Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom I.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ły, parzy sobie usta, dławi się kawałkami mięsa, że całkowity obiad za pięćdziesiąt groszy zjada w kilka minut...
Możnaby było snuć z tego różne domysły, ale ma się rozumieć fałszywe...
Prawdziwy powód pośpiechu znała usługująca dziewczyna i gospodyni zakładu. Metr miał w niedzielę lekcyę bardzo korzystną i dla tego śpieszył z obiadem, żeby uczennica nie czekała na niego.
Powód pośpiechu zupełnie słuszny i usprawiedliwiony. Jednak fatum jakieś nad temi lekcyami wisiało, nigdy albowiem nie przychodziły do skutku, a metr po obiedzie zamiast pośpieszać co żywo do czekającej na niego uczennicy, jeżeli była pora letnia szedł w aleję Ujazdowską i siadał na ławeczce, jeżeli zimowa, udawał się zaraz do cukierni, gdzie pił czarną kawę i przesiadywał dłużej, niż zwykle...
Do domu powracał zazwyczaj przed wieczorem, po dziesiątej nigdy nie przychodził i zaraz kładł się spać. Wstawał raniutko i wogóle podług słońca czas swój regulował. W zimie sypiał więcej, w lecie mniej, mógłby kto myśleć, że przez oszczędność światła... Nie.
W mieszkaniu była zawsze nalana lampa... i gdyby światła potrzebował, mógłby je w każdej chwili mieć, lecz on żyć i rządzić się wolał podług wskazówek natury i dlatego lampka zawsze była pełna i niewypalona.
Stróż zaobserwował, ze metr, gdy powraca wieczorem do domu, ukrywa coś troskliwie pod okryciem. Był to dwufuntowy bochenek chleba dla — wróbli.