyszły towarzysz na całe życie, aż do grobu, masz go pokochać, — ale czy sercu można miłość nakazać? Mówicie: będziesz bogatą, damy ci dwa domy — a cóż mi po tych murach zimnych, cóż po bogactwie? kiedy ja wolę samodzielność i życie niezależne, pełne wrażeń, ruchu, urozmaicenia! Wam się zdaje, że szczęścia szczytem jest mieć posesyę i dochody z niej ciągnąć, — według mnie na czem innem szczęście polega...
Powtarzała w myśli wszystkie komunały o kapłaństwie sztuki, jakich nasłuchała się od aktora, powtarzała je z głębokiem przeświadczeniem o ich prawdzie, z całą młodego serca szczerością...
Z matką pragnęła się rozmówić, ale jakaś dziwna obawa powstrzymywała ją od tego kroku; przewidywała opór, łzy, wymówki, wojnę — z matką. Gdyby można było tego uniknąć, — lecz po dzisiejszej rozmowie, już nie sposób — trzeba wyznać wszystko, bez względu na następstwa, trzeba wystąpić do walki.
Przed wieczorem Faramuziński z siostrzeńcem przyszedł. Pani Klejnowa siliła się na humor i na uprzejmość, ale nie trudno było poznać, że ją jakaś ciężka troska przygniata. Andzia blada, z oczami zmęczonemi, jakby od bezsenności lub płaczu, z trudnością podtrzymywała rozmowę, wyrazy więzły jej w gardle.
Faramuziński jeden tylko humor istotnie miał dobry i całe towarzystwo chciał bawić, ale spostrzegłszy, że najlepsze jego koncepta i opowiadania bez wrażenia przechodzą, posmutniał i wymawiając się nagłym bólem głowy, zaraz po herbacie wyszedł i siostrzeńca z sobą uprowadził...
Józef, któremu wypadła kolej na ulicy stróżować, zauważył, że tej nocy w mieszkaniu gospodyni paliło się światło prawie do samego rana.
Zapewne zapomniała lampy zagasić.
O siódmej Andzia wyszła z domu i skierowała się ku kościołowi Panny Maryi.
Szła zamyślona, z pochyloną głową, i własnemi myślami zajęta, nie mogła zauważyć, że kilka osób kroczy tuż za nią...
Sklepikarka, maglarka, szewcowa i rożne jejmoście, jak wrony po roli świeżo zaoranej, kroczyły poważnie po nierównym bruku, przechylając głowy na prawo i lewo, wzdychając ciężko i ubolewając w duchu nad przewrotnością świata, która doszłaby do niesłychanych rozmiarów — gdyby nie czujna straż opinii, reprezentowanej przez godne i stateczne niewiasty...




V.

Już zmrok zapadał, latarnie uliczne zapalono, z po za szyb sklepowych jaśniały światła, już cztery kopcące lampki na schodach zaświecił Józef i w kamienicy № 000 uciszyło się całkiem, gdy nagle krzyk przeraźliwy, krzyk rozpaczy zaalarmował wszystkich mieszkańców...
Rozlegał on się na pierwszem piętrze, a był tak doniosły i ostry, że można było mniemać, iż nietylko dom, ale całą dzielnicę miasta poruszy.
Naraz też otworzyły się wszystkie drzwi, ze wszystkich piętr i lokalów śpieszyli mieszkańcy, nie zważając na stroje, jak kto stał, w czem był...
Z dołu nadbiegła sklepikarka, szewcowa, jak wschodzący księżyc na pełni, w białym czepku na bakier, w chustce narzuconej niedbale na pulchne ramiona; szewc, bez surduta, w fartuchu zielonym, z młotkiem w ręku; szewcowa na wpół rozebrana; z góry emeryt w pantoflach, w szlafroku w palmy tureckie, z fajką w ręku, żona jego i służąca; kawaler z trzeciego piętra, który się widocznie na jakąś zabawę wybierał, w białej kamizelce, we fraku i bez krawatu; szwaczki, pani Klejnowa, wreszcie Józef z konewką pełną wody, sądząc, że ogień jest alarmu przyczyną...
Krzyk nie ustawał, przeciwnie wzmagał się, potężniał, rósł. Rozróżnić w nim można było sopran w najwyższych nutach, dyszkanciki dwa i bas profundo, ochrypły, przerywany, gruby jak głos puzonu.
— Co to?!
— Co to jest?!
— Mordują, czy zabijają?!
Takie pytania zadawali jedni drugim, nie wiedząc co robić, jakie środki ratunku przedsięwziąć.
Na ganek wybiegła pani Kubikowa, a za nią obie córki, przerażone i drżące jak w febrze.
— Och! ratunku! ratunku! — jęczała — kto w Boga wierzy niech ratuje!...
— Okropność! straszne rzeczy!
— Pani dobrodziejko — odezwał się poważnie emeryt, — jesteśmy dotychczas jak tabaka w rogu... a co się stało? Niechże pani powie, jak się należy, wyraźnie.
— Ach sumogrado! sumogrado! łotr!... niegodziwiec!... O ja nieszczęśliwa!...
— Jaki sumogrado? Cóż za indywiduum jest sumogrado i w jaki sposób mianowicie panią skrzywdziło?
— Sumogrado i koniec!...
— Pani — wtrąciła sklepikarka, odsuwając emeryta, — niechże pani powie, przecież nas tu tyle ludzi. Damy ratunek.
— Przyjechał niegodziwiec!
— Kto?!
— Mówię przecież wyraźnie sumogrado! przyjechał, zakwaterował się... ach! siedzi w pokoju, rozparł się na kanapie, i powiada, że ani myśli ustąpić.
— Masz racyę moja śliczna Nelciu, — odezwał się ktoś z po za drzwi, potężnym basem — jestem w swojem prawie, i niechno mnie kto poruszy!... Nelciu duszko, tak się gości nie przyjmuje — daj-no co jeść, bom głodny.
— Słyszycie! słyszycie, co ten opój powiada!?
Emeryt głos zabrał:
— Sądząc po głosie, domyślam się, że do mieszkania pani dobrodziejki wtargnął jakiś awanturniczego charakteru mężczyzna. Czy go pani zna?
— Ależ znam, znam jak zły grosz! jakżebym tego sumograda nie znała!
— Czy indywiduum to pozostaje z panią dobrodziejką w stosunkach pokrewieństwa, czy też może jakie interesa majątkowe skłoniły go...?
— Panie, to nieszczęście mego życia, to jest mój mąż!!
— Mąż?!
— To pani mąż! — wtrąciła sklepikarka — ha, jak mąż... to mąż... między małżeństwem sprawa, my tu nie mamy co robić.
— Jest w swojem prawie — zakonkludował szewc. — Skoro się przysięgało na posłuszeństwo, to proszę pani, trzeba posłuch znać, a że przyjechał, to posłać po co dobrego do miasta i przyjąć godnie, jako męża. To trudno, mąż nie pies; prawo za nim stoi jak wół.
— Ratujcie mnie nieszczęśliwą! — jęczała pani Kubikowa — ratujcie!
Zaczęły się narady i szepty.
— Ależ pani dobrodziejko — odezwał się emeryt, który w tem zgromadzeniu reprezentował inteligencyę, doświadczenie i znajomość prawa, — pani dobrodziejko, za pozwoleniem, zrozumiejmy o co chodzi.
— Przepraszam państwa — zawołał kawaler, lokator facyatki — ja wiem o co chodzi. Pan mąż przyjechał z wizytą do pani żony, chcąc wyprawić srebrne wesele. Ofiaruję moje usługi do prowadzenia tańców i rekomenduję się jako znakomity aranżer.
To odezwanie się przyjęte zostało z oburzeniem; baby szczególniej tak się rozgniewały, że wyfraczony kawaler musiał ratować się ucieczką na piętro.
Pani Petronella zupełnie głowę straciła.
Emeryt, słysząc ciągłe jej wołania o ratunek, z pewnym odcieniem drwin, zapytał:
— Dobrze, będziemy ratowali, chciej nas pani tylko nauczyć, co właściwie mamy robić?
— Pomóżcie mi państwo wyrzucić go za drzwi i wypchnąć za bramę. Więcej nic nie żądam.
— Męża wyrzucić? Ależ po raz wtóry powiadam pani łaskawej, że prawo jest za nim.
— Prawo jest za mną! — krzyczała pani Kubikowa — on nic do mnie nie ma, jest seperacya.
— A, to co innego. W takim razie należy go prosić, żeby ustąpił.
— Kiedy on nie chce.
— Ale... więc trzeba się udać pod opiekę władzy, ja sam pani dobrodziejce zreferuję podanie, i mam nadzieję, że słuszna jej skarga odniesie pożądany skutek.
— A on mi tymczasem całe mieszkanie zburzy.
— Jak będziesz niegrzeczna Nelciu, to zburzę — odezwał się z po za drzwi bas potężny. — Wróć do pokoju, przedstaw mi nasze ukochane córeczki, i ponieważ jestem wściekle głodny, daj mi co pić. Ruszże się, droga Nelciu.
Ostanie słowa wymówił otworzywszy drzwi. Na widok ogromnego, barczystego mężczyzny, wszyscy cofnęli się, jakby odepchnięci przez niewidzialną siłę; emeryt przycisnął się do ściany i pobladł.
Rzeczywiście pan Kubik wyglądał imponująco. Ogromnego wzrostu, z karkiem bawolim i dość otyły; opalony od słońca, z ogromnemi rudemi wąsami, miał postać i minę zbójcy. Twarz mu się świeciła, nos miał czerwony, oczy jakby za szkłem. Znać było po nim, że musiał dobrze pociągnąć nim tu przyszedł.
— No, cóż Nelciu? — mówił — nie słuchasz głosu serca, nie ciągnie cię do mnie nic? Podajże mi choć dwa paluszki, dwa patyczki, dwie kostki z kurczęcia... uśmiechnij się, luby aniele!
— Idź pan sobie, mam separacyę, nie potrzebuję znać takich sumogradów jak pan!
— Ślicznie, moja synogarliczko, perełko, brylancie, separacya nie przeszkadza kolacyi. Przyjmij godnie swego ukochanego.
— Ratujcie, ratujcie! — jęczała pani Kubikowa — przemówcież państwo do niego.
Emeryt ulitował się nad nieszczęśliwą kobietą.
— Panie dobrodzieju — rzekł do awanturnika z wielką uprzejmością, — pozwolę sobie, jako człowiek starszy i poniekąd zasłużony, zwrócić światłą uwagę pana dobrodzieja, że...
— Nelciu duszko — rzekł bas wskazując na emeryta, — powiedz mi, co to za zwierzę tu stoi w szlafroku?
Emeryt się żachnął.
— A, panie, to obelga, której nie zniosę...
— Precz ztąd! — ryknął Kubik — precz wszyscy!
W jednej chwili z nadzwyczajną zręcznością starowina znalazł się na drugiem piętrze; szewc zaś, jego żona, sklepikarka i reszta widzów zbiegli na dół i odbyli naradę, na której postanowiono, żeby Józef poszedł zaraz po policyę i po Faramuzińskiego, którego gospodyni zawsze w nadzwyczajnych wypadkach wzywa.
Tymczasem pan Kubik pochwycił żonę za rękę i wciągnął ją do pokoju; córki, nie chcąc matki samej zostawić, wbiegły za nią, i dalszy ciąg małżeńskiej tragedyi miał się odbyć w mieszkaniu.
Pani Klejnowa, z po za oszklonych drzwi swego mieszkania, przypatrywała się całemu zajściu apatycznie. Miała ona tyle własnych zmartwień, że wbrew swojej wrażliwej, energicznej naturze, nie zważała już na nic, przytem i do pani Kubikowej żal czuła. W mieszkaniu tej kobiety Andzia poznała człowieka, który stał się przyczyną tylu przykrości. Wiadomo już było wszystko: Andzia wyznała przed matką co ma na sercu, i oświadczyła zarazem, że uczucia swego nie wyrzeknie się nigdy, że pozostanie mu wierną, i bez względu na wszelkie perswazye, czekać będzie chwili, w której marzenia swoje zdoła urzeczywistnić. Z tego powodu pomiędzy matką a córka wzniosła się jakby niewidzialna ściana, oddzielająca jedną od drugiej, wywiązało się pewne rozgoryczenie i żal obustronny.
Matka opłakiwała nieziszczone nadzieje, córka była smutna jak grób. Nawet na zdrowiu jej odbiły się te przejścia. Blada się zrobiła i mizerna, opuścił ją humor, straciła apetyt, zachowywała się jak automat raczej, niż jak żyjąca istota.
Zdawało się, że wszystko zobojętniało dla niej, że nic nie widzi, nie słyszy, nie wie, co się koło niej dzieje.
I awantury tej, która tuż, prawie przy samych drzwiach mieszkania się zrobiła, Andzia nie słyszała. Przez ten czas siedziała w sypialnym pokoju, przy oknie, patrząc niby na ruch uliczny, a myślami biegła do... teatru i swego bohatera.
Faramuziński, zaalarmowany przez Józefa, nie rozumiejąc dobrze o co chodzi, wziął z sobą stróża swego domu, dwóch robotników, i w asystencyi policyanta oraz Józefa, wkroczył walecznie na schody.
Przybył z pomocą w samą porę, gdyż krzyki się wzmagały, słychać było szamotanie się i brzęk tłuczonego szkła.
Pijany sumogrado już się na dobre rozchodził i byłby pogruchotał na szczątki biedne ruchomości swej połowicy, gdyby nie Faramuziński, który silnem pchnięciem otworzywszy drzwi, wtargnął z ludźmi.
Awanturnik pochwycił krzesło, zamachnął niem silnie... ale wypadło mu z dłoni, a on sam krzyknął, rozkrzyżował ręce i padł na wznak, na sofę... Oczy mu w słup stanęły, oddychał ciężko, chrapliwie.
— Felczera! — krzyknął Faramuziński — żywo!
W tej, najpiękniejszej, według zdania Faramuzińskiego, dzielnicy Warszawy, wszystko, co w rozmaitych okolicznościach życia może być człowiekowi potrzebne, znajduje się prawie pod ręką.
W sąsiednim domu felczer; naprzeciwko, obok, o trzy kamienice dalej, lekarz; o pięćdziesiąt kroków, apteka. Można umierać ze wszystkiemi dogodnościami i z ratunkiem.
Mąż pani Kubikowej wszakże nie umarł — apopleksya powaliła go jak kłodę bezwładną, lecz nie wydarła mu życia. Ratunek szybki, upust krwi, połączone usiłowania dwóch lekarzy, zatrzymały jeszcze duszę w tym człowieku, ale nie mogły przywrócić mu ani mowy, ani władzy. Szalejący jeszcze przed chwilą olbrzym, leżał teraz bezsilny, bezwładny, niemy...
W pani Kubikowej, w obec tej katastrofy niespodzianej, zaszła raptowna zmiana. Nie była to już obrażona i pokrzywdzona małżonka, lecz kobieta pełna współczucia i litości dla chorego. W oczach jej zniknęły błyskawice gniewu, natomiast pojawiły się łzy. Przed chwilą wołała o ratunek dla siebie; teraz błagała o pomoc... dla niego.
— Panie — mówiła, chwytając Faramuzińskiego za rękę — zmiłuj się, radź, ratuj! Ja dam na wszystko co będzie potrzeba, nie pożałuję... ostatni grosz oddam, proszę nie oglądać się na koszta.
Blade dziewczyny, przerażone, stały załamując ręce i płacząc.
— Maniu, Józiu! — wołała matka — czegóż stoicie? Ruszcie się, usłużcie, bo to przecież wasz... ojciec!
Lekarze uprzedzili, że kuracya będzie długa, a rezultat niepewny... Rzecz poważna... Najlepiej byłoby odwieźć chorego do szpitala, bo w mieszkaniu ciasno i duszno.
Pani Kubikowa słychać o tem nie chciała; bądź co bądź, ten sumogrado mężem jej jest, cóżby świat powiedział, gdyby pozwoliła mu umrzeć, jak biedakowi jakiemu w szpitalu!
— Więc cóż! — odezwał się Faramuziński — dla tego, że jakiś tam głupi świat mógłby co powiedzieć, pani chcesz męża poprostu dobić? Do czego to podobne!? Kto rady żąda, słuchać powinien. Szpital, moja pani, nie szlachtuz, ale instytucya, wstydu nie przynosi i nie hańbi. Nie ujmując pani mężowi honoru, powiem, że nie tacy panowie jak on leczyli się w szpitalach i ujmy to im wcale nie czyniło. Słyszysz pani, co mówią doktorowie? Pokoiki nizkie, ciasne, ciemne, on się tu zadusi... Chyba, że pani pilno wdową zostać; w takim razie niech tu leży.
Poparli Faramuzińskiego lekarze, i stanęło na tem, żeby nieszczęsnego sumograda do szpitala, nazajutrz jak najraniej, odesłać. Faramuziński przyrzekł zająć się tem i lektykę kazać sprowadzić. Przez noc chory będzie pod dozorem żony, córek i felczera — doktór obiecał, że nad ranem przyjdzie. Pani Kubikowa przygotowało łóżko, dziewczyny uprzątnęły potłuczone szkło i szczątki rozbitego krzesełka; w mieszkaniu zapanowała cisza, którą przerywał tylko chrapliwy oddech chorego.
Noc ta dla pani Kubikowej i jej córek przejść miała bezsennie, na ciągłem czuwaniu, felczer został z niemi, a Józef oświadczył, że zamiast w sieni położy się na schodach i będzie gotów na każde zawołanie.
Faramuziński, nie słuchając podziękowań, wyszedł.
Drzwi mieszkania pani Klejnowej były uchylone, widocznie czekała na niego.
— Niech pan wstąpi na moment — rzekła, rękę mu podając.
— Droga, kochana pani, feralny chyba dzień dzisiaj. Ta awantura musiała panią przerazić, ale już nie ma krzyków, teraz będzie cicho.
W krótkości opowiedział co zaszło, a mówił stojąc z kapeluszem w ręku, jak gdyby chciał zaraz odejść.
— Usiądź pan — prosiła.
— Późna godzina — odrzekł, na zegarek spojrzawszy — wpół do dwunastej; pani zapewne o spoczynku niebawem pomyśli.
— Ja! — odrzekła z gorzkim uśmiechem — ja o spoczynku! ja już przez kilka nocy nie spałam. Siadaj pan, poświęć chwilę dla biednej matki... Możemy mówić swobodnie.
— A Andzia?
— Jest tam w sypialni, zdaje mi się, że się już położyła. Pan wiesz, że ja nie mam na świecie nikogo.
— No, nie... są przecież ludzie, choćby ja...
— Tak, to prawda, pan jesteś moim jedynym, prawdziwym przyjacielem...
Twarz starego kawalera zajaśniała radością, pochwycił rękę Klejnowej i do ust przycisnął.
— Dziękuję pani — rzekł — serdecznie dziękuję!
— Za co?
— Za to, żeś pani raz nareszcie w moją... przyjaźń uwierzyła. Tak, nie zawiedziesz się pani na Faramuzińskim nigdy, nigdy! Jego czas, siły, zdrowie, życie, są dla pani. W wodę, w ogień, w piekło skoczę, gdy będzie potrzeba; na uczciwość i honor to przysięgam.
Stroskana kobieta oparła głowę na ręku i mówiła jakby sama do siebie:
— O! dla czego nie wprowadziłeś pan tu swego siostrzeńca wcześniej? Taki dobry, sympatyczny człowiek! Andzia byłaby z nim szczęśliwą... a teraz... teraz...
— Ha, któż mógł przewidzieć?
— Masz pan racyę, kto mógł przewidzieć, kiedy ja, matka, ja, nieodstępna prawie jej towarzyszka, nie domyślałam się, nie zauważyłam nic! Znajomość ta zrobiła się za mojemi oczyma, u kochanych sąsiadek. Mówię panu, że nie wiedziałam o niczem, a choćbym wiedziała, że się znają, toby mi nigdy na myśl nie przyszło, że Andzia może się zająć człowiekiem bez jutra... takiem nic...
— To jest prawda — odrzekł z westchnieniem — wszystko można przewidzieć i odgadnąć: spadek kursu listów, podrożenie placów, nawet zaćmienie słońca co do jednej sekundy, ale tego co się w sercu kobiecem dziać może, nie przewidzi żaden mędrzec. Zdaje się oto żeś zgadł, żeś się domyślił, jesteś prawie pewny, że tam dla ciebie błyska zorza szczęścia, pali się słońce, że tak powiem, miłości... akurat! domysł twój nie wart złamanego grosza; zorza błyska... dla innego, albo wcale nie błyska, a dla ciebie zawsze chłód, zawsze mróz... Tak pani...
Może nie słyszała nawet tej przemowy, a może nie chciała jej zrozumieć, bo zamiast odpowiedzi, rzuciła Faramuzińskiemu pytanie:
— Co ja mam zrobić z tą dziewczyną? radź pan, co mam z nią zrobić?
— Albo ja wiem?...
— Kiedy jej ten teatr w głowę zajechał?... Czy pan wie, że ona chce zostać aktorką? Zkąd to się wzięło? przedtem nigdy podobnych chęci nie zdradzała.
— Jużcić musiało się to wziąć zkądś, samo z siebie, bez powodu nic się na świecie nie bierze. Może i pani własna wina w tem.
— Moja?!
— Może, nie wiem, zdaje mi się; ale niech się pani nie gniewa, to tylko moje przypuszczenie.
— Co pan chcesz powiedzieć?
— Kto wie, czy nie za często brałaś ją pani do teatru. W młodej głowie to się pali, pani dobrodziejko, pali... Nam się zdaje, że tam rozum siedzi i rozwaga, kalkulacya, aha!... Tam, proszę pani, nafta, benzyna, ligroina, proch! Lada iskierka padnie i już bziu! wybuch, pożar...
— Do teatru za często ją brałam? może pan masz słuszność, ale dziewczyna młoda potrzebuje czasem i rozrywki; jakąż jej rozrywkę dać miałam?... Zresztą stało się, już nie czas o tem rozprawiać, ale co robić z Andzią? co robić?
— Nie wiem, pani droga, nic nie wiem. Jestem ciemny pod tym względem, obskurant... To mi tylko wiadomo, że Franek jest chłopak zacności, i że Andzię kocha tak zacnie, poczciwie, wiernie, aż do śmierci, ale zważając na czas i brak wzajemności, tak jak, nie wymawiając, ktoś kogoś... Ręczę za niego, że potrafi cierpieć i czekać; familijna to cnota. Żal mi chłopca, serdecznie, obawiam się, żeby tej wiadomości smutnej, którą zakomunikować mu trzeba, zdrowiem nie przypłacił; ale widać takie już nasze familijne szczęście, dola taka.
— Na cóż mu mówić?
— Tak! więc łudzić, obiecywać, nadzieję robić, a później, kiedy komedyant pannę zabierze, figę mu pokazać! Pani dobrodziejko, tak nie idzie, tak nie może być na żaden sposób.
— Ja siostrzeńcowi pańskiemu nic nie obiecywałam, i nie mówiłam z nim nigdy ani o Andzi, ani o jego zamiarach. Gdy przez pańskie pośrednictwo żądał, żebym pozwoliła mu bywać w moim domu, nie miałam powodu odmówić — i dziś też nie mam najmniejszej racyi żądać, żeby nie przychodził. Przeciwnie — ja tego chłopca szanuję, polubiłam go, i dziś, w tem smutnem położeniu, w jakiem się znalazłam najniespodzianiej, on jest dla mnie jedyną nadzieją ratunku. Ja proszę pana, żeby pan Franciszek bywał u nas, żeby przychodził częściej niż dotychczas; ja o to proszę, ja, matka.
Faramuziński oczy szeroko otworzył.
— Jakto? w obec tego co się święci! jakiż cel? nie pojmuję, nie pojmuję.
— Ach! bo pan umiesz tylko wzdychać i narzekać na losy; ale pan Franciszek jest młody, pełen energii, a skoro, jak pan powiadasz, kocha Andzię, to przypuszczam, że nie da łatwo za wygranę. Ja życzę sobie, ja pragnę, niech przychodzi, niech stara się, może przecież Andzia kiedyś przejrzy, może moje perswazye zwrócą ją na drogę rozsądku, może wreszcie sama, przez porównanie, zobaczy, że pański siostrzeniec o całe niebo wyższy jest...
— Aha! teraz rozumiem! słusznie pani powiada, to jest myśl!... Owszem, niech Franek nie traci nadziei, niech walczy. Czytałem w jakiejś książce, że życie to walka; prawda, prawda. Pani jesteś genialna kobieta, pomimo że...
— Ja, panie, jestem matka i chcę dziecko ratować; pan mienisz się moim przyjacielem, a zatem proszę pana, dopomóż mi, o ile to jest w mocy pańskiej.
— Owszem dopomogę, chętnie, z całej duszy. Jutro rano pojadę naumyślnie do fabryki i nabuntuję Franka, podbechtam, w ambicyę go wbiję; powiem mu: „Franek, pamiętaj, że twoja matka Faramuzińska z domu, wstydu wujowi nie zrób, nie daj się! Kochasz Andzię, nie pozwól, żeby jakiś komedyant zabrał ci ją. Nie daj się, walcz, zdobywaj, nie ustąp! Matka jest za tobą, ja jestem za tobą, wszystko za tobą.“ Obaczysz pani, że natchnę chłopca energią... Ale — dodał po chwili z westchnieniem — co będzie, jeżeli nasza energia nie przełamie uporu Andzi... co będzie?
— Panie, ja o tem myśleć nawet nie chcę.
— Ale, jeżeli, przepraszam panią, że to mówię, bo wszystko trzeba przewidywać, Andzia jest rodzona pani córeczka i nietylko kamienicę, ale i temperament po mamie odziedziczy.
— Nie, nie, panie Faramuziński! nie mówmy o tem, to być nie może. Przyjdź mi z pomocą poczciwie, jak zawsze, radź, obmyśl wyjazd, rozrywki, co chcesz, byle ją od niego oddalić, byle zapomniała.
— Pani moja — rzekł stary kawaler z powagą — nieboszczyk ojciec mój, gdy jeszcze byłem bardzo młodziutki, przepowiadał mi świetną przyszłość, mówił, że zostanę wielkim człowiekiem, dyplomatą. Sprawdziło się to w części, gdyż, zamiast politykiem, zostałem właścicielem domu, i jak to pani dobrze wiadomo, nie ożeniłem się aż dotąd; ale przecież zdolności wrodzone zostały. Na usługi pani je ofiaruję całem sercem. Już mam pomysł! Ponieważ mamy walczyć, zbadajmy przedewszystkiem nieprzyjaciela, obaczmy co to za ryba? Ja się tem zajmę, i to nie zwłócząc, od jutra. Tak pani: jutro będę miał dużo pracy. Rano trzeba tego biedaka ulokować w szpitalu — ulokuję; potem pojechać do fabryki i zbuntować Franka — zbuntuję; dalej nieprzyjaciela zbadać — zbadam. W jaki sposób to uczynię, teraz nie powiem, dość, że uczynię; o jedno tylko panią proszę i zaklinam na wszystkie świętości.
— O cóż?
— O to, że gdyby o mnie mówiono źle, gdyby rozpuszczano jakie plotki, gdyby nawet pozory przeciwko mnie świadczyły, niech pani nie wierzy, i niech wie o tem, że Faramuziński ma zawsze serce czyste, intencye jak najlepsze, i że nigdy nie sprzeniewierza się swoim ideałom. To mi pani musisz przyrzec.
— Nie pojmuję o co panu chodzi.
— Niech mi pani przyrzeknie, że nikt, tylko ja, będę u pani miał wiarę.
— Czy nie wierzyłam kiedy?
— Więc pani przyrzekasz?
— Przyrzekam, znam pański charakter nie od dziś.
— Dziękuję! mając takie zapewnienie, zacznę działać; a teraz dobrej myśli, droga pani, spokoju. Późno już jest, odejdę. Wszak wolno ucałować rączkę dwa razy, chciałem powiedzieć trzy, tak; a czwarty niech będzie uważany jako gratyfikacya nadzwyczajna.
— Niepoprawny pan jesteś; zawsze, nawet w najpoważniejszej chwili...
— Pani moja — mówił rozczulony Faramuziński — ta jednakowość, z której pani żartujesz, już mnie nie opuści do śmierci. Możesz pani gniewać się na mnie, możesz ze mnie szydzić, a ja pozostanę zawsze jednakowy, niezmieniony, ten sam... W kawałki mnie pani posiekaj, jak węża, a zrosnę się i jeszcze do pani przypełznę posiekany. Na to już nie ma lekarstwa, pani Michalino... Dobranoc.
Nazajutrz biedny samogrado odwieziony został do szpitala w stanie budzącym poważne obawy. Żona i córki odprowadziły go, i stała się rzecz od czasu otrzymania pamiętnego listu niepraktykowana — pani Kubikowa zapomniała o lekcyach.
Uczennice napróżno oczekiwały przy rozbitych klekotach na przybycie mistrzyni. Nie przyszła; nie przyszła ani tego dnia, w którym męża do szpitala oddano, ani nazajutrz, ani za tydzień. Możnaby myśleć, że po za sumogradem świat istnieć dla niej przestał. Po tygodniu opamiętała się, kazała Mani i Józi chodzić na zastępstwo, sama zaś wyłącznie była na usługi męża oddana.
Wie o tem pewien wekslarz z Placu Bankowego, że list zastawny zmieniła, co jej się jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło; wie służba w szpitalu, że otaczała męża największą troskliwością, że znosiła co mogła, aby mu pobyt w domu jęków i boleści uprzyjemnić.
Dużo jest dziwnych rzeczy na świecie, ale najdziwniejszem dziwem jest podobno serce ludzkie.




VI.

Stróż Józef od pani Klejnowej, miał przyjaciela Mateusza, stróża od Faramuzińskiego. Kochali się ci mężowie jak dwaj bracia, o czem nikt może lepiej nie był poinformowany nad Szmula Glassa, trzymającego skład wódek, araków i likierów krajowych i zagranicznych, na rogu.
Wspólność pochodzenia ludzi łączy, wspólność kieliszka tę łączność umacnia, wspólność zawodu jeszcze bardziej ukrzepia. Chodzili więc sobie do Szmula równo ze świtem, i wypijali tylko po jednej blaszce, ale porządnej, za czternaście, czystego alembiku. W skutek tego węzeł łączącej ich przyjaźni zacieśniał się jeszcze bardziej.
W rozczulającej zgodzie i harmonii powracali przed bramę, i oparci na miotłach, prowadzili zajmujący dyskurs, bądź o sprawach ogólniejszych, bądź o wypadkach i wydarzeniach bieżących. Dziad utrapiony, baba uparta, czyli jaśniej mówiąc, Faramuziński i Klejnowa, najczęściej dostarczali przedmiotu do gawędy.
Pewnego ranka Józef opowiedział przyjacielowi, że w kamienicy № 000, wczorajszego dnia stała się heca. Sklepikarka poszła do gospodyni domagać się wybicia okna w ścianie, co zdawało jej się niezbędnem zewzględu na specyalność przyszłego małżonka.
Gospodyni, jak gospodyni, wiadomo co to za gatunek: gwoździa lokatorowi nie chce swoim kosztem wbić, nie dopiero okno całkiem z nowości sprawiać! Nie i nie; sklepikarka prosi, płacze prawie, powiada, że i męża radaby mieć, i sklepiku nie porzucać; perswaduje, jako i to i to potrzebne do szczęścia, — ale pani śmieje się tylko i ani myśli. Kobieta się rozżaliła i jak rozpuści język! A to, powiada, tak! to pani statecznej kobiecie wymawia, że we wdowieństwie cnotliwem za porządnego rzemieślnika i wdowca wychodzi, a córeczki własnej pani nie pilnuje! Córeczka do kościoła chodzi, żeby się tam z komedyantem spotykać!... Gospodyni w złość wpadła, kazała jejmości iść za drzwi, i zaraz dała do wywieszenia kartę, jako od pierwszego sklepik wolny i kto chce może przyjść do zgody. Zaraz jakiś człowiek się znalazł i oglądał, a baba aż piała ze złości i dogadywała, że ciemno, zimno, wilgoć, że wszystko pleśnieje...
— Po prawdzie i sprawiedliwości — zakonkludował Józef — gospodyni miała racyę. Co komu do naszej panienki? Kto jej zabroni chodzić do kościoła i rozmawiać z kim jej się podoba? Panienka jest panienka dobra, poczciwa i grzeczna, a ja sam powiadam, że na plotki plunąć! bo prawdy w nich nie ma, jeno sam fałsz.
— Jużci pewnie — rzekł Mateusz, kiwając głową — macie wy Józefie dość za swoje z babami, a ja zaś krzyż pański z moim dziadem.
— No?
— Powiadam wam sprawiedliwie, że coś złego do niego przystąpiło. Od tygodnia jest jak odmieniony.
— Co znowu?
— A dyć mówię, czy go kto urzekł, czy mu jakie zadanie zadali, czy się blekotu najadł, dość, że ani go poznać. Pewnikiem zły duch w niego wstąpił, bo wszystko robi opacznie. Tyle lat jestem, a nic takiego nie bywało...
— W czem się odmienił?
— We wszystkiem. Dawniej, bywało, o siódmej rano wstawał; teraz o dziesiątej śpi jak zarznięty, że się dostukać nie można. Spać kładł się wcześnie, przed dziesiątą regularnie przychodził, rzadko kiedy trzeba mu było bramę otwierać, teraz często o świtaniu wraca i pośpiewuje sobie, a jakże! rurę na głowie ma na bakier, a wczoraj taki był rozbrykany, że mi dziesiątkę w garść wcisnął, nie jak gospodarz, ale jakby jaki pan. Powiadam wam, Józefie, że go chyba urzekli.
— Bo i nie co, mało to uroczliwych chodzi!
— Dawniej, bywało, lubił się ustroić, bo i ma w co, taki bogacz! ale stroił się w niedzielę, we święto, do kościoła, czy na spacer, jak ludzie; — teraz ledwie oczy otworzy, ledwie wstanie, zaraz przed lustrem zasiada, goli się, biały proszek na gębę sypie, włosy szuwaksem pachnącym smaruje. Toć patrzę własnemi oczyma, bo przecież sprzątam w pokojach. Zmiarkować nie mogę co w tem za sztuka... czyby?... ale nie! do tej pory był stateczny, nic się po nim złego nie pokazywało.
— Moi kochani — rzekł Józef — bywa rozmaicie: inszy się za młodu wyszumi, a na starość spokojny — inszy znów będzie za miodu mruk, a na starość rozpuści się jak dziadowski bicz.
— Tak, to tak! — rzekł z westchnieniem Mateusz — i w pańskim stanie i w naszym. Pamiętacie Wawrzka Kozła, jaki był za młodu gospodarz, a potem...
— Pamiętam, pamiętam — odpowiedział Józef i spojrzał ku wschodowi, jakby wzrokiem szukając za Wisłą, daleko, daleko, swojej Dziurawej Woli, która się wśród podlaskich piasków rozsiadła.
— Ej, Mateusie — rzekł, — już latoś naród nie może narzekać, żniwa piękne, deszcz rzadko kiedy przeleci... Pewnie w naszych stronach jęczmień teraz zbierają.
— Wiadomo.
— A żyto już chyba w stodołach; widzi mi się, że latoś piękne musi być, choć i na lekkim grunciku.
— Lekki czasem wdzięczniejszy. Ciekawość, jak kartofle pokazują?
— Powiadał wczoraj chłop na targu, że pod Warszawą niezgorzej. Może prawda, a może i łgał.
Rozgadali się ziomkowie o kapuście, o sianie, o Dziurawej Woli. Przypomnieli dawne czasy, braci i siostry, stryjków, pociotów, Ankę Kiełbikównę, która za Jana Biedronka poszła, Wojtka Grzdyka, że z wojska podobno nie powrócił, Onufrego Piętaka sołtysa, który pewnikiem już nie żyje, bo setnie stary chłop był, Barbarkę Kowalczankę... śliczności dziewucha była, ale ją do miasta coś ciągnęło, i podobno skapiała tam i niewiadomo gdzie jest; przypomnieli Michała Raka, co się z nieboszczykiem Muchą o żonine zagony prawował — i te wspomnienia, tak ich rozrzewniły, że poszli znowuż na róg, i wypili po jednej blaszce, ale za czternaście...
Co do Faramuzińskiego, Mateusz miał najzupełniejszą słuszność — zmienił się dziad do niepoznania. Wyświeżony był codzień, surdut przyozdabiał kwiatkiem, wąsiki usiłował podkręcać, nosił cieniutką laseczkę, jasne rękawiczki, modny krawat i udawał, jeżeli nie młodzieńca, co byłoby za trudno, to pełnego sił i życia kapitalistę, który wycofawszy się z interesów, postanowił bawić się i używać zasłużonego wypoczynku, w sposób najprzyjemniejszy.
Zmienił list zastawny, pugilares wypchał pieniędzmi, papierośnicę cygarami, i zrobił się stałym gościem teatrzyku, w którym kuzyn pani Kubikowej występował. Faramuziński nietylko na widowiska chodził — pokazywał się koło godziny dwunastej w południe, jadł śniadanie, przypatrywał się próbom, zostawał na obiad, przed spektaklem znów się zjawiał, a potem siedział do późnej godziny.
Z właścicielem restauracyi zawiązał stosunki przyjacielskie, a pomiędzy stałymi gośćmi od razu zjednał sobie popularność... Założył się z kilku piwoszami o pogodę. On przepowiadał deszcz, piwosze utrzymywali przeciwnie. Zakład stanął o sto kufli piwa. Faramuziński przegrał: trzeba było piwo wypić. Przy pomocy właściciela zakładu sproszono znajomych, przyczem gospodarz rekomendował:
— Pan Faramuziński, obywatel, protektor sztuki, wielbiciel prawdziwych talentów i kapitalista.
Za pięć rubli Faramuziński stał się najpopularniejszym człowiekiem w ogródku. Poznał się z dyrektorem, reżyserem, artystami, otrzymał, jako protektor sztuki, honorowy bilet wejścia, aktorki i chórzystki uśmiechały się do niego.
Zdawałoby się, że papa Faramuziński, bo już tak go familiarnie nazywano, jest w teatrzyku i w ogródku jakby u siebie w domu. Serdeczny był, czuły dla każdego, nie zjadł nigdy sam, kufelka piwa nie wypił, lecz zawsze w towarzystwie. Zapraszał, częstował i płacił. Sam pił niewiele, ale zaproszonych umiał zachęcać, opowiadał przytem różne anegdotki wesołe i towarzystwo pobudzał do śmiechu. Nie obrażał się, gdy z niego żartowano, i w ogóle potrafił być dobrym towarzyszem.
Aktorki darzyły go uśmiechami, aktorowie przyjaźnią. Pomiędzy tymi był Oleś, który przedtem Faramuzińskiego nie znał, i wcale nie wiedział, że go z właścicielką nieruchomości Nr. ООО, a tem samem i z Andzią, łączy stosunek znajomości i przyjaźni.
W wesołem kółku aktorów i stałych ogródkowych piwoszów, wśród których przyjaciel pani Klejnowej tak prędko umiał sobie zjednać popularność i sympatyę, nazwisko jego prawie nigdy wymawiane nie było; natomiast nadawano mu różne pseudonimy: nasz protektor, zacny papa, wesoły passażer; zresztą co znaczy imię w dobrej kompanii?! Skoro kto kupuje śniadania i kolacye, robi zakłady o sto kufli piwa, ma czas i zawsze dobry humor, to czy nazywa się Faramuziński czy inaczej jest absolutnie wszystko jedno.
Wesoły obywatel i dość. Wycofał się z interesów, pragnie odpocząć, zabawić się w sposób przyjemny i — bawi się też. Nie miewa skwaszonej miny, niebardzo liczy się z groszem, nie wyrzeka na ciężkie czasy. Jedną zdaje się mieć troskę, mianowicie: co będzie robił w jesieni, gdy ogródek zamkną, a artyści na prowincyę wyjadą?
— Przyzwyczaiłem się do was — rzekł raz przy kolacyi, — doskonale czas tu przepędzam; gdy was zabraknie, zanudzę się na śmierć.
— Jedź pan z nami — odezwała się jedna aktorka.
— Wiesz pani co? — zawołał stary kawaler, — to jest myśl!... Słowo daję, myśl genialna, szkoda tylko, że już jestem trochę przyciężki, bo gdyby nie to, kto wie, czy nie zaciągnąłbym się pod wasze sztandary i nie spróbował sił swoich na scenie. Jest to zawód piękny i wesoły, ale trzeba mu się poświęcić od młodości.
— Co to znaczy, panie! — odezwał się jeden, niemłody już aktor, który od lat wielu marzył o założeniu dyrekcyi na własną rękę, — nie do każdej roli potrzebna jest młodość. Ja naprzykład jestem od szanownego pana starszy i tuszę mam lepszą, a przecież występuję. Według mego zdania, mógłby pan dobrodziej grywać szlachetnych ojców: jest postawa, tusza, jest głos.
— Bo też niech się pan angażuje — zawołała aktorka, — niech się pan angażuje! Każdy będzie wiedział, że nie dla chleba, ale jedynie przez miłość sztuki.
— Zrobiłbym to — odrzekł Faramuziński, — choćby dla przyjemności grywania z panią; ale już za późno, niestety. Trudno zaczynać karyerę po... czterdziestce.
— Czy tak? już po czterdziestce?! tego bym nie przypuszczała, nie wyglądasz pan na swoje lata.
— A jednak...
— Co tam! — odezwał się znów stary aktor, do ulubionej i jedynej swojej myśli wracając, — nie koniecznie trzeba być aktorem, żeby należeć do towarzystwa.
— Nie rozumiem; na fryzyera, ani na krawca teatralnego nie mam kwalifikacyi.
— A, panie dobrodzieju, któż o tem mówi?!
— Więc?
— Powiadam, że jeżeliby pan chciał, to któż panu zabroni zostać dyrektorem?
— Ja dyrektorem?!
— Dla czego nie? Zorganizować porządne towarzystwo, wynająć teatr w Lublinie, lub w Płocku na zimę, a latem... zbierać tysiące w ogródku warszawskim. Niech pan dobrodziej nie sądzi, że to wielka sztuka! Byle mieć jakie takie wyobrażenie o teatrze i trochę gotówki na początek — to i już. Szanownemu panu przyszłoby to o wiele łatwiej niż komukolwiek, bo pan jesteś prawdziwym znawcą sztuki, i masz pan sympatyę artystów. Jeżeli pan sobie niedowierzasz, to cóż łatwiejszego, niż znaleźć wśród artystów człowieka, któryby chętnie do spółki przystąpił i życzliwą radą na każde zawołanie służył? Rzecz prosta, że wybór wspólnika należy zrobić z ostrożnością. Kandydatów może być dużo, ale nie każdy odpowiedni. O personel kłopot najmniejszy, jak dla pana, i jestem przekonany, że gdyby szanowny pan słówko rzekł, to nie tylko my, ale i z innych towarzystw najlepsze siły poszłyby za panem. Nie prawdaż? — dodał, zwracając to pytanie do aktorów.
— A ma się rozumieć, — odpowiedziano, — a bez wątpienia! Pięciu minut niktby się nie namyślał!
— Pan dobrodziej na tem stanowisku mógłbyś zrobić bardzo wiele, nietylko dla artystów, ale i dla sztuki, dla społeczeństwa, dla kraju...
— W ogóle, dla narodu, dla cywilizacyi... Teatr potrzebuje kierowników śmiałych, energicznych, zdolnych, materyalnie niezależnych, kochających sztukę całem sercem, a pan dobrodziej właśnie te przymioty posiada..
Faramuziński słuchał z takiem zajęciem, jak gdyby istotnie zamierzał poświęcić swe mienie na ołtarzu sztuki i założyć wędrujący teatrzyk. Rozmowa ożywiła się, każdy z jej uczestników dawał przyszłemu kierownikowi teatru odpowiednie rady i wskazówki, i pokazało się, że z obecnego dyrektora nikt nie jest zadowolony, i że wszyscy gotowi go w tej chwili bez namysłu porzucić. Niech zwija budę i niech robi co mu się podoba!
Z wielką uwagą przysłuchiwał się tej dyspucie kuzynek pani Kubikowej. Gdy inni mówili, on zachowywał milczenie, znać jednak po nim było, że jest jakąś ważną myślą zajęty.
Gdy wstano od stołu, poczekał, aż protektor sztuki będzie sam, a upatrzywszy taką chwilę, zbliżył się do niego i rzekł:
— Czyby szanowny pan dobrodziej nie raczył mi poświęcić trochę czasu jutro.
— Służę łaskawemu panu choćby zaraz — odrzekł Faramuziński, — dla tak znakomitego artysty, jak pan, jestem na każde zawołanie. O co panu idzie? w czem mogę być użyteczny?
— Rzecz ważna dla nas obu...
— Tak?
— Tak, panie, możemy po prostu złapać fortunę za uszy.
— Do licha! zaciekawiasz mnie pan; za uszy?
— Jak dwa a dwa cztery.
— Więc na cóż czekamy? Łapmy zaraz, bo gotowa uciec.
— Pan dobrodziej żartuje, a doprawdy rzecz jest poważna.
— Ależ daleki jestem od żartów, słucham z największą uwagą.
— Dziś za dużo tu osób; jutro koło jedenastej jestem wolny, zamówię gabinecik...
— I śniadanko! o tej godzinie najlepiej się jada.
— Więc przyjdzie pan?
— A jakże! O jedenastej punktualnie. Znasz mnie pan, że w takich razach jestem bardzo akuratny.
Podali sobie ręce. Faramuziński powrócił do domu w złotym humorze. Mateuszowi, za otworzenie, już nie dziesiątkę, ale całkowitą złotówkę w garść wcisnął.
Od dnia, w którym Faramuziński zaczął przesiadywać w ogródku i bawić się wesoło, w kamienicy № 000 nie widywano go wcale. Pani Klejnowa była tem cokolwiek zaniepokojona i posyłała po niego, ale Józef w domu go zastać nie mógł.
Chciała napisać kartkę z prośbą, żeby przyszedł, lecz wyszedłszy tego dnia na miasto, wypadkiem spotkała się z nim na ulicy Miodowej.
Szedł wyświeżony, wyelegantowany, z ogromną żółtą różą w butonierce.
Ujrzawszy swoją sąsiadkę i przyjaciółkę, zmieszał się trochę.
— Gdzież się pan podziewa? — zapytała, — że ani pana zobaczyć! Józef mówi, że nawet u siebie w domu rzadkim gościem pan bywasz.
— Pewnie już jakie plotki doszły do pani. Spodziewałem się tego: całe szczęście, że mam pani przyrzeczenie.
— Jakie?
— Że, cokolwiek by o mnie mówiono, pani jednak będziesz wierzyła, żem się nie zmienił i że serce moje pozostanie jednakowe aż do śmierci.
— Któż o sercu mówi? Ja pytam, gdzie pan przepadasz? ale widzę, że nic złego pana nie spotkało. Z kwiatkami pan chodzisz.!
— To dla pani, wszystko dla pani!
— Nie żartuj pan; wiesz, jakie mam ciężkie zmartwienie.
— Boże wielki! — zawołał. — Przecież nie z innej przyczyny, tylko z powodu tego zmartwienia kwiatki noszę i młodzika udaję. Pani smutek jest moim smutkiem, pani troska moją troską; swoich własnych nie mam.
— Wierzę, ale dla czego nie przychodzisz pan do nas?
— Tak trzeba, droga pani, — odrzekł — a dla czego, to mój sekret. Działam dla pani dobra, dyplomatycznie, ostrożnie, i zdaje mi się, że jestem na dobrej drodze. Co robię i jak robię, niech mnie pani nie pyta, bo nie powiem. Nie łapie się ryb przed niewodem. Niech mi pani ufa, i niech pani wie, że Faramuziński nie śpi, i że, pomimo wszystkiego co o nim mogą mówić, serce jego jest zawsze jednakowe, zawsze wierne, stałe w uczuciach, czyste w intencyach, niezmienione. Jakże nasza Andzia?
— Udaje spokój, ale ja widzę, że cierpi...
— Niech pani nadziei nie traci, wszystko będzie dobrze, a teraz do widzenia. Biegnę, bo mam się stawić na oznaczoną godzinę. Gdy będą już rezultaty, doniosę, przyjdę sam i powiem. Dobrej myśli, droga pani, rączki całuję, do widzenia!
— Dziwnie zagadkowy pan jesteś.
— A pani dobrodziejka ciekawa; ale postanowiłem nic nie mówić i nie powiem! Widzi pani, do czego doszło! nie jestem pani rozkazom posłuszny! zbuntowałem się! ja! pierwszy raz w życiu, ale to dla pani dobra...
Gdy wujaszek rozwijał akcyę dyplomatyczną w ogródku, gdy wysilał mózg na to, aby nieprzyjaciela zdemaskować, siostrzeniec coraz częściej przychodził do pani Klejnowej.
Faramuziński dał mu był generalną instrukcyę w tych słowach:
— Jeżeli chcesz być szczęśliwy, mój chłopcze, jeżeli chcesz cel osiągnąć, a przez to i mnie do mego celu zbliżyć, to słuchaj rady wuja, który cię kocha, a ma za sobą długie lata doświadczenia i wie, jak trzeba z kobietami postępować. Ty się nie śmiej, Franek; żem się nie ożenił, to nie dowód. Nie ożeniłem się, bom trafił na wyjątkowy upór, ale w jaki sposób serce kobiety można zdobyć, wiem. Na pamięć to umiem, po kolei i na wyrywki, jak tabliczkę mnożenia, i jeżeli ci radzę, to radzę dobrze. Przedewszystkiem wiedz, że kobiecie imponuje śmiałość, więc bierz się ostro!... Rozgniewa się — ty na to nie zważaj; nie zechce słuchać co mówisz, zatka sobie uszy — poczekaj chwilę i znów swoje zaczynaj, powie, żebyś się jej na oczy nie pokazywał — przyjdź na drugi dzień, albo jeszcze za dwie godziny; powie, że cię nienawidzi — pocałuj ją w rękę i powtórz po raz setny, że bez niej żyć nie możesz. Jeżeli i to jej nie wzruszy, zagroź, że sobie życie odbierzesz, że się utopisz w Wiśle, że się powiesisz na latarni przed jej oknem, albo zastrzelisz na progu jej mieszkania. Gdy powie, że nie ma nic przeciwko temu, bo i takie są na świecie, to zaczynaj znowuż od początku, wzdychaj, jęcz jak potępieniec, przewracaj oczy. Nie zaszkodzi też, gdy będziesz jej dawał codzień dowody pamięci, przyszlij jej ładny bukiet; jeżeli wyrzuci go za okno, przyślij jeszcze piękniejszy; gdy i ten podobnego losu dozna, przysyłaj po dwa bukiety naraz, po trzy, po pięć! W tem bo widzisz jest idea: niech kobieta wie, że mężczyzna jest silniejszy od niej i wytrwalszy. Siła imponuje słabym. Asystuj jej ciągle; gdy da do zrozumienia, że twoje towarzystwo ją nudzi — udaj, że nie słyszysz; gdy ci to powie wyraźnie — powiedz, że jesteś nią zachwycony; gdy się na dobre rozłości, oświadcz, że nic cię tak nie cieszy jak jej gniew. Temi tylko środkami, kochany Franusiu, śmiałością i wytrwałością zdobywa się serce kobiety. Niech cię nie zraża, jeżeli rezultatu nie osiągniesz natychmiast. Nie zważaj na to, metoda jest wyborna, a skutek niezawodny. Nie dziś, to za rok, to za dwa, trzy, dziesięć, ale ostatecznie nadziei nie trać. Wierz mi, że cię w błąd nie wprowadzam. Weź też na uwagę jeszcze jedną okoliczność, a mianowicie, że rywal twój jest aktorem. Starajże się zohydzić ten stan w oczach Andzi; mów z nią wyłącznie tylko o teatrzyku i aktorach. Opowiadaj o nich anegdotki, ośmieszaj, wymyślaj na nich niestworzone rzeczy. Oto są moje rady, siostrzeńcze; posłuchaj kochającego cię wujaszka i idź drogą, którą ci wskazuje jego doświadczenie i rozum. Trzymaj się ostro, nie daj się, walcz, bądź zawzięty.
Młodzieniec perory wysłuchał, za światłą radę podziękował i ani myślał z niej korzystać.
Szczerze do Andzi przywiązany, przykrości robić jej nie chciał, wiedząc, że jest kim innym zajęta, ze swojem uczuciem nie narzucał się wcale, postanowił czekać, aż okoliczności się zmienią, aż Andzia pod wpływem matki, czasu, okoliczności o pierwszem swojem uniesieniu zapomni. Była to polityka podyktowana przez prawdziwe i szczere przywiązanie, przez takt i wrodzone poczucie delikatności. Faramuziński nie pochwaliłby tej metody, ale młodzieniec inaczej postępować nie chciał, czy nie umiał może.
Gdy przyszedł, rozmawiał o przedmiotach ogólnych, więcej się do matki, aniżeli do córki zwracając; humor miał zawsze jednakowy, pogodny; o uczuciach swych Andzi nietylko ani jednem słówkiem nie wspomniał, ale nawet spojrzeniem śmielszem ich nie zdradził; a kiedy pani Klejnowa sprowadziła dyskurs na przedmiot dla Andzi drażliwy, na teatr, na aktorów, kiedy dając folgę rozżaleniu, potępiała cały ten stan bez wyjątku, młodzieniec stawał w obronie artystów i dowodził, że to są przeważnie ludzie talentu, pracy i zasługi, że aczkolwiek mogą się wśród nich, jak wśród każdej klasy ludzi, znaleźć wyjątki ujemnej wartości, jednak ogół zasługuje na sympatyę.
Bronił także teatru w ogóle i sprzeczał się z panią Klejnową, która twierdziła, że świat byłby dopiero wówczas szczęśliwy, gdyby wszystkie gmachy teatralne na kuli ziemskiej rozwalono, i zaorano miejsca, na których stały.
Obrona była szczera i nie wynikająca z chęci zjednania sobie względów Andzi, lecz z przekonania.
Andzia delikatność jego umiała cenić, nie była już tak oziębła i wyniosła jak przedtem, lecz okazywała mu uprzejmość prawie przyjazną.
Gdy przyszedł rada była, bo jego przybycie rozpraszało zły humor matki, odwracało rozmowę od kwestyi drażliwej, dawało możność przepędzenia kilku godzin czasu, jeżeli nie wesoło i swobodnie, to przynajmniej spokojnie, bez łez, bez wymówek ze strony matki, która, gdy były same, nieustannie do przedmiotu troski swojej wracała.
Raz urządził wycieczkę za miasto, popłynęli łódką na Kępę, we troje tylko, gdyż Faramuziński, którego także zapraszano, wymówił się brakiem czasu.
Całe prawie popołudnie, do późnego wieczoru, spędzili na świeżem powietrzu, wśród zieleni. Lato było w całej pełni, pogoda prześliczna. Chodzili dużo i były chwile, że matka zatrzymywała się zmęczona istotnie, czy może też z umysłu zmęczenie udając, aby dać młodym możność swobodniejszej rozmowy; ale Franek z okazyi tej nie korzystał. Śmiał się, mówił o wszystkiem, o najrozmaitszych przedmiotach, lecz ani słóweczka o sobie, ani o swoich uczuciach. Szedł obok ukochanej, patrzył na nią, słyszał jej głos i rozumiał, że jak na teraz to mu wystarczyć musi, i że nad odrobinę przyjaźni żądać więcej nie może.
Powracali łodzią. Już wieczór był późny, prawie noc. Księżyc wzbił się wysoko i rzucał blaski na rzekę, łagodnem światłem oblewał gmachy i budowle długim rzędem ciągnące się nad brzegiem. Z miasta, w którem już tysiące świateł jaśniały, dochodził turkot i gwar przytłumiony.
Łódź szybko sunęła po fali; bystry i wartki prąd wody ją unosił.
Wszyscy troje zamyślili się. Młodzieniec na Andzię ukradkiem spoglądał i marzył o cichem szczęściu przy pracy; Andzia biegła myślą w świat kinkietów scenicznych, wyobrażając sobie, że króluje w nim już przy boku ukochanego, upojona oklaskami tłumów i zasypana kwiatami; a matka znów myślała o tych dwojgu, tuż obok niej siedzących. Zadawała sobie w myśli pytanie: dla czego, mając wszelkie warunki do wspólnego szczęścia, tak są jednak od tego szczęścia dalecy? Z jakąż radością pobłogosławiłaby ich na drogę życia! jak byłaby spokojna o los jedynego dziecka! Czemuż, jak zły duch, stanął na przeszkodzie ktoś obcy i burzy najpiękniejsze nadzieje?
Pomimo woli wstrząsnęła się nerwowo.
— Czy mamie zimno? — zapytała Andzia.
— Tak, zimno.
— Niech mama zarzuci na ramiona chustkę, którą mam z sobą, proszę.
— Co mi chusteczka pomoże! — odrzekła niechętnie.
— Wełniana przecież... Niech mama weźmie.
— Nie, nie trzeba, jesteśmy już blizko.
Niebawem łódź przybiła do brzegu. Franek odprowadził panie do domu; zaproszony przez matkę, aby wstąpił na herbatę, wymówił się porą spóźnioną i odszedł.
— Przyznaj Andziu — rzekła pani Klejnowa na schodach, — że ten Franciszek jest bardzo miły człowiek.
— Przyznaję mamo najchętniej. — Ale kocham tamtego, dodała w myśli.
U pani Kubikowej świeciło się jeszcze, świeciło się w godzinę później, we dwie, do samego rana.
Matka i obie córki zajęte były szyciem. Na fortepianie, na krzesłach porozkładane były pocięte kawały czarnej tkaniny wełnianej, szerokie pasy białego perkalu, krepa... Dziewczyny szyły w milczeniu, matka zachęcała je do pośpiechu.
— Bo możebyście wolały — mówiła, — żebym do magazynu suknie oddała i w magazynie sprawiła kapelusze? Na takie zbytki pozwolić nie mogę, nie mogę. Wydałam dużo pieniędzy, bardzo dużo, z tych które odłożyłam skąpiąc i od ust sobie odejmując, na czarną godzinę, na starość. Na nic się to przydało, ojciec wasz umarł. Umarł w szpitalu, jak nędzarz! Stało się... pochowam go uczciwie i na to wydatków nie pożałuję, bo to ostatnia już przysługa... ale żałobę same szyjcie, nic nie pomoże.
Przecież nie wymawiamy się od tego — rzekła Józia.
— Ale wolałybyście spać. Znam ja was, moje panny, jak złe grosze. Śpiochy jesteście, dobudzić się was trudno.
— Nie! będziemy szyły całą noc i jutro, dopóki nie skończymy. Niech mama będzie spokojna, żadna z nas nie uśnie, a robotę wykonamy na czas.
Nie pomogła kuracya, ani troskliwa opieka żony: atak się powtórzył i zabił Kubika od razu, jakby uderzeniem potężnej maczugi.
Przed wieczorem, z tą wieścią żałobną przybiegł posługacz szpitalny. Pani Kubikowa wybuchnęła głośnym płaczem, blade dziewczyny wzdychały.
Po chwili opamiętała się.
— Chodźmy do miasta — rzekła, — póki sklepy otwarte; żałobę trzeba sprawić. Płaczem nie wiele zwojujemy.
Poszły we trzy za Żelazną Bramę, na Żabią; chodziły od sklepu do sklepu, targowały się, kłóciły z żydówkami ząb za ząb, o każdy grosz na łokciu, nim nabyły potrzebne sprawunki.
Po powrocie do domu natychmiast zabrały się do pracy.
— Jesteście sieroty — rzekła pani Petronela do córek, — a ja zostałam wdową, nie mam męża, a wy nie macie ojca... Rozmaicie bywało; nie postępował on jak należy, nie wiele o nas dbał, musiałam uciekać przed nim, seperacyę wyrabiać, z ciężkiej pracy utrzymywać i was i siebie... wiecie o tem dobrze; ale niech mu Bóg przebaczy, tak jak ja przebaczam! Już nie żyje, nie będzie więc dla nas ani zły, ani dobry, a my powinnyśmy być dobre dla niego. To wasz ojciec. Pochowamy go uczciwie. Będzie stał w kościele, w porządnej trumnie; odprawi się za niego nabożeństwo przed pogrzebem, a w każdą rocznicę śmierci msza żałobna. Nie pożałuję ani na karawan, ani na grób. Pojedziemy jutro na Powązki, wybierzemy miejsce. Musi być pochowany porządnie, jako wasz ojciec, a mój mąż. Obowiązek to...
Emeryt, dowiedziawszy się o wypadku, pomimo że go „sumogrado“ podczas owej awantury ciężko obraził, sam jednak zgłosił się do pani Kubikowej i z całą uczynnością usługi swoje ofiarował.
Załatwił formalności w biurach, i robił co mógł, ażeby sąsiadce trudu i zachodów umniejszyć.
Szwaczki z góry bezinteresownie pomogły bladym dziewczynom suknie i kapelusze na czas wykończyć, a sklepiczarka ofiarowała protekcyę swoją co do nabycia trumny.
— Niech pani nie uważa na to — rzekła, — że jestem sobie kobieta zbiedniała i podupadła na majątku, ale z podłego stanu nie wychodzę. Ludzi znam, i ludzie mnie też znają, wiedzą com za jedna i szanują. Już ja wiem co mówię. Trumny sama pani niech nie kupuje, bo panią obedrą i oszukają szkaradnie, bo to taki naród, a jeszcze jak widzą, że mają z kobietą do czynienia. Ja pchnę mego tokarza, żeby po znajomych majstrach poszedł. On to załatwi dobrze, wytarguje się, jako, że jest pierwszy znawca na drzewo, kupi i co dobrego i tanio!
Prawie wszyscy mieszkańcy kamienicy № 000, o ile mogli, pośpieszyli wdowie z pomocą i na pogrzeb poszli, prócz kawalerów, których nigdy w domu nie było, i Józefa, co się nie mógł od bramy oddalić. Była też i pani Klejnowa z córką.
Andzia myślała, że zobaczy na tym pogrzebie kogoś, co ją tak bardzo obchodził, ale ów ktoś u pani Kubikowej teraz nie bywał i miał zapowiedziane, żeby nie przychodził już nigdy. Pani Petronela rozżalona, że stał się przyczyną nieporozumień pomiędzy nią a gospodynią, wymówiła mu dom raz na zawsze. Pomimo tego byłby może na pogrzeb przyszedł, ale o śmierci kuzyna nie wiedział.
Szczupły orszak pogrzebowy podążył na Powązki; za trumną szła wdowa, krokiem pewnym, wyprostowana, jak zwykle, i sztywna; obok niej blade dziewczyny. Wszystkie trzy w grubej żałobie, a twarze miały zakryte spadającemi od kapeluszów aż do ziemi welonami z krepy...
Kiedy już trumnę spuszczono do grobu, a grabarze usypali nad nią świeżą mogiłę, wdowa położyła na niej wieniec.
Umarłemu przebaczyć należy winy popełnione za życia, a sąd nad nim zostawić Bogu i modlić za duszę grzeszną.
Takie były przekonania pani Petroneli. Od dnia pogrzebu wspominała o mężu bez goryczy, a mówiąc o nim, nie nazywała go nigdy „sumogradem“.




VII.

Faramuziński stawił się w ogródku punktualnie o godzinie jedenastej zrana, dla odbycia ze znakomitym artystą konferencyi, osnową której miało być złapanie fortuny za uszy.
Kalski, takie nazwisko nosił kuzyn pani Kubikowej, oczekiwał już od kwadransa, a znać było po nim, że coś ważnego ma na myśli, bo chodził po ogródku niespokojnie, na ukłony kolegów i koleżanek wcale nie odpowiadał, i co raz zwracał spojrzenia ku wejściu.
Ów znakomity w oczach Andzi artysta, który potrafił wzbudzić w jej sercu tak żywe uczucie, powierzchowność miał bardzo pospolitą i wcale na bohatera nie wyglądał.
Faramuziński powitał go z przesadną grzecznością.
— Stawiam się, drogi panie, na słowie — rzekł. — Całą noc spać nie mogłem, myśląc o naszem dzisiejszem śniadaniu we dwójkę.
— Pan dobrodziej tak łaskaw...
— Ależ panie, znasz pan mnie przecież! Dla artystów zawsze jestem na usługi, dla wszystkich, a cóż dopiero dla takiego mistrza, jakim pan jesteś! Nie zaprzeczaj, po co ta skromność niepotrzebna! Kto ma talent powinien nosić głowę do góry: niech wiedzą zwykli śmiertelnicy, że ich ta głowa o całe niebo przerasta.
— We własnym kraju trudno być prorokiem.
— Żartujesz, panie Aleksandrze! Czyż społeczeństwo nie bije ci oklasków, aż mu ręce puchną?
— Komu?
— A no... społeczeństwu! narodowi, współziomkom, to fakt.
— Gabinecik zamówiłem, panie dobrodzieju.
— Ślicznie. Chodźmy więc, zamykajmy się, jedzmy i rozmawiajmy.
Zasiedli w odosobnionej altance, i Faramuziński zadysponował śniadanie dość kosztowne.
— Po co takie zbytki! — protestował Kalski.
— A, panie Aleksandrze! skoro mam ten honor, że z tobą czas przepędzam, pozwólże mi być gospodarzem i nie krępuj mnie. Mam prawdziwą przyjemność, że mogę pana ugościć, prawdziwy zaszczyt!
Przy kieliszku serdeczność wzrastała, ale Faramuziński, chociaż towarzyszowi ciągle dolewał, sam pił bardzo niewiele, i niebawem też role się zmieniły: — aktor pod wpływem mocnego wina i likierów rozrzewnił się naprawdę, Faramuziński zaś rozrzewnionego udawał.
— Panie, — mówił Kalski, — niech mnie ogień spali jeżeli nie mam nosa. Gdy pana zobaczyłem pierwszy raz, tu w ogródku, pomyślałem sobie: „Nareszcie znalazł się w tym tłumie bezmyślnym, jeden prawdziwy znawca sztuki.“ Od pierwszego spojrzenia, słowo honoru daję.
— Po czem to pan poznałeś?
— Po osobie... pan dobrodziej ma minę znawcy; ten kapelusz trochę nachylony na lewo, ten uśmiech, te ruchy, no nie wiem zresztą co i jak, dość, że takie osoba pańska sprawia wrażenie.
— No, no! dalibóg nic o tem nie wiedziałem.
— Panie dobrodzieju, człowiek siebie samego nie zna. Wczoraj genialna myśl przyszła panu do głowy, słowo honoru, genialna, założyć teatr.!
— Zapewne.
— Otóż ja... bo widzi pan, ja także mam pewne intencye, i właśnie chciałbym, żebyśmy się mogli wspólnie jakoś pokombinować. To jest powód, dla którego śmiałem trudzić pana dobrodzieja. Czy mogę przedstawić w krótkich słowach mój planik?
— Dla czego w krótkich? interes to jest interes; im go obszerniej przedyskutować, i że tak powiem, wystudyować tem lepiej. Trudniłem ja się swego czasu ważnemi sprawami finansowemi, więc się na tem znam. O cóż to drogiemu panu idzie?
— O ile mogłem wyrozumieć, pan dobrodziej nie jest daleki od myśli założenia teatru.
— Tak; prawie żem się już zdecydował.
— Słyszałem, że koledzy moi robili panu różne propozycye, ale to są ludzie, z którymi, szczerze mówiąc, nie radziłbym wchodzić w stosunek. Nie dla tego, że są nieuczciwi, nie! ja tego nie powiadam, bo ja, w ogóle przeciw koledze, choćby to był łotr oderwany od szubienicy, nigdy nie działam; ale są to biedacy. Pieniędzy żaden z nich nie posiada, więc jakaż może być spółka?
— Zapewne, zapewne, słuszna racya.
— Otóż ja mam zamiar zaproponować panu dobrodziejowi spółkę z kapitałem. Pan da trochę, ja dam trochę i zrobimy taką dyrekcyę, jakiej jeszcze w kraju nie widziano — bo z kapitałem. Będziemy dobrze płacili artystom, będziemy wystawiali sztuki wspaniale, bogato, będziemy mieli w repertuarze i dramat, i komedyę, i operetkę, i balecik. Uważa pan dobrodziej — balecik! co?
— Piękna myśl!
— Przekona się pan co to będzie. Pan dobrodziej, jako głęboki znawca sztuki, ja jako artysta — a obadwaj znów jako kapitaliści. Żeby kto po całym świecie chodził i szukał, to takiej drugiej doskonałej i dobranej spółki nie złoży.
Faramuziński uśmiechnął się.
— Zrobiłeś mi, kochany panie Aleksandrze, zaszczyt i przyjemność; zaszczyt proponując mi wspólną pracę, przyjemność, powiedziawszy, że jesteś kapitalistą. Serdecznie panu winszuję, bo bądź co bądź, aczkolwiek talent ma wielkie znaczenie, aczkolwiek jest to wyjątkowy dar Boży, jednak nawet z talentem, nawet szczęśliwemu wybrańcowi Fortuny, z kapitalikiem lepiej na świecie.
— Tak się zdaje.
— Pewnik, prawda niezbita. Powiedz że mi też, drogi pani Aleksandrze, ile też masz kapitału?
— Sporo.
— Ze mną możesz być szczery, tembardziej, że mamy pracować do spółki.
— No, tak.
— Więc ile?
— Widzi pan, to zależy...
— Od czego?
— Od ceny domów w Warszawie.
— Aha! więc posiadasz pan dom.
— Tak, jakby.
— Gdzież to? na jakiej ulicy? Widzisz, kochany panie Aleksandrze, ja Warszawę znam jak mało kto, i wiem bardzo dobrze, ile który dom wart.
— Właściwie, panie dobrodzieju, dom, o którym mówię, jest niewielki, ale zawsze jakiś dochodzik przynosi, a w razie sprzedaży — wcale przyzwoitą sumkę możnaby za niego osiągnąć.
— Za ten pański domek?
— A tak.
— No, jeszcze kieliszeczek likieru, kochany współobywatelu, a może i sąsiedzie — rzekł Faramuziński, — bo trzeba wiedzieć, że ja także mam dom i także niewielki. Dzielny z pana człowiek, panie Aleksandrze, jak cię kocham, dzielny! Za twoje zdrowie. Obyś żył jaknajdłużej, obyś doszedł do szczytu sławy jako artysta, obywatel-artysta. Jakiż jest numer twojej nieruchomości?
— 000.
— Znam! znam! Trzy okna frontu, na dole szewc. Niczego chałupka; ale o ile mi wiadomo, ta kamienica jeszcze przed kilku laty miała właścicielkę. Czekaj-no, niech sobie przypomnę, jak ona się nazywała?... Klejnowa! tak, tak, znałem ją z widzenia; piękna kobieta była! Nie wiesz pan, co się teraz z nią dzieje i dokąd się po sprzedaży domu wyniosła?
Artysta zmieszał się.
— Widzi pan dobrodziej — rzekł, — to jest cała historya, ale ponieważ przyrzekłem być szczerym, więc ją panu opowiem. Właściwie... to jest formalnie, w hypotece, pani Klejnowa figuruje dotychczas.
— Rozumiem, nie chciałeś zapewne na razie ponosić kosztów aktu i stempla.
— I tak i nie; ale niech-no pan posłucha. Pani Klejnowa ma córkę, niczego dziewczyna, nawet ładna, może ją pan kiedy widział.
— Może, ale uwagi nie zwróciłem; alboż mało ładnych dziewcząt w Warszawie! Więc cóż ta córka?
— Zadurzyła się we mnie... Nie chwaląc się, panie łaskawy, ja mam szczęście do kobiet...
— To tak jak ja za młodu. Opowiem ci kiedy najrozmaitsze moje przygody i awantury, za głowę się złapiesz. Więc, powiadasz, że się panienka zadurzyła?
— I jak! Proszę pana, takie gąski giną za artystami, zwłaszcza jeżeli brać się umiejętnie do rzeczy. Poznałem ją wypadkiem. W domu jej matki mieszka pewna jejmość, trochę moja krewna, i ma dwie córki. Otoż tam ową gąskę spotkałem, a zmiarkowawszy, że może być dobry interes, zacząłem do niej oczy przewracać, tak, jak to umiem, artystycznie.
— Takiś to figlarz, panie Aleksandrze!
— Ano, cóż robić!
— Słusznie, słusznie; a gąska ładna, powiadasz?
— Bardzo ładna aktoreczka z niej będzie.
— Jakże imię tej panience?
— Andzia. Otóż, uważa pan dobrodziej, o nią jestem spokojny. Zadurzona po same uszy, i gdybym zażądał, żeby na koniec świata poszła za mną — pójdzie bez namysłu. Jest to tak pewne, jak dwa a dwa cztery... Ale gorsza sprawa z kochaną mamunią. Baba uparta i ma różne przesądy. Za artystę córki wydać nie zechce.
— Co za dzikie uprzedzenie!
— Właśnie, i to jest główny powód, dla którego dom, chociaż już niby mój, właściwie moim jeszcze nie jest. Muszę wpierw wynaleźć sposób na mamę.
— Racya; jednak zdaje mi się, że to z łatwością nie przyjdzie. Matki miewają swoje fantazye.
— Wiem o tem; ale córki miewają także swoje. Widzi pan dobrodziej, ja jestem prawie pewny swego... Gąska mnie kocha, więc jeżeli mama trwać będzie w uporze, to weźmiemy ślub potajemnie, a w obec spełnionego faktu pani mama będzie musiała pogodzić się z losem, i domek mój. Przecież córki się nie wyprze, ani jej nie wydziedziczy. Jak pan szanowny uważa mój projekcik?
Faramuziński roześmiał się.
— Genialny! słowo daję, genialny! Przyznać muszę, kochany panie Aleksandrze, że jesteś pod każdym względem skończony artysta.
— Trochę... Otoż przedstawiwszy panu z całą otwartością moje widoki na przyszłość i mój stan majątkowy, jak pan widzi wcale niezły, chciałbym poznać pańskie stanowcze zdanie co do naszej spółki. Czy pan mój projekt akceptuje, czy nie? Interes jest złoty, słowo honoru daję, a spółka ze mną lepsza niż z każdym innym artystą, gdyż nie przystępuję do niej z próżnemi rękoma. Cóż pan łaskawy o tem myśli?
Faramuziński zrobił poważną minę i zaczął bębnić po stole palcami. Kalski patrzył na niego z widocznym niepokojem.
— Jednak trzeba coś postanowić — rzekł nieśmiało.
— Widzisz, kochany panie Aleksandrze, ja jestem prawie zdecydowany, ale należy wpierw zrobić obliczenie, ile kapitału będzie potrzeba? ile ja mam dać, ile pan? jaki trzeba ułożyć budżet? naradzić się nad różnemi wydatkami. Wszak prawda?
— Zapewne, ale należy z tem spieszyć.
— Ba! ja mogę w każdej chwili, mam bowiem fundusze w papierach procentowych; ale pan swego domu nie zrealizujesz tak prędko.
— Ostatecznie, chwilowo mógłby mnie pan zastąpić.
— Zrobiłbym to niezawodnie, ale jako człowiek przezorny, całego majątku angażować na jedno przedsiębiorstwo nie chcę — byłoby to za nadto ryzykowne... Niemłody jestem, mogę zachorować, siły utracić, więc punkt oparcia zawsze mieć muszę. Nie prawdaż, panie Aleksandrze?
— No tak...
— Teraz los naszej spółki tylko od ciebie zależy. Dobrze mi poradziłeś. Nie wejdę w stosunek z artystą nie mającym funduszu, bo to się na nic nie zdało. Oto moja ręka. Od tej chwili chciej mnie uważać za swego wspólnika w zasadzie, a gdy sprzedasz dom w rzeczywistości... Zgoda?
— Dobrze.
— A zatem, kochany panie Aleksandrze, interes tak jakby skończony. Staraj się tylko co rychlej o pannę, a co za tem idzie, i dom. Życzę ci powodzenia.
— Co do tego jestem aż nadto pewny; nie wielka sztuka gąskę wykraść.
— Hm! gąski bywają pilnowane.
— Co to znaczy!
— A może lepiej zwykłym sposobem: bywać, konkurować, oświadczyć się, hę?
— I być wyrzuconym za drzwi. Nie głupim!
— Któżby śmiał?
— Już ja wiem. Moja krewna, ta co mieszka pod Nr. 000, wyraźnie mi to powiedziała. Nie, łaskawy panie, wezmę ja się do rzeczy po swojemu. Będzie to i bezpieczniej, i lepiej, i co najważniejsza, pewniej.
Pożegnali się w najlepszej harmonii; artysta udał się na próbę, Faramuziński zaś wsiadł w dorożkę i przed dom pani Klejnowej wieźć się kazał.
Przywitała go okrzykiem zdumienia.
— Nareszcie! Przypomniałeś pan sobie o nas...
— Przypomniałeś! dobre pytanie! O kimże to ja myślę nieustannie, jeżeli nie o pani? Przypomniałeś! proszę!
— Bo już nie widziałam pana tak dawno.
— Nie bez przyczyny, pani najłaskawsza. Jakże pani zdrowie, co panna Andzia porabia? jak się sprawia mój Franek?
— Tyle pytań na raz! Zdrowie moje... nie wiem jak panu powiedzieć. Nieosobliwe: zmartwienie gnębi, smutek sen odbiera.
— To niedobrze; ale bo też nie należy się poddawać: złe przeminąć musi, a później dobre nastanie.
— Daj Boże... Pytasz pan o Andzię: wyszła na miasto po jakieś drobiazgi, lada chwila powróci; co się zaś tyczy pańskiego siostrzeńca, przyznam się otwarcie, że zachwycona nim jestem.
— A co! mówiłem pani, że złoty chłopak, i nie śmiałbym go tu wprowadzić, gdyby było inaczej.
— I Andzia polubiła go trochę, chociaż, niestety, tamtego głupstwa dotychczas jej wybić z głowy nie można. Dziwna dziewczyna.
— Polubiła, powiadasz pani! to dobrze, wybornie, doskonały początek! Polubiła trochę, później polubi więcej, a później pokocha na śmierć i na życie. Tak pani. Widzę z tego, że Franek rad moich słucha i postępuje ściśle według instrukcyi, jakiej mu udzieliłem.
— Pod jakim względem?
— Co do zdobycia serca Andzi. Zapowiedziałem mu, żeby brał się ostro, żeby się oświadczał choćby codzień, żeby się odmową nie zrażał, i żeby dotąd wojował, aż co wywojuje. Widzę, że chłopiec pojętny i posłuszny, radę doświadczonego człowieka zrozumiał, to co mu zalecono wykonywa święcie.
Pani Klejnowa uśmiechnęła się.
— Czemuż się pani śmieje? — zapytał, — może z mego doświadczenia? niech pani wierzy, że je mam, a co ono warto zobaczymy, przyszłość pokaże. Tymczasem, droga pani, póki Andzi nie ma, musimy się porozumieć... Ja robię co mogę, staram się, wysilam moje zdolności dyplomatyczne, żeby tamtego usunąć. Jestem już nawet blizki celu. Zrobi się tak, że nie będzie nam bróździł więcej.
— Co pan mówisz!
— Prawdę, jak zawsze; ale żeby się go ostatecznie pozbyć, musi mi pani dopomódz.
— Z największą chęcią, chciej pan tylko powiedzieć, w jaki sposób.
— Trzeba wyjechać z Warszawy, ma się rozumieć z Andzią.
— Wyjechać?
— Koniecznie, i to o ile można najprędzej. Ja tak radzę. Pytasz pani dokąd? to wszystko jedno, byle z Warszawy. Za granicę, do wód, na wieś, dokąd się pani podoba, byle wyjechać, na parę tygodni przynajmniej. Spodziewam się, że dla dobra córki nie będziesz pani żałowała wydatku, a jeżeli braknie pani w tej chwili gotówki, ja pożyczę, ja pożyczę bez żadnego procentu, za „Bóg zapłać“.
— Dziękuje panu za dobre chęci; o koszta wcale nie idzie, tylko...
— Trzeba wyjechać, mówię pani, trzeba ten romans przerwać, a ponieważ nie mamy sposobu, żeby pana artystę z Warszawy wypędzić, przeto wywieźmy Andzię. Tu może go ona spotkać na ulicy, rozmawiać z nim, chodzić do teatru, wyjechawszy zaś straci go z oczu i prędzej zapomni.
— A gdy wróci?
— To go już tu nie będzie. Sezon się skończy, ogródek zamkną, aktorowie rozproszą się po prowincyi i on z nimi. Ja pani gwarantuję, że Andzia powróci uleczona; ja, Faramuziński, osobą i majątkiem ręczę. Nad czem się pani namyślasz? Czy ja źle radzę? Ostrożność nigdy nie zawadzi.
— Ostrożność?
— A tak! któż wie, czy nie kursują jakie liściki?
— O panie! moja Andzia nie prowadziłaby tajemnej korrespondencyi.
— Albo ja wiem?
Pani Klejnowa zamyśliła się.
— Dokądby wyjechać — zapytała po chwili.
— Masz pani znajomych na prowincyi?
— Znaleźliby się; ale nie chciałabym z cudzej łaski korzystać, wolę być u siebie niż u kogo.
— Bardzo słusznie; a podróż za granicę nie uśmiecha się pani?
— Dajże pan pokój! Kamieniczka moja na podobne zbytki nie wystarcza.
— W takim razie radziłbym Ciechocinek. Dajmy na to, że pani czujesz się niezupełnie zdrową i potrzebujesz kuracyi, Andzia musi pani towarzyszyć i jako dobra córka opiekować się matką. Taka wycieczka rozerwie ją trochę... Niechże mnie pani posłucha, moja pani, ja radzę życzliwie.
— Namyślę się, — odrzekła.
Faramuziński chciał dalej rzecz swoją prowadzić i gruntowniej konieczność wyjazdu umotywować, ale wejście obcej osoby przeszkodziło temu.
Tą osobą była sklepiczarka. Weszła zmieszana, pokorna, z zaczerwionemi oczyma, bez zwykłej buty i hardości. Pani Klejnowa zmierzyła ją surowem spojrzeniem.
— Czego pani sobie życzy? — spytała, — zdaje mi się, że już żadnego interesu do mnie pani nie ma.
— Prośbę mam — szepnęła — bardzo wielką prośbę...
— Niech pani prędko mówi, bo niemam czasu. Spodziewam się, że nie idzie ani o lokal, ani o wybicie okna dla przyszłego męża.
— Męża! żeby dla niego w piekle okna wybijali.
— Oho! — rzekł Faramuziński, — musiał pani narzeczony coś przeskrobać.
— Niech go moje oczy nie widzą! on wcale moim narzeczonym nie jest i nie będzie.
— A, więc nie wychodzisz pani za mąż?
— Pani łaskawa, pani dobrodziejko! Bóg mnie ustrzegł od tego nieszczęścia, oczy mi się otworzyły, przejrzałam! Prawda, że zawiniłam przeciwko pani i przeciwko panience, ale przychodzę z pokorą, przepraszam, niech mi pani przebaczy, niech mi pani pozwoli tu pozostać w tym sklepiku. Przecież zawsze płaciłam rzetelnie! Ja już okna nie żądam, odnowienia nie żądam, nic! Chcę oto tylko siedzieć w strapieniu swojem, w cichości Pana Boga chwalić, i na mizerny kawałek chleba pracować. Pani gospodyni! niech pani przebaczy, niech mnie pani biednej wdowy na bruk nie wyrzuca, bo gdzież ja się przytulę, sierota? Tyle lat przemieszkałam tu! tyle lat!
Mówiąc to otyła jejmość szlochała, a łzy spływały po jej pełnych, zaczerwienionych policzkach.
— Dla czegoż pani zerwałaś z narzeczonym? — spytała gospodyni.
— Proszę pani, byłam zaślepiona, obałamucona. Co to mężczyzna! Wiadomo, że, z przeproszeniem honoru pana Faramuzińskiego, każdy z nich Cygan; każdy... smok, dyabeł czyhający na dobrą duszę... Zaczął przychodzić, przypochlebiać, a tak, a owak, mówił, że on za majątkiem nie goni, że tylko podług upodobania osoby małżeństwa pragnie, że mnie niby jako wdowie samej ciężko żyć na świecie, że on tokarz, że fach swój zna, że będzie mi poczciwym i wiernym mężem, tak, proszę łaski pani, obałamucił mnie zupełnie, tak mi w głowie zmącił, że zgłupiałam na szczęt i powiedziałam: dobrze. Kosztu sobie narobiłam i podług garderoby, i podług wesela, i przez to marne okno panią gospodynię naszą obraziłam, — a teraz ani ja męża, ani sklepiku, ani nic! że chyba do Wisły pójdę, sierota, i utopię się w wodzie...
— Dajże pani pokój tym lamentom! — rzekł Faramuziński, — o со pani chodzi? Jeżeli о sklepik, to może pani Klejnowa, jako dla tyloletniej lokatorki, przeszkód nie będzie czyniła; jeżeli zaś opłakujesz pani tokarza...
— Ja jego opłakuję!? Żeby on zmarniał! ja opłakuję tokarza! żeby go bieda toczyła! Czego mam żałować? ani z mięsa, ani z pierza, podobno nawet trochę napija. Och! pani łaskawa, ja powiadam, że mężczyźni wszyscy są jednakowi i każdy na naszą zgubę tylko czyha... oto choćby i ten tokarz. Powiada do mnie: „Niech pani nie myśli, że ja jestem na sklepik chytry, albo na pieniądze. Chowaj Boże! podług osoby pani upodobanie mam, tylko podług osoby“. I ja głupia, ma się rozumieć, wierzyłam; przecież nie mam stu lat i do ludzi jestem podobna. Tymczasem teraz on inaczej zaczyna śpiewać: — „A moja pani, powiada, ja się namyśliłem, robota mi się trafia duża, potrzebuję pieniędzy na drzewo, powiada, na czeladź — i przed ślubem też chciałbym się cokolwiek oporządzić względem garderoby i tego owego“, powiada, a skutek taki, żebym dała tysiąc złotych, bo inaczej on wcale do ślubu nie pójdzie. Jakby mnie ukropem kto oblał! Więc ja na to zbierałam grosz do grosza, do kassy oszczędności nosiłam, żeby chłop tę moją krwawą pracę przepił? O nie! Więc to takie jego względem mojej osoby upodobanie! taka szczerość serca!? Zapłakałam nad naszym biednym losem kobiecym, i wcale, bez żadnego krzyku, delikatnie powiedziałam mu, żeby sobie poszedł do ciężkiego licha, na złamanie karku, i żeby na oczy mi się pokazywać nie ważył, bo go albo czem okaleczę, albo mu co powiem.
Z trudnością udało się pani Klejnowej i Faramuzińskiemu powstrzymać potok żalów i skarg, zawiedzionej niewiasty. Dopiero obietnica pozostawienia jej przy sklepiku wpłynęła cokolwiek na uspokojenie jej nerwów.
Odeszła wzruszona, błogosławiąc gospodynię, przeklinając wszystkich mężczyzn, jacy istnieją na świecie, i przyrzekając solennie, że nigdy w życiu nie da się unieść porywom serca i do śmierci pozostanie samotną.
Wróciła jeszcze ze schodów, po to, aby oświadczyć, że drugiej, dziesiątej i setnej wdowie zakaże, żeby się wystrzegała mężczyzn, jeszcze bardziej rzemieślników, a najbardziej tokarzy. Panny niech wychodzą za mąż, jako niedoświadczone i młode, ale stateczna wdowa powinna mieć rozum.
— Nareszcie poszła! — rzekł Faramuziński.
— Biedna kobieta!
— Ona? cóż jej złego?
— Każdy zawód jest przykry — odpowiedziała pani Klejnowa, — a najprzykrzejsze podobno są zawody w miłości.
— Wiem ja coś o tem, pani łaskawa.
Andzia powróciła z miasta. Ujrzawszy Faramuzińskiego, nie mogła powstrzymać okrzyku zdumienia.
— Pan?
— Czemuż się Andzia dziwi? — spytał stary kawaler, — czy mnie Andzia widzi pierwszy raz?
— Pan u nas teraz tak rzadko bywa! gdzież się pan obraca? co się dzieje z panem?
— Dobrze się dzieje i bywam w świecie, prowadzę różne interesa, bawię się... A jakże się kochana Andzia miewa?
— Jak pan widzi.
— Kiedyż wesele?
— Czyje?
— Ma się rozumieć Andzi.
— Dziewczyna zarumieniła się.
— Dużo jeszcze wody upłynie — odrzekła, — zresztą nie myślę o weselu.
— To źle, osoba w wieku Andzi...
— Czy mnie pan uważa za starą pannę?
— Nie... ale chciałbym tańczyć na Andzi weselu. Ciekawy też jestem, co Andzia myśli o moim siostrzeńcu?
— Wcale o nim nie myślę.
— Więc nie podobał się?
— Tego nie powiedziałam.
— A zatem podobał się?..
— Dla czego mnie pan indaguje? Czy się podobał, czy nie podobał...
— Jakże Andzia chce? przecież jestem jego rodzonym wujaszkiem, więc radbym wiedzieć, co ludzie myślą o moim siostrzeńcu.
— Co do mnie — odrzekła Andzia, — szanuję go bardzo.
— Szanuję! szanuję! — zawołał Faramuziński, — co to jest szanuję? to nic. Panie wszystkie jesteście jednakowe, i darzycie szacunkiem ludzi, którzy na coś więcej zasługują.




VIII.

W ogródku była premiera. Pogoda sprzyjała, nowość nęciła, więc też o zmroku tłumy ludzi ciągnęły do teatru. Kassyer z wielką radością zamknął budkę, gdyż wszystkie miejsca numerowane rozkupiono, sprzedawano tylko bilety wejścia na dwóch stolikach.
Dyrektor teatrzyku z rozkoszą spoglądał na tłok, a właściciel restauracyi miał taką minę, jak gdyby wygrał wielki los na loteryi. Służba rady sobie dać nie mogła; pod werendami ustawiono dwa prowizoryczne bufety, parobcy wtaczali antałek za antałkiem, gdyż publiczność miewa duże pragnienie.
Było to już prawie na schyłku sezonu, we wrześniu; piękna jesień uśmiechała się do Warszawy, w której robiło się już ludniej, aniżeli latem, wiele osób powróciło już z letnich mieszkań, z zakładów kąpielowych; rok szkolny się rozpoczął, życie miejskie, do pewnego stopnia podczas wakacyi uśpione, do normalnego powracało trybu.
W takim czasie premiery w ogródkach miewają powodzenie, zwłaszcza gdy zdobią je tańce, ognie bengalskie, strzały i okropności nadzwyczajne.
Publiczność, zwłaszcza po za krzesłowa, bywa w usposobieniu doskonałem, i każda piosenka, każdy koncept wywołuje oklaski, a tańce budzą entuzyazm.
Dyrektor przechadzał się po ogródku, patrzał na zwarte szeregi widzów cisnących się do baryery i szeptał:
— Boże Wielki! czemuż codzień tak nie jest? Kupiłbym sobie kamieniczkę i żył jak pan, nie kłopocząc się o nic. O sto kroków omijałbym każdy teatr...
Faramuziński z kilku piwoszami siedział w loży. Jako stałym bywalcom i protektorom sztuki, ofiarowano im bilet za pół ceny.
— Utwór piękny — mówił jeden z piwoszów, — bardzo piękny, w miarę moralny i w miarę wzruszający, a niektóre koncepta są niezrównane, pić się po nich chce.
— Zapewne dla tego, że pieprzne — zauważył Faramuziński.
— Publiczność nasza paprykę lubi: słyszysz pan, jakie brawa! Smak się wyrabia, nie ma co mówić.
— Cywilizacya.
— Spodziewać się! Świat w miejscu nie stoi, lecz idzie wciąż naprzód. Temu lat czterdzieści pijaliśmy piwo owsiane z butelek; dziś mamy bawara na kufle, prosto z lodu. Mówią Niemcy, że barbarzyńcy jesteśmy; niechże który spróbuje wypić tyle kufli, ile naprzykład pan Ignacy!
— То pompa!
— Nie, to postęp. Postęp we wszystkiem i na każdym kroku. Oto choćby naprzykład teatr. Dawniej siedziałeś w krześle, lub w loży, jak zamurowany, patrzałeś na scenę i słuchałeś co śpiewają lub mówią. Musiałeś być ubrany elegancko, w rękawiczkach; a dziś, skrępowania żadnego, swoboda! Siedzisz w kapeluszu na głowie, gawędzisz, śmiejesz się, jesz, pijesz, palisz, zabawiasz się z przyjaciółmi, i jednocześnie jesteś w teatrze. Rubla dam temu, kto co mądrzejszego wymyśli.
Faramuziński przytwierdzał, głową kiwał, lecz myślał o czem innem. Czekał z niecierpliwością końca widowiska, ażeby się z Kalskim zobaczyć.
Zdradę dziad knuł i myśli o niej pochłaniała całą jego uwagę.
Pani Klejnowa z Andzią, przed dwoma dniami, wyjechała do Ciechocinka. Andzia nie była z tego zadowolona, ale oponować nie mogła, zwłaszcza, że wyjazd miał na celu polepszenie zdrowia matki, a doktór wyraźnie zalecił, żeby pomimo kończącego się już sezonu, do Ciechocinka się udać. Samo powietrze tamtejsze, nie mówiąc już o wodach, miało wzmocnić nadwątlone siły pani Michaliny i przywrócić jej zdrowie na długie lata. W obec takich argumentów Andzia musiała ustąpić. Odjechała z Warszawy smutna, bo tak się jakoś złożyło, że nawet z daleka zobaczyć nie mogła tego, kogo widzieć pragnęła. Tyle było zajęcia przed wyjazdem.
Faramuziński odprowadził panie na kolej, a prawie przed samem już odejściem pociągu przyszedł pan Franciszek i ofiarował Andzi bardzo ładny bukiet. Podziękowała obojętnym ukłonem i położyła kwiaty na ławce w wagonie. Faramuziński przyrzekł, że panie odwiedzi, i że od czasu do czasu doniesie co w domu słychać.
Gdy pociąg ruszył, wujaszek z siostrzeńcem powrócili do miasta. Nie wiele rozmawiali z sobą, gdyż młodzieniec był smutny i do gawędki wcale nie ochoczy. Zdawało mu się, że z chwilą odjazdu Andzi, cały świat sposępniał, że zrobił się szary i pusty.
Faramuziński żartował, śmiał się i pocieszał zakochanego:
— Nie zwieszaj głowy — mówił, — nie upadaj na duchu, czekaj. Nieboszczyk twój dziadek, a mój ojciec, mówił, że mam zdolność do dyplomacyi, i zdaje mi się, że nie był w błędzie. Przekonasz się o tem w krótkim czasie. Robię co mogę, zabiegam, toruję ci drogę do szczęścia. Jeżeli się uda, będziemy tryumfowali obadwaj. Ty i ja; przekonasz się.
Proszony, aby bliżej plany swoje określił i powiedział na czem mianowicie owe dyplomatyczne zabiegi polegają, uczynić tego nie chciał.
— Dowiesz się w swoim czasie — odrzekł, — słowa do rezultatu nie prowadzą, trzeba czynu. Podobno tak powiedział Napoleon I, którego prześliczną figurkę z bronzu widujesz u mnie na biurku. On nie lubił dużo mówić, i ja tak samo. Czyn to grunt.
Chcąc wielkiego czynu dokonać, Faramuziński zaraz do ogródka się udał i z przyszłym wspólnikiem konferował; na premierę stawił się również.
Kurtyna zapadła wśród burzy oklasków, publiczność opuściła teatr, a chociaż przy stolikach i pod werendami jeszcze dość osób siedziało, jednak po ogródku można już było chodzić swobodnie.
Faramuziński pożegnał swoich przyjaciół piwoszów i przechadzał się blizko bramy, przez którą za kulisy wchodzono. Wiedział, że Kalski ztamtąd wyjdzie, i oczekiwał na niego.
— Ach, jesteś pan nareszcie! — zawołał, ujrzawszy go, — czekam na pana.
— Na mnie?
— Spodziewam się! Chodź że pan gdzie na osobność, musimy się rozmówić.
— Jestem strasznie zmęczony, taka rola...
— Domyślam się, jesteś pan zmęczony i głodny. Racya, zjemy co. Ot, tam jest stolik wolny na uboczu. Chodźże pan.
Przy kolacyi Faramuziński ciągle zafrasowanego udawał.
— Co panu jest? — spytał aktor.
— Źle jest i basta. Oto namówiłeś mnie pan na spółkę, i do tej pory nie zrobiliśmy nic. Już jest czas, wielki czas, i jeżeli nie weźmiemy się teraz gorąco do rzeczy, to wszystko przepadnie... Artyści rozjadą się i gdzie którego szukać! Trudnoż jeździć po prowincyi, od miasta do miasta i zbierać towarzystwo.
— Możemy angażować teraz.
— I dawać zaliczenia! Ja wiem, ale gdzie są fundusze?
— Tymczasem — odrzekł aktor — mógłby pan dobrodziej forszusować na to ze swoich. Przecież ja jestem odpowiedzialny i mój wkład opieram nie na czczem słowie, lecz na nieruchomości. Jest to prawie tak jak hypoteka. Choćby od jutra zbierać możemy personel, byleby pan mnie chwilowo zastąpił; ale, jak uważam, pan szanowny uczynić tego nie chce.
— Mylisz się pan, chcę i uczynię, lecz niechże wiem wpierw, jak dalece zaawansowałeś pan w tej sprawie?
— Jestem pewny swego, jak najpewniejszy.
— Być może, ale coś pan zrobił, jakie środki przedsięwziąłeś, żeby się przybliżyć do celu?
— Proszę pana — odrzekł — przecież nie mogę jak tatar wpaść do czyjego domu, porwać pannę i uciec z nią, tembardziej, że nie o pannę głównie idzie.
— Rozumiem, ale chciałbym wiedzieć przynajmniej czy porozumiałeś się z ową gąską, i czy ona się zgadza?
— Pisałem do niej przed trzema dniami, ale odpowiedzi nie mam.
— Liścik! mógł nie dojść.
— Niezawodnie doszedł, oddano go jej na ulicy.
— I cóż odpowiedziała?
— Nic.
— To nie wiele. Czy wolno wiedzieć, co w nim było? Przepraszam panie Aleksandrze kochany, że cię tak indaguję, ale jako wspólnik, muszę wiedzieć czego się trzymać.
— O, bardzo proszę, ja przed panem nie mam sekretów. Napisałem w kilku słowach, że mi bardzo tęskno, że umieram ze smutku — wiesz pan dobrodziej, takie zwyczajne zawracanie głowy — i prosiłem, żebym ją mógł spotkać rano, jak będzie wracała z kościoła.
— I cóż?
— Nie była w kościele ani nazajutrz, ani następnego dnia. Gdzieindziej nie mogłem jej spotkać, z powodu tej przeklętej premiery; ale od jutra będę wolniejszy, zacznę też krążyć w tamtej stronie miasta i wypatrzę ją. Trudno przypuścić, żeby wcale nie wychodziła z domu.
— No, tak.
— A idzie tylko o to ażeby ją spotkać i rozmówić się; o skutku nie wątpię, bo ona za mną szaleje, i na ślub potajemny się zgodzi. W obec tego myślę, że pan dobrodziej śmiało może forszusować...
— Abyście się tylko rozmówili, to i owszem.
— Dobrze panie, ja od jutra zaczynam krążyć.
— Życzę powodzenia, i pamiętaj kochany panie Aleksandrze, że już czas. Zwłóczyć, odkładać nie można, a skoro się jest na drodze do zdobycia fortuny, należy działać energicznie, stanowczo i szybko.
Pan Aleksander podzielał najzupełniej to zdanie i przyrzekł, że gruszek w popiele nie zaśpi.
Długo jeszcze rozmawiali w najlepszej harmonii, obmyślali ogólny program działania, marszrutę wędrówek po prowincyi, układali repertuar, tak, jakby już mieli trupę zorganizowaną i każdej chwili do wyjazdu gotową.
Rozstali się dopiero koło drugiej po północy.
Nazajutrz Faramuziński obudził się późno. Wstawszy z łóżka, nie zasiadł jak zwykle przed lustrem, aby nad powierzchownością swoją pracować, lecz w szlafroku i w czapce paciorkami wyszywanej, chodził po pokoju z fajką na długim cybuchu, puszczał gęste kłęby dymu i miał minę człowieka używającego spoczynku po dokonaniu jakiegoś nadzwyczajnego dzieła...
Przyrządził sobie kawę na maszynce, a następnie zajął się przejrzeniem książek meldunkowych, powypisywał kwity na komorne, odbył z Mateuszem konferencye co do kupna nowych mioteł, zreparowania blaszanej polewaczki, oraz co do innych ważnych kwestyj jak przystoi gospodarzowi, dbałemu o porządek w swojej realności.
Obiad kazał sobie przynieść do domu, po obiedzie drzemał, następnie czytał „Kuryera“, zdmuchiwał pył z figurek porcelanowych, których było mnóstwo na konsolce i dopiero wieczorem z domu wyszedł.
Nie udał się, jak zwykle, do teatrzyku, lecz dawnym obyczajem, ulicą Zakroczymską i placem, poszedł na most pod cytadelę, popatrzył na ruchliwe fale Wisły, na łódki, na cierpliwych rybaków, podnoszących co parę minut próżne podrywki; na długą linię domów ciągnących się nad rzeką, popatrzył, pomedytował, potem przeszedł się wzdłuż plantu kolei i przed godziną dziewiątą był już z powrotem w domu.
Mateusz, zobaczywszy go tak wcześnie, domyślił się zaraz, że już dyabeł z dziada wystąpił i zapanowanie złego ducha nad porządnym obywatelem skończyło się nareszcie.
Nazajutrz, skoro świt, zakomunikował tę wiadomość Józefowi — i obadwaj byli zadowoleni bardzo z tego faktu gdyż chociaż Faramuziński był dziad nudny, jednak ludzie od niego krzywdy nie mieli, a nawet nie jeden biedak wsparcie mu zawdzięczał.
Drugi dzień przepędził stary kawaler tak samo jak poprzedni. Wszystkie laleczki i figury oczyścił, okurzył, zegary naregulował i ponakręcał, w książkach rachunkowych porządek zaniedbany chwilowo przywrócił, srebra i kosztowności obejrzał i przeliczył. Wieczorem znów na most poszedł, a o dziesiątej już spał.
Widocznie pragnął powetować czasy hulanki i niespanych nocy.
Trzeciego dnia koło południa zasiadł przy biurku i wysztychował bilecik następującej treści:
„Kochany mój przyjacielu! Od paru dni jestem niezdrów i nie wychodzę z domu — ogólna niedyspozycya mnie trapi i katar. Mam nadzieję, że to niedługo przejdzie i że się wkrótce zobaczymy. Tymczasem chciej chociaż kilku słowami zaspokoić moją ciekawość, jak ci się wiedzie w miodowych zamiarach i co powiedziała gąska? Czekam z niecierpliwością... Przyjaciel F.“
Liścik wysłany został przez komisyonera.
Czekając na odpowiedź, stary kawaler zdradzał pewny niepokój i zniecierpliwienie. Zdawało mu się, że posłaniec siedzi za długo, że prawdopodobnie list zgubił, że może nogę złamał idąc, albo został przejechany przez dorożkę.
Po całej godzinie męczącego oczekiwania, komisyoner zjawił się nareszcie i podał upragnione pismo.
Faramuziński rozdarł kopertę i rzucił okiem na list.
Zawierał on te słowa:
„Szanowny panie dobrodzieju!
Jestem w rozpaczy: moja gąska wyjechała z matką niewiadomo dokąd i podobno dopiero za parę tygodni powróci, jeżeli więc pan na koszta organizacyi trupy nie zaforszusuje, o własnej budzie nie ma co myśleć. Wie pan, że to tylko kwestya czasu, bo zawróciłem pannie głowę i prędzej czy później № 000 będzie mój; spełnienie więc naszych zamiarów tylko od pana dobrodzieja zależy, i nie wątpię, że na taką ewikcyę, jaką przedstawiam, zechce pan marne parę tysięcy zaliczyć. Z niepokojem oczekuję chwili, w której będę mógł pana dobrodzieja zobaczyć.

Aleksander Kalski,
art. dr.“

Przeczytawszy ten list, Faramuziński poczerwieniał jak burak, oczy mu się zaiskrzyły, sięgnął do kieszeni i dał posłańcowi rubla.
— Na co czekasz? — zapytał, widząc, że komisyoner nie wychodzi.
— Wielmożny panie, nie mam reszty — odrzekł.
— Nie potrzeba, możesz ją sobie przepić, mój przyjacielu.
Zdumiony tą hojnością posłaniec, pobiegł spełnić to polecenie, a Faramuziński zadzwonił na Mateusza, kazał wydobyć walizkę i z wielkim pośpiechem rzeczy układać w nią zaczął.
W parę godzin później, wyelegantowany i wygolony starannie, siedział już w wagonie pociągu kuryerskiego, dążącego do Aleksandrowa.
Od lat kilkunastu Faramuziński nie opuszczał Warszawy i nieodbywał dalszej podróży niż na Saską Kępę, lub do Wilanowa — więc też widok szerokich pól i łąk robił na nim najprzyjemniejsze wrażenie.
Wychylił głowę z wagonu i rozkoszował się, upajał świeżem powietrzem.
Kuryer pędził jak strzała, wiatr chłodził skronie starego kawalera, muskał go po twarzy; przed oczyma jego roztaczały się szerokie, rozległe płaszczyzny, niby jednakowe, a przecież ciągle rozmaite. Po polach, ogołoconych już ze zbóż, pasło się bydło, chłopi orali, a przyświecało im słońce z pogodnego nieba, na którem ani jednej chmurki nie było. Bociany zbierały się stadami na zwykłe swoje sejmy przed odlotem, w stronę lasów ciągnęły wrony, kracząc.
Faramuziński był zachwycony — patrzył na wioski, kościołki, miasteczka, na kępy drzew, na łąki i rzeczułki wijące się wśród zieleni, radował się z widoków pięknej natury, a bardziej jeszcze z tryumfu swej dyplomacyi.
Wyobrażał sobie, że jest wielkim mężem stanu i jedzie z misyą, której przeprowadzenia jest pewien, bo grunt do niej przygotował wybornie...
Wyobrażał sobie, jak przez ten czyn urośnie w oczach kobiety, do której przez lat tyle wzdychał napróżno, i nie wątpił, że go nie minie nagroda.
Wieczorem stanął na miejscu. Ulokował się w hotelu i już tego dnia Klejnowej nie szukał. Powietrze rozmarzyło go, podróż utrudziła, pył zakurzył mu włosy uczernione starannie. Postanowił wywczasować się i dopiero rano, na promenadzie, spotkać panią swych myśli.
O godzinie szóstej w modnym paltocie jesiennym, w błyszczącym kapeluszu, w jasnych rękawiczkach i z cieniutką laseczką spacerował koło źródła, słuchając muzyki i przypatrując się damom.
Pani Michalina z córką nadchodziła z bocznej alei. Andzia, wyborny wzrok mająca, poznała sąsiada z Warszawy...
— Mamo — rzekła zdumiona, — widzi mama kto idzie?
— Nie.
— Pan Faramuziński!
— Nie może być!
— Jak mamę kocham, on. Wygląda jak z żurnalu wycięty, a ma taką minę, jak gdyby świat podbił. Poznał nas, kłania się.
Stary kawaler szedł ku paniom, kłaniając się błyszczącym kapeluszem.
— Widzi pani — rzekł, — dotrzymałem słowa: powiedziałem, że panie odwiedzę i jestem! Jakże się droga pani miewa? jak zdrowie ślicznej Andzi? Zdaje mi się, żem odmłodniał, jakem panie zobaczył!... Warszawa bez was pusta, słowo honoru daję.
Zarzucał obie pytaniami, odnoszącemi się do ich zdrowia i pobytu w Ciechocinku, mówił im komplementa, że wyglądają prześlicznie, że obie, matka i córka, wypiękniały, że są ozdobą świata. Opowiadał im też, co się dzieje w domu i w Warszawie.
— A jakże się miewa pan Franciszek? — zapytała Klejnowa.
— Pan Franciszek — odrzekł Faramuziński niechętnie, — to mazgaj, proszę pani. Nie lubię go.
— A to dla czego?
— Od niejakiego czasu, a właściwie od czasu, kiedy panie wyjechały, był u mnie tylko raz, a wyglądał jak z krzyża zdjęty. Dogadać się z nim nie mogłem. Mówię pani, że jest to mazgaj, w najgorszym gatunku, bo cichy. Jak mu co dolega, nie skarży się, ani wyrzeka, lecz stroni od ludzi, przesiaduje w swojej kochanej fabryce i zapracowywa się na śmierć.
Andzia słuchała relacyi tej obojętnie, kreśląc końcem parasolki jakieś figurki na piasku.
— Niechże pan wstąpi do nas — rzekła Klejnowa, — niech pan zobaczy nasze mieszkanko. Jest co widzieć... Dom drewniany i bez pieca! Jak żyję nie mieszkałam w takiej klatce. Pobiegnij no Andziu naprzód — dodała zwracając się do córki, — przygotuj kawę.
Gdy Andzia odeszła, pani Klejnowa spytała starego kawalera.
— Z czem pan przyjeżdżasz? Czy ten nieszczęsny teatr jeszcze jest w Warszawie? Czy pański siostrzeniec istotnie tak rozpacza?
Faramuziński roześmiał się.
— Tyle pytań — odrzekł, — że nie sposób odpowiedzieć na wszystkie. Teatr jeszcze jest, ale za parę tygodni już go nie będzie. Co się tyczy mego siostrzeńca, rzeczywiście bardzo posmutniał. To chłopak z sercem, i Andzię szczerze kocha. Pytasz pani, z czem ja przyjeżdżam? Niedługo to pokażę; proszę tylko, niech pani, choćbym największe niedorzeczności mówił, nie zaprzecza mi, lecz owszem przytakuje. Jest to konieczne, bo inaczej cała moja praca i zabiegi na nic się nie przydadzą.
— Nie rozumiem.
— To bardzo dobrze, właśnie główną zaletą wyższej dyplomacyi jest niezrozumiałość. Powiedział to, o ile sobie przypominam, jakiś uczony Holender.
— Ach Boże! — zawołała, — cóż mnie obchodzi pański Holender i dyplomacya!? Ja się na takich rzeczach nie znam. Obiecałeś mi pan pomódz i o tę pomoc zapytuję, a zamiast odpowiedzi słyszę niezrozumiałe zagadki.
— Cierpliwości, kochana pani, trochę cierpliwości. Jedno z dwojga: albo mi pani ufa, albo nie... jeżeli tak, trzeba mnie słuchać; jeżeli nie — powiedzieć, żebym sobie poszedł.
— Zkąd taka stanowczość, panie Faramuziński?
— Chwilowa, pani dobrodziejko; mam nadzieję, że po niejakim czasie będę znowu pokornym barankiem i uległym służką, jak zawsze...
Pani Klejnowa z córką zajmowała dwa pokoje w willi na uboczu położonej; z jednego z nich wychodziło się na werendę, zacienioną dzikiem winem, — tam Andzia oczekiwała przy nakrytym stole.
— Ślicznie panie mieszkacie — zawołał Faramuziński, — bardzo ładnie! Co za wspaniała altana! Tak to rozumiem, siedzieć sobie na świeżem powietrzu, kawkę popijać i o niebieskich migdałach marzyć. Prawda, Andziu?
— Istotnie ta altanka jest bardzo przyjemna, zwłaszcza w południe, kiedy słońce dokucza.
— Braknie tu jednak czegoś, — zauważył Faramuziński.
— Naprzykład?
— Warszawy, droga pani, Warszawy!... Ja nie powiadam, żeby tu było źle; owszem, tu jest wcale dobrze, ale za cicho. Nie ma gwaru, do którego przywykliśmy od dzieciństwa, ruchu, turkotu. Ja w domu u siebie, pomimo że na ulicy od samego świtu ruch ogromny i turkot, że aż szyby w oknach drżą, sypiam doskonale — tu, chociaż zmęczony podróżą, obudziłem się bardzo wcześnie, dla tego właśnie, że była cisza. Mówcie państwo co chcecie, Warszawy nic nie zastąpi — to jedyne miasteczko. A jednak — dodał, głos zniżając, — zachodzą takie okoliczności, że będę ją musiał opuścić.
— Pan?!
— Ja... Rzeczywiście, powziąłem taki zamiar.
— Wybiera się pan w podróż — spytała Andzia.
— Zapewne. Zawód, któremu pragnę się poświęcić, wymaga i podróżowania.
— Jakiż to zawód?
— Prawda, że panie nie wiecie o niczem. Nie chciałem mówić przed czasem. Nie wiem, jak długo jeszcze będę się kołatał na tym świecie, lecz bądź co bądź, postanowiłem resztkę życia przepędzić w sposób pożyteczny dla społeczeństwa. Chcę, ażeby po mojej śmierci powiedziano, że niejaki Faramuziński życia nie zmarnował i zasłużył się swoim rodakom.
— Więc cóż pan zamierzasz robić? — zapytała Klejnowa.
— Poświęcam się sztuce.
— Czy pan obrazy kupować będziesz, w celu założenia muzeum?
— Nie. Obrałem inny rodzaj artyzmu, żywszy, skuteczniej przemawiający do duszy, aniżeli najpiękniejsze płótno mistrzów — obrałem teatr.
— Teatr!? — zawołała Andzia, — pan?! teatr?
— Czy to Andzię dziwi? czy Andzia nie podziela mego zdania, że ze wszystkich rodzajów sztuki, teatralna stoi najwyżej? Może Andzia przekona mnie, że się mylę, co?
— Przekonywać nie będę, gdyż sama tak myślę jak pan; ale pojąć nie mogę, w jaki sposób możesz pan pracować dla teatru? Przecież artystą nigdy nie byłeś?
— Gdyby mi to było wcześniej na myśl przyszło, to dla czego nie? Czuję, że mam zapał, siłę, a może i talent; ale są to aspiracye spóźnione. Nie będąc aktorem, mogę jednak pracować użytecznie, jako dyrektor teatru.
Pani Klejnowa zerwała się z krzesła.
— Pan?! dyrektorem teatru! Panie Faramuziński, co też panu do głowy przychodzi?
Stary kawaler spojrzał na nią znacząco i rzekł:
— Nic w tem szczególnego nie będzie, a skoro wykażę, jakie to jest piękne i korzystne stanowisko, to nietylko przyznasz mi pani słuszność, lecz sama zachęcać mnie będziesz, żebym co prędzej to uczynił.
Szeroko i z wielkim zapałem opowiadać zaczął, jak to on teatr urządzi, jakie znakomite sztuki wystawiać zamierza, jakich artystów zaangażuje, i szczególny nacisk kładł na to, że będzie miał głównie na celu wyszukiwanie, rozwijanie i popieranie świeżych, młodych talentów, których tyle się marnuje z powodu braku odpowiedniego kierownictwa.
— Ja postanowiłem sobie — mówił, — że mój teatr będzie, do pewnego stopnia, szkołą dramatyczną, w której kształcić się i rozwijać będą prawdziwe talenta. To będzie mojem głównem zadaniem. Gdy spostrzegę, że w młodym człowieku, czy też w młodej osobie, jest, że tak powiem, iskra, to nie będę żałował kosztów, żeby z tej iskry pierwszorzędną gwiazdę uczynić. Nie prawdaż, pani, że to jest wzniosłe?
— Zapewne — odrzekła pani Klejnowa, — nie mogąc pomimo najszczerszej chęci zdobyć się na gorętsze słowo uznania.
Andzia słuchała ze zdumieniem; wszystko co mówił Faramuziński, było dla niej niespodzianką, a on sam, którego uważała dotąd za najpospolitszego nudziarza i mantykę, wydał jej się człowiekiem niezwykłym, rozumnym, energicznym i pełnym zapału dla sztuki. Zdumienie to było jeszcze większe, gdy matka, zdeklarowana przeciwniczka teatru, nie odwodziła Faramuzińskiego od powziętego zamiaru.
— Niech pani sama powie — mówił stary kawaler, — czy nie mam racyi? Zamiast wegetować w swojej kamieniczce, wystąpię na szeroką widownię, stanę się pożytecznym i głośnym. Jak to będzie przyjemnie, przeczytać na afiszu: „pod dyrekcyą Faramuzińskiego,“ uważa pani? nietylko na afiszu, lecz i w kuryerach, w gazetach, we wszystkich czasopismach „towarzystwo artystów dramatycznych pod dyrekcyą p. Faramuzińskiego,“ „truppa p. Faramuzińskiego!“ Przynajmniej świat się dowie, że żyję. Wierzcie mi panie, że za rozgłosem gwałtownie nie ubiegam się, chwały próżnej nie szukam, ale jeżeli będą ludzie o mnie mówili, to i owszem, nie uniosę się fałszywą skromnością i nie zamknę im ust... Powiadają, że przedsiębiorstwo teatralne nie opłaca się, że aktorowie, szczególniej na prowincyi, ledwo wyżyć mogą; zapewne! jeśli kto zakłada towarzystwo nie mając grosza w kieszeni i prowadzi interes byle jak, bez nakładu, to rzecz naturalna, że mu się powodzić nie może. Ze mną zupełnie co innego; fundusze mam, mogę najpiękniejsze sztuki kupować i wystawiać, mieć najlepszych aktorów, więc nie lękam się fiaska, ale jestem najzupełniej przekonany, że w krótkim czasie zbiję pieniądze.
— Tak pan sądzisz? — spytała Andzia.
— Powtarzam, że jestem najmocniej przekonany.
— Kto wie? — wtrąciła matka, — może pan masz słuszność; ja zdania o tem mieć nie mogę, nie znam się.
— Zobaczysz pani.
— Zkąd panu postanowienie to na myśl przyszło? — zapytała Andzia, — nie zdarzyło mi się słyszeć, żeby pan kiedykolwiek mówił o sprawach teatralnych, i żeby one pana zajmowały.
— Niech Andzia mnie na swój łokieć nie mierzy, bo ja ważnych spraw nie mam zwyczaju traktować po damsku.
— Nie wiem, co pan chcesz przez to powiedzieć...
— Widzi Andzia, niech to pań nie obraża, nie mówię bowiem osobiście, lecz ogólnie, po damsku to jest tak: Jeżeli jaka pani, czy też panna, chce sobie kupić kapelusz, to opowiada o tym zamiarze siostrom, krewnym, przyjaciółkom; całemu światu. Dopieroż gawędy: a co to będzie za kapelusz? a jaki? a czy modny? a ile ma kosztować?... Tak się robi po damsku; po męzku zaś: jeżeli ja naprzykład, chcę sobie zafundować teatr, to nie mówiąc nikomu, czekam aż nadejdzie stosowna chwila, i — funduję teatr...
— Kiedyż będziemy mogły nazwać pana dyrektorem? — zapytała Klejnowa.
— Niezadługo, może za kilka tygodni. Jedno mnie tylko bardzo martwi... to mianowicie, że wyjechawszy na prowincyę, nie będę mógł często bywać pod Nr. 000. Smutno mi będzie bez pań, i w tem właśnie jest cała gorycz mego przyszłego zawodu. Chociaż... — dodał po chwili namysłu, — wiesz pani co? przyszła mi świetna myśl... Andzia podobno ma chęć zostać artystką...
Pani Klejnowa, usłyszawszy to, nie mogła powstrzymać się od okrzyku:
— Nigdy, przynajmniej dopóki ja żyję, nigdy!
Faramuziński spojrzał na nią znacząco. Andzia zarumieniła się, spuściła oczy i z biciem serca oczekiwała rezultatu tej rozmowy.
— Może, droga pani — zaczął Faramuziński łagodnie, — wysłuchawszy moich motywów, zmienisz zdanie.
— Po co pan tę kwestyę poruszasz? — odrzekła z wymówką. — Pan dobrze wiesz, że mi to nie sprawia przyjemności.
— Tak trzeba, tak trzeba — powtórzył z naciskiem, — decyzya naturalnie od pani zależeć będzie. Ja wiem, że Andzia lubi teatr, prawda? Niechże sama powie.
— O tak, — szepnęła dziewczyna.
— I to także wiem, że gdyby tylko znalazła sposobność spróbowania sił swoich na tem polu, to skorzystałaby z niej niezawodnie. Ostatecznie, jeżeli ma talent...
Pani Klejnowa nie odpowiedziała, patrzała na zwieszające się festony dzikiego wina, jak gdyby w nich było coś niezwykle ciekawego i zajmującego.
Przez jakiś czas trwało milczenie. Faramuziński spoglądał to na matkę, to na córkę, i uśmiechał się pod wąsem.
— Nie odpowiadasz pani — rzekł wreszcie, — to dobry znak. Widzę, że się pani zastanawiasz nad mojemi słowami; to też nie nalegam. Wiem, że jak pani dobrze rozważysz propozycyę, to rezultat po mojej myśli wypadnie. Przyjdzie czas, w którym poproszę o odpowiedź stanowczą; dziś już o tej kwestyi nie mówmy.
— Masz pan słuszność — odrzekła matka. — W ogóle cały ten teatr... ja nie wiem, nie mogę sobie zdać sprawy... tyle niespodzianek nam pan przywiozłeś! Gdyby mi kto przed chwilą powiedział, że pan jesteś dyrektorem teatru.
— No, jeszcze aktualnie nie jestem, ale niezadługo będę miał wszelkie prawa do tego tytułu.
— Kiedyż mianowicie?
— To, proszę pani, zależy od mego wspólnika.
— Ach, więc pan masz wspólnika.
— Tak jest. Obawiałem się, że sam jeden nie podołam zadaniu, i wszedłem w stosunek z człowiekiem, który tak znajomością rzeczy, jak i własnym talentem będzie mi bardzo pożyteczny.
— Któż jest ten pan?
— Artysta.
— Więc aktor? — zapytała pani Klejnowa.
— Tak.
— Teraz rozumiem — odrzekła, — spółka polegać ma na tem, że pan dasz pieniądze, a on znajomość rzeczy. W takim razie będzie daleko właściwiej, jeżeli zrobisz go pan nie wspólnikiem, lecz sekretarzem, czy jak tam.
— Kiedy on daje także i kapitał.
— Alboż są na świecie aktorowie posiadający kapitały?
— Widocznie są.
— To ciekawe. Mnie jednak trudno zrozumieć zkądby? Chyba wygrał na loteryi, albo skarb znalazł.
— Cała historya. Można powiedzieć o nim, że i na loteryi wygrał, i skarb znalazł, ponieważ zakochał się w jakiejś bardzo ładnej pannie, i o ile mi wiadomo, ze wzajemnością.
— A panna bogata?
— Zdaje się, przecież tak sprytny chłopiec, jak przyszły mój wspólnik, nie traciłby czasu na zalecenie się do bezposażnej dziewczyny. Osoba, na którą poluje, a właściwie, którą już jakby upolował, jest jedynaczka, a matka jej posiada dom w Warszawie.
— Czyż matka — rzekła pani Klejnowa — zgodzi się na ten związek? a chociażby się zgodziła nawet, to czy zechce się wyzuć z całego mienia dla jakiegoś tam...
— Kto wie, droga pani — odparł Faramuziński, — mój artysta umie brać się do rzeczy. Panna za nim szaleje, a matka? Niech pani nie zapomina, że o jedyne dziecko chodzi. Z początku będzie się spierała, ale ostatecznie... Mówię pani, że to cały romans. Pękałem ze śmiechu, gdy mi przyszły mój wspólnik opowiadał rozmaite szczegóły, w jaki sposób czarował swoją gąskę.
— Gąskę?
— W rozmowie ze mną zwykle tak pieszczotliwie ukochaną swoją nazywa...
Andzia wstrząsnęła się nerwowo; ogarniać ją zaczął niepokój, obawa. Ona także kocha artystę, jest jedynaczką i matka jej posiada dom w Warszawie. Co za dziwny zbieg okoliczności podobnych! A może Faramuziński o niej samej mówi? może.... ale nie, to niepodobna!
Spojrzała na starego kawalera, pragnąc wyczytać z jego oczu myśli ukryte, lecz Faramuziński spojrzenie wytrzymał. Nie zarumienił się, nie spuścił oczu, nie zmienił wyrazu twarzy. Na ustach jego błądził uśmiech zadowolenia i dumy z wielkich zamiarów — i ten uśmiech wydał się Andzi zupełnie naturalnym. Człowiek, mający zostać dyrektorem i kierownikiem teatru, może być uśmiechniętym...
Faramuziński opowiadał dalej, recytował, jak gdyby doskonale wyuczoną rolę, wszystkie szczegóły, tak dobrze znane Andzi, historyę jej własnej miłości i odprowadzenie z teatru, przypadkowe nibyto spotykanie się w mieszkaniu ciotki, przed kościołem, na ulicy... zachęcanie do teatru, wreszcie liścik, na który odpowiedzi nie było. Chwalił spryt swego wspólnika i naiwność gąski, która z taką łatwością olśnić się dała; wspomniał o zamiarze wzięcia potajemnego ślubu i wymożenia na matce posagu...
Pani Klejnowa ani jednem słowem nie przerwała tego opowiadania, teraz zaczęła rozumieć taktykę swego starego przyjaciela.
Na twarzy Andzi malowało się wielkie wzruszenie. Znać było, że przechodzi ciężkie chwile; to kraśniała, to bladła, i ledwie mogła powstrzymać łzy oburzenia i żalu, cisnące się gwałtem do oczu. W sercu jej niewinnem, które dopiero poznało uczucie miłości i tęsknoty, budzić się zaczął gniew, żal, obrażona godność własna.
Gwałtownym wysiłkiem woli zachowała pozorny spokój i siląc się na uśmiech rzekła:
— Czy nie mógłby pan powiedzieć, jak się pański wspólnik nazywa?
— Owszem, moja Andziu, nazywa się Kalski, a na imię mu Aleksander... Oto własnoręczny jego list, w którym donosi, że jego gąska uciekła. Może Andzia zechce przeczytać?
— Cóż ją to może obchodzić? — wtrąciła matka.
— Owszem, mamo, obchodzi mnie, choćby dla samej ciekawości; niech mi pan pozwoli przeczytać ten list.
Faramuziński wydobył z pugilaresu dokument i podał Andzi.
Przeczytała go, zmięła, rzuciła na stół, i z głośnym płaczem wybiegła z werendy.
Klejnowa zerwała się z krzesła.
— Panie — rzekła z żalem, — mogłeś zabić mi dziecko!
— Niech się pani nie lęka: ja wyleczyłem Andzię; teraz idź pani do niej, niech się wypłacze przy tobie. Ja niepotrzebny już jestem, odchodzę, powrócę przed wieczorem, dowiem się...
Pani Klejnowa nie słyszała ostatnich wyrazów przyjaciela, była już przy córce. Andzia oparła główkę na jej ramieniu i obie w uścisku serdecznym długo płakały.
Gdy przed wieczorem Faramuziński nadszedł, zastał obie na werendzie. Andzia była bledsza niż zwykle, lecz spokojna; matka uskarżała się na ból głowy.
— Proponowałbym spacer pod tężnie — odezwał się nieśmiało.
— Idź pan z Andzią — odrzekła Klejnowa, — ja zostanę tu. Andziu — dodała, — powietrze cię orzeźwi, przejdź się.
Zgodziła się chętnie. Szli w milczeniu; pod tężniami dopiero Faramuziński zapytał nieśmiało:
— Andzia gniewa się na mnie?
— Nie.
— Szczerze to mówisz?
— Ja zawsze jestem szczera — odrzekła, — kłamać nie umiem.
— Ja kłamałem, Andziu, ale dla twego dobra; dla tego, żeby cię ocalić.
— Kłamałeś pan! — zawołała z uniesieniem, — a więc on nie jest...
— On jest taki, jaki jest, moja Andziu, przecież, miałaś w ręku dowód.
— Więc gdzież kłamstwo?
— O teatrze... Ani myślę być dyrektorem, ani mi się śni wchodzić w spółkę z Kalskim; całą tę komedyę odegrałem dla ciebie, Andziu.
— Dla mnie?
— A no, bo gdybym, wiedząc co się świeci, przyszedł wprost i perswadować ci zaczął, nie chciałabyś mnie słuchać, pomyślałabyś sobie: „Faramuziński uprzedza się, nie ma racyi...“ a tak, zdobyłem dowód i przekonałem cię chyba.
Andzia westchnęła.
— Jam cię żałował, Andziu, — mówił dalej, — bo kocham cię jak własne dziecko. Na rękach cię nosiłem, a gdy twój ojciec umierał, przyrzekłem, że opiekunem ci będę. Więc nie gniewaj się na starego przyjaciela, że ci oczy otworzył; nie miej do niego żalu. Lepiej rozczarować się wcześniej, lepiej doznany zawód przeboleć, niż chwilę złudzenia nieszczęściem całego życia przypłacić. Wierz w moją szczerość... Powiesz może, że jestem interesowany, że chodzi mi o mego siostrzeńca Franka? Prawda, nie zapieram, że pragnąłbym go widzieć twoim mężem; ale choćbyś za niego nie wyszła, choćbyś kogoś lepszego i odpowiedniejszego dla siebie znalazła — zawsze będę szczęśliwy, że cię teraz od wielkiego niebezpieczeństwa ocaliłem. Pomyśl tylko co cię czekało!
Andzia szła w milczeniu z pochyloną głową. Faramuziński mówił dalej, głosem niepewnym i drżącym:
— Andziu, powiedz szczerze, czy nie czujesz do mnie żalu? czy mi przebaczasz przykrość, jaką ci musiałem wyrządzić?
— Wdzięczna panu jestem — odrzekła.
— I zapomnisz o tamtym?
— Nigdy!
— Biedne dziecko! więc tak go kochasz?
— Tak go... nienawidzę, — rzekła z mocą.
— Podajże mi rączkę na zgodę.
Wrócili do domu, Andzia była smutna, ale spokojna; Faramuziński o teatrze już nie wspominał.
Nazajutrz zamierzał powracać do Warszawy, ale pani Klejnowa zatrzymała go.
— Zostań pan — rzekła, — dopóki my tu będziemy. Nie stracisz na tem nic, owszem zyskasz na zdrowiu, a my nie będziemy pozbawione opieki. Andzi, po tych przejściach smutnych, trzeba rozrywki. Jeszcze jest kilka zabaw w tym sezonie; będziesz nam pan towarzyszył.
— Żeby na całe życie...
— Niepoprawny pan jesteś, zawsze do jednego powracasz.
— Zawsze, droga pani, zawsze; a doprawdy sądziłem, że teraz nareszcie marzenia moje się spełnią... Zmiłujże się pani nademną!
— Zobaczymy, zobaczymy — odrzekła, — w Warszawie. Tymczasem zostajesz pan z nami.




IX.

Posępna, szara jesień, rozpoczęła swe panowanie. Po nad wieżycami Warszawy wlokły się ciężkie chmury, drobny deszczyk mżył bez przerwy, prawie od tygodnia.
Domy były mokre i brudne, na ulicach błoto, dorożki z podniesionemi budami toczyły się po bruku, a nad przechodniami pieszymi, którzy bez względu na niepogodę biegli po oślizgłych chodnikach, unosiły się parasole, niby stada czarnych nietoperzy z rozpostartemi skrzydłami.
Od tygodnia nie widziano słońca; deszcz, niby mgła gęsta, trzymał miasto w półmroku; o trzeciej po południu już zapalano światła. Był czas nieznośny, w którym opuszcza ludzi energia i humor, a natomiast znudzenie i senność panuje.
Dom № 000, z wiosną pomalowany na szaro, teraz zmoczony przez deszcz, zdawał się prawie czarnym; na dole szewcy pracowali przy lampie, sklepiczarka również światło musiała zapalić. Zrobiła to jęcząc, narzekając na złą jesień, złe czasy, złe obyczaje, a najbardziej na zdrajcę tokarza.
— Bo żeby nie ten cygan — mówiła do siebie — mogłabym była mieć sklep porządny, widny, z oknami i nie ponosiłabym kosztu na światło wśród dnia... a tak... muszę lampkę świecić, bo ciemność jak w piwnicy, i mogłabym komu, zamiast serdelka, podać drzazgę, lub nalać nafty zamiast octu. A przez co wszystkie te nieszczęścia?... przez mężczyzn! przez tych smoków, stworzonych na utrapienie wdów statecznych!...
Pani Kubikowa i jej blade córeczki powróciły do dawnego trybu życia i biegały, jak zwykle, od domu do domu, rozdzielając na tanie porcyjki umiejętność bębnienia gam zwyczajnych i chromatycznych; na górze emeryt drzemał nad starym, sto razy już przeczytanym kalendarzem: kawalerowie na facyatce spali, bo się im w letnich okrywkach wychodzić na zimno nie chciało.
Pani Klejnowa siedziała zamyślona przy oknie; Andzia usiłowała czytać książkę, przy skąpem świetle posępnego dnia.
Od pierwszej chwili, w której pierwszego w życiu zawodu i rozczarowania doznała, zmieniła się dużo. Nie śmiała się tak często jak przedtem, spoważniała i nie lubiła o teatrze mówić.
Pan Franciszek bywał dość często, ale zamiarów swoich nie objawiał, z obawy, ażeby odrzucone nie były. Wolał czekać, pomimo nalegań wujaszka, który codzień mu przypominał, że należy żelazo kuć póki gorące i brać się ostro do rzeczy.
Przychodził czasem z Faramuzińskim, częściej sam, przynosił książki, rozmawiał... Pani Klejnowa z każdym dniem lubiła go więcej, a Andzia witała go uśmiechem pełnym życzliwości.
O artyście starała się zapomnieć, ale pomimo tego, a może właśnie dla tego, ciągle jej na pamięć przychodził. Nienawidziła go teraz, pogardzała nim, ale z myśli wypędzić nie mogła.
Nieraz, gdy matka mówiła z nią o przyszłości, odpowiadała, że za mąż nie pójdzie, że w szczerość uczuć nie wierzy. Co do pana Franciszka, szanuje go, lubi jego towarzystwo, ale nad przyjaźń nic więcej ofiarować mu nie może.
Swoją drogą, gdy wieczór nadchodził, często zwracała spojrzenie ku drzwiom, jak gdyby oczekując kogoś. Czyniła to zapewne mimowoli.
Mrok się już zrobił zupełny, trzeba było światło zapalić.
— Ty się nudzisz, Andziu, — rzekła matka.
— O nie, mam książkę.
— Siedzimy samotne jak w więzieniu, nawet przejść się nie można.
— Przecież kiedyś ten utrapiony deszcz ustanie...
— Szczególna rzecz — rzekła pani Klejnowa — od trzech dni pana Franciszka nie widać, obawiam się, czy nie chory.
— Nie chce mu się wychodzić w deszcz — rzekła Andzia.
— Zdawałoby się jednak, że powinienby...
Nie dokończyła zdania. Andzia ramionami wzruszyła.
— Co za obowiązek! zresztą mnie wszystko jedno, czy bywa kto u nas, czy nie.
Wnet zarumieniła się, jak gdyby kłam własnym słowom zadając. Ktoś zadzwonił.
— A widzisz — rzekła matka — to on.
Do pokoju wszedł Faramuziński: miał minę zafrasowaną, a całe jego zachowanie się zdradzało niepokój. Nie uszło to oka pani Klejnowej.
— Co pan dziś taki nie swój? — zapytała.
— O, pani kochana, czy człowiek może przewidzieć co i zkąd na niego spadnie!...
— No? cóż takiego?
— Zmartwienie mam. Niechże pani sobie wyobrazi, że ten urwis, Franek, nie uprzedziwszy mnie, nie powiedziawszy ani jednego słowa, wyjechał z Warszawy...
— Wyjechał? pan Franciszek? dokąd? — pytała zaniepokojona matka.
— Bez pożegnania, proszę pani, nie powiedział mi nawet: bądź zdrów wujaszku... nic, tak jak gdyby mnie na świecie nie było.
Andzia, usłyszawszy tę wiadomość, doznała przykrego wrażenia. Wyjechał bez pożegnania z wujaszkiem, o to mniejsza, ale dla czego nie przyszedł pożegnać się z... nami — pomyślała. — Ostatecznie, jej na tem nie zależy, ją to nic a nic nie obchodzi... ale zawsze przykro. Nie spodziewała się tego. Gdyby przyszedł w tej chwili, zrobiłaby mu wymówkę.
Faramuziński mówił dalej:
— Ja o niczem nie wiem, siedzę sobie spokojnie, piję kawę, wtem przychodzi posłaniec i oddaje mi kartkę. Patrzę — od Franciszka, czytam — cóż to jest? „Kochany wujaszku, pisze, za dwie godziny wyjeżdżam i nie wiem jak prędko wrócę, może za kilka tygodni, może za miesiąc.“
— Za miesiąc!
— A tak, pani moja, tak pisze, a dalej: niech kochany wujaszek przeprosi panie, że nie mogłem ich po żegnać przed wyjazdem. Udaję się zagranicę.
— Po co? — spytała pani Klejnowa.
— A właśnie i mnie to zastanowiło; a że, jak pani wiadomo, jestem energiczny i skoro co pomyślę, to, panie dobrodzieju, wykonywam piorunem, więc tedy ubrałem się, kazałem sprowadzić dorożkę i pojechałem do fabryki. Myślę sobie: może pryncypał co wie, może który z Franka kolegów. Przyjeżdżam — powiadają: pan pryncypał słaby — przesyłam bilet wizytowy — przyjął mnie zaraz i mówi z miejsca: „Widzi pan dobrodziej, chory jestem, ruszyć się z domu nie mogę, a tu interes fabryki wymaga niezwłocznego wyjazdu za granicę. Potrzebowałem człowieka, któremu mógłbym zupełnie zaufać i powierzyć mu znaczne pieniądze. Takim właśnie jest pański siostrzeniec, więc prosiłem, żeby mnie zastąpił. Nie lękaj się pan o niego, wróci zdrów. Mówił mi on, że chciałby kogoś pożegnać, jakąś panią, czy pannę. Wyperswadowałem mu, że jak wróci, to ją dwa razy czulej powita i będą skwitowani.“ Ostatecznie, takie zaufanie bardzo jest pochlebne dla młodego człowieka, ale... dla czegoż tak nagle? Byłbym go odprowadził na kolej, jak się należy, pożegnał uczciwie... a tak, proszę pani, łap! cap! do czego to podobne?! Właściciel fabryki dał mi do zrozumienia, żebym o przyszłość Franka był spokojny, że może go zrobi zarządzającym, może do spółki przypuści.
„Ja — powiada fabrykant — kocham go jak syna i chciałbym, żeby on mnie za ojca uważał.“
— To bardzo dobrze rekomenduje pana Franciszka — rzekła Klejnowa; — znać że zacny jest człowiek, skoro potrafi wzbudzić takie zaufanie i życzliwość...
— Pani dobrodziejko — przerwał Faramuziński — to więcej znaczy. Fabrykant ma córkę, a z tego co do mnie mówił, łatwo wyprowadzić wniosek, że wziąłby chętnie Franka za zięcia. Przemysłowcy miewają takie fantazye i wolą wydawać córki za ludzi uzdolnionych w fachu i pracowitych, niż za paniczyków, którzy tylko trwonić umieją.
— To prawda.
— Ostatecznie, pani dobrodziejko, Franek i pod względem materyalnym źle nie stoi. Wiedzą dobrze w Warszawie, że ma wuja Faramuzińskiego... Małżeństwo byłoby dość dobrane, i łaska pana fabrykanta nie jest tak wielka, jak się zdaje.
— W każdym razie — odezwała się Klejnowa — pan Franciszek zrobiłby karyerę...
— Phi! alboż jej nie wart?...
— Czy pan zna tę panienkę? — zapytała Andzia.
— Znam, wprawdzie tylko z widzenia, ale znam.
— Ładna?
— To zależy... Mnie wydaje się bardzo ładną, a Franek twierdzi, że jest wykształcona i ma bardzo zacny charakter.
— Skarb — odrzekła, rumieniąc się dziewczyna — i dla czego pan Franciszek zwłóczy?
— Niechże go Andzia sama o to spyta... jeżeli nie wie dla czego? Słowo honoru daję, kobiety to są istne zagadki. Andzia pyta dla czego? niby Andzia nie wie!
— Nie wiem.
— No, to ja Andzi powiem: dla tego, że jest ciemięga i mazgaj, dla tego, że się w wujaszka wdał... Widzi Andzia, szczęście samo idzie mu w rękę, szczęście, los! Dobra żona, stanowisko, bogactwo, a on to wszystko odrzuca. Dla czego odrzuca? ponieważ pokochał jedną grymaśnicę, pełną kaprysów, która myśli tylko o niebieskich migdałach i sama nie wie do czego dąży... Tak; chciała Andzia prawdy, ma Andzia prawdę; jest ona gorzka, ale szczera... Nie zawadzi, że jeszcze oprócz Andzi, ktoś ją usłyszy. Tak się postępować nie godzi; poczciwe serce nie jest piesek, żeby z nim igrać, nie piłka, żeby je odrzucać. Jak mi Bóg miły, wzburzony jestem, kipi we mnie, i każcie mnie panie coprędzej za drzwi wyrzucić, bo wypowiem wszystko co mam na sercu, a mam tyle, żeby we trzy wagony nie zabrał... Szczęśliwe jesteście. Serca do was się garną, miłość za wami goni, i nie byle jaka miłość, ale poczciwa, silna, taka co na śmierć i na życie, a wy to obracacie w żarty, uważacie za głupstwo...
— Ależ panie...
— Co tam! niech pani nie przerywa! niech powiem: Nie dobre jesteście, niewdzięczne! Żebym ja wiedział, że mnie kto kocha, tobym mu oddał duszę, oszalałbym chyba ze szczęścia. A panie co? Pogardzacie, odpychacie, kamienie jesteście poprostu, głazy, marmury. Piękne bo piękne, ale zimne i bezlitosne — a my cierpimy; ale wszystko ma granice. Przeciw tyraństwu waszemu zrobimy bunt, my z Franciszkiem. Niech się co chce dzieje, dość już tych utrapień!
Stary kawaler zaczerwienił się i zaperzył. Zdawało się, że w samej rzeczy bunt zrobił, a przynajmniej panią swych myśli groźbą przeraził; ale pani Klejnowa do podobnych wybuchów przyzwyczajona, słuchała z pobłażliwym uśmiechem, Andzia zaś śmiała się bez ceremonii.
— Otóż to — rzekła — jak wygląda wasza tak zachwalana wierność, moi panowie... Grozicie buntem; a i owszem! buntujcie się, tem swobodniej, że nikt was poskramiać, ani walczyć z wami nie będzie... Od kiedyż wypowiadacie nam przyjaźń.
— Ja Andzi nic nie wypowiadam — odrzekł — Andzia nie jest moja pani, Andzia jest dzieciak — dodał nadąsany; — ja jestem Andzi opiekun, mnie Andzia powinna słuchać...
— Niech-no się pan uspokoi — wtrąciła Klejnowa — zrobicie jak wam się podoba; ale, mówię to wyłącznie do pana, mienisz się pan naszym przyjacielem, opiekunem Andzi, a...
— No, bo widzi pani, w takich okolicznościach to człowiek wybucha; co się dziwić? Jak kogo boli, to krzyczy...
— Niech pana nie boli, bo nie ma do tego żadnego powodu.
— Nie ma?
— Sądzisz pan, że jest?
— Zdaje się.
— A, panie! jesteś w błędzie. Mienisz się moim przyjacielem i powiadasz, że cofasz tę przyjaźń. Ja jestem lepsza, ponieważ byłam, jestem i będę zawsze pańską przyjaciółką, chociażbyś pan nawet spełnił swoją pogróżkę i domu naszego unikał.
— Alboż ja to powiedziałem? — zapytał przerażony Faramuziński.
— Słyszałyśmy obie.
— To nie może być, droga pani!... to niepodobna! a jeżeli takie słowo wymknęło się z moich ust, to nie ja mówiłem, nie ja, protestuję uroczyście.
— A więc kto za pana?
— Żal.
— Kto?
— Żal, jak panią poważam. Żal, smutek, przykrość, zawiedziona nadzieja. Niech się pani nie dziwi.
— Dajmy pokój sprzeczkom, panie Faramuziński. Nie gniewaj się na mnie, ani na Andzię; dla czego mamy się kłócić?
Faramuziński, który pod wejrzeniem pani Klejnowej topniał jak wosk, pochwycił rękę swej przyjaciółki i pocałunkami osypywać ją zaczął.
— No, dobrze, dobrze — mówił wzruszony, przerywanym głosem — dobrze: ja się już nie buntuję, ja nawet gotów jestem przeprosić, ale niech pani pamięta, powtarzam, niech pani pamięta...
— O czem?
— Przypominasz sobie pani, w Ciechocinku, wtedy...
— Ach!...
— Powiedziałaś pani, że zobaczymy w Warszawie... no, a przecież tu jest Warszawa. Czy pani tego nie cofa?
— Nie...
— Więcej nie pragnę. Andziu, pogódźmy się, niech Andzia da rączkę, pocałuję w imieniu mego siostrzeńca.
— Ależ panie!
— Przepraszam, niech Andzia nie wydziwia. Mam wyraźne upoważnienie, abym panie w jego imieniu pożegnał, więc spełniam polecenie. Tego mi Andzia nie zabroni.
Faramuziński uspokoił się, zaczęto rozmawiać o tem, o owem, o różnych nowinkach. Naraz stary kawaler coś sobie przypomniał, uderzył się w czoło i rzekł:
— Najciekawszej nowiny nie powiedziałem.
— No?
— O panu Kalskim.
Andzia zarumieniła się na wspomnienie tego nazwiska.
— Cóż on nas obchodzi? — zapytała pani Klejnowa.
— Zapewne, że nie, ale, bądź co bądź, znajomy, kuzyn najbliższej pani sąsiadki. Miałem od niego list.
— List?
— Tak, pisze właśnie z Kalisza, bo tam znajduje się trupa, w której on jest; pisze, że ma powodzenie, że dostał od publiczności bukiet, że przepadają za nim...
— Jest też za czem! — wtrąciła Klejnowa, ramionami wzruszając.
— Widać że jest, skoro szaleją.
— Zkąd tytuł do korespondencyi z panem?
— Trwa ciągle w tej myśli, że założymy dyrekcyę i właśnie donosi mi, że będzie miał fundusze.
— Żeni się bogato?
— Tak. Jest to sposób stary, ale dobry. Mój niedoszły wspólnik trzyma go się stale. Obecnie znalazł znowu kandydatkę, którą zamierza uszczęśliwić.
— Proszę!
— Jest to wdówka, osoba niemłoda, ale w pełni sił... podobno ma kapitał i sklep wcale nieźle procentujący.
— A czy zechce wyjść za niego?
— Już są po słowie, w karnawale ma być ślub; właśnie zaprasza mnie na wesele, i życzy sobie, żebyśmy przy tej sposobności zawarli kontrakt.
— Pojedziesz pan? — zapytała Andzia.
— Ani mi się śni. Ciekawym po co? Odpiszę, że projekt zmieniłem, że podupadłem na zdrowiu, i zakończę życzeniami szczęścia i powodzenia...
— Najlepiej pan zrobi.
— Niech go tam! — rzekł stary kawaler. — W gruncie rzeczy mało mnie jego losy obchodzą; nie myślę też o nim, zwłaszcza teraz, gdy o Franka niespokojny jestem.
— A cóż się panu Franciszkowi stać może? — rzekła Klejnowa.
— O nieszczęście nie trudno. Pieniądze znaczne ma przy sobie, mogą źli ludzie wypatrzyć, okraść go, ograbić, może i zamordować.
— Cóż znowu! niechże Bóg broni! Człowiek tak rozważny jak pan Franciszek, będzie się miał na ostrożności. Polecenia załatwi jak najlepiej, i powróci do Warszawy szczęśliwie.
— Jednak ja się obawiam.
— Bo też pan, panie Faramuziński — rzekła Klejnowa, — kobiece serce masz, doprawdy.
— A przepraszam! protestuję! ja, pani dobrodziejko, mam prawdziwe serce, kobiety zaś... mają serca z kamienia.
— Dziękujemy za komplement, — rzekła Andzia.
Po odejściu Faramuzińskiego Andzia zamyśliła się poważnie. Porównania pomimo woli cisnęły jej się do głowy... Artysta wydawał jej się teraz marnym, lichym spekulantem; tamten zaś cichy i skromny rzemieślnik, człowiekiem w całem tego wyrazu znaczeniu. Nie narzucał jej się, nie mówił nigdy o swoich uczuciach, a przecież nie mogła wątpić, że jest do niej przywiązany szczerze i bezinteresownie.
Człowiek taki zasługuje na szacunek i sympatyę... Czemuż nie poznała go wcześniej! Pokochałaby go niezawodnie... a dziś! Dziś to niemożliwe. Zawiedziona i rozczarowana, postanowiła, że nikogo kochać nie będzie, że przejdzie przez życie zamknięta w sobie, samotna, z goryczą w sercu i żalem... Postanowienie to ma być silne i niewzruszone, jak opoka. Tak sobie przyrzekła i przyrzeczenia dotrzyma, choćby się świat miał zapaść. Wprawdzie myśli niekiedy o panu Franciszku, myśli nawet bardzo często, ale od myślenia do kochania daleko. Lubi jego towarzystwo, to prawda, jest mu życzliwa, smutno jej gdy go nie widzi, ale to wszystko nie jest miłość, nie! Swoją drogą przykro jej, że odjechał; miała mu za złe, że z pożegnaniem nie przyszedł; radaby, żeby jak najprędzej powrócił: myśli o nim... Cóż to znaczy? Nic, przyzwyczajenie; kto wie, czy nie byłoby jej równie przykro, gdyby Faramuziński na długo odjechał. Zapewne, ale łatwiejby to zniosła; dla tego, że Faramuziński jest czasami nudny i lubi zrzędzić, a pan Franciszek, zawsze ma humor pogodny i przyjemny sposób mówienia; głos bardzo mile brzmiący, i powierzchowność...
Wzięła książkę do ręki i zaczęła czytać, ale nie szło jakoś; myśl wracała znowu do pana Franciszka.
Fabrykant radby oddać mu córkę, dla czegożby nie? Faramuziński powiedział, że ta córka jest bardzo ładna i wykształcona, o majątku zaś nie ma co mówić. Doskonała partya. Czy też ta córka go kocha? Andzia zastanawia się nad tem pytaniem, i przychodzi do wniosku, że to jest bardzo prawdopodobne. Tego człowieka pokochać można... Szczególna rzecz, Andzia o tem myśli z przykrością. Dla czego? nie wie, nie zdaje sobie sprawy, ale ją to boli. Właściwie nie zależy jej nic na tem, czy się pan Franciszek ożeni, lub nie; ale owa córka fabrykanta wydaje jej się osobą antypatyczną... Bezwątpienia musi to być bardzo pospolita Niemeczka, która nie potrafi uszczęśliwić człowieka...
— O czem Andziu myślisz? — zapytała matka.
Dziewczyna zarumieniła się.
— O niczem... czytam książkę.
— Opowiedz mi więc coś przeczytała.
— Nie potrafię, mamo, takie jakieś niezrozumiałe i dziwne.
— Nieszczera jesteś i nie chcesz matce prawdy powiedzieć.
— Ależ...
— Nie zaprzeczaj, patrzałam ja na ciebie uważnie... Książkę trzymałaś w ręku, a oczy twe zwrócone były na drzwi. Widziałam doskonale.
— Czyż nie można zamyślić się?
— Można, moje dziecko, ale matce odpowiadać należy szczerze. Nie masz nikogo na świecie, ktoby ci był życzliwszym niż ja.
Andzia przybiegła do matki i okryła pocałunkami jej ręce.
W nocy miała bardzo przykre sny. Zdawało jej się, że widzi drogę wśród lasu, że po tej drodze jedzie pan Franciszek. Wtem, z za drzew wyskakują uzbrojeni złoczyńcy i rzucają się na niego ze strasznym okrzykiem. Zawiązuje się walka, krew płynie, młodzieniec broni się ostatkiem sił, lada chwila polegnie, gdy ni ztąd, ni z owąd, jak z pod ziemi, zjawia się kareta, taka z remizy, jakiemi w Warszawie państwo młodzi do ślubu jeżdżą. Z tej karety wyskakuje tryumfująca, uśmiechnięta Niemeczka, porywa młodzieńca, zabiera go z sobą i uwozi... Rozbójnicy, las, kareta, wszystko niknie w ciemnościach, zapada się, ginie... Sen dziwaczny i przykry.
Andzia przebudziła się niespokojna, przestraszona, z silnym bólem głowy.
Nazajutrz była jak nieswoja. Coraz mniej myślała o swojem niewzruszonem postanowieniu. Zdawało jej się, że w domu jest dziwnie pusto i smutno.
Kiedy Faramuziński przyszedł z wiadomością, że otrzymał list z zagranicy, i że siostrzeniec jego za parę tygodni powróci, Andzia ucieszyła się niezmiernie. Była tego dnia bardzo wesoła, śmiała się, żartowała, wrócił jej dawny dobry humor i swoboda.
Później, codziennie zaglądała do kalendarza i wykreślała ołówkiem dni już minione; daty zajmowały ją tak dalece, jak gdyby była kupcem i miała terminowe zobowiązania. Ażeby skrócić czas, który jej się nieznośnie długim wydawał, wynajdywała sobie rozmaite zajęcia. Robiła porządki w domu, szyła, śpiewała, byle dzień prędzej przeszedł. Tłómaczyła sobie, że pana Franciszka nie kocha, że jest on dla niej obojętny, pomimo tego jednak, pragnęła, żeby przyjechał, żeby przyszedł. Miała mu bardzo wiele do powiedzenia.
Wreszcie oczekiwany dzień nadszedł. Faramuziński, który z siostrzeńcem swoim stale utrzymywał korespondencyę, dał znać, że Franek przyjedzie rano, a wieczorem przyjdzie panie powitać.
Już od samego południa Andzia coraz to spoglądała w lustro, pragnęła ładnie wyglądać, ładniej niż jakaś tam córka fabrykanta! Właściwie nie zależało jej na tem, ale miała taką fantazyę, na złość Niemeczce.
Gdy o godzinie szóstej wieczorem, jak zapowiedział Faramuziński, brzęknął dzwonek, twarz Andzi pokryła się żywym rumieńcem.
Siostrzeniec wszedł z wujaszkiem swoim, przywitał się z matką i rękę do Andzi wyciągnął, przepraszając, że przed wyjazdem nie mógł pań, pomimo chęci najszczerszej, pożegnać... Przebaczenie łatwo uzyskał, a Andzia spojrzawszy na niego, zauważyła, że zmienił się bardzo na korzyść. Wyładniał. Powitała go szczerem ściśnieniem dłoni i uśmiechem pełnym życzliwości; wypytywała o szczegóły podróży, o miasta i kraje, jakie zwiedził.
Młodzieniec odpowiadał bardzo treściwie i krótko, o sobie mówić nie lubił, zarzucił więc panie pytaniami, co przez czas jego nieobecności robiły?
Andzi, pomimowoli, przypadkowo, wyrwało się niebaczne słówko, że często o nim myślała... Podziękował jej za to wejrzeniem niezmiernie wymownem.
Po tygodniu przyszedł i usłyszał wymówkę, że o dobrych znajomych zapomina; obiecał więc poprawę i przyszedł za trzy dni, a potem bywał już regularnie codzień.
Andzia zapomniała o swoich postanowieniach niewzruszonych, i coraz mniej myślała o człowieku, który był ich przyczyną.
Nareszcie przed samemi świętami Bożego Narodzenia, pan Franciszek, w kilku słowach pełnych szczerości i prostoty, wyznał jej swoje uczucia i o wzajemność prosił.
Stało się to tak szybko i niespodziewanie, że Andzia sama nie wiedziała co odpowiedzieć; podała mu tylko obie ręce i pozwoliła je całować. Zdawało jej się, że jest bardzo szczęśliwa, że otwiera się przed nią świat nowy, nieznany, a dziwnie jakoś piękny i ponętny.




X.

Od tego czasu upłynęło pół roku. Słońce świeciło jasno nad Wisłą, której brzegi ustroiły się w zieleń, nad murami miasta, nad całą okolicą.
Na moście pod cytadelą stał jakiś człowiek i patrzał na wodę, na berlinki, na łódki, na pas tratew powoli płynących. Patrzał pochylony, to znów głowę podnosił, jakby szukając wzrokiem jakiegoś domu w stronie kościoła Sakramentek.
Był to Faramuziński, ale do niepoznania zmieniony; przygarbił się, postarzał, twarz miał zmizerniałą i pobladłą, nawet włosów ufarbować zapomniał.
Zbliżyłem się do niego. Podał mi rękę wyschłą, żółtą jak wosk i zakaszlał się mocno.
— Co to panu? — spytałem.
— A nic, mój kochany, kwękam trochę, jak zwykle rekonwalescent. Chorowałem był ciężko, ale teraz lepiej się mi już znacznie. Radzą mi, żebym zagranicę wyjechał... lecz ja nie chcę.
— Dla czego?
— Zajęcia mam po uszy... Ot, spojrzyj tam, w tę stronę. Widzisz te dwie kamieniczki? jedna moja, druga niegdyś Dmuchalewskiego rzeźnika, a ostatnio pani Klejnowej.
— Tej utrapionej baby, która się zawsze z panem kłóciła?
Uśmiechnął się.
— Kłóciła — rzekł — zapewne; ale teraz jest co innego, teraz już się ze mną nie sprzecza i dach blachą pobije, i emfiteutykę wykupi, i czynszu płacić nie będzie. Przyrzekła mi to solennie, i... wiesz... opowiadałem ci przecież, co było między nami... pamiętasz?
— Pamiętam, doskonale pamiętam; cóż więc się stało? zwyciężyłeś pan nareszcie? pokonałeś upór?
— Ma się rozumieć, że pokonałem. Już to, nie chcę się chwalić, ale fakt jest, że szczęście do kobiet miałem i postępować z niemi umiem. Na upór jest wytrwałość, a ta zawsze prowadzi do celu. Nie darmo któryś mędrzec powiedział, że krople wody, drobne kropelki, spadające ciągle jedna za drugą, mogą przebić skałę. To prawda, święta prawda: wytrwałość zawsze do celu doprowadzi... i...
— Powinszować.
— Zapewne że jest czego, dziękuję.
— Od kiedyż pani Klejnowa jest pańską żoną?
— Żoną? moją żoną? — zapytał zdumiony — przecież nie powiedziałem ci żem się ożenił!
— O zwycięztwie pan mówiłeś, o złamaniu uporu; zdawałoby się więc...
— Długa to historya, opowiem ci, ale tu nad wodą chłodno się robi.
Przeciwnie, gorąco jest.
— Być może, ale mnie chłodno. Dreszcz mnie przebiega...
Zakaszlał się, zapiął palto na wszystkie guziki, wstrząsnął się nerwowo i rzekł:
— To od wody; nie powinienem tu wcale przychodzić, ale przyzwyczajenie. Lubię patrzeć na Warszawę z tej strony: prześliczna ona jest, kochana, zwłaszcza, gdy jak dziś, w słońcu się kąpie. Lubię przyglądać się jej całemi godzinami, taką mam naturę głupią. Mógłby się kto śmiać, mógłby powiedzieć: „Cóż wielkiego? mury, martwe mury.“ Nieprawda! dla mnie one żyją, mają duszę, ja kocham je.
Udaliśmy się do miasta, krok za krokiem, powoli, bo Faramuziński zatrzymywał się często dla wytchnienia.
— Widzisz — mówił — trochę mi ciężko, ale to nic; doktor zapewnia, że siły powrócą i że będzie dobrze. Wino stare pić każe, wzmacniać się. Wstąp do mnie, pogawędzimy, opowiem ci wszystko. Obecnie jestem w Warszawie sam; państwo młodzi wyjechali na nową siedzibę; matka ich odwiozła.
— Jacy państwo młodzi?
— Nie wiesz? Andzia Klejnowa i mój siostrzeniec Franek pobrali się. Śliczna para; gdy szli przez ulicę, pod rękę, to powiadam ci, ludzie stawali i gapili się na nich jak na osobliwość. Ślub był w karnawale, w kościele Panny Maryi; żałuj, żeś nie był. A wiesz, kto pannę młodą do ołtarza prowadził? — ja! Frak, panie dobrodzieju, biały krawat, bukiet, a jak ona wyglądała, no! Klękajcie narody! W popielatej sukni jedwabnej, z koronkami...
— Panna młoda?!
— Ależ matka! pani Michalina! Na pannę młodą mój Franek patrzał i także miał na co... Śliczności kobieta!
Z wielką trudnością szedł stary kawaler po schodach, prawie co trzeci stopień przystawał, a tak się męczył przytem, aż mu z czoła grube krople potu spływały. Gdy wszedł do mieszkania, zdjął palto i prawie bezwładny rzucił się na fotel.
— Wiesz co? — rzekł odpocząwszy — ja te schody każę zupełnie przerobić. Są niewygodne, nieznośne, nieosobliwy budowniczy je stawiał.
— Owszem, to niezłe schody.
— Nie znasz się, mój kochany, a ja ci powiadam, że podłe, spalić je warto. Co to, proszę cię, na pierwsze piętro dość wejść, aby się strasznie zmęczyć; cóż dopiero cierpieć muszą lokatorowie z trzeciego? Usiądź no, proszę, cygaro zapal. Ja nie będę, gust mi się zmienił; paliłem dużo, teraz dym nie robi mi żadnej przyjemności... Otóż, ślub odbył się u Panny Maryi, było sporo osób, wszyscy znajomi, lokatorowie z pod № 000 i moi także... Wesela hucznego, muzyki, tańców, nie było. Franek nie chciał; powiada: „Co nam po tańcach i zabawie?“ Myślałem, że Andzia będzie innego zdania, ale, wyobraź sobie, nie. „Franio ma racyę“ — mówi; — ano, skoro takie było życzenie państwa młodych, więc matka i owszem. Ślub odbył się rano o jedenastej, a potem było śniadanie na kilkanaście osób, najbliższych, ma się rozumieć, ale porządne, z szampanem. Ja, nie chwaląc się, palnąłem mówkę... przemówiłem pięknie i z serca, popłakali się wszyscy, a ja najbardziej, ja sam... Prawdziwa wymowa, taka co z duszy idzie, ma to do siebie, że wzrusza... Ach, mój kochany, to wesele mogę zaliczyć do najpiękniejszych chwil w mojem życiu... chociaż na drugi dzień rozchorowałem się ciężko. Wyobraź sobie, w kościele mnie to spotkało, na ślubie... Mróz tego dnia był siarczysty, a że panny młodej nie wypadało mi w futrze prowadzić, więc szedłem przez kościół leciutko, we fraku. Nie czułem, że mi zimno, miałem przy śniadaniu mówkę, wieczorem odwiozłem państwa młodych na nowe mieszkanie — i nic. Dopiero na drugi dzień, źle. Mateusz poszedł po doktora; pokazało się, że dostałem zapalenia. Przez tydzień, może i dłużej, byłem w gorączce, całkiem nieprzytomny, bezwładny; nareszcie otworzyłem oczy, i wiesz co? podziękowałem Bogu, że mnie tą chorobą nawiedził... Cóż tak patrzysz zdziwiony?
— Bo...
— Słuchaj. Kiedym przyszedł do siebie, kiedy mogłem poznać gdzie jestem i co się dzieje koło mnie, wtenczas dopiero poznałem, co to jest serce kobiece, wtenczas dopiero przekonałem się ostatecznie, że moja Michalinka to anioł. Mówię moja, bo mam do tego prawo.
Znów przerwał; było widocznem, że mówienie go utrudza.
— Proszę cię — rzekł, odpocząwszy nieco — wyobraź sobie moje zdziwienie... otwieram oczy, patrzę, rozglądam się, gdzie jestem? Jestem u siebie, we własnym domu leżę. W pokoju zmrok, nie ciemno, ale szaro, jak gdyby wieczór się zrobił... Są trzy osoby: Andzia, Franek i pani Michalina. Słowo honoru ci daję, ona sama, w swej własnej osobie! Andzia wzdycha, ale co to za wzdychanie! Franek pochyla się nad nią, coś jej do ucha mówi, całuje, i już po smutku, już dobrze, ale pani Michalina! Wyobraź sobie: płacze! łzy na własne oczy widziałem. Ach, myślę sobie, gardziłaś, odrzucałaś, a teraz, jak widzisz, że Faramuzińskiemu trzy ćwierci do śmierci, to płaczesz pani! Więc, pomimo wszystkiego, ten Faramuziński miły ci był, więc go kochałaś!... Westchnąłem, ona wstała z krzesła, pochyliła się nademną i mówi — Bogu dzięki, Bogu dzięki, modlitwy nasze wysłuchane, pan żyjesz, żyć będziesz! A myśmy się tak martwiły, tak płakały!... Zdawało mi się, że słyszę najpiękniejszą muzykę, że w siódmem niebie jestem. Nie mogłem przemówić, tak byłem szczęśliwy i wzruszony. Ucałowałam jej ręce i Andzi ręce, ucałowałem Franka, wszystkich byłbym wtedy do serca przyciskał. Co chcesz, gdy człowiek z dłuższej podróży powraca, to błogo mu na duszy, że widzi nareszcie swoich, blizkich, kochanych, a ja przecież z tamtego świata wracałem; i ten powrót był prawie tryumfalnym pochodem, bo to i pani Michalina i Andzia prześcigały się w grzecznościach dla mnie, w troskliwości, w staraniach... Jednego wieczoru gorzej się czułem; jużem był wtedy łóżko opuścił i siedziałem tu, na tym oto fotelu, ubrany. Ona była przy mnie. Miałem bardzo smutne myśli; sam nie wiem, zkąd mi przyszły; wspomniałem o śmierci, prosiłem o księdza, żeby się po chrześciańsku przysposobić do zgonu; o rejenta, żeby legalnym sposobem przekazać fortunę siostrzeńcowi i Andzi. Mówię jej o tem, a ona w płacz! Powiada: — Nie, mój przyjacielu drogi, tyloletni, zawsze wierny, ty nie możesz nas osierocić, tyś nasz opiekun, brat. Pochyliła się nademną i... czy dasz wiarę? pocałowała mnie w czoło! ona sama! jak mi Bóg miły... Wtedy nie wiem już co się ze mną działo; chciałem śmiać się i płakać, do nóg jej paść i byłbym to zrobił, ale... ruszyć się nie mogłem... Wziąłem ją za rękę, nie broniła... i powiadam: — Pani Michalino, czy, jeżeli podźwignę się z tej choroby, jeżeli wrócę do zdrowia, czy spełnisz moje tyloletnie marzenia? czy będziesz moją żoną? Na razie nie odpowiedziała, ale że ja lubię kuć żelazo, póki gorące, więc tłomaczę: Proszę pani, cóż Franek dla mnie, cóż dla pani Andzia? Kochają nas, to prawda, ale bardziej kochają się nawzajem, jedno drugie. Oni pójdą w świat, będą mieli własne ognisko rodzinne, własne dążenia i radości, a dla nas co? My zostaniemy tu sami, opuszczeni... pomyśl pani, posłuchaj... Kochałem cię tyle lat, chcę więc być twoim przywiązanym, kochającym towarzyszem do śmierci... Myślałem, że swoim zwyczajem certować się będzie, ale gdzie tam!.. Owszem, podała mi rękę i rzekła: — Masz słuszność, kochany przyjacielu, stanie się jak zechcesz, ale przedewszystkiem o zdrowiu trzeba myśleć. Przyjdzie wiosna, wyjedziesz pan na wieś, czy za granicę... pozbędziesz się kaszlu. — Dobrze, powiadam, ale wyjedziemy razem... — i na to zgoda. Nie masz pojęcia, co to za kobieta, istny anioł! słowo honoru daję. Nawet w bagatelnych kwestyach, w drobiazgach; ustępuje mi na każdym kroku, mam też nadzieję, że będę z nią szczęśliwy...
Uśmiechnął się na wspomnienie o szczęściu, na które tyle lat oczekiwał wytrwale.
Spojrzałem na niego. Był bardzo blady, postarzał się ogromnie, nos mu się wyciągnął, broda zrobiła się spiczasta, oczy zapadły głęboko. Przykro było słuchać, gdy mówił:
— Z weselem nie śpieszę, mamy jeszcze czas, trzeba pierwej młodych urządzić. Nr. 000 sprzedamy, pieniądze oddamy Frankowi, bo on na prowincyi fabryczkę własną zakłada; my zaś z Michalinką mieszkać będziemy tutaj, w tym lokalu; są trzy pokoje, przedpokój, porządna kuchnia — jak dla nas dwojga to dosyć. Swoją drogą proponowałem, pytałem, czy nie życzy sobie większego lokalu? — Na co? — mówi, — będzie nam dobrze w trzech pokojach; we wszystkiem się do woli pańskiej zastosuję. Tak, mój drogi, walczyłem z nią przez całe życie, ale przyznaj, że odniosłem zupełne zwycięztwo, złamałem upór. Bierz z tego przykład, jak należy z kobietami postępować — wytrwale, stanowczo i ostatecznie skutek pewny...
Zmęczony długą rozmową, wyczerpany, opuścił głowę na piersi i zapadł w senność. Przy pomocy Mateusza, przyprowadziłem go do łóżka — położył się. Gdym odchodził, podał mi rękę i rzekł:
— Pamiętaj, na weselu bądź, bardzo proszę.
Nie spełniłem tej prośby z przyczyny, że wesela nie było.
W kilka tygodni po ostatniej rozmowie, wyczytałem w „Kuryerze“:

„Ś. p. Melchior Faramuziński, obywatel m. Warszawy, członek archikonfraterni literackiej, po długiej i ciężkiej chorobie, opatrzony ŚŚ Sakramentami przeniósł się do wieczności...“

Wyprowadzili go z kościoła Panny Maryi na Powązki, za karawanem szedł Franek z Andzią i Klejnowa, lokatorowie z pod Nr. 000 i z domu nieboszczyka, gromadka przyjaciół i znajomych... Orszak skierował się ulicą Freta, Długą, Nalewkami, jak zwykle, do cmentarza... Złożono Faramuzińskiego niedaleko drugiej bramy, w grobie, który sam sobie za życia przygotować kazał.
Andzia płakała rzewnie, mąż podtrzymywał ją i pocieszał; pani Klejnowa podczas pogrzebu miała oczy suche, ale przyszła na cmentarz nazajutrz, kazała grób kwiatami ubrać, pomodliła się i popłakała serdecznie. Nie narzeczonego opłakiwała, gdyż o małżeństwie nie myślała na seryo, a to, co Faramuziński brał za złamany upór i zwycięztwo — było łagodnem ustępowaniem kaprysowi chorego bez nadziei człowieka; — ale wylewała szczere łzy po stracie przyjaciela, opiekuna i doradcy.
Dopóki mieszkała w Warszawie, odwiedzała jego grób i stroiła go w kwiaty — a opuszczając rodzinne miasto, zostawiła fundusz na to, żeby o ostatniem schronieniu zacnego Faramuzińskiego miano pieczę.
Nr. 000 zmienił właściciela. Ku wielkiemu zdumieniu wszystkich lokatorów i sąsiadów, nabył go szewc, ten z dołu, który od niepamiętnych lat sklep i ponurą izbę w officynie zajmował. Zastanawiali się ludzie, jakim cudem można się takich dużych pieniędzy na butach dorobić i tak się zręcznie z kapitałem ukrywać? Pokazało się, że można.
Szewc ubrał się odświętnie, z panią Klejnową porozmawiał, pieniądze swoje przyniósł, a że mu jeszcze trochę brakowało, więc od drugiego szewca dopożyczył. Poszedł z panią Klejnową do rejenta, zrobili akt, i dziś jest sobie obywatelem warszawskim, jak Bóg przykazał, w tej samej izbie siedzi, buty kuje i komorne od lokatorów ściąga.
Dla sklepiczarki była to wielka dyfamacya, że szewcowa ni ztąd ni zowąd na obywatelkę wyszła. Otyła jejmość dostała z tego powodu żółtaczki, ale jedna przekupka ze Starego Miasta, znawczyni na takie rzeczy, skompromitowała cierpiącą, w obec całego targu, bardzo brzydkiem i krzywdzącem słowem, a ta się uniosła, zaperzyła, wybuchnęła straszliwym gniewem, i słabość jak ręką odjął.
Jest to podobno wypróbowany i bardzo skuteczny sposób.
Józef stróż zaraz służbę wypowiedział, raz, że u szewca służyć nie chciał, a powtóre, że go pan Franciszek, na prośbę Andzi, jako uczciwego i rzetelnego człowieka, do fabryki swojej na szwajcara zabrał.
Mateusz, niegdyś cerber domu Faramuzińskiego, ponieważ miał uzbieranego trochę grosza, także Warszawę porzucił i powlókł się na Podlasie do rodzinnej wioski, aby tam, parę zagonów kupiwszy, na własnej fortunie żywota dokołatać.
Smutno mu było bez Józefa, i nieraz rankiem, wyszedłszy przed chałupę, patrzył na zachód ku Warszawie i przypominał sobie, że ongi akurat o takiej godzinie gawędzili po przyjacielsku, a potem szli na róg i wypijali po jednym, ale za czternaście i to czystego alembiku...
Nieraz opowiada o tem Mateusz Mośkowi, karczmarzowi z Dziurawej Woli, i stawia mu za wzór do naśladowania tamtego warszawskiego szynkarza.
Nieruchomość po Faramuzińskim także w inne ręce przeszła. Dobijano się o nią, bo dom o trzech oknach frontu, dwupiętrowy, z facyatką i officyną, a przytem w takim znacznym punkcie, to nie żarty. Rękawicznik chciał kupić, ale go ubiegł mydlarz Niemiec.
Lokatorowie z pod Nr. 000, oprócz, ma się rozumieć, kawalerów, którzy jako lekki naród nigdzie miejsca nie zagrzeją, nie zmienili się, tylko po pani Klejnowej mieszkanie wziął urzędnik pocztowy, widać jakiś starszy, bo siedemnaście i pół rubla na miesiąc płaci.
Sklepiczarka mruczy, że ją szewc obdarł bez litości, ale głośno się z tem nie odzywa, bo każdemu życie miłe, a jej miły sklepik.
Tokarz, po zerwaniu małżeństwa, odgrażał się, że babę sprocesuje i zniszczy za zachody, konkury, czas stracony i koszta, ale pogróżki nie spełnił; bał się, że kumoszki na języki go wezmą, a i bez tego ex-narzeczona psy na nim wiesza po sklepikach, po warsztatach, po maglach. Opowiada o nim, że pijak, że utracyusz, że nicpoń, że pierwszą żonę zagnębił: plecie dyfamacye, jak zwyczajnie kobieta w żalu. Bo choć powiada, że ją od nieszczęścia Bóg ustrzegł, że jest z zerwania niezmiernie kontenta, jednak wolałaby żyć z tokarzem, niż bez tokarza, tembardziej, że się ani stolarz, ani ślusarz, ani innego fachu wdowiec nie trafiał; przez to się w niej ciągle złość gotowała, że lada o co mogła krzyku narobić, wszelkie pomsty wzywać; a łzy w oczach miała na zawołanie, jak wodę w wodociągu.
Stateczna kobieta, ale z ambicyą dużą i z gębą na cztery gubernie.
Emeryt z żoną wciąż na drugiem piętrze siedzi, kanarka sobie kupił na Piwnej ulicy i szczygła, żeby mu weselej było na świecie; gołąbki chciał trzymać, ale szewc nie dał, bo mu się przywidziało, że przez to jest nieporządek na poddaszu. Staruszek dla miłego spokoju ustąpił, ale postanowił, że do „Kuryera“ artykuł o samowoli gospodarzy napisze. W tym celu kupił librę papieru i paczkę piór gęsich, do których temperowania przystąpił, potem obmyślił rzecz szczegółowo i zreferuje obszernie i pięknie, tak, że szewcowi w pięty pójdzie.
Pani Kubikowa z młodszą córką biega po mieście za lekcyami, i rozbija stare klekoty. Starszą za mąż wydała.
Trafił się młodzieniec, który upodobał sobie bladą dziewczynę i ożenił się z nią. Nie łatwo mu to przyszło, musiał się bowiem wylegitymować, że nie jest sumogrado, i że sumogradów w rodzie jego nie było. Pani Kubikowa wyprowadziła najściślejsze śledztwo, dopytywała się, badała, nareszcie widząc łzy córki, rozrzewniła się sama i rzekła:
— Idź więc, kiedyś głupia... i daj mi święty spokój.
Potem zamęczała kupców za Żelazną Bramą, na Żabiej, w Gościnnym Dworze, bo chciała dać dziecku wyprawę porządną i tanią... Ochrypła biedaczka od targowania się i sprzeczek, czuła że ją w piersiach kole, że oczy od szycia po nocy bolą, ale trudno napychać szwaczkom kieszenie, gdy się wielką panią nie jest... trzeba sztukować własnym przemysłem i mieć na pamięci, że czas ciężki, lekcye coraz gorzej płatne, zamiłowanie do muzyki upada.
Blada dziewczyna mówiła narzeczonemu swemu o miłości, matka zaś o oszczędności, a że mówiły bez przestanku, a chłopak był z natury potulny, więc można było przypuszczać, że kochać będzie jak Romeo, a skąpstwem samego Harpagona zawstydzi.
— Macie głupstwo zrobić — powtarzała pani Kubikowa, — zróbcież je mądrze.
Dziwna to na pozór sentencya, ale głęboka, poczerpnięta z filozofii niedoli, wyniesiona z tej szkoły, która nauczyła biedną, opuszczoną przez męża kobietę, utrzymać się i wychować dzieci za pomocą dziesięciu palców i jeszcze coś na czarną godzinę odłożyć.
Gdy orszak ślubny do kościoła przyszedł, śmiały się baby w kruchcie, że pannę młodą wiatr zdmuchnie, taka jest wątła i szczupła, ale i oblubieniec pokaźniej nie wyglądał. Oboje mogliby służyć za zakładki do jakiej wielkiej księgi, a pomimo to czuli się silnymi i patrzyli przyszłości w oczy śmiało, a jak pani Kubikowa mówiła — bezczelnie.
— Nie dam wam na wesele — rzekła — wina ani cukrów, a za pieniądze, które bym na to wydać miała, kupcie sobie mięsa i soli. Szaleńcy jesteście oboje, głowy wam ogolić, w kaftany ubrać; pomimo tego niech wam Bóg błogosławi, kochajcie się i oszczędzajcie.
Tak też robią.
Mieszkanie mają niby klatkę, żywią się jak kanarki, pracują jak konie dorożkarskie, ale proszę ich zobaczyć na ulicy! Młody sumogrado wygląda jakby z pudełeczka wyjęty, a na bladej jego towarzyszce wisi tyle błyszczących dżetów, że dziwić się należy, jakim sposobem filigranowe jej kosteczki mogą taki ciężar utrzymać!
On od rana idzie do biura, ona na lekcye, schodzą się o czwartej i jedzą obiad złożony... z jednej potrawy.
Po obiedzie całują się i mówią, że życie to niewyczerpana skarbnica rozkoszy. Na herbatę chodzą do matki pod Nr. 000, gdyż tak było umówione od początku, pani Kubikowa doszła bowiem do wniosku, że jedna lampa daje dość światła na dwa „domy“, jeżeli te „domy“ wieczory przepędzają razem.
Pewnika tego zbić nie sposób.
Fabryka pana Franciszka idzie dobrze, pod kierunkiem pilnego i pracowitego właściciela; Andzia zmężniała, rozrosła się, wygląda jak róża w pełnym rozkwicie. Śmieje się ciągle ustami, oczami, każdym wyrazem, ruchem — jest szczęśliwa. Matka przy niej mieszka, gospodarstwo domowe prowadzi; chleba darmo jeść, ciężarem dzieciom być nie chce — pracuje.
Czasem zamyśla się — o czem? łatwo zgadnąć: o Nr. 000, o gwarze miejskim, o kościele Panny Maryi, Sakramentkach, Świętym Duchu, Katedrze, o tej starej Warszawie, w której całe życie spędziła, o Faramuzińskim, który na Powązkach spoczywa.
Myśląc o tem, westchnie nieraz i zasmuci się — ale rozwesela ją mały wnuczek, tłusty, zdrowy, czerwony chłopak i podobno niezmiernie mądry.
Że też Faramuziński nie doczekał go poznać — a może i lepiej się stało, bo strasznieby rozpieścił tego małego mężczyznę...


KONIEC.


CÓRECZKI PANI MACIUPSKIEJ.
(OBRAZEK Z BRUKU).



Za dokładność ortografii nazwiska nie ręczę. Miałem w ręku trzy dokumenty bardzo poważne, ale każden z nich informował pod tym względem inaczej.
Starsza siostra podpisywała się „Helena Maciupska“, młodsza „Zofja Maciubska“, matka zaś tych panien „Delfina Macióbska“.
Wybrałem ortografię panny Heleny. Dla czego? Powodów ściśle uzasadnionych nie było, zdawało mi się jednak, że powierzchowność panny Heleny ma w sobie coś ortograficznego... Dodać należy, że młoda ta osoba w mówieniu używała niekiedy znaków przestankowych, podczas gdy młodsza jej siostrzyczka mówiła zazwyczaj bardzo szybko i bez najmniejszej przerwy, a pani Delfina posługiwała się wyłącznie wykrzyknikami i znakami zapytania...
Panie te, rzadko kiedy, zwłaszcza wobec gości, odzywały się pojedynczo, lecz mówiły wszystkie współcześnie, jakby chórem.
Częstokroć w tym chórze jeden głos śpiewał o najprzedniejszych fasonach kapeluszy, drugi o ostatniej sztuce w teatrze, a trzeci najsilniejszy, nieprzerwanym szeregiem wykrzykników ogłaszał bieżące ceny produktów targowych na Ordynackiem, z pełnemi erudycyi komentarzami.
Z początku na człowieku, nieprzyzwyczajonym do takiego sposobu wymiany myśli, chórek ten robił dziwne wrażenie.
Zdawało się, że jednocześnie ktoś szyje na maszynie, sypie szklanne paciorki na tacę i coś sieka, ale ostatecznie można się było z tem oswoić i pojedyncze głosy chóru rozróżniać.
To też gdy zeszło się towarzystwo, złożone z kilku osób, a szczególniej pań, które, jak wiadomo, mają zawsze coś do powiedzenia, w saloniku był gwar niezmierny i pani Macióbska (przez ó) mogła z czystem sumieniem twierdzić, że w jej domu wybornie się bawią.
I rzeczywiście. Umiano tam nawet tańczyć.
Zapewne, w obec tylu mistrzów, udzielających lekcyj „najniezbędniejszych tańców“ osobom obojga płci, do pięćdziesięciu lat wieku włącznie, umiejętność tańczenia rozkrzewiona jest w Warszawie w stopniu, o ile się zdaje, wystarczającym na potrzeby ludności, więc że tańczono niekiedy i u pani Maciupskiej dziwić się niema czemu. Były w domu dwie panienki, był fortepian, bywała młodzież, a że z tych elementów, z dodatkiem herbaty i serdelków, wytwarzają się właśnie „niezbędne“ tańce salonowe, to wiadomo; ale trudniej mieści się w głowie, żeby można urządzić herbatę tańcującą w pokoju, który miał osiem łokci długości, a siedem szerokości...
Dodać jeszcze należy, że w gościnnym salonie pani Maciupskiej, znajdował się fortepian starożytnego fasonu, ale z mocnym głosem, stół, kozetka, parę fotelików obitych kretonem, dwie maszyny do szycia, szafa oszklona na kapelusze, oraz bardzo zgrabna dama bez głowy, na to specyalnie, ażeby na plastycznych jej kształtach drapowano i upinano wszelkiego rodzaju stroje.
Śliczna ta osoba była, ma się rozumieć, z drutu...
Gdy panny Maciupskie chciały się zabawić, młodzież wynosiła do drugiego pokoju fotele, kozetkę, stół, oraz sztywną damę i tym sposobem pracownia zamieniła się na salon, w którym na przestrzeni bardzo małej ilości łokci kwadratowych, wytwarzało się mnóstwo śmiechu, szelestu sukien, hołubców, rozmów, szeptów, dźwięków fortepianu i tym podobnych objawów ludzkiej wesołości. Było ciasno, ale tanio, dobrze, elegancko i bez żadnego przymusu.
Na twarzy matki pojawiał się uśmiech zadowolenia, a w oczach panien Maciupskich malowała się szczera, niekłamana radość.
Mama była niziutka, ale korpulentna, córeczki zaś wzięły wzrost po mamie, a figurki chyba po lalkach, takie były cienkie i filigranowe.
Dama z drutu, będąca przecież modelem przeciętnej, średniego wzrostu kobiety, wydawała się przy nich, jak olbrzymka.
Były to warszawianki w miniaturowej edycyi, ale i ozdobnej zarazem. Twarzyczki miały białe, o rysach drobnych, usta maleńkie, oczy modre, a włosy jasne, ułożone bardzo misternie, z grzywkami, czubkami i różnemi figlami, na określenie których, trzebaby studyować encyklopedyę wiedzy fryzjerskiej, przynajmniej przez siedm lat z rzędu. Siostrzyczki byłyby podobne jedna do drugiej, jak dwie krople wody, gdyby nie rozmaity kształt nosków.
Panna Helena, co właśnie wzbudzać mogło zaufanie do jej ortografii, miała nosek prosty, kształtny, cokolwiek garbaty, lecz bardzo foremny w stylu, dajmy na to korynckim, a nosek panny Zofii był rococo. Pogardziwszy klasycyzmem, zadzierał się figlarnie do góry i nadawał fizjonomii swej właścicielki wyraz nieustannej wesołości. Ten nosek śmiał się i zdawał się pomiatać nietylko ortografią, ale wszystkiem wogóle, co ma związek z jakąkolwiek systematycznością, regułą, zasadą.
On śmiał się w kościele, na zabawie, na cmentarzu, nawet wówczas, gdy oczy zachodziły łzami.
Czasem tylko w ważniejszych momentach życia, gdy panna Zofia studyowała świeży żurnal, nosek jej nabierał powagi, ale na krótko, bo jeżeli żurnal przynosił coś ładnego, nosek śmiał się z zachwytu, w przeciwnym razie wyrażał niezadowolenie takim komicznym grymasem, że panna Helena i sama pani Maciupska wybuchały śmiechem...
Starsza siostra robiła suknie, do czego, jak wiadomo, potrzebny jest umysł poważniejszy i systematyczny, zdolny do kombinowania i pojmujący głębię paryskiego kroju i zagadki centymetrów, — młodsza zaś stroiła kapelusze.
Uczona i artystka! Pierwsza rządziła się staremi zasadami, teoryą, z uwzględnieniem najnowszych wynalazków w tej dziedzinie, druga talentem, rozwijała lotne skrzydła fantazyi... jedynie pod wpływem natchnienia, nie trzymając się wzorów klasycznych.
Pracowała zawsze przed lustrem, przypinając do szkieletów kapeluszy różne pióra, kwiaty, wstążki, kawałki aksamitów, koronki, wypchane ptaki i przeróżne ozdoby. Przymierzała je na własnej głowie, wyrabiając najpocieszniejsze miny, kręcąc noskiem i ostatecznie stwarzała takie arcydzieła mody, gustu i fantazyi, że elegantki, stanowiące klientelę pracowni panien Maciupskich, nie wahały się płacić za egzemplarz po trzy ruble, a nawet i po pół czwarta, to jest mniej więcej tyle, ile brała panna Helena za pracowite zbudowanie stylowej sukni z fałdami, grymasami i kilkakrotnem przerabianiem.
Pracownia mieściła się na dole, w oficynie ogromnego domu na Wspólnej, Kruczej czy Hożej, bo nie pomnę już dokładnie, w lokalu złożonym z dwóch wilgotnych pokoi i kuchenki.
Zajmowały je te panie od lat ośmiu, czy dziesięciu, bo w każdem przedsiębiorstwie przemysłowem lokal dużo znaczy, zwłaszcza, jeżeli się w niem szczęści i klientela do niego przywyknie. Przytem trzeba pamiętać, że jak cię widzą, tak cię piszą; chociaż więc komorne bardzo drogie, chociaż siedmnaście rubli na miesiąc, jak jeden grosz kosztuje, jednak trzeba mieszkać z szykiem i w pryncypalnym punkcie. Zasady tej trzymała się pani Maciupska i jej córeczki i jak same twierdzą, bardzo dobrze na tem wychodziły.
Pracowni sukien i kapeluszy w tamtej okolicy było stosunkowo niewiele, bo w tym samym domu tylko dwie, naprzeciwko jedna, obok w sąsiedniej kamienicy wcale pracowni nie było i dopiero w trzecim domu mieściły się znów dwie.
Punkt zatem był bardzo dogodny, a i klientela bogata. Żony i córki urzędników kolei Wiedeńskiej, a wśród nich nawet jedna maszyniścina; jedna dama, której mąż utrzymywał agenturę ubezpieczeń na życie, właścicielka składu węgli kamiennych, bogata bardzo, nieraz po trzydzieści korcy na składzie miewała; znowuż jedna pani, mająca trzy córki, oraz saski sklepik, i dużo, dużo pań zamożnych, które umiały i lubiły się ubierać z gustem i elegancyą.
Pan Maciupski, mąż pani Delfiny, nie żył już od lat dziesięciu. Zajmował on swego czasu ładne stanowisko w biurze przewożenia i odwożenia rupieci z kolei na kolej, dwadzieścia pięć rubli brał na miesiąc i byłby zapewne do wysokich godności z czasem doszedł, ale umarł przedwcześnie.
Po jego śmierci pani Maciupska założyła pracownię, wykształciła córeczki w fachu i żyje.
W Warszawie drożyzna jest okropna, ale trzy kobiety, zwłaszcza takie małe, całego rubla na dzień nie przejedzą i nie szastają też pieniędzmi na pożywienie, bo to nie ma celu, wolą ubierać się ładnie, i wyglądać jak laleczki. Jest to zresztą konieczne, żeby ubierały się jaknajmodniej, bo to dobrze rekomenduje zakład, stroją się więc i bawią niekiedy, i nie słychać, żeby narzekały na losy. Niekiedy mają tyle roboty, że i mama, porzuciwszy gospodarskie zajęcia, do maszyny zasiada. W takich wypadkach obiad bywa odkładany do dnia następnego, a natomiast mama robi wyborną kawę, bo w tem samem podwórzu znajduje się kawarnia, a że jej właścicielka bierze zwykle stroje z magazynu panien Maciupskich, więc ex re tego stosunku dolewa dla nich do mleka trochę mniej wody, niż dla publiczności zwykłej, a za to ma pewne ustępstwa na konfekcyach.
Ręka rękę myje, to jest zasada.
Bywa niekiedy tak wiele roboty, że trzeba przybrać pomoc. W takim wypadku panna Zofia, kręcąc noskiem, zasiada przy stoliku i na ćwiartce papieru sztychuje: „Potrzebna jest panna natychmiast uzdolniona.“ Tę kartkę wystawia się w oknie, a w kwadrans później zgłasza się nie jedna, ale siedm panien, i szczęśliwa, na którą padł wybór, zabiera się do pracy.
Nie można powiedzieć, żeby w Warszawie było o uzdolnione panny bardzo trudno... Nie zawsze jest taki znaczny ruch, ale zdarza się, w karnawale, albo w lecie, przed Zielonemi świątkami. W święto pracownia bywa zamknięta i panie używają przyjemności życia, stosownie do sezonu; chodzą do teatru, lub przyjmują gości u siebie.
Jest wieczór zimowy, mroźny, niebo wyiskrzone, na ulicach rozlega się brzęk dzwonków od sanek, po chodnikach ludzie biegną z pośpiechem, do którego zmusza ich zimno.
Salonik pani Maciupskiej już oświetlony; maszyny i dama z drutu przeniesione do sąsiedniego pokoiku, w kuchence syczy samowar.
Jak doświadczony wódz bada pole bitwy, tak pani mama patrzy, czy jeszcze czego nie brak; ale wszystko jest w porządku.
Panna Helena przytwierdza jeszcze jedną kokardę do sukni, siostra jej, stojąc przed lustrem, poprawia grzywkę i krzywi noskiem z gniewu, że nieposłuszne włosy nie dają się ułożyć, jak należy.
Pokonała je wreszcie, pokręciła główką, roześmiała się ustami, oczami, zadartym noskiem i całą ruchliwą twarzyczką, zadowolona zupełnie...
Głoście zaczęli się schodzić. Była pani co ma saski sklepik i trzy córki wysokiego wzrostu, i ta pani, która utrzymuje skład węgli, i kilku panów, rozpoczynających karyerę w biurze kolejowem, i jeszcze jeden pan, bardzo muzykalny, który kształci się na artystę i już nawet przez jakiś czas występował w operach, jako członek chórów, i jeszcze ktoś... Salonik pełny. Panna Helena mówi z zachowaniem przecinków, panna Zofia śmieje się bez przerwy i bez interpunkcyi, pani Delfina zaś wyrzuca wykrzykniki i zapytania z niesłychaną szybkością.
Do herbaty, żeby już użyć karnawału, jak należy, podano pączki; a dla panów była wódeczka i piwo. Po herbacie rozpoczęły się tańce, fortepian brzęczał bezustannie, ponieważ i mama Maciupska, i ta pani co ma saski sklepik, były muzykalne i grały na zmianę.
Zegar wydzwonił jedenastą, gdy w kuchence zrobił się ruch. Coś się stało, bo starsze panie, jedna z trzech sióstr wysokich i panna Zofia tam pobiegły, jak gdyby zaalarmowane jakimś nadzwyczajnym wypadkiem.
W saloniku tyle tylko wiedziano, że ktoś przyszedł i coś powiedział. Przez otwarte drzwi można było dostrzedz, że panie tego kogoś otoczyły jak wieńcem i że ów ktoś musiał być bardzo malutki, gdyż pochylały się, słuchając.
Ponieważ wszystkie zapytywały jednocześnie i wyrażały swoje zdziwienie bardzo głośno, więc tylko kiedy niekiedy wśród tego chaosu można było rozróżnić płacz dziecka...
— Cóż teraz będzie?! co będzie! — pytała pani Maciupska — doprawdy nie mam pojęcia, niechże mi kto powie, co będzie?
— Ja także wcale wyobrażenia nie mam — odezwała się właścicielka składu węgli — zresztą to trudno, proszę pani, nikomu nie jest rozkosznie na świecie.
— I stagnacya! Czy pani wie, że teraz bardzo słaby ruch; dawniej nici, igły, tasiemki, guziki szły, powiadam pani, jak woda, a teraz co!? Takie czasy, moja pani, takie czasy! a tu trzy dziewczyny w domu, a młodzież niegodziwa, każdy tylko za posagiem goni, każdyby za groszem na samo dno piekła skoczył.
— Słuchaj-no, Julka, kiedyż to się stało? Mówże, jak się należy i nie płacz, ach, jakaż z ciebie beksa!...
— Herbaty by jej dać... trzęsie się biedaczka, ręce ma aż sine...
— Zosiu, nalejno jej herbaty!
— Jednak, proszę pani, co to jest człowiek? Boże, Boże! tak, jak świeca, wiatr dmuchnie i po wszystkiem!...
— To dziś się zrobiło? Julka, mówże, dziś? teraz! przed dwoma godzinami? Ach, mój Boże! i ty stałaś przed bramą do tej pory...
— Taki jest los wdowy — rzekła właścicielka składu węgli — niby wyjdzie za mąż, bo wyjdzie, niby ma tego męża, bo ma; ale cóż z tego? mąż umrze sobie najspokojniej i ani głowa go nie zaboli, co ta biedna kobieta zrobi i z czego się wyżywi wraz z dziećmi?!... Alboż mój nieboszczyk inaczej postąpi!?! Pisz, maluj, tak samo, kubek w kubek! Ileż tych dzieci było? czworo? pięcioro? Powiada pani, że tylko ta jedna dziewczyna? To jeszcze całe szczęście, chociaż szkoda, że nie chłopak... Z chłopakiem łatwiej, można go bez fortepianu wychować i posagu dla niego nie potrzeba zbierać.
— Ależ nie! — odezwał się znów inny głos. — Powiadam pani, że z tego nic nie będzie. Możnaby do dobroczynności, zapewne, ale tam zawsze jedno, trzeba czekać, aż się wakans otworzy, a zanim się otworzy!
— Jak dzieci kocham, nie wiem... nie mam wyobrażenia, jak się o to starać i przez kogo?
Pani Maciupska przypomniała sobie, że ma gości.
— Ach! doprawdy! przepraszam państwa, najmocniej przepraszam — rzekła, wróciwszy do saloniku... — zabawa nam się przerwała, ale taki smutny wypadek w sąsiedztwie. Coś okropnego i wyobraźcie sobie państwo, że tak się stało prawie nagle, że jeszcze onegdaj ją widziałam... i nie ma sposobu, żeby na to poradzić...
Z opowiadania pani Maciupskiej i kilku innych pań, które pośpieszyły jej z pomocą, z powodzi wykrzykników, niedokończonych zdań, przerwanych w połowie wyrazów, można było znowu o tyle o ile zrozumieć, że chodzi o Julkę; że ta Julka ma siedm lat życia, i że jest córką biednej wdowy zamieszkałej w tymże samym domu i że wreszcie ta wdowa przed kilkoma godzinami umarła. Była już oddawna chora i bardzo wynędzniała; nikt jej długiego życia nie wróżył, ale też nie spodziewano się, że skończy tak prędko. Onegdaj jeszcze widziano ją, jak szła do miasta. Była bardzo blada, trzymała się ściany, a co parę kroków zatrzymywała się, aby odpocząć, lecz nikt na to bliższej uwagi nie zwracał. Wiadomo, że kto chory, ten szybko nie biega i musi się zatrzymywać, ażeby odpocząć.
Wczoraj zrobiło jej się bardzo niedobrze, zupełnie z sił opadła, a dziś... już nie żyje. Zajęli się zmarłą lokatorowie, złożyli trochę pieniędzy na koszta pochowania, a Julka płakała, długo płakała i wreszcie przybyła do pani Maciupskiej. Nieraz bywała tu, jeszcze za życia matki.
Panienki lubiły ją, dawały jej gałganki i skrawki na suknie dla lalki, czasem bułkę, albo i dwie, bo dziewczyna miała nienasycony apetyt... W nieszczęściu, biedne dziecko, jakby instynktem wiedzione, przyszło tu, bo gdzież miało przyjść? Od frontu mieszkają lokatorowie bogaci, których takie drobiazgi nie wiele obchodzą, w oficynach zaś przeważnie biedacy, obarczeni liczną dziatwą, i, prawdę powiedziawszy, sami nieraz nie mają co jeść. Pani Maciupska dała do zrozumienia, że w całej kamienicy ona tylko jedna jest osobą średnio zamożną. Nie ma zawiele, ale też nie doznaje braku.
Zawsze co pracownia, to pracownia, zwłaszcza w takim punkcie!
Zachodzi jednak pytanie, co zrobić z dziewczyną? Jest już ona tak duża, że może ubierać się i jeść: a zarazem tak mała, że nie potrafi pracować.
Najniepraktyczniejszy wiek!
Zdania się krzyżują; jedni radzą starać się o umieszczenie Julki w Towarzystwie dobroczynności, matka trzech córek dowodzi, że na popychadło do saskiego sklepiku ta dziewczyna jest bezwarunkowo za mała, pani od węgli zgadza się z tym poglądem i dorzuca, że w składzie materyałów opałowych nie widzi karyery dla takiego bębna. Jest to jedna z trudniejszych branży handlowych, wymaga znajomości rachunków i pojęcia o wadze dziesiętnej — wymaga głowy!
Kiedy rozmowa toczy się w najlepsze, panna Zofia wprowadza Julkę. Jest to dziecko wątłe, z jasną główką i dużemi, zapłakanemi oczami. Widząc tyle osób, patrzy z obawą, lecz, o ile się zdaje, nie rozumie dokładnie swego położenia.
Panna Zofia spogląda na siostrę, uśmiecha się, robi noskiem pocieszne grymasy, ale w oczach ma łzy...
— Mamo — mówi szybko i bez przerwy — Julka może u nas zostać, my ją wychowamy, nauczymy ją szyć, będziemy miały pomocnicę; teraz jest zawsze kram z wypisywaniem karty, szukaniem panien... Julka jest dobra dziewczynka i niema nikogo na świecie, prócz nas. Jedna osoba nic nie znaczy! Pracownia nasza jest w dobrym punkcie: zresztą dla mamy taka dziewczynka jest niezbędna. Jak my powychodzimy za mąż, mamie będzie smutno samej.
Powychodzimy za mąż!... Panna Zofia o tem nie wątpi i ma słuszność. Wśród dzisiejszych gości pani Maciupskiej są tacy, co o tem tylko marzą.
Starsza siostra popiera prośbę młodszej, matka zresztą nie oponuje.
— Chcecie — powiada — cóż mi to szkodzi?
Panna Zofia wpatruje się bystro w twarz Julki, poprawia jej włosy nad czołem, a uśmiecha się, kręci noskiem i kombinuje. Wreszcie klasnęła w dłonie i zawołała:
— Już wiem!
— Co wiesz? — spytała matka.
— Zrobię jej jutro prześliczny kapelusik. Zobaczy mama, że będzie istne cacko!...
Już tańców nie wznawiano, goście rozeszli się.
Zaimprowizowano naprędce pościel dla Julki i sierota usnęła spokojnie.
Pani Maciupska zamyśliła się nad kwestyą, jaki ma być obiad jutrzejszy... Zadarty nosek pochylił się nad żurnalem, a panna Helena robiła przegląd starych sukien, ażeby wybrać z nich jaką i przerobić dla Julki.
Pogaszono światła. Ciemność napełniła ciasne podwórko i ukryła w swym płaszczu sierotę, jej opiekunki i pracownię w doskonałym punkcie.


KONIEC.


PAN METR.
(OBRAZEK Z BRUKU).



Wzrostu był wysokiego, szczupły, o rysach twarzy ostrych i wyrazistych. Czoło miał wysokie, nos duży, garbaty cokolwiek, brwi krzaczyste, zawsze groźnie zmarszczone. Patrzył na świat przez okulary ciemne, zimą nosił płaszcz granatowy z peleryną, latem almawiwę odwiecznego kroju, bez rękawów, a głowę o każdej porze roku przykrywał kapeluszem cylindrowym, zrudziałym od słońca, wymytym przez deszcze, ale zawsze wyczyszczonym nadzwyczaj starannie.
Tę staranność znać było i na reszcie ubrania. Nosił się zawsze czarno, długi sukienny tużurek zapinał pod samą szyję, gardło owijał czarną mantynową chustką, z pod której wychylały się rogi zawsze niepokalanie białych kołnierzyków.
Ubranie było wytarte ze starości, świeciło się miejscami, z pod barwy sukna, zupełnie już od częstego szczotkowania zniszczonej, przeświecały nitki wełny, ale najbystrzejsze oko nie dostrzegłoby na niem plamki, ani kurzu. Buty miewał lśniące jak lakier, chociaż służącego nie trzymał.
Mieszkał... gdzie ten człowiek nie mieszkał!
Przed laty czterdziestoma, trzydziestoma jeszcze na Bielańskiej, Długiej, Miodowej... później przez dłuższy czas na Kapitulnej, Piwnej, na Wązkim Dunaju, wybierając uliczki coraz węższe, a piętra coraz wyższe... nareszcie i ztamtąd się wyniósł. Widywano go przez jakiś czas na Tamce, na Solcu, aż wreszcie na Furmańskiej, Dobrej, Zajęczej, Lipowej, a później już go wcale nie widywano.
Miał on w swojej postaci, w ruchach, w wejrzeniu bystrych piwnych oczu coś niezwykłego i kto go raz ujrzał, ten już rysów jego nie mógł zapomnieć.
Od ludzi stronił, przyjaciół nie miał, nigdy nie widziano go w towarzystwie; po ulicach, po ogrodach publicznych chodził zawsze sam jeden, z głową podniesioną dumnie, w starym kapeluszu na bakier, a wytartą swoją almawiwę nosił z taką dumą, jak grand hiszpański.
Mężczyzn mierzył od stóp do głowy hardem, zawadyackiem spojrzeniem, względem kobiet był uprzedzająco grzeczny. Choćby był najbardziej zmęczony i osłabiony, zrywał się z ławki, gdy spostrzegł, że kobieta chce usiąść, niejedną obronił od nieproszonej zaczepki, a najszczęśliwszym się czuł, gdy mógł wyświadczyć której jaką drobną grzeczność, podnieść upuszczoną chustkę, ułatwić przejście w tłoku... Wtenczas surowa zazwyczaj twarz jego ożywiała się uśmiechem, a oczy nabierały pełnego łagodności wyrazu...
Nazywał się... a i cóż po tej wiadomości? Nazwisko poszło z nim do grobu, na który nie upadła ani jedna łza i zapomniane zostało zaraz, pogrzebane. Nie dostało się ono dzieciom, bo metr rodziny nie miał, nie zostało uwiecznione w marmurze, lub choćby na prostym kamieniu, niezapisane w żadnych pamiętnikach, chyba w księgach ludności, w regestrach szpitala, a wreszcie w kancelaryi cmentarnej.
Sukcesyi po nim także nie było, bo almawiwę, płaszcz granatowy i biedne ruchomości gospodarz za zaległe komorne sprzedał, a jedyny czarny garnitur poszedł wraz z właścicielem swoim do trumny, użyć zasłużonego spoczynku po życiu, pełnem trudów i fatygi...
Wracając do nazwiska, to i za życia nieboszczyka nie było ono wymawiane bardzo często. Nazywano go zazwyczaj metrem, panem metrem i to wystarczało. Metr, to metr, wiadomo, że czegoś uczy i z tego żyje, czy się nazywa tak, czy owak, to jedno; po cóż pamięć nazwiskiem obciążać, tem więcej, że nie było ono zwyczajne na ski, lub na wicz zakończone, ale cudaczne, obce, pono z tych, co pisze się inaczej, po warszawsku wymawia inaczej, a po prawdziwemu także inaczej.
Znawcy mówili, że francuskie i domyślali się, że metr nie zkąd inąd, tylko chyba z Francyi pochodzi, ale w Warszawie mieszkał już tak dawno, że miał czas zupełnie o pochodzeniu swojem zapomnieć. Mówił po polsku czysto, nawet poprawnie i czasem tylko, ale bardzo rzadko, niewłaściwy akcent zdradził, że mu nie w tej mowie piosnki nad kołyską śpiewano.
Regularnie codzień po południu, w porze poobiedniej dla ludzi, a często przedobiedniej dla niego, chodził na czarną kawę do cukierni.
Zasiadał przy stoliczku z miną człowieka najedzonego, wydobywał z kieszeni wykałaczkę ozdobną i przepędzał godzinę, lub dwie, czytając dzienniki tutejsze i francuzkie. Czasem angielskie illustracye przeglądał, niemieckich nigdy nie brał do ręki.
Zdarzało się, że kto z gości namówił usługującego chłopca, żeby „metrowi“ „Presse“ podał, albo „Blatt“; metr wówczas karcił chłopca surowem wejrzeniem i odwracał się z pogardą.
Tu był cały jego protest.
Gdzie jadał, tego niewiadomo. Fakt jest, że nie stołował się w domu — nie widywano go też stale w żadnej restauracyi. Być może, że lubił rozmaitość i swobodę wyboru...
Przecież ludzie ciekawi wszystko wypatrzą. Doszli też, że w niedzielę metr, około południa, ukazywał się w pewnej szóstorzędnej restauracyi, że przychodził najwcześniej, zanim jeszcze obiad był gotów, że zasiadał przy osobnym stoliczku i zawczasu starał się o chleb i musztardę i z wielką niecierpliwością spoglądał na wskazówki zegaru... rychło li pierwszą godzinę pokażą...
Usługująca dziewczyna zauważyła, że gdy stawiała na stole dymiący rosół i kawał sztuka mięsy, metrowi trzęsły się ręce — żałowała biedaczka, że mu tak reumatyzm, czy inne cierpienie dokucza... Zauważono też, że metr jada, jak człowiek bardzo zgłodniały, parzy sobie usta, dławi się kawałkami mięsa, że całkowity obiad za pięćdziesiąt groszy zjada w kilka minut...
Możnaby było snuć z tego różne domysły, ale ma się rozumieć fałszywe...
Prawdziwy powód pośpiechu znała usługująca dziewczyna i gospodyni zakładu. Metr miał w niedzielę lekcyę bardzo korzystną i dla tego śpieszył z obiadem, żeby uczennica nie czekała na niego.
Powód pośpiechu zupełnie słuszny i usprawiedliwiony. Jednak fatum jakieś nad temi lekcyami wisiało, nigdy albowiem nie przychodziły do skutku, a metr po obiedzie zamiast pośpieszać co żywo do czekającej na niego uczennicy, jeżeli była pora letnia szedł w aleję Ujazdowską i siadał na ławeczce, jeżeli zimowa, udawał się zaraz do cukierni, gdzie pił czarną kawę i przesiadywał dłużej, niż zwykle...
Do domu powracał zazwyczaj przed wieczorem, po dziesiątej nigdy nie przychodził i zaraz kładł się spać. Wstawał raniutko i wogóle podług słońca czas swój regulował. W zimie sypiał więcej, w lecie mniej, mógłby kto myśleć, że przez oszczędność światła... Nie.
W mieszkaniu była zawsze nalana lampa... i gdyby światła potrzebował, mógłby je w każdej chwili mieć, lecz on żyć i rządzić się wolał podług wskazówek natury i dlatego lampka zawsze była pełna i niewypalona.
Stróż zaobserwował, że metr, gdy powraca wieczorem do domu, ukrywa coś troskliwie pod okryciem. Był to dwufuntowy bochenek chleba dla — wróbli.
Sam metr tak powiedział, dla wróbli. Tych wesołych ptaszków jest w Warszawie moc niezliczona, dwa funty chleba znaczy im tyle, co mucha. Zjedzą jak nic, nietylko miękki ośrodek, ale i twardą przypieczoną skórkę, więcej nawet, zjedzą sól z papierka, pęczek rzodkiewki, albo cebulę, bo i takie smakołyki metr niekiedy przynosi.
Osobliwe wróbliska i zaprawdę dziwnie żarłoczne, chociaż niby takie marne i drobne.
Ostatniej jesieni w owej restauracyjce, w której metr jadał co niedziela, zauważono, że od jakiegoś czasu, już nie co tydzień, ale tylko raz na dwa tygodnie na obiady przychodzi i że śpieszy się z jedzeniem bardziej jeszcze, aniżeli dawniej; prosta rzecz, panna musiała rozwijać swoje talenta w rozmaitych kierunkach, więc lekcye, jakie metr dawał, uległy redukcyi. Później wcale się już metr nie pokazywał w restauracyi, co było wskazówką niewątpliwą, że panna poszła za mąż i że wobec tego faktu metrowie byli już zbyteczni; wiadomo albowiem, że kobieta uczy się wszelkich umiejętności, dopóki jest panną, a zostawszy mężatką dokłada wszelkich starań, żeby o pracy metrów jak najprędzej zapomnieć.
Niedługo potem, do szpitala św. Ducha przywieźli wysokiego, bardzo znędzniałego człowieka, ubranego czarno, w stary, ale bardzo czysto utrzymany garnitur.
Był to metr.
Do szpitala odwiózł go rządca domu i stróż, a stało się to z następującego powodu. Stróż zauważył, że francuz od trzech dni nie daje znaku życia, nie wychodzi na miasto, nie przynosi chleba, dla wróbli, nie żąda nawet wody. Spostrzeżenie swoje zakomunikował rządcy domu, który, postanowiwszy sprawdzić rzecz na gruncie, udał się do stancyjki i przekonał się, że metr nietylko, że wody nie żąda, ale nawet na najrozsądniejsze pytania odpowiadać nie może. Biedny człowieczysko wychudły, jak szkielet, z oczami, bezmyślnie utkwionemi w sufit, leżał zupełnie nieprzytomny i o Bożym świecie nie wiedział... Czoło miał rozpalone, oddech krótki, szybki i nierówny.
Pan rządca kazał sprowadzić dorożkę, ubrał chorego przy pomocy stróża i zawiózł do szpitala. Czy to zrobił z uczucia litości nad bliźnim, czy w celu pozbycia się z domu człowieka, którego w razie śmierci nie byłoby za co pochować — w to wchodzić nie ma potrzeby; dość, że biedny metrzysko dostał się na łóżko w sali ogólnej, gdzie, pomimo wszelkiej troskliwości i starań lekarzy, oddał Bogu ducha, z powodu zupełnego wyniszczenia sił żywotnych, których już przywrócić nie było sposobu.
Widziałem go w czarnej trumnie drewnianej. Leżał wyprostowany, sztywny, w swoim nieśmiertelnym czarnym garniturze, z rękami, założonemi na piersiach, z czołem tak hardo podniesionem, jak za życia. Poważna i surowa twarz jego, stygmatem śmierci naznaczona, miała wyraz dziwnie szlachetny. Oczu od niej oderwać nie mogłem.
Już karawan przed kaplicę zajechał, już wieko trumny kołeczkami zabijano, gdy wbiegł jakiś człowieczek, zadyszany, zmęczony...
— Pozwólcie — rzekł do służby — niech go raz jeszcze zobaczę.
Nie broniono mu tego. Pochylił się nad zmarłym, złożył na zimnem czole pocałunek i westchnął.
Żałobny pochód ruszył. Ja i mały człowieczek stanowiliśmy cały orszak. Odprowadziliśmy nieboszczyka w milczeniu aż do mogiły i staliśmy nad nią, dopóki grabarz zupełnie dołu nie zasypał, a potem zawróciliśmy ku miastu.
— Pan go znał? — zapytał mały.
— Trochę — odrzekłem.
— A ja go znałem dobrze, wielka dusza, panie, wielka dusza!
— Tak?
— Nie cofam słowa, a, nie cofam! wielka dusza.
Zaciekawiony, spojrzałem na mego towarzysza; mrugnął zaczerwionemi powiekami i zdawało mi się, że po policzkach jego bladych, obwisłych, noszących ślady hulaszczego życia, stoczyły się dwie łzy.
— Opowiedz mi pan o nim — rzekłem.
— Panie — odpowiedział — czas mój drogi, a zresztą na co mówić, biedny Albert już nie wstanie. Czas mój drogi, drogi, — dodał, akcentując silnie ostatnie sylaby.
— Dokąd-że się pan udajesz?
— Czekają na mnie...
— Możebyśmy tu wstąpili — rzekłem, wskazując wielki kufel, wymalowany na desce.
— Ah, tak... no, byle niedługo, przyjaciele moi poczekają. Wstąpić można, wstąpić trzeba; czy nie czujesz pan, że dziś jest dojmujący chłód.
Weszliśmy.
— Co pan pić będziesz, piwo?
— Br!... Co do mnie, lubię koniak. W małej ilości robi ból głowy, ale gdy doza duża, znakomity, znakomity...
Pociągnął kilka razy w dużych dozach, jeść nie chciał, zapalił liche cygaro i powiedział, że jest zupełnie syty.
— Biedny Albert, biedny Albert — rzekł z westchnieniem — on nie chciał nic pić, prócz wody... i może to mu się przyczyniło do śmierci...
Domyśliłem się, że o zmarłym mowa.
— To był pański ziomek — rzekłem — francuz.
— Niby... przybyliśmy do Warszawy dla chleba. On był metr, profesor, uczył gramatyki i muzyki, a ja ogrodnik. On przybył pierwej, ja później. On już się trochę dorobił — ja nigdy nie miałem nic. On mieszkał, jak pan, a ja, ja... polubiłem koniak... Brrr... ale swoją drogą, to dobry napój... na tutejszy klimat doskonały. Ile razy ja już nie miałem nic... szedłem wprost do Alberta, on mi pomagał moralnie i materyalnie. Moralnie — mówił mi zawsze, że jestem kanalia, łotr, beczka do wódki, nienapchany wór, obrzydły próżniak, że nie mam wstydu, ani ambicyi; materyalnie — dawał mi swoje własne ubranie, bieliznę, pieniądze... Ja przyrzekałem poprawę, obiecywałem, że będę szukał pracy, że przestanę pić... ale tutejszy klimat jest chłodny... bardzo chłodny.. I znów powtarzała się ta sama historya... Albert znów mi pomagał, a ja... znowu źle robiłem. W Warszawie mnie już znali, nie mogłem dostać roboty. Wyjechałem na prowincyę, znalazłem obowiązek w dużym, magnackim ogrodzie. Tam byłem kilka lat, nie widziałem Alberta...
Znowu wychylił kielich i drżącym głosem opowiadał dalej.
— Po kilku latach objąłem miejsce gdzieindziej, ożeniłem się, i... było mi dobrze, nawet przestałem pić... ale smutno mi było... Tułałem się ciągle po prowincyi, to tu, to tam, i dopiero po latach kilku powróciłem do Warszawy, przyszedłem pieszo, bo nie miałem za co przyjechać... i nie potrzebuję dodawać, że wyglądałem jak kanalija... Mój tużurek był okropny, kapelusz straszny, a buty... buty prawie już nie były.. Szukałem Alberta na dawnem mieszkaniu — nie mieszkał; pytałem ludzi, czy nie wiedzą — nie wiedzieli; znalazłem wreszcie... Mieszkał na Solcu. Biedny Albert! Był bardzo blady i zeszczuplał. Zamiast dawnego mieszkania, miał jeden pokój, na facyatce; zamiast mebli — żelazne łóżko i jeden stolik... siedział przy tym stoliku i jadł chleb z rzodkwią.. Biedny Albert! Gdy mnie zobaczył zbiedzonego i obdartego, nie powiedział, żem kanalija, tylko przestał jeść i oddał mi swój chleb, który pożarłem jak wilk, potem patrzył na mnie bardzo smutno i rzekł: — Wiktor, ja już mam tylko dwa garnitury, a pieniędzy bardzo mało, jeszcze się z tobą podzielę, ale to już raz ostatni, potem nic nie będę mógł zrobić dla ciebie... Kazał mi położyć się na łóżku, żebym odpoczął, ja leżałem, a on opowiadał urywkami, ogólnie...
Konkurencya, lekcyj coraz mniej, każda panna uczy grać i mówić po francuzku, lekcye za bezcen. Albert musiał brać mieszkania coraz mniejsze, coraz tańsze, meble sprzedał i szło coraz gorzej, gorzej. Obiady jadał co dwa dni, potem co trzy, co tydzień, chlebem żył... a prosić, kłaniać się nie umiał, przed ludźmi zawsze udawał, że mu nic nie brak, że wszystko ma, hardy był. Ja jeden wiedziałem prawdę... ja tylko...
Westchnął mały człowieczek i znowuż spory kubek wychylił. Blade i obwisłe policzki zaczerwieniły się, w oczach iskierki błysnęły.
Uderzył pięścią w stół.
— Panie! — rzekł — ja powiedziałem sobie: teraz moja kolej... Wiktor przekona cię, że nie jest kanalija... Wiktor nie da zginąć przyjacielowi i dobroczyńcy... Wiktor coś zrobi...
— I cóż pan zrobiłeś? — spytałem.
— Chciałem dużo, chciałem szczerze, ale zmartwienia, żal...
— Dobre zamiary utonęły... czy tak?
— Nie, nie zupełnie — odrzekł zmieszany. — Albert oporządził mnie, wspomógł, poszedłem. Znalazłem miejsce za Warszawą, już nie w ogrodzie, ale przy młynie. Właściciel, pan Bénoit, francuz, przyjął mnie; pracowałem dla Alberta! za miesiąc dostałem dziesięć rubli. Ładna sumka! Chciałem dotrzymać do święta i zanieść... do święta było trzy dni... długo, panie. Zmartwienie... klimat... co pan chcesz... Postanowiłem na drugi miesiąc niezawodnie, koniecznie. Byłbym dotrzymał... ale buty, te buty od Alberta podarły się, musiałem kupić nowe, reszta wyszła na furmankę do miasteczka, na drogę... chłodno było. W trzecim miesiącu opuściłem dwa tygodnie, pan Bénoit potrącił, w czwartym, piątym... ale panie, nie, ja nie jestem kanalija. Teraz przyjechałem, przywiozłem i zastałem Alberta... w trumnie... Patrz pan — rzekł, wydobywając z kieszeni kilka zatłuszczonych i pomiętych banknotów. — Wiesz pan, co to jest? Marne brudne szyfony, a może życie biedaka... Nie wiem, czy prędko wrócę do pana Bénoit; jestem chory, rozstrojony, cierpiący. Nie mógłbym liczyć worków, ani ważyć zboża, serce mnie boli, zmartwienie, klimat chłodny... Brr... Podłe życie, brzydkie życie, złe...
Wziął się drżącemi rękami za głowę, przetarł oczy, westchnął i żalił się na losy.
— Chodźmy już — rzekłem.
Pokręcił głową przecząco.
— Idź pan — rzekł — ja zostanę, nogi mi nie służą, nie mogę... Dziękuję za kompaniję... nie płać pan, są pieniądze, pieniądze Alberta, nie potrzebne mu już!.. Idź pan, chcę być sam... albo nie, poczekaj, coś ci powiem... Jak myślisz, kto potrafi znosić nędzę i nie upodli się? Kto cierpiąc głód, potrafi nie zgiąć karku? kto zdoła umrzeć z głodu z godnością i ręki po jałmużnę nie wyciągnie? Kto? nie wiesz kto? więc ja ci powiem: wielka dusza! Albert był wielka dusza, a ja jestem mała dusza, kanalija! przepiłem jego życie!... Wiesz więc teraz? wiesz, bom ci powiedział, idź do wszystkich dyabłów! słyszysz? sam chcę być...

. . . . . . . .

W kilka dni później, w rowie, za Powązkami, znaleziono trupa.
Poznano w nim Wiktora L., francuza, oficyalistę z młyna w X., a sekcya wykazała, że przyczyną jego śmierci było pijaństwo.
Mała dusza poszła za wielką...


KONIEC.


MAŁA PATTI.
(OBRAZEK Z BRUKU).



Biedni skarżą się na swoją niedolę, bogaci na kłopoty z powodu majątku — pan Michał nie skarżył się wcale.
Posiadał niewielki kapitalik, w trzeciej części był współwłaścicielem domu na Podwalu, wreszcie zajmował posadę biurowę, dającą nadzieję emerytury.
Kapitalik uzbierał dzięki pedantycznej oszczędności i skromnemu trybowi życia, trzecią część kamienicy wziął z posagu za żoną, a do emerytury brakowało mu już tylko trzy lata.
Żył sobie spokojnie, wraz z rodziną, zmartwień wielkich nie miał, o byt się nie troszczył, a widmo czarnej godziny nie odbierało mu snu, ani apetytu.
Regularnie chodził do biura, regularnie po obiedzie drzemał, raz na tydzień grywał w preferansa po dziesięć punktów za grosz, kilka razy do roku bywał z żoną i córką w teatrze.
Człowiek ten mógł śmiało powiedzieć, że mu na świecie jest dobrze, od losu wymagał niewiele, nadzwyczajnych pragnień, ani pożądań nie miał; nie zajmowały go bóle ludzkości, ani jej dążenia, obcym był walce pojęć i ideałów, czuł i cierpiał nie za miliony, lecz za siebie samego.
Czuł, że mu jest ciepło lub zimno, a cierpiał... gdy go zęby bolały.
Nigdy nim nie wstrząsnęła wielka namiętność, nic go nie targnęło za serce, nie nadszarpnęło mu nerwów...
Dusza w nim drzemała. Spokojnie przeszedł przez szkoły, przez aplikacyę, urzędowanie, spokojnie z żoną żył i córkę kochał spokojnie.
Można go było porównać do pociągu towarowego, który w umiarkowanem tempie mijał stacye życia, bez wykolejenia się, bez wyjątku, ściśle według rozkładu jazdy... Oto zbliża się już do stacyi krańcowej, zahamuje się, wypuści resztę pary i stanie. W kancelaryi stacyjnej zanotują, że nr. 77 odbył drogę w porządku, według przepisów i — na tem koniec.
Pan Michał znał swoją marszrutę, umiał ją na pamięć. Wiedział, że gdy się przytoczy do stacyi, zwanej emeryturą, to pozostanie mu jeszcze kurs honorowy po szynach filantropii, urząd przy kasie groszowej, albo zupie rumfordzkiej — a potem już nic.
W programie tego spokojnego i systematycznego człowieka było także wydanie córki za mąż.
Dziewczyna liczy dopiero lat szesnaście, lecz konkurenta już ma. Stara się o nią młody człowiek, posiadający pewne widoki przyszłości i milczącą aprobatę rodziców. Czy go uczucie prowadzi do małżeństwa, czy córka to uczucie podziela, niewiadomo i co prawda; jest to kwestya podrzędna. Młody człowiek bywa, robi Amelci grzeczności, w swoim czasie oświadczy się — i ożeni.
Wszystko musi być według programu...
Państwo Michałowie po wspólnej naradzie postanowili małżeństwa córki nie odwłóczyć. Niechby już wreszcie wyszła z domu, gdyż prędzej czy później uczynić to musi, a powtóre, gdy wyjdzie, to rodzice będą mogli wziąć szczuplejsze mieszkanie, na czem oszczędzą przynajmniej sto rubli rocznie.
Chcąc uprzyjemnić córce ostatnie chwile pobytu w domu, urządzili państwo Michałowie kilka wieczorków z kolacyą, preferansem i, co już było wyłącznie dziełem pani Michałowej, z doborem panien o wiele mniej urodziwych od Amelci. Na jednem z takich przyjęć był przyjaciel pana Michała i jego kolega biurowy, zawzięty meloman, wirtuoz-amator na flecie, niejaki pan Pędracki.
Amelcia na prośbę narzeczonego zaczęła śpiewać przy akompaniamencie fortepianu, jakąś piosenkę ludową. Świeży, dźwięczny jej głosik rozlegał się po całem mieszkaniu.
Usłyszawszy śpiew, Pędracki złożył karty i zaczął słuchać.
— No, panie dobrodzieju — odezwał się jeden z grających — ja pik!
— Ja pas — dorzucił gospodarz.
— Cóż pan mówi?... szkoda czasu...
— Cicho... cicho.. — szeptał Pędracki i zrobił minę tak uroczystą, że wszyscy oczekiwali czegoś nadzwyczajnego.
— Co się koledze stało?... — zapytał gospodarz.
— Panie Michale — odrzekł tonem dziwnie poważnym — winszuję ci. Wszak to panna Amelia śpiewa?
— No tak... ona.
— Winszuję ci... ta dziewczyna stanie się kiedyś chlubą kraju, ozdobą świata, dumą Europy. Czy pan wiesz, że ona ma w gardle miliony!
— Kto? — zapytał pan Michał zdumiony — Amelcia?...
— Tak, pańska córka... Byłoby grzechem i zbrodnią zaniedbywać taki talent... Uczcie ją, a przekonacie się, dokąd zajdzie. Czy pan wiesz, co ją czeka?
— Ano, wychodzi za mąż, jak koledze wiadomo.
Meloman uśmiechnął się gorzko.
— Także karyera! — rzekł — za mąż wychodzi! Już to w naszym kraju rzadko kiedy może się talent rozwinąć, bo sami nie wiemy co mamy; uganiamy się niewiadomo za czem, a przechodzimy obojętnie koło skarbów, po które tylko się schylić; przekładamy kaszę nad brylanty i dla tego sztuka nizko u nas stoi, dla tego włochów przepłacamy, dla tego... siedm pik! — zawołał, spojrzawszy w karty. — Panie Michale, poproś córki, żeby przestała śpiewać, bo mi się serce krwawi... Jestem na ręku...
Gdy się goście rozeszli, pan Michał powtórzył żonie słowa melomana — i stała się naówczas rzecz dziwna. W tych dwóch głowach, niesfatygowanych gorączkową pracą myślenia, budzić się zaczął pewien niepokój... Jeżeli meloman ma słuszność, jeżeli mówi prawdę?... jeżeli miliony, o których wspomina, są istotnie?...
Pani Michałowa radziła, żeby spróbować. Zaprosić którego z głośniejszych nauczycieli i niech oceni, co wart głos Amelci i co z tego być może.
Pan Michał źle spał tej nocy, budził się często i miał najdziwniejsze przewidzenia. Zdawało mu się, że trzecia część kamieniczki na Podwalu oddziela się od całości, sunie się ku południowi i robi się coraz grubsza, okazalsza. Nie jest już na Podwalu, ale w Medyolanie, nie jest trzecią częścią małej posesyjki, lecz ogromnym pałacem znakomitej śpiewaczki... Zdawało się też panu Michałowi, że kapitalik, troskliwie przez całe życie zbierany, nie jest już kapitalikiem, lecz kroplą, jedną drobną kroplą, wobec morza bogactw, jakie w przyszłości posiadać będzie Amelcia.
Sny dość przyjemne, nawet bardzo przyjemne lecz mają w sobie coś niepokojącego, działają na nerwy.
Nazajutrz pan Michał wybrał się na poszukiwanie znawcy, ale pani Michałowa, bardziej ciekawa, a mniej cierpliwa aniżeli mąż, sprowadziła znawczynię, damę obdarzoną niegdyś pięknym głosem, a obecnie znakomitą metodą. Ta pani nie dała się długo prosić, wysłuchała śpiewu zarumienionej Amelci i rzekła, że szczęśliwa ta mała Patti i że przy odpowiedniem kształceniu stanie się o wiele większą od tej prawdziwej.
Uproszony znawca, nauczyciel śpiewu solowego, odrazu stanowczego zdania nie wypowiedział; przyznał jednak, że widzi w Amelci bogaty materyał na znakomitość. Trzeba jej tylko głos wyrobić, ustawić i zaokrąglić.
Pani Michałowa patrzyła na córkę z zachwytem, a na mistrza z podziwem i była bardzo ciekawa, w jaki sposób zaokrąglić można głos, nie mający przecież żadnych kształtów widomych. Mistrz podjął się to zrobić.
Rozpoczęły się lekcye, ale ponieważ nie wypadało, żeby przyszła chluba Europy uczyła się przy starym fortepianie, na który zresztą i mistrz dość lekceważąco spoglądał, przeto sprawiono instrument koncertowy, bardzo kosztowny — pan Michał jęknął, kapitalik jego się skurczył, ale Amelcia miała fortepian taki, jaki znakomita artystka mieć powinna.
Skromne mieszkanko napełniało się codzień pasażami i solfegiami, panna Amelia pracowała od rana do nocy, zaczęła też brać lekcye języka włoskiego, bez znajomości którego nie może się obejść żadna Patti na świecie.
Młodemu człowiekowi dano do zrozumienia, żeby zwrócił swoje afekta w inną stronę, bo tu już niema co robić. Amelcia, zwyczajna mieszczaneczka, mogła wyjść za mąż za rozpoczynającego swój zawód biuralistę; Amelcia — znakomitość prawdopodobnie zostanie księżną, a w najgorszym razie margrabiną.
To już postanowione.
Cóż miał robić biedny konkurent? Zastosował się do życzenia rodziców i odszedł, gdyż i sam to rozumiał, że na męża znakomitości, mającej budzić podziw świata, nie posiada odpowiedniego tytułu, ani mienia.
Czy Amelcia żałowała go, czy tęskniła za nim? nie wiem. Zapewne nie; zawiele myślała o przyszłości, aby mogła na mizerną teraźniejszość spoglądać, przytem nie miała czasu. Grała po całych dniach, śpiewała, uczyła się języków.
Pan Michał prowadził ją na opery, na koncerta, został członkiem towarzystwa muzycznego, z niezmiernem zajęciem odczytywał krytyki.
Człowiek, który żył dotąd tak spokojnie, roznamiętniał się, mówiąc o śpiewie, używał wyrażeń technicznych, których nie rozumiał dobrze, przestał grać w preferansa, sztuka pochłonęła wszystkie siły jego inteligencyi.
Na różowem tle nadziei zaczęły ukazywać się czarne plamki.
Amelcia wystąpiła publicznie jako amatorka i jakiś, zapewne niedowarzony krytyk, napisał o niej, że ma głosik mały, a szkołę lichą.
Amelcia płakała przez trzy dni, matka rozchorowała się, a pan Michał wpadł w taką wściekłość, że w pierwszej chwili chciał krytyka zamordować.
Na szczęście, nie wiedział gdzie go szukać — poprzestał więc na głoszeniu przed światem, że wszyscy krytycy są sprzedajni i że tylko drogą łapówek można zyskać uznanie z ich strony.
Bądźcobądź, słowa krytyka zachwiały w nim wiarę w mistrza. Pan Michał przemówił się z nim ostro i udał się do innego.
Ten inny był współzawodnikiem i zdeklarowanym nieprzyjacielem pierwszego. Wyegzaminowawszy Amelcię powiedział, że poprzednik jego zmarnował najpiękniejszy dar Boży, że zabił w swej uczennicy regestr górny, nie potrafił rozwinąć dolnego, uczynił jej głos białym, spiczastym, jednem słowem, zrobił wszystko co mógł, aby go najdokładniej popsuć.
— Całe szczęście — dodał nowy mistrz — że pani masz rodziców obdarzonych wyjątkową inteligencją artystyczną i że ci spostrzegli dość wcześnie, co pani grozi.
Nowy mistrz podjął się naprawiać błędy poprzednika i burzyć jego systemat, po trzy ruble za godzinę tej destrukcyjnej pracy — dawny zaś mistrz, obrażony śmiertelnie, a mający stosunki, zręcznie zagradzał Amelci drogę do publicznych występów.
Z kolei drugi mistrz ustąpił miejsca trzeciemu, trzeci czwartemu, a każdy poprawiał błędy poprzedników.
Państwo Michałowie zaczęli poznawać sztukę z tej strony, z której jest ona kwaśna, jak ocet, gorzka jak piołun i wcale niepowabna. Pan Michał miał przytem tak wiele zajęcia, że ze stratą czwartej części emerytury zażądał dymisyi.
Jeden ze starszych kolegów biurowych usiłował mu wytłumaczyć, że źle robi, że ugania się za czczą marą, marnuje pracę całego życia, ale pan Michał odpowiedział na perswazye wybuchem wściekłości, nazwał kolegę obskurantem, zapleśniałym kałamarzem, nie mającym prawa rozumować o rzeczach, na których się nie zna.
— Na złość wam — mówił — wezmę dymisyę, sam zajmę się losem córki i świat zadziwię!
W Warszawie nie było już co robić. Tak pan Michał, jak i jego córeczka przyszli do przekonania, że w tem mieście, niby to wielkiem, ale pod względem zacofania do Pacanowa podobnem, prawdziwych znawców sztuki niema, a natomiast z każdego zakątka wychyla się zazdrość protegowanych miernot, pajęcze sieci intryg i podstępów najgorszego gatunku.
Postanowiono wyjechać do Włoch; tam na klasycznym gruncie prawdziwej sztuki Amelcia zgłębi jej tajemnice, tam pozna prawdziwych mistrzów, tam talent jej ukrzepi się i zajaśnieje olśniewającym blaskiem.
Szwagier, z wielką chęcią nabył trzecią część kamieniczki, kapitalik zmieniony został na franki, ojciec z córką opuścili kraj.
Matka, podupadła w ostatnich czasach na zdrowiu, pozostała w Warszawie i miała oczekiwać wiadomości pomyślnych.
Gdyby kto powiedział panu Michałowi przed laty trzema, że do Włoch pojedzie i będzie mistrzów śpiewu szukał, waryatem by nazwał takiego! a jednak...
Regularnie, według rozkładu idąca towarówka wykoleiła się prawie przed ostatnią stacyą... wyskoczyła z szyn, aby już nigdy na tor normalny nie wrócić.
Matka czekała cierpliwie na wiadomość o córce... przychodziły one co parę tygodni pełne zachwytów i nadziei.
Nie chcąc mężowi i córce tak miłych chwil zatruwać, pani Michałowa nie donosiła im, że wciąż słabnie, że siły ją opuszczają i że z każdym dniem gorzej wygląda. Nie donosiła również, że z początku przychodził do niej jeden doktór i zapisywał dużo lekarstw, i że później ten doktór wezwał jeszcze dwóch innych, którzy nic nie zapisali i powiedzieli, że cierpienie przejdzie.
I nie omylili się — przeszło... wraz z życiem.
Mąż i córka nie mogli zdążyć na pogrzeb, opłakali stratę pani Michałowej i pozostali jeszcze w kraju sztuki, który z dziwną łatwością pochłaniał kapitalik i wartość trzeciej części domu na Podwalu.
Jeden banknot gonił za drugim, sztuki złota topniały jak w tyglu, pomimo oszczędności i skromnego życia.
Wreszcie pewnego dnia zdawało się panu Michałowi, że w zeszczuplałym pugilaresie widzi złowrogie dwa wyrazy: „dokończenie nastąpi“ i że ma już przed sobą ostatnie kartki „wycieczki pod italskie niebo“.
Powrócili do kraju z nadziejami, opartemi na kilku reporterskich wzmiankach włoskich gazet, wreszcie na tytule „śpiewaczki teatru La Scala“ wydrukowanym na biletach wizytowych Amelci.
I na tem nie poznała się Warszawa.
Po długich staraniach teatr dał debiut, ale znowuż rzekoma zawiść i intrygi zrobiły swoje...
Pan Michał przeklinał w pień krytyków, zżymał się ze złości, ale z boku zaczął się wypytywać, co się też dzieje z owym młodym człowiekiem, który niegdyś starał się o rękę Amelci.
Dla niedoszłego zięcia zaczął uczuwać dziwną sympatyę, chciałby go znowuż widywać w swoich progach.
Życzenie to zostało spełnione.
Młody człowiek odwiedził pana Michała i Amelcię. Z najwyższem zajęciem słuchał opowiadania o Włoszech, o piękności tego kraju, o olbrzymich sukcesach panny Amelii, o wieńcach i bukietach, któremi ją obsypywano, a później opowiedział o sobie, że mu się powodzi nieźle, że ma lepszą posadę, że ożenił się z córką właściciela domu na ulicy Piwnej, że teraz mają zamiar ten dom sprzedać i nowy w innej części miasta kupić...
Pan Michał słuchał, kiwał głową, parę razy westchnął, ale już nie zapraszał niedoszłego zięcia.
Po co?
Najkosztowniejsze jest utrzymanie człowieka, który egzystencyę swoją opiera na nadziei. Poznał tę prawdę i pan Michał. Nowe próby zdobycia karjery artystycznej dla Amelci pochłonęły resztkę zapasów, emerytura była już na parę miesięcy naprzód sprzedana.
Wówczas to primadonna z La Scala, nie zrzekając się marzeń, zaczęła tymczasowo, dla przepędzenia czasu, dawać lekcye. Zaokrąglała spiczaste głosy, przerabiała matowe na świecące się, wskazywała swym uczennicom, jak należy otwierać usta po włosku, słowem mściła się bez litości na innych, za siebie.
Niewielki to przynosiło dochód, a ojciec nie domagał.
Nareszcie świetna gwiazda, dla której nie było miejsca na niebie pierwszorzędnych stolic europejskich, zabłysnęła z kolei nad Łowiczem, Kutnem, Włocławkiem, Kielcami i krążyć zaczęła po całej prowincyi z trupą aktorów wędrownych.
Śpiewała z powodzeniem w „Nietoperzu“, „Zielonej Wyspie“ i lubiła wspominać o La Scala.
Wyszła za mąż za tenora z tejże trupy. Po roku pożycia mąż ją opuścił, zostawiwszy jej na pociechę córeczkę, wątłe dziecko, z dużemi czarnemi oczami.
Już od lat kilku wędruje pani Amelia po świecie, a ojciec stale jej towarzyszy. Ma trzy czwarte emerytury, a oprócz tego dzięki protekcyi córki, piastuje godność suflera trupy i ciągnie dochody z przepisywania ról.
Primadonna wygląda mizernie, podobno ma początki suchot płucnych.
Dziadek-emeryt i sufler pieści swoją ukochaną wnuczkę i uczy ją pacierza, a dziecko ledwie zrozumiałym szczebiotem powtarza za nim codzień:
— A plosię cię Boziu, lacz mi dać zdlowie, lozum, pamięć, ale nie daj mi Boziu glosu, abym nie byla plymadonną, jak moja biedna mamusia!
Biedna wnuczka, biedny emeryt, biedna niedoszła Patti!
Ale nie... ta nie jest jeszcze najbiedniejsza, bo ocaliła przynajmniej to, co inne ofiary rzekomego talentu, w pogoni za milionami i sławą utraciły.
Wnuczka emeryta przynajmniej dobre imię odziedziczy po matce...


KONIEC.


IN MINUS.
(Obrazek z bruku.)



Uczony, chociaż nie głośny myśliciel. Jankiel Dawid Parasol dał się słyszeć ze zdaniem, że „życie to także kawałek licytacyi“. Paradoks ten zawsze przychodzi mi na myśl, ilekroć spojrzę na pana Damazego.
Gdyby kto chciał napisać dokładną biografię tego człowieka, musiałby, wzorem dziejopisarzów, podzielić ją na epoki, bo pan Damazy miał swoje czasy pasterskie, myśliwskie i koczownicze, chwile świetności i upadku... tryumfów i niepowodzeń.
Przyszedł na świat w pałacu, tak przynajmniej ów dom nazywano, byłem synem rodziców jaśnie wielmożnych, dziedzicem nazwiska, które szlachta uważała za piękne i fortuny, wedle zdania żydów, o wiele od nazwiska piękniejszej.
Życie witało go uśmiechem, choć on na równi z innymi śmiertelnikami płaczem je powitał...
To pierwsze odezwanie się człowieka jest bez zaprzeczenia najmądrzejsze...
Zaledwie odrósł od ziemi, wszyscy mu mówili, że jest paniczem i że z czasem wielkim panem zostanie. Na co spojrzał, to było jego. I pałac i park szeroki i pola i kwieciste łąki i rzeka i drzewa i lasy i kwiaty — jego; piękne pokoje, kosztowne ekwipaże, liczna służba — jego; co okiem mógł objąć — jego...
Takim wybrańcom losu wszystko się uśmiecha i nawet nauka zbliża się do nich z uprzejmością, dyskretnie.
Nie chwyta za kołnierz, jak pospolitą jednostkę, aby ją wrzucić w ogólny kocioł, kipiący łaciną i greczyzną — lecz wcieliwszy się w postać uperfumowanej guwernantki i pełnego dystynkcyi nauczyciela, usiłuje robić nad wybrańcem fortuny operacye bez bólu, z użyciem kokainy, lub gazu rozweselającego...
Jest wyjątkowo uprzejma, częstuje lingwistyką, jak cukierkami, rozwija nieistniejące talenta, dotyka przez rękawiczkę i napełnia głowę pacyenta ukradkiem, nie robiąc mu wcale subjekcyi. Galanteryę swoją posuwa tak daleko, że częstokroć ustępuje miejsca kucowi...
Tak się zachowywała i względem pana Damazego, a gdy na górnej jego wardze ukazał się czarny meszek, zwiastujący przyjście wąsów — podała rodzicom rachunek i zapłacona sowicie, cofnęła się z ukłonem.
Wąsy rosły, a w głowie młodzieńca już bez pomocy metrów, powstawały nowe pojęcia o tajemnicach życia i pięknościach przyrody...
Czasy sielankowo pasterskie, po których nastał niebawem okres myśliwski.
Kuc w kąt poszedł — pana Damazego dźwignął pyszny hunter anglik z krwi, kości i ognia; biegały za nim cetery, pointery, ogary z Francyi, charty z Wołoszczyzny.
Były pola piękne, knieje obszerne, towarzystwo doborowe.
W tym czasie mniej więcej jaśniewielmożni rodzice przenieśli się do lepszego życia, pozostawiwszy jedynakowi hypotekę dość czystą, las piękny i wolność bezwzględną.
Pan Damazy zaczął żyć samodzielnie, przyjął wesołego plenipotenta, który mu nie truł życia rachunkami i znalazł grono wesołych żydków, gotowych do najzabawniejszych tranzakcyj.
Tak się wszyscy w dobrach pana Damazego weselili, tak im było dobrze, że aż las z tej roskoszy wyłysiał, a pola perzem porosły.
Ucieszny jakiś człowieczyna, zwany komornikiem, coraz częściej zaglądał do pałacu, a raz posunął niedelikatność do tego stopnia, że sprzedał karetę, ośm cugantów i huntera. Jednocześnie żydzi zapragnęli zrobić z księgi hypotocznej „jednodniówkę“ i zabazgrali ją aforyzmami, pełnemi adwokackiego humoru.
Zdaje się, że wówczas pan Damazy po raz pierwszy w życiu wystosował do plenipotenta swego mowę poważną.
W pierwszej części oracyi dowiódł, że położenie jest głupie, w drugiej zapytał co czynić?
Wesoły plenipotent rozśmiał się i oświadczył, że bywają sytuacye o wiele głupsze i że ożenienie się z osobą zamożną jest na taki interes niezawodnem i wypraktykowanem lekarstwem.
Zaczęto szukać w aptece zwanej „Szczawnicą“ i znaleziono Bogu ducha winną istotę, cichą, rozmarzoną i słabowitą.
Oddała panu Damazemu dobre swoje serduszko, szczupłą rączkę i znaczne mienie, z silną wiarą, że za tak bagatelną cenę nabędzie ogrom szczęścia... Młodzi małżonkowie pojechali do Włoch, bo podobno pod tamtejszem niebem szczęście najbardziej smakuje...
Trzeba oddać sprawiedliwość panu Damazemu, że wątłej żoneczce swojej życia nie zatruł, marzeń jej nie rozwiał, złudzeń nie pozbawił. Owszem, kochał ją i wiernym w tej miłości pozostał aż do grobowej deski. Umarła szczęśliwa, z uśmiechem na ustach, pod włoskiem niebem, w trzy miesiące po ślubie...
Majątek zapisała mężowi.
I znowuż trzeba oddać panu Damazemu sprawiedliwość, że opłakiwał żonę prawdziwemi łzami, ale rozpacz i żal nie mogą trwać wiecznie. Strapionego wdowca pocieszał wesoły plenipotent, przyjaciele i gra... Z początku dla zabicia czasu, dla rozrywki, dla wrażeń, potem wyłącznie dla wrażeń, a wreszcie dla odzyskania tego co stracone...
Nie będziemy opisywali szczegółowo dalszego przebiegu wypadków. Rozwód z fortuną w takich okolicznościach odbywa się zwykle według jednej i tej samej procedury. Gotówka, potem kredyt w stopniu łatwym, trudniejszym, najtrudniejszym, a potem świat otwiera przed rozwiedzionym gościnne wrota na oścież i daje mu bezpłatnie piasek do kręcenia biczów, oraz pole do gonienia wiatru.
W życiu pana Damazego rozpoczął się okres koczowniczy.
Trafnie ktoś zauważył, że wyższość człowieka nad zwierzętami objawia się między innemi śmiechem.
Pan Damazy uśmiechał się do przyszłości. Z niewielkim zapasem pieniędzy, ale z nadzieją w sercu wszedł między ludzi, pewny, że źle mu nie będzie. Ma tyle stosunków, znajomości, przyjaciół!
Cóż majątek! wczoraj był, dziś go niema, przemijająca to rzecz; w przegranej sprawie z fortuną służy apelacya do pracy, o czem się człowiek dowiaduje zazwyczaj, gdy jest naczczo, a nie ma czem zaspokoić apetytu.
Panu Damazemu praca przyszła też na myśl, ma się rozumieć odpowiednia do urodzenia i pozycyi towarzyskiej. Ostatecznie robota nie hańbi, a stanowisko generalnego plenipotenta w magnackiej fortunie, mającego świetną pensyę, apartament i powóz do dyspozycyi — złe nie jest.
Starał się o nie pan Damazy; mieszkanie zajmował w pierwszorzędnym hotelu; ubierał się podług ostatniej mody, ale magnaci mieli już plenipotentów i żadna taka posada nie wakowała. Dawni przyjaciele zbywali pana Damazego ni tem, ni owem, zaczęli go nawet unikać.
Rządca hotelu domagał się uregulowania rachunku, taką samą piosnkę śpiewał krawiec i restaurator; istna zmowa pierwszorzędnych impertynentów.
W takiej sytuacyi najlepiej jest... splunąć i okazać pierwszorzędnym, że się o nich nie dba, że po za nimi są jeszcze na świecie sfery drugo, trzecio i dziesiątorzędne, może mniej błyszczące, ale tańsze, poczciwsze, dające to za kopiejki, co pierwszorzędni dziesiątkami rubli każą opłacać.
Trzeba przyzwać na pomoc zasady filozofii praktycznej i zapatrywać się na te rzeczy rozmaicie. Cóż jest właściwie hotel Europejski, jeżeli nie wielka i błyszcząca Dziekanka? i na odwrót, cóż jest Dziekanka? Jest to hotel Europejski, tylko trochę mniejszy i bardziej zakurzony.
Różnica jedynie w formie, treść ta sama: pokój i trochę gratów. Do tego przekonania doszedł pan Damazy stopniowo przez hotel Rzymski, Saski, Słowiański, aż w końcu na Dziekankę trafił. I myśli jego inny przybrały obrót, boć ostatecznie, czy się jest plenipotentem magnata, czy administratorem u dorobkiewicza, czy wreszcie rządcą u zwyczajnego szlachcica — zależność jednakowa, a różnica tylko w stopniu wynagrodzenia... Idzie głównie o czas; gdyby mu dano do wyboru: rządcostwo wielkich dóbr za rok, albo małego folwarczku natychmiast, wybrałby drugie, tem więcej, że owi lepsi od pierwszorzędnych poczciwcy, handlarze i restauratorowie, obsługujący publiczność za tanie pieniądze, ujawniają instynkta mniej delikatne i na ordynaryjnym papierze wypisują drobne, lecz gwałtowne rachunki.
A jak na nieszczęście, posady plenipotentów i rządców, dotknięte są szczególną epidemią: nie ma ich wcale... Możnaby mniemać, że karbowi, gumienni, parobcy i fornale w całym kraju tak zmądrzeli, że sami sobie dysponują i sami sobie wymyślają od pijaków, gałganów i łotrów.
Dziwne czasy!
Pan Damazy opuścił Dziekankę, przeniósł się na Stare Miasto, oraz poznał bardzo porządny zakład „Pod papugą“, w którym za dwanaście groszy można mieć porcyę flaków zdrowo przyrządzonych i chleba à discrètion. Dowiedział się również, że chcąc się rozgrzać i pocieszyć w strapieniu, niekoniecznie trzeba się udawać do miejsc, w których rozgrzewają się i pocieszają się panowie. Są cały dzień otwarte resursy dorożkarskie, gdzie towar dużo mocniejszy i tańszy.
Z rządcostwa zrezygnował, wziął się natomiast do pośredniczenia w interesach. To jest bardzo miły kawałek chleba i niewymagający nakładów. W przeciągu kilku godzin można zarobić pieniądze, większe, mniejsze, ale zawsze gotówką.
Czasem usłyszy się nieprzyjemność, czasem zapalczywy interesant chce za drzwi pośrednika wyrzucić, ale trudno... Każdy fach ma swoje nieprzyjemności. Nieraz najsławniejszy lekarz, co własną karetą jeździ, usłyszy grubą impertynencyę od wijącego się z bólu pacjenta i chowa to do kieszeni, nie pozując wcale na obrażonego.
Aby tylko były interesa, lecz nie wiele ich jakoś... Takie, które przychodzą do skutku, łapią żydzi, te zaś których żydzi nie łapią, nie udają się.
Są niby domy do zamiany na dobra ziemskie, ale zanim się dobra znajdą, domy idą na licytacyę; są do odstąpienia sumy hypoteczne, bardzo pewne, na szesnastym, siedmnastym numerze, ale amatorów na nie brak; są interesanci gotowi dać jakie quantum za wyrobienie posady — ale posad nie ma.
Czas fatalny!
Trafi się niekiedy jakiś drobiazg i wpadnie kilka rubli do ręki, lecz rzadko. Po największej części dzień za dniem przechodzi bezowocnie.
Próbował pan Damazy zbierać ogłoszenia do efemerycznych wydawnictw, ale świat kupiecki jest taki szkaradny, jak i inne światy — i nie ma poczucia delikatności, jaką należałoby okazywać ludziom lepszego urodzenia. Nie jeden kupiec odburknął niegrzecznie, a znalazł się i taki, co nawet przemówić nie raczył, lecz drzwi pokazał w milczeniu.
Przytem ujawniła się rzecz szczególna. Gdy się trafił interes, przy którym można było coś tytułem pośrednictwa zarobić, wnet oprócz pana Damazego, zjawiał się pan Michał, niegdyś posiadacz rozległych dóbr na Ukrainie, pan Kalikst, głośny swego czasu w kaliskiem, oraz niejaki Miecio, zwany „ludożercą“, gdyż sam o sobie mówił, że zjadł własną ciotkę, zarznąwszy ją poprzednio fałszowanym wekslem.
Pan Damazy tak daleko nie zaszedł, z sądami karnemi stosunków nie miał, ale jak mógł kogo zarwać na drobną pożyczkę, to zarwał, oszwabić delikatnie na komisie — oszwabił.
Faktem jest, że mu się te interesa sprzykrzyły, zwłaszcza od czasu, gdy jednemu z wyszeptanych młodzieńców ułatwił sprzedaż grobu familijnego.
Zdawało się panu Damazemu, że się w nim, w jego sercu, budzi jakiś dawno pogrzebany nieboszczyk i niepokój mu sprawia... Czasem przemknęło przed jego oczyma coś nikłego, niepochwytnego — cień matki, a czasem zdawało mu się znów, że widzi ogromną, kwiatami usianą łąkę, zupełnie taką samą, jak jego niegdyś własna...
W takich chwilach pan Damazy chodzi na róg, klnie pod wąsem i powiekami mruga, bo mu oczy wilgotnieją.
Koło starej poczty, gdzie Kozia uliczka wpada do Krakowskiego-Przedmieścia, niby Narew do Wisły, wprost skweru, na którym siedzą kucharki i lokaje, czekający na służbę, jest, jak wiadomo, cukiernia z werendą. Stałe to locum pana Damazego.
Zastać go można tam od wczesnego ranka. Siedzi nad szklanką herbaty, studyuje ogłoszenia w „Kuryerach“, a potem patrzy godzinami całemi na ruchliwą falę ludzi, czekając, ażali mu ona, niby rzeka wezbrana, jakiego okrucha nie przyniesie...
Ale zkąd?
Kto ma przynieść? Czy zadyszane szwaczki śpieszące do roboty, czy młodzież dźwigająca książki w tornistrach, czy ci urzędnicy, którzy dążą do biur?...
Próżno wodzi oczami, próżno szuka. Pochyla na tył głowy wypłowiały kapelusz, gryzie rączkę od laski, gryzie wąsy, gdyby mógł, sam siebieby zgryzł...
Niegdyś był to ładny mężczyzna, dziś zaledwie ślady urody tej pozostały. Włosy i wąsy mają barwę wypłowiałą, prawie popielatą, oczy są podkrążone, a na policzkach i na nosie rozciąga się siateczka drobnych nitek ciemno-czerwonych, siateczka bardzo gęsta, zdaleka wyglądająca, jak plama.
Alkohol w ten sposób ozdabia swoich czcicieli.
Pan Damazy patrzy na ruch uliczny, ściga ludzi wzrokiem, znajomych twarzy szuka, a patrzy tak, że aż w rodzaj snu hypnotycznego zapada.
Budzi go turkot. Omnibus hotelowy przywozi gości z kolei. Jakby poruszony niewidzialną sprężyną, pan Damazy zrywa się, biegnie, na przybyłych patrzy.
Cóżby dał za jednego nowicyusza z prowincyi, za niedołęgę, któremu mógłby usługi swe ofiarować!...
Gdzie niedołęgów dziś szukać? wszystko starzy bywalcy...
Wraca pod werendę i wpada w kontemplacyę...
Zbrzydło mu pośrednictwo, plunąłby na nie i został chętnie... ale czem?
Szwajcarem ot naprzykład w jakiem biurze... pyszności posada! na zimę zwłaszcza... siedzi się w cieple, chodzić nie potrzeba... aha, no albo ekonomem na wsi, ten urząd ma również swoje powaby, jest ruch, powietrze, chleb razowy i kwaśne mleko: ach, chleb razowy!...
Widzi się w marzeniu, już to jako spasły szwajcar, już jako zamaszysty ekonom, zdaje się, że mógłby ręką dotknąć te postacie... ale cóż to za metamorfoza!
Z ekonoma i ze szwajcara robią się motki konopne, a niewidzialna ręka sznur z nich kręci... Sznur, wyraźnie sznur, szary, mocny, z taką pętlicą na końcu, że się w nią akurat głowa zmieści...
Przebudził się, westchnął... i znowuż błądzi wzrokiem po ulicy...
Szanowny Jankiel Dawid Parasol ma słuszność, a paradoks jego głosi prawdę. Częstokroć życie ludzkie jest to tylko kawałek licytacyi... in minus.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Oryginał książki nie zawiera tytułu tego opowiadania; tytuł został dodany przez zespół Wikiźródeł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.