Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Zapewne, że nie; ostatecznie uwziął się i na swojem postawił. Biedny Oleś! Wyobraź sobie, on, taki elegancik, taki zawsze wyświeżony, wychuchany, jak z pudełka wyjęty, musiał chodzić usmolony jak kominiarz, piec się przy ogniu, nosić żelaztwo. Było to ze strony ojca istotne barbarzyństwo! Ja wiedziałam, że chłopiec nie wytrzyma w takiem piekle, tembardziej, że i żywili go źle, i od czeladników miewał przykrości. Znosił to jednak, póki mógł; ale gdy już nie mógł, uciekł od majstra. Były przykrości, mama moja musiała się w to wdawać, i skończyło się na tem, że umieścili go u innego rzemieślnika, stolarza czy tapicera, bo już nie pamiętam. Powtórzyła się ta sama historya. Oleś znów uciekł, ale nie do rodziców. Poszedł dokąd ciągnął go talent i prawdziwe powołanie. Dostał się na prowincyę, poszedł do dyrektora teatru, i tak się umiał podobać, że go odrazu przyjęto i zaraz traktowano jak artystę. Nie przeszkadzał mu już nikt. Jeździł z aktorami od miasta do miasta, i wyrobił się na pierwszorzędnego aktora. Trwało to kilka lat; rodzice pomarli i Oleś został panem zupełnym swojej woli. Bardzo dobrze zrobił, ślicznie zrobił, że poszedł za głosem talentu, i zdaje mi się, że kiedyś będzie z niego znakomitość... chluba kraju, a może i świata.
— Powiedz mi, moja Maniu, dla czego p. Aleksander, mając taki talent, nie stara się występować w jakim dużym teatrze, choćby tu w Warszawie?
— A któż ci powiedział, że się nie starał? Próbował już kilka razy.
— No...