Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

żył, że francuz od trzech dni nie daje znaku życia, nie wychodzi na miasto, nie przynosi chleba, dla wróbli, nie żąda nawet wody. Spostrzeżenie swoje zakomunikował rządcy domu, który, postanowiwszy sprawdzić rzecz na gruncie, udał się do stancyjki i przekonał się, że metr nietylko, że wody nie żąda, ale nawet na najrozsądniejsze pytania odpowiadać nie może. Biedny człowieczysko wychudły, jak szkielet, z oczami, bezmyślnie utkwionemi w sufit, leżał zupełnie nieprzytomny i o Bożym świecie nie wiedział... Czoło miał rozpalone, oddech krótki, szybki i nierówny.
Pan rządca kazał sprowadzić dorożkę, ubrał chorego przy pomocy stróża i zawiózł do szpitala. Czy to zrobił z uczucia litości nad bliźnim, czy w celu pozbycia się z domu człowieka, którego w razie śmierci nie byłoby za co pochować — w to wchodzić nie ma potrzeby; dość, że biedny metrzysko dostał się na łóżko w sali ogólnej, gdzie, pomimo wszelkiej troskliwości i starań lekarzy, oddał Bogu ducha, z powodu zupełnego wyniszczenia sił żywotnych, których już przywrócić nie było sposobu.
Widziałem go w czarnej trumnie drewnianej. Leżał wyprostowany, sztywny, w swoim nieśmiertelnym czarnym garniturze, z rękami, założonemi na piersiach, z czołem tak hardo podniesionem, jak za życia. Poważna i surowa twarz jego, stygmatem śmierci naznaczona, miała wyraz dziwnie szlachetny. Oczu od niej oderwać nie mogłem.
Już karawan przed kaplicę zajechał, już wieko