Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Na co spojrzał, to było jego. I pałac i park szeroki i pola i kwieciste łąki i rzeka i drzewa i lasy i kwiaty — jego; piękne pokoje, kosztowne ekwipaże, liczna służba — jego; co okiem mógł objąć — jego...
Takim wybrańcom losu wszystko się uśmiecha i nawet nauka zbliża się do nich z uprzejmością, dyskretnie.
Nie chwyta za kołnierz, jak pospolitą jednostkę, aby ją wrzucić w ogólny kocioł, kipiący łaciną i greczyzną — lecz wcieliwszy się w postać uperfumowanej guwernantki i pełnego dystynkcyi nauczyciela, usiłuje robić nad wybrańcem fortuny operacye bez bólu, z użyciem kokainy, lub gazu rozweselającego...
Jest wyjątkowo uprzejma, częstuje lingwistyką, jak cukierkami, rozwija nieistniejące talenta, dotyka przez rękawiczkę i napełnia głowę pacyenta ukradkiem, nie robiąc mu wcale subjekcyi. Galanteryę swoją posuwa tak daleko, że częstokroć ustępuje miejsca kucowi...
Tak się zachowywała i względem pana Damazego, a gdy na górnej jego wardze ukazał się czarny meszek, zwiastujący przyjście wąsów — podała rodzicom rachunek i zapłacona sowicie, cofnęła się z ukłonem.
Wąsy rosły, a w głowie młodzieńca już bez pomocy metrów, powstawały nowe pojęcia o tajemnicach życia i pięknościach przyrody...
Czasy sielankowo pasterskie, po których nastał niebawem okres myśliwski.
Kuc w kąt poszedł — pana Damazego dźwignął