Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Takie, które przychodzą do skutku, łapią żydzi, te zaś których żydzi nie łapią, nie udają się.
Są niby domy do zamiany na dobra ziemskie, ale zanim się dobra znajdą, domy idą na licytacyę; są do odstąpienia sumy hypoteczne, bardzo pewne, na szesnastym, siedmnastym numerze, ale amatorów na nie brak; są interesanci gotowi dać jakie quantum za wyrobienie posady — ale posad nie ma.
Czas fatalny!
Trafi się niekiedy jakiś drobiazg i wpadnie kilka rubli do ręki, lecz rzadko. Po największej części dzień za dniem przechodzi bezowocnie.
Próbował pan Damazy zbierać ogłoszenia do efemerycznych wydawnictw, ale świat kupiecki jest taki szkaradny, jak i inne światy — i nie ma poczucia delikatności, jaką należałoby okazywać ludziom lepszego urodzenia. Nie jeden kupiec odburknął niegrzecznie, a znalazł się i taki, co nawet przemówić nie raczył, lecz drzwi pokazał w milczeniu.
Przytem ujawniła się rzecz szczególna. Gdy się trafił interes, przy którym można było coś tytułem pośrednictwa zarobić, wnet oprócz pana Damazego, zjawiał się pan Michał, niegdyś posiadacz rozległych dóbr na Ukrainie, pan Kalikst, głośny swego czasu w kaliskiem, oraz niejaki Miecio, zwany „ludożercą“, gdyż sam o sobie mówił, że zjadł własną ciotkę, zarznąwszy ją poprzednio fałszowanym wekslem.
Pan Damazy tak daleko nie zaszedł, z sądami karnemi stosunków nie miał, ale jak mógł kogo zarwać na