Pod wodę/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pod wodę
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
tom IV
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1892
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KLEMENS JUNOSZA.
WYBÓR PISM
W X TOMACH.
Klemens Junosza - Wybór pism tom IV ornament 007.png
TOM IV.
POD WODĘ.
OBRAZ Z ŻYCIA WIEJSKIEGO.


NAKŁADEM AUTORA.

WARSZAWA.
Drukiem A. Pajewskiego, Niecała Nr. 12.

1892.




Дозволено Цензурою.
Варшава, 21 Октябра 1892 года.






I.

Ktoby chciał zasięgnąć wiadomości o panu Sylwestrze Załuczyńskim, właścicielu Piotrowic, a jął przepytywać ludzi w okolicy, usłyszałby rozmaite zdania, ogólnie biorąc — dodatnie, ale niedopowiedziane, niedokończone. Brakowało w nich czegoś.
Jedni chwalili go, że dobry gospodarz; drudzy mówili, że człowiek rozumny i myślący; inni znów podziwiali jego pracowitość i energię; ale pochwały te były wypowiadane na zimno, z pewną rezerwą, z wahaniem. Mówiono o nim, jakby o kimś bardzo dalekim, o odludku, a przecież człowiek ten odludkiem nie był. Ukazywał się na wszelkich zebraniach i naradach, brał czynny udział w sprawach swego kątka, bywał członkiem rad familijnych, uczestniczył w sądach polubownych, gdy go o to proszono.
Od sąsiadów nie stronił, witał się z każdym niby serdecznie, podawał dłoń do uściśnięcia i twarz do pocałunku, ale rękę miał zawsze chłodną, a pocałunki składał na powietrzu.
Gdy się ukazał na zebraniu, wnosił z sobą chłód dziwny; wszyscy do pewnego stopnia tracili kontenans, a nie jeden Demostenes powiatowy wstrzymywał się z oracyą, w obawie, że spojrzenie pana Sylwestra zmrozi cały jej zapał i zwarzy najpiękniejsze kwiaty retoryki.
Mógłby kto pomyśleć, że ów pan Sylwester ma na swej przeszłości jakąś plamkę, na sumieniu cudzą krzywdę, lub coś podobnego... Gdzież tam! Przeszłość jego bez skazy, sumienie spokojne; krzywdy, choćby najmniejszej, nie uczynił nikomu; zobowiązania spełniał z rzadką akuratnością, uczciwie. Pod tym względem nikt zrobić mu nie mógł najmniejszego zarzutu.
Był dzieckiem okolicy, w której mieszkał. Piotrowice do rodziny Załuczyńskich oddawna należały. Wziął je drogą spadku po ojcu, tak jak ojciec po dziadku, a dziadek po pradziadku. Wziął obdłużone i zniszczone, a doprowadził do stanu kwitnącego. Z wielkiego obszaru ziemi część odprzedał, z trzech folwarków zrobił dwa, ale długi pospychał, siostrę, która była za mąż wyszła, spłacił i dziś do zamożniejszych ludzi w powiecie go liczą. Choćby kto najtroskliwiej badał całą jego przeszłość, dzień po dniu, godzina po godzinie, nicby w niej nagannego nie znalazł.
Pan Sylwester objął na siebie Piotrowice przed laty, powróciwszy z Niemiec, gdzie wykształcenie swoje uzupełniał. Niebawem też ożenił się. Żonę wziął z Warszawy, córkę fabrykanta, czy przemysłowca. Na konkury czasu wiele nie stracił, bo w ogóle liczyć się z nim umiał; wszystkiego trzy, czy cztery razy do swej bogdanki jeździł, ale żyli i żyją z sobą dobrze, dochowali się syna i córki... Przysporzyli fortuny. Piotrowice należą do pana, a posag pani zabezpieczony jest na nich hypotecznie. Mówią ludzie, że pan Sylwester małżonce swej procent punktualnie co pół roku wypłaca, a ona za te pieniądze listy kupuje. Czy rzeczywiście tak jest, nie wiem; ale nieprawdopodobieństwa w tem nie masz, gdyż właściciel Piotrowic w sprawach pieniężnych odznacza się wielką akuratnością.
Pani kubek w kubek do pana pod względem charakteru i zachowania się podobna. Czy się tak szczęśliwie, jakby w korcu maku szukając, dobrali, czy mąż ją tak urobić potrafił, dość, że myślą oboje jednakowo, i nie masz kwestyi, w którejby się różnili. Mówią z sobą bardzo niewiele, ale rozumieją się wybornie. Widują się zwykle trzy razy dziennie: przy śniadaniu, obiedzie i kolacyi. Po zaspokojeniu głodu, pani z córką znika w swoich apartamentach, pan wynosi się w pole, na folwark, lub do swej kancelaryi.
Ta kancelarya nie ma w sobie nic a nic wiejskiego i gdyby nie lipa, gałązkami do okna zaglądająca, gdyby nie widok na szeroki trawnik rozpościerający się przed dworem, możnaby mniemać, że to kantor fabryki, tak w nim jakoś sztywno i chłodno. Ani kwitnącej roślinki na oknie, ani obrazka na ścianie, nic coby tę stancyę choć trochę ozdabiało i rozweselało. Dębowy stół założony księgami, dębowe szafy, para stołków dębowych, oto całe umeblowanie.
Oficyaliści piotrowiccy nazywają ten pokój „łaźnią“ i nie bez zasady, gdyż dobrze napocić się muszą, gdy przyjdą tam sprawę z czynności swoich zdawać. Pana Sylwestra boją się jak ognia, chociaż nie unosi się gniewem, nie krzyczy. Dobre, czy złe wiadomości przyjmuje z jednakowym spokojem, który go nigdy nie opuszcza, i z tym samym spokojem nakłada kary, wymawia posady winnym.
Chłód, jaki w kancelaryi wieje, panuje i w całym domu, nie dlatego, żeby go opalać czem nie było, bo do Piotrowic należy blizko dwadzieścia włók prześlicznego lasu... Panuje chłód, chociaż małe kaflane hermetyczne piece grzeją, a termometr piętnaście nad zero wskazuje... Chłód nie znika nawet i wtedy, gdy letnią porą przez okno otwarte, słońce ognistem wejrzeniem zagląda. Gdy wchodzisz, oziębia cię wnet, opanowywa, opędzić mu się nie możesz. Wieje z kątów, z błyszczącej jak szkło, albo jak lód posadzki, z paradnych mebli, ustawionych symetrycznie, z powietrznych pocałunków pana domu, z uprzejmego uśmiechu pani. Wszedłeś i radbyś już uciec jak najprędzej; proszą cię żebyś został, mimowolnie dreszcz cię przechodzi; siadasz do stołu zastawionego obficie — i marzniesz.
Radbyś co najprędzej uciec, i jeżeli ci do domu daleko, wpaść na rozgrzewkę do biedulusa jakiego, który na ganek z powitaniem wybiegnie, wyściska cię serdecznie, za stołem niewykwintnym posadzi i zaraz całą duszę przed tobą na oścież jak stodołę otworzy; wyjęczy się, z trosk własnych wyspowiada, o twoje nawzajem wypyta, o deszczu, o wymokłym jęczmieniu się rozgada, wszystkich żydów w pień wyklnie, o politykę zawadzi i puścić cię z domu nie zechce... A gdy się uprzesz koniecznie, gdy zaprzysięgniesz, że czasu nie masz, że się śpieszysz, to cię na próg wyprowadzi, na bryczkę wsiąść pomoże...
Pana Sylwestra szanowano ogólnie, ale nie kochał go nikt, i on też kochania tego nie szukał i nie pożądał, w zażyłości blizkiej z nikim nie pozostawał, żył w swoim światku odosobniony, nie unikając ludzi, ale też i towarzystwa ich nie poszukując.
Żydzi odzywali się o nim niechętnie. Mówili, że to taki człowiek, co nie jest ani gorzki, ani słodki, a ktoby chciał pożywić się przy nim, musiałby wstać bardzo rano. Nie bez pewnego żalu spoglądali oni na Piotrowice, gdzie było zawsze i zboże do sprzedania, i okowita, i rok rocznie poręba lasu na sprzedaż... Pachniał im też młyn i karczma i pacht, ale cóż z tego? Twarde zęby musiałby mieć ten, ktoby z Piotrowic co ukąsił — wszystko tam inaczej szło niż u ludzi.
Syna pan Sylwester także po swojemu chował. Nikt nie widział, żeby się kiedy uśmiechnął do niego, żeby go pocałował, popieścił. — Odkąd chłopiec mówić zaczął, już był traktowany surowo. Może matka rozczuliła się nad nim kiedy, ale chyba pod wielkim sekretem i na osobności, bo nikt objawów tego rozczulenia nie widział. Sześć lat miał Janek, gdy go do systematycznej zaprzęgnięto nauki. Guwerner nie odstępował go ani na krok. Dzieciak miał wyznaczone godziny nauki, zabawy, spoczynku i godzin tych najściślej pilnować się musiał. Ojciec od najmłodszego wieku usiłował w niego wszczepić zamiłowanie, a raczej przyzwyczajenie do systematyczności, pracy i porządku. Ruszało się dziecko w zakreślonem kółku jak automat, nie zdradzając pragnień, ani woli własnej. Dziwiono się temu systemowi wychowania, a jedna złośliwa sąsiadka twierdziła, że gdyby Janiowi dwie wskazówki na czole przylepić, byłby z niego zegarek bardzo regularny.
Gdy chłopczyk skończył lat dziewięć, oddano go do szkół publicznych... Pan Sylwester wyszukał dla swego jedynaka stancyjkę jak najtańszą, gdzie żywiono dzieci licho, a trzymano w karbach rygoru ostro. Miała to być dla Jania szkoła biedy i niedostatku, którą winien był przejść, dlatego aby umiał szanować majątek. W tej też myśli zapewne, oraz aby nie nabrał wady próżności i nie pysznił się z ojcowskiego majątku, ubierano go w mundurek z najlichszego materyału, musiał chodzić w łatanych butach, a z kilku rubli pozostawionych na drobne wydatki przez ojca, prowadzić drobiazgowy rachunek.
Tym sposobem syn pana Sylwestra przechodził za jednym zamachem kilka szkół: szkołę klasyczną, będącą kluczem do czytania Homera w oryginale i do otwarcia drzwi uniwersytetu w przyszłości, szkołę niedostatku uczącą poszanowania dóbr doczesnych i szkołę oszczędności. Zapominał tylko p. Sylwester, że po za temi szkołami była tam jeszcze szkoła koleżeństwa, towarzyszów i tej przyjaźni, co na szkolnej zawiązana ławce, trwa długo, długo, nieraz aż do grobu...
Na tej samej stancyjce biednej, nie z zasady zapewne, lecz z konieczności, umieścił swego syna niejaki p. Karpowicz, właściciel niewielkiego folwarczku, o parę mil położonego od posiadłości p. Sylwestra.
Ów Karpowicz, chcąc synowi dać wykształcenie, robił nadludzkie wysiłki, bo mająteczek był obdłużony, w glebie nieosobliwej, ciężary na nim duże, a rodzina liczna.
Ludwiś Karpowicz od razu się z kolegą Załuczyńskim zaprzyjaźnił, ciągle byli razem, w szkole siedzieli na jednej ławce, w domu uczyli się lekcyj wspólnie, grywali w piłkę na podwórzu, odsiadywali kozę za zbytki, — w doli i niedoli nierozłączni. Gdy mizernego Jania który chłopiec chciał pobić, Ludwik przybiegał na pomoc, i nawzajem gdy Ludwik pocił się nad arytmetyką, bieglejszy w rachunkach Janio go ratował. Tak przebyli z sobą razem, prawie nierozłącznie aż do skończenia kursu.
Ileż im wspomnień miłych z owych czasów zostało! Janio wyrósł na ładnego chłopca, ale był małego wzrostu i delikatny, o twarzy bladej, kiedy niekiedy tylko zabarwianej rumieńcem. Twarz ta wydawała się jeszcze bledszą przy włosach czarnych i dużych, pełnych wyrazu oczach. Ludwik zupełnie inaczej wyglądał: rumiany, pełny na twarzy, rozrósł się ogromnie, płowa czupryna spadała mu na czoło, niebieskie oczy jaśniały blaskiem wesołości.
Janio zdobył patent bez wielkiego wysiłku, Ludwik z trudem. Wykuwał, jak to mówią, lekcye, przesiadywał nad książkami po nocach, a podczas egzaminów nie sypiał prawie, ale powiedział sobie, że zwycięży i zwyciężył.
Był to chłopak z charakterem. Wiedział, że ojciec całą na nim opiera nadzieję i postanowił nadzieję tę spełnić. Od klasy piątej utrzymywał się o swoich siłach, uczył drugich, korepetycyami, przepisywaniem zarabiał. Siły miał niespożyte. Inny nie zniósłby tylu nocy niespanych i pracy; on pomimo żywienia lichego nie pomizerniał nawet. Rumieńce nie schodziły z jego pełnej twarzy, wesoły uśmiech nie opuszczał ust, pełnych i czerwonych jak wiśnie. Gdy siedział nad książką, płowa czupryna, niepokorna, niedająca się ułożyć, gęsta, spadała mu na oczy; on ją energicznym ruchem głowy odrzucał i kuł dalej Odysseę, lub zamaszystym, dużym charakterem, nudny jaki kontrakt przepisywał.
Gdy w święto, wolnym czasem, za miasto z Janiem wyszedł, gdy powietrzem świeżem odetchnął, zobaczył zieleń, pola szerokie, wtenczas budziła się w nim cała energia sił i zdrowia, więziona w godzinach ślęczenia...
Duży, barczysty wyrostek dzieckiem się wtedy stawał. Śmiał się, śpiewał, biegał, gonił za motylami, przeskakiwał przez rowy, dopóki się nie umęczył... Wtedy oddychając szybko, robiąc piersiami jak miechem, ocierał pot z czoła i rzucał się na trawę jak długi...
Janio siadał przy nim i zaczynała się rozmowa. Temat tych gawęd najrozmaitszy bywał, przeważnie jednak dotyczył wiosek rodzinnych, czasów dzieciństwa, przeszłości. O tem mówili najchętniej, czasem przez kilka godzin, do zmroku, przypominającego że czas do miasta powracać.
Niekiedy jednak rozmowy przyjaciół przybierały charakter ogólny, a myśli ich na szersze wybiegały horyzonty.
Częstokroć do ich towarzystwa przyłączał się także kolega i rówieśnik, Marcin Kurosz, chłopak niepokaźny, ułomny trochę i brzydki.
Na pierwszy rzut oka wrażenia dobrego nie robił; miał coś złośliwego w małych, zawsze przymrużonych oczach i w sarkastycznym uśmiechu, który nigdy z ust jego nie schodził. Przy bliższem poznaniu dopiero zyskiwał.
Kurosz pochodził z Litwy, rodzice jego mieszkali w głuszy wiejskiej, w zaścianku i pracowali na niewielkim kawałku roli. Matka umarła, ojciec ożenił się powtórnie i ze szczupłego mienia, jakie po pierwszej żonie pozostało, dawał synowi fundusz na utrzymanie i na edukacyę. Właściwie mówiąc, marne to były pieniądze, ale dla Marcinka wystarczały, tak, że nawet corocznie po kilkanaście rubli odkładał. Mieszkał na poddaszu u szewca, u tegoż szewca się stołował, na ubranie wiele nie wydawał, jeden mundurek starczył mu na lat kilka.
Czasem pozwalał sobie na zbytek: kupował stare książki, jeśli tanio się nabyć trafiło; a kupiwszy, zamykał się w swojej izdebce na poddaszu i studyował je pilnie. Zdolności umysłowe miał duże, ale uczył się średnio, tak tylko, aby co rok z klasy do klasy przechodzić. Nie wyrywał się naprzód i nie zostawał w tyle; koledzy niebardzo go lubili, gdyż stronił od nich i na uboczu się trzymał — wyjątek tylko robił dla Ludwika i Jania, z którymi w ściślejszych zostawał stosunkach.
Nieraz towarzyszył im w wycieczkach zamiejskich, brał udział w rozmowach, i zawiązała się pomiędzy nimi przyjaźń na długie czasy, na zawsze.
Po ukończeniu szkół, koledzy rozstali się na krótko. Janio pojechał do zimnego dworu w Piotrowicach, Ludwik do Zawadek, do których tęsknił tak w szkołach, a Kurosz, spakowawszy swoje stare książki, udał się do ojcowskiego zaścianka, boćwinę i kołduny jeść i z ojcem się nacieszyć.
W przeddzień wyjazdu trzej młodzi przyjaciele wyszli za miasto, aby raz jeszcze, może ostatni już w życiu, zobaczyć okolicę, w której tyle przyjemnych chwil wspólnie spędzili, krętą rzeczkę, lasek, co się po obydwóch stronach szosy rozciągał. Było to ulubione miejsce uczniowskich spacerów. W rzeczce można się było kąpać, las dawał jagody, a na polance, która się wśród niego rozciągała, bawiono się w piłkę i gry różne.
W lesie, tuż przy szosie znajdowała się austerya, którą utrzymywał niejaki Miller, niegdyś stróż gimnazyalny. Kiedy jeszcze bram szkolnych i porządku na korytarzu pilnował, żona jego sprzedawała uczniom bułki, pierniki i serdelki... Dorobili się trochę grosza i z fundusikiem tym wzięli w dzierżawę ową oberżę pod lasem. Dla uczniów Miller zawsze zachowywał sympatyę; gdy przyszli, witał ich z uśmiechem, za mleko i bułki nie obdzierał, a o profesorów, o sprawy szkolne z wielką ciekawością zawsze dopytywał.
Trzej przyjaciele postanowili Millera pożegnać, i dzień zakończenia roku szkolnego, ostatni dzień pobytu w mieście, wspólną biesiadą upamiętnić.
Janio miał trochę zaoszczędzonych pieniędzy, Ludwikowi ojciec na drogę przysłał, a Kurosz wydobył z ukrycia swoje oszczędności.
Właściwie on to był inicyatorem pożegnalnej uczty.
— Raz w życiu trzeba takoż pohulać, — rzekł ze śpiewnym, przeciągłym akcentem, którego nie mógł się pozbyć. — Dotąd byliśmy zwyczajni nieuczkowie, teraz patentowani, a to insza kategorya! Jak sobie chcecie, a taki wypadek uroczyście trzeba obchodzić.
Poszli żwawo, weseli, uśmiechnięci, prócz jednego Ludwika, który się do humoru towarzyszów swych nie mógł jakoś dostroić i wzdychał.
Posiliwszy się u Millera, weszli w las, usiedli na obalonem drzewie i zaczęli rozmawiać, ma się rozumieć, o przyszłości. Czy się też kiedy spotkają? Pokazało się że oprócz na krótki czas wakacyjny, nie rozłączą się wcale, gdyż każdy z nich do uniwersytetu w Warszawie ma wstąpić.
Janio nie był jeszcze zdecydowany, na jaki wydział ma chodzić, Kurosz miał zostać prawnikiem. Takie było marzenie jego ojca, który w rzędzie antenatów swoich kilku palestrantów liczył, a umiejętność prowadzenia procesów za szczyt mądrości uważał.
Marcinek zgadzał się na to chętnie, wiedząc, że wykształcenie prawnicze daje byt niezależny i nieprzeszkadzający oddawać się zbieraniu i czytaniu ksiąg starych. Wiedział, że w Warszawie będzie miał dostęp do bibliotek i znajdzie wiele okazyj do zadowolenia tej swojej słabostki.
Ludwik milczał. Nagabywany przez kolegów, wyznał, że ma chodzić na medycynę, i że przedmiot ten nie nęci go wcale. Wolałby dać za wygranę wszelkim wysokim aspiracyom i pójść na praktykę gospodarską, a potem ukończywszy ją, za dwa, trzy lata, powrócić już na zawsze do swoich ukochanych Zawadek i razem z ojcem pracować na własnym zagonie. Niemożliwe to wszakże. Zawadki małe, odłużone, nie wystarczą dla dość licznej rodziny. Ojciec szarpie się, bokami robi, pracuje, zabiega, ze skóry wyłazi, aby jeszcze przez kilka lat przeciwnościom się opierać i przy zagonie wytrwać przez kilka lat, dopóki syn edukacyi nie skończy i owoców jej zbierać nie zacznie.
W tym synu cała nadzieja. On się szybko dorobi, on ojcu dopomoże, całą rodzinę podźwignie, Zawadki z długów oczyści, siostry wyposaży... byle tylko edukacye skończył i owoce jej całemi garściami zbierać zaczął.
Pójdzie na medycynę, zostanie lekarzem sławnym, znakomitym, rozgłośnym, a wtenczas wszystko będzie inaczej. Tylu się fortun dorabia, tylu karetami jeździ; dla czegóżby Ludwisia taki los nie miał spotkać?
Spełni on te marzenia, a wtenczas ojciec odetchnie, spokojny o Zawadki; o los pięknej Florci, piękniejszej jeszcze Jadzi i najmłodszej Anielki, siostr Ludwisia.
Wprawdzie Ludwiś do medycyny nie ma wielkiego pociągu, lęka się jej ogromu i słabych sił swoich, ale ponieważ takie jest życzenie ojca, więc je spełni. Przeraża go ogrom pracy, ale stanie do walki. Zresztą pięć lat nie wieczność; wytrzymują ludzie dłużej i w cięższych opałach.
Postanowili, że w Warszawie razem mieszkać będą. Kurosz stawi się tam pierwszy i wynajdzie pokoik odpowiedni, on też, jako najpraktyczniejszy, będzie gospodarzem i kasyerem.
Ułożyli sobie cały program, postanowili wspierać się i pomagać sobie nawzajem.
Potem rozmowa na ogólne, weselsze weszła tory, powrócili z piosnką na ustach, późnym już wieczorem do miasta, a nazajutrz udali się każdy w swoją stronę, Janio do Piotrowic, Ludwik do Zawadek, Marcin do zaścianka na Litwę.
Po upływie dwóch miesięcy zjechali się w Warszawie na wspólną dolę i niedolę, bo czekało ich ciężkie życie: praca nad nauką i troska o chleb.
P. Sylwester, zasadom swoim wierny, Jania bardzo skąpo wyposażył na drogę, zaleciwszy mu o lekcye się starać i z tego źródła część potrzeb niezbędnych zaspakajać. Ojciec Kurosza klęskę poniósł, gdyż pożar zniszczył mu budowle w zaścianku. Od podwaliny z nowego wszystko trzeba było stawiać, więc też synowi wiele udzielić nie mógł, tak, że Marcinek z bardzo szczupłym zapasem w Warszawie się znalazł. Ludwiś najbiedniejszy był z całej trójki. Ojciec jego, zadłużony, w interesach, w kłopotach, w ciągłej z wierzycielami walce, od jednego pożyczając, drugiemu oddając, ledwie że mógł uporać się z podatkami i robocizną. Synowi tyle tylko dał, co na drogę i na pierwsze kilka dni pobytu było niezbędne.
Ucałował go, przy pożegnaniu uściskał, rozpłakał się i zapewnił, że jak tylko co wpadnie, to zaraz, nie zwłócząc, nadeśle. Kombinacye swoje opierał na życie, na jęczmieniu, na przychówku z inwentarza, na wszystkich możliwych dochodach. Ludwik skłonił głowę w milczeniu, ucałował ręce rodziców i rumiane buziaczki siostr, i odjechał z silnem postanowieniem, że walczyć i z losem borykać się będzie, że i głód i chłód zniesie, byle ojcu ciężarem nie być i na człowieka się wykierować.
Trzej koledzy w umówionym terminie znaleźli się w Warszawie i spotkali w gmachu uniwersyteckim. Kurosz oświadczył, że mieszkanie już znalazł i wynajął, i że mogą się natychmiast sprowadzać.
Była to stancyjka maleńka na trzeciem, czy czwartem piętrze, na Starem Mieście. Wchodziło się po ciemnych żelaznych wschodach jak po drabinie, ale nowi lokatorowie byli z niej kontenci. Gospodyni w wielkiej uprzejmości dała im stół i kilka krzeseł i sofkę, dokupili dwa łóżka żelazne i mieli umeblowanie kompletne. Kurosz, który się całem gospodarstwem zajmował, kupił samowarek blaszany, herbaty, cukru, węgli; Ludwik rozwiązał paczkę z wiktuałami, w którą zaopatrzyły go siostry, i trzej przyjaciele wyprawili sobie pierwszą ucztę na nowem mieszkaniu.
W przyszłość spoglądali pełni nadziei. Znajdą zaraz lekcye, ma się rozumieć, korzystne; wezmą się do pracy i żyć będą, śpiewając. Zawsze tu lepiej aniżeli w gimnazyum, większa samodzielność, swoboda, no, a przytem student, to już przecież człowiek, nie zna wielkich rygorów, nie pilnuje się dzwonka, może otwarcie i jawnie palić papierosy, chodzić do teatru. I to coś warto. Młodzi ludzie obiecywali sobie jedwabne życie, i nawet Janio, zawsze zamyślony i smutny, ożywił się i humoru nabrał.
Nazajutrz poszli na kursa i rozpoczęli pogoń za lekcyami.
Janio zapisał się na wydział przyrodniczy, Kurosz na prawo, a Ludwik zgodnie z wolą ojca na medycynę, choć nie uśmiechała mu się ona.
Lekcyj nie znaleźli łatwo. Trzeba było nieraz i z głodu przymierać. Janio dzielił się z kolegami ostatnim groszem i musiał na suchym chlebie z herbatą poprzestawać. Kurosz, kiedy był głodny, miewał najlepszy humor i plótł niestworzone rzeczy. Najciężej było Ludwikowi; ten kolos potrzebował dużo, mógł zjeść na posiedzeniu kilka funtów chleba i jeszcze głodnym się czuł.
Początki zazwyczaj są trudne, przebyli je przecież. Kurosz, zawsze praktyczny i przewidujący, porobił znajomości ze sklepikarzem i nawet z samą panią rzeźniczką, osobą posiadającą własny skład wędlin i pucołowatego synka w gimnazyum. U niej trafiła się pierwsza lekcya. Honoraryum było bardzo niewielkie, ale pani rzeźniczką proponowała obiady i gratyfikacye w towarze, zapewniając, że na tym punkcie szczodrość jej jest niewyczerpana.
Po naradzie, na ten ważny posterunek odkomenderowano Ludwika, raz że był ze wszystkich najbiedniejszy i najbardziej zarobku potrzebował, a powtóre, że miał nienasycony apetyt. Dla Jania znalazła się także lekcyjka, a Kurosz, nie amator belferki i niemający do niej wcale powołania, wkręcił się do kancelaryi jakiegoś obrońcy sądowego, i tam za liche wynagrodzenie godziny popołudniowe na przepisywaniu przepędzał.
Żyli jakoś — i uczyli się — Janio i Kurosz z łatwością, Ludwik w pocie czoła... Dniami i nocami przesiadywał w prosektoryach, lub nad książkami, a żelazny jego organizm wytrzymywał te próby, i nie znać było na nim śladów zmęczenia i niespanych nocy.
Od czasu do czasu mogli sobie pozwolić. Bywało to wówczas, gdy pan Sylwester przysłał Janowi pensyjkę, lub gdy rzeźniczka wręczyła Ludwikowi kilka zatłuszczonych banknotów. W takich uroczystych chwilach życia wybierali się do teatru, zawsze we trzech i zawsze na paradyz. Stawiali się punktualnie na godzinę przed rozpoczęciem widowiska, ażeby zdobyć miejsce. Ludwik potężnemi ramionami rozpychał tłum i torował drogę dla Jania, Kurosz czasem z ułatwienia tego korzystał, ale w ogóle niewiele o nie dbał. Umiał on sobie radzić: w tłumie prześlizgał się jak piskorz, i zawsze tam się znalazł, gdzie być chciał. Teatr był ich jedyną rozrywką; chodzili też niekiedy do cukierni, aby przeczytać gazety; na święta i wakacye wyjeżdżali do domów i znowuż wracali do tego samego, jednostajnego trybu życia.
Tak im przeszło lat cztery; Janio i Marcin ukończyli kursa, Ludwik miał jeszcze rok pracy przed sobą. Nie mógł nawet na wakacye pojechać, bo musiał klinik i szpitali pilnować.
Kurosz, ledwie egzamina skończywszy, musiał na Litwę podążyć, gdyż złe wiadomości ztamtąd go doszły. Ojciec umarł i trzeba było na pogrzeb śpieszyć, a potem interesa regulować. Była scheda po matce, należało coś z nią zrobić, sprzedać czy wydzierżawić, pomódz też macosze i opiekę nad dziećmi ustanowić. Pojechał więc, pożegnawszy się z kolegami, przyrzekłszy, że pisywać będzie i że w przyszłości, gdy adwokatem zostanie, osiedli się w okolicy tej gubernii, w której leżą Piotrowice i Zawadki. Nie sposób się rozłączać zupełnie i na zawsze, po tylu latach wspólnej pracy i koleżeństwa. Przy pożegnaniu Kurosz, ten złośliwy, cięty i sarkastyczny Kurosz, miał w czarnych oczach łzy, a wargi mu drgały nerwowo, jak gdyby miał głośnem łkaniem wybuchnąć...
Odprowadzili go koledzy na kolej, pożegnali, wycałowali serdecznie.
Na drugi dzień Janio miał odjechać.
— Smutno mi będzie bez was — mówił Ludwik — smutno bez przezornego Kurosza, a bardziej jeszcze bez ciebie, mój Janiu...
— Bo też jedź na wakacye...
— Nie mogę; nie wolno mi czasu tracić. Tyle lat przebiedowałem, przemęczyłem się, to i ten rok przetrzymam... Do ciebie prośbę mam wielką...
— Czemże ci mogę służyć?
— Bądź ty, proszę cię, w Zawadkach u nas... Bądź, przypatrz się, wybadaj co się tam dzieje, i donieś szczegółowo z detalami wszystkiemi.
— Co się ma dziać osobliwego? Zapewne po dawnemu wszystko...
— Otóż widzisz, mam niejakie wątpliwości pod tym względem... Obawiam się...
— Ależ czego?
— Nie wiem, poprostu boję się. W przeczucia nie wierzę, a jednak prawie pewien jestem, że tam, u nas, niedobrze się dzieje...
— Z czego to wnosisz?
— Z listów ojca i sióstr. Niby wyraźnie nic złego nie donoszą, ale jest w nich tam jakiś szczególny żal, czy smutek, coś nieokreślonego, a niewymownie przykrego...
— Może tak ci się zdaje?
— Oni coś ukrywają przedemną...
— Mój Ludwisiu — rzekł Janio — przywiduje ci się. Jesteś spracowany, znużony do najwyższego stopnia, dopiero co przeszedłeś piekło egzaminowe, przepędziłeś tyle nocy bezsennych, jesteś zdenerwowany, więc też tworzysz sobie urojone zmartwienia i trujesz się niemi. Gdybyś był zdrów zupełnie, podobne myśli nie przychodziłyby ci wcale do głowy.
— I to być może, ale w każdym razie pojedź do Zawadek, zobacz własnemi oczami co się tam dzieje, i napisz do mnie niezwłocznie. Twój list uspokoi mi nerwy, czy... serce.. Przyrzecz, że pojedziesz.
— Przyrzekam. Na drugi, najdalej na trzeci dzień po przyjeździe do domu, wybiorę się do was.
— Tam cię serdecznie przyjmą, mój Janiu. Ojcu memu sprawisz swoją bytnością nieopisaną radość. On cię tak kocha...
— A, boś mu naplótł o mnie dziwnych dziwów i starowina wyobraża sobie, że ja istotnie coś nadzwyczajnego zrobiłem... Tymczasem ja tobie daleko więcej zawdzięczam...
— Co o tem mówić, mój Janiu! Kochamy się i kochać będziemy przez całe życie. Od dzieci prawie szliśmy razem, pójdziemy i nadal ręka w rękę, i Kurosz przyłączy się do nas. Mamy dużo do zrobienia, prawda Janiu? Ale ja wracam do swego... będziesz u nas?
— Wszak przyrzekłem ci. Nie wierzysz mi?
— Wierzę, i obawiam się tylko, czy czas znajdziesz; rodzice nie puszczą cię tak łatwo, zechcą się tobą nacieszyć.
Janio westchnął.
— Powtarzam, że spełnię twe życzenia jaknajprędzej — odrzekł.
— A proś także Florki i Jadzi, niech pisują jaknajczęściej; proś, bo widzisz, mnie tu będzie bardzo smutno... Jeszcze póki wy byliście, pół biedy; teraz...
— Cóż znowu! Rok nie wieczność.
— Prawda! Masz słuszność, ale cóż zrobić, kiedy ja jestem taki, no... taki dzieciak?..
To rzekłszy, dzieciak olbrzym, pochwycił Jania w ramiona i ucałował go serdecznie. Poczem odwrócił się szybko, ażeby ukryć łzy.
Przyjazd Jana nie zmienił w niczem zwykłego trybu życia w Piotrowicach. Pan Załuczyński przywitał jedynaka po swojemu, złożył pocałunek w powietrzu nad jego głową i rzekł:
— Pokój dla ciebie przygotowany; rozgość się...
Matka przyjęła Jana serdeczniej, siostra z radością. Większą część dnia z niemi przepędził, gdyż ojciec był w polu, zkąd dopiero przed wieczorem powrócił.
Po herbacie, pan Sylwester poprosił Jania do siebie. Udali się do owej kancelaryi, czy kantoru.
— Siadaj — rzekł ojciec, wskazując mu krzesło. Sam zajął miejsce przy biurku.
— Skończyłeś więc kursa? — zapytał.
— Tak.
— Patent masz?
— Mam, proszę ojca.
— To dobrze.
— Powiedz mi, ile też zaoszczędziłeś z funduszów, które przesyłałem ci na utrzymanie?..
Janio ramionami wzruszył.
— Przecież nie sposób, żebyś wszystko wydał...
— Dawałem lekcye, i zarobek, jaki miałem z tego źródła, razem z pieniędzmi, które ojciec był łaskaw mi przysyłać, zaledwie wystarczał na bardzo skromne utrzymanie.
Pan Sylwester głową pokręcił.
— Widocznie — rzekł — różnimy się w pojęciach o skromnem utrzymaniu... Więc nie zaoszczędziłeś nic?
— Ani grosza.
— Powiedz mi, cobyś robił, gdybyś nie miał dość zamożnego ojca i nie liczył na pomoc z jego strony?
Janio zarumienił się.
— Zrobiłbym to — odrzekł — co wszyscy w podobnem położeniu, pracowałbym.
— Proszę! Nie ma co, pięknie mówisz, tylko nie wyobrażaj sobie, że pracę można łatwo znaleźć.
— Jednak, proszę ojca, kto szuka, ten znajdzie. Mieszkałem właśnie z dwoma biedakami, a znałem podobnych setki. Nie zginęli.
Mówiąc to, spojrzał ojcu wprost w oczy, a w spojrzeniu tem był wyraz stanowczości. Pan Załuczyński mógł pomyśleć, że Janio w razie potrzeby zdobyłby się na energię i poszedł by w świat o własnych siłach.
I ojcu i synowi myśl ta jednocześnie przez głowę przebiegła.
— Cóż będzie dalej? — zapytał pan Sylwester, już z łagodniejszym brzmieniem w głosie.
— Dalej — odrzekł syn — nim na to pytanie odpowiem, chciałbym usłyszeć, jakie jest życzenie ojca, i o ile to będzie w mojej mocy, zastosować się do niego.
— Posłuszeństwo warunkowe! Niechże i tak będzie. Chcesz poznać moją wolę? Dlatego właśnie wszcząłem z tobą rozmowę. Kiedyś, w przyszłości, Piotrowice staną się w połowie twoją własnością, a może nawet i w całości, gdyż oprócz ziemi odziedziczysz jeszcze i kapitał, którym będziesz mógł siostrę spłacić. Czeka cię więc zawód rolnika. Skończyłeś wydział nauk przyrodniczych, masz więc pewne pojęcia i wiadomości teoretyczne, które ci się przydadzą, ale to jeszcze mało. Trzeba kilkoletniej praktyki; trzeba się nauczyć tego czego szkoła nie daje: wstawania o świcie, pracy bez wytchnienia, umiejętności postępowania z ludźmi, kierowania nimi, radzenia sobie w trudnych okolicznościach, słowem tysiącznych rzeczy, nie mówiąc już o praktyce czysto zawodowej. Zapewne podzielasz moje zdanie.
— Najzupełniej.
— I masz chęć zostać rolnikiem?
— Zawsze marzyłem o tem.
— To bardzo dobrze. W takim razie trzeba nie tracąc czasu, rozpocząć praktykę.
— Czy ojciec zechce mnie gdzie wysłać w tym celu?
— Myślałem o tem, ale po bliższem zastanowieniu zmieniłem projekt. Na co cię mam posyłać między obcych, kiedy tu w Piotrowicach gospodarstwo jest wzorowe. Niejednokrotnie już byłem nagabywany o przyjęcie praktykantów, lecz odmawiałem stanowczo. Nie znoszę paniczów, wymagam bezwarunkowego posłuszeństwa i roboty, do której żaden laluś karku nie nagnie. Mojem zdaniem, w gospodarstwie respublika nie ma racyi bytu, powinien być jeden dyktator i wszyscy winni go ślepo słuchać. Oto dlaczego praktykantów-paniczów nie przyjmuję. Dla ciebie zrobię wyjątek. Chcesz?
— Proszę o to.
— Winienem cię jednak uprzedzić, że u mnie szkoła twarda. Nie oszczędzam nikogo... Nawet ciebie...
— I dotychczas nie stąpałem po różach...
— Więc przystajesz?
— Przystaję...
— Dobrze. Przez trzy miesiące będę cię trzymał tu w Piotrowicach; co wieczór otrzymasz dyspozycyę, co masz robić. O świcie wstaniesz i, z wyjątkiem czasu obiadu, wciąż jesteś na służbie. W święto pół dnia należy do ciebie. Jeżeli będziesz miał jakie wątpliwości, albo zechcesz objaśnienia, możesz mnie zawsze zapytać wieczorem, po załatwieniu rachunków, które odtąd prowadzić będziemy wspólnie. Przez pierwsze trzy miesiące masz pracować darmo, a właściwie nie darmo, albowiem będziesz miał utrzymanie. Dalej, jeżeli zobaczę, żeś się czego nauczył i że można ci zaufać, wyniesiesz się na Majdan, ten mały folwark pod lasem i będziesz nim zarządzał za wynagrodzeniem. Jest to folwarczek oddzielny, sam w sobie, nowo założony, właśnie dla młodego człowieka, bo praca duża tam potrzebna i energia. Kopanie rowów, oczyszczenie stawu i sadzawek, karczunki. Złote jabłko można z niego zrobić, i chcę żebyś je zrobił dla siebie. Jeśli potrafisz pracować, to z czasem puszczę ci ten folwarczek w dzierżawę i nie drogo. To zresztą kwestya przyszłości, zależnej od ciebie... Cóż zgadzasz się?..
— Zgadzam — odrzekł Janio...
— A zatem rzecz skończona, zaczynamy od jutra...
— Przepraszam ojca, jeszcze słowo.
— Cóż?
— Od jutra zacząć nie mogę. Muszę pojechać do Zawadek, i właśnie chciałem prosić ojca o konie. Pojutrze stawię się do służby, jak umówiliśmy się punktualnie o świcie.
Pan Sylwester brwi zmarszczył.
— Cóż za interes masz do Zawadek?
— Zlecenie od kolegi, który został w Warszawie.
— Od pana Ludwika?
— Tak.
— Hm... Powiadasz, został w Warszawie; po cóż on tam został? Bąki zbijać na bruku?..
— Został, bo musiał; przeszedł teraz na piąty kurs medycyny, praca duża i ta go zatrzymała.
Pan Sylwester wstał i przeszedł się kilkakrotnie po pokoju, trąc czoło. Wreszcie zatrzymał się przed synem i rzekł:
— Dobrze, jedź, konie masz do dyspozycyi, ale proszę w przyszłości wizyt tych nie ponawiać.
— Nigdy?
— To byłoby podobno najlepiej, ale jeżeli ze względu na koleżeństwo z panem Ludwikiem musisz utrzymywać te stosunki, to bywaj jak najrzadziej. Bardzo cię o to proszę...
— Czy wolno zapytać, dlaczego?
— To nie dla ciebie towarzystwo i nie chciałbym, żeby ten dom w ogóle wpływał w czemkolwiek na twoje usposobienie, przekonania, sposób myślenia... Słowem, im dalej od nich, tem lepiej...
— Co ojciec im zarzuca?.. Nieuczciwość, próżniactwo, złe życie?..
— Nie.
— Więc?..
— Musiałbym ci to długo tłomaczyć.
— Ale ogólnie przynajmniej. Skoro mam się wystrzegać, niechże wiem, co mi zagraża?..
Pan Sylwester popatrzył na syna. Zdawało mu się, że w jego słowach brzmi jakaś ironiczna nuta. Janio wytrzymał to badawcze spojrzenie i powtórzył pytanie.
— Ogólnie — rzekł ojciec — no, ogólnie... Karpowicz bankrut jest, zgubiony. Nie za rok, to za dwa, za trzy najdalej, wyrzucą go z Zawadek i pójdzie na bruk, powiększyć zastępy tych ludzi niezaradnych i do niczego niezdatnych, których mamy taką obfitość po miastach.
— A czy z własnej winy znajduje się w tem położeniu?..
— Zapewne, że nie z mojej, ani z twojej... Nie umiał się rządzić, nie umiał liczyć; w długi brnął, no... i konsekwencya taka, że zginie. Niestety! nie on jeden taki, większość jest w podobnem położeniu... Tu urwie, tam załata, i pociesza się nadzieją, że w przyszłości lepiej będzie. Tymczasem przyszłość jest zazwyczaj rezultatem przeszłości, jak w tym razie, łatwym do przewidzenia. Wada to nasza powszechna, że liczyć nie umiemy i ztąd zguba. Rachunek! tylko rachunek zbawić nas może; pracujmy, dorabiajmy się, bądźmy bogaci — oto najrozumniejszy, a bodaj czy nie jedyny program. Wrócimy jeszcze kiedy do tego przedmiotu, a teraz dobranoc ci, ja idę spać. Jutro bardzo wcześnie muszę być na nogach, a z czasem trzeba się liczyć równie skrupulatnie, jak z pieniędzmi... Dobranoc!
Janio skłonił się w milczeniu i wyszedł. Chciał jeszcze pomówić z matką, lecz ta również się przed chwilą na spoczynek udała, bo w tym domu szło wszystko jak w zegarku z pedantyczną ścisłością, z jednostajnością zabójczą...
Westchnął i zabierał się już do odejścia, gdy siostra zabiegła mu drogę.
W ręku trzymała lampę. Bujne czarne włosy rozpuściła na ramiona. Była to smukła, dość wysoka dzieweczka, o rysach twarzy drobnych i dość regularnych, oczach czarnych, pełnych życia.
Podobieństwo pomiędzy nią a Janiem było uderzające.
— Przecież skończyła się ta konferencya! — zawołała z radością — myślałam, że już nie zobaczę cię dzisiaj. Mama miała także chęć pomówić z tobą, ale... przyzwyczajenie, to podobno druga natura. O dziewiątej zaczęła oczy przecierać, o wpół do dziesiątej ziewnęła, a teraz zasypia snem sprawiedliwego... Czekałam na ciebie Janiu... Czy możesz mi chwilkę czasu poświęcić?
— Także pytanie!
— Chodź do mnie, złóż wizytę siostrze. Uważałam, żeś dziś prawie nic nie jadł i byłeś w sztywno uroczystym nastroju. Powetujesz to sobie u mnie. Chodź, pogwarzym, pogawędźmy trochę... Och! żebyś wiedział, jak tęskniłam do ciebie i żebyś wiedział, jak ja cię kocham... Tak, kocham cię, mój drogi braciszku, kocham... Chodź...
Janio poszedł za siostrą.
Miała ona dla siebie dwa pokoiki nieduże, z oknami na ogród, tuż obok mieszkania, które zajmowała matka.
— Siadaj — rzekła, stawiając lampę na stole. — Możemy mówić głośno i śmiać się, mama nie usłyszy... Widzisz, jak wystąpiłam! Podziwiaj! Masz tu kurczę i pół butelki wina. Musi być bardzo wspaniałe, bo ojciec częstował niem jakiegoś dygnitarza z Warszawy... Nie dajże się prosić.
Janio objął siostrę i ucałował jej zarumienioną twarzyczkę.
— Moja Irenko — rzekł — moja siostrzyczko, widzę, że zawsze mnie kochasz.
— Czy wątpiłeś o tem? niedobry!
— A czy tylko mnie jednego kochasz? — zapytał, siadając do stołu.
— Tylko ciebie — odrzekła z uśmiechem. — Jest to cnota z konieczności: u nas prawie nikt nie bywa, oprócz poważnych panów, mówiących o machinach, gorzelniach, oprócz kupców targujących się o zboże. Możesz być pewien, że ci szanowni mężowie nie odbiorą ci serca siostry...
— Więc tu się nic nie zmieniło?
— Nic, a nic. Wszystko jak przed laty, z tą tylko jak dla mnie różnicą, że noszę już długą suknię i że jako dorosła panna, nie mam guwernantki. Natomiast jestem główną pomocnicą mamy i krzątam się razem z nią po całych dniach w kuchni i na folwarku. Oto wszystko. Ojciec zawsze zajęty, mało kiedy odzywa się do mnie; mama, jeżeli mówi, to tylko o sprawach domowo-gospodarczych, jednem słowem żyjemy tu pod jednym dachem, ale każde oddzielnie. Nasz dom jest to niby coś w rodzaju fabryki: każdy ma swój warsztat i wyrabia kółeczka, jakie mu przeznaczono. Z zewnątrz nie przychodzi nic, coby mogło rozweselić, rozerwać... Ludzi prawie nie widzimy, jedyna moja rozrywka, to fortepian, kilka pism peryodycznych i trochę książek — a jedyna radość list od ciebie.
Janio zamyślił się.
— Nie wyobrażam sobie — rzekł po chwili — jaka będzie twoja przyszłość w takich warunkach.
— To już rzecz prawie ułożona — rzekła, kładąc rękę na ramieniu brata.
— Ułożona?
— Dowiedziałam się o tem wypadkowo i pomimowoli. Było to w jakieś święto, o szarej godzinie. Usiadłam w zielonym pokoju na fotelu i zadumałam się... Myślałam o tobie, bo akurat tego dnia rano list z poczty przywieźli. Z zadumy zbudził mnie szelest sukni i czyjeś kroki. Właśnie ojciec wszedł z mamą. Mówili o mnie. Mama dowodziła, że trzeba wyjechać na karnawał do Warszawy i wydać mnie za mąż, za jakiego przemysłowca, bo, jak wiesz, mama z tej właśnie sfery pochodzi i ma dla niej wielką sympatye.
— A ojciec?..
— Odpowiedział, że nie ma nic przeciwko temu, ale zarazem dodał, że będzie na to dość czasu za dwa lata. Ponieważ od chwili owej rozmowy upłynęło już pół roku, przeto, znając punktualność naszego domu, mogę być pewną, że za półtora roku zostanę panią fabrykantową...
— Ciekawym, jakie jest też twoje zdanie o tych zamiarach?..
— Nikt mnie o to nie pytał, i przypuszczam, że pytać nie będzie. Zresztą, wszak to jeszcze półtora roku.
— Przecież w takim wypadku twoja wola będzie decydującą.
— To wielka kwestya... Kto tu u nas ma wolę, prócz ojca?..
— Przesadzasz, Irenko; jestem prawie pewien...
— A ja nie — rzekła przerywając. — Wiem, że każą mi pojechać do Warszawy, i zrobią jak zechcą. Ostatecznie nie miałabym nic przeciwko temu, ale niech by mi się przynajmniej ów przez rodziców wybrany konkurent podobał, niechbym go pokochała... Wiesz Janiu! — dorzuciła śmiejąc się — to już dziś druga kontrabanda.
— Kontrabanda? Cóż to ma znaczyć?..
— Tobie powiedziałam, że cię kocham, i wyraziłam życzenie pokochania mego przyszłego męża — a w naszym słowniku domowym wyraz kochać nie istnieje... Ech! co tam! dajmy pokój tej kwestyi; mów mi o sobie, o swojem życiu w Warszawie, o kolegach. Toż to moi przyjaciele.
— Nie widziałaś ich nigdy w życiu.
— Cóż mnie ich powierzchowność obchodzi! Ach Janiu! jak ja ci zazdroszczę, że jesteś chłopcem! Tego ci tylko zazdroszczę. Miałeś towarzyszów, przyjaciół, życie może trochę ciężkie, ale pomimo tego ruchliwe i wesołe, jednem słowem, życie! My dziewczęta na wegetacyę skazane jesteśmy...
Długo rozmawiali. Janio opowiadał jej o Warszawie, o kolegach, o dalszych swoich zamiarach, o rozmowie z ojcem; Irenka zwierzała się ze swych smutków. Westchnieniami i śmiechem przeplatana była ta serdeczna pogawędka brata z siostrą...
Gasnąca lampa przypomniała im, że już bardzo późno.




II.

Nieosobliwa była fortuna p. Karpowicza.
Jeszcze dawniej, w lepszych warunkach, można było z niej jaki taki dochód wyciągnąć, ale gdy przyszła klęska jedna i druga, gdy trzeba było i las dobrze podniszczyć, i hypotekę obciążyć, i z żydkami w stosunki kredytowe się wdać, zaczęło się dla właściciela ciężkie życie i nieustanna walka.
Starał się jak mógł, zabiegał i pracował, mózg na to tylko wysilał, aby się na swoich śmieciach utrzymać, i utrzymywał się jakoś.
Tu urwał, tam załatał, jak to mówią, bicze z piasku kręcił, aż przy tem kręceniu grzbiet mu się wygiął, jakby od wielkiego ciężaru, włosy pobielały jak mleko, oczy utraciły blask.
Ludzie zasobni i w rachunkach porządni, taki p. Załuczyński naprzykład, mówili, że się Karpowicz rządzić nie umie, że brnie coraz głębiej i bez ratunku, a on, gdy takie zdanie słyszeć mu się zdarzyło, kiwał głową i mówił z gorzkim uśmiechem: — Bądźcie-no w mojej skórze... sprobujcie...
Żył oszczędnie, skąpił, żałował sobie na wszystko, nie zaznał żadnej przyjemności, a co ważniejsza, nie zaznał nigdy spokoju, żył niemal z dnia na dzień; ale nie skarżył się na losy i nie narzekał. Miał zawsze dobrotliwy uśmiech na twarzy, dla każdego słowo przychylne, gotów do uczynności, do ofiar nawet, o ile te w granicach szczupłych jego środków leżały.
Człowiek co się zowie dobry, domowi i rodzinie oddany, kochał wszystko co warto kochania, nawet ten swój folwarczek niewdzięczny, tę rolę ubogą, która pomimo wysiłków i pracy zawsze liche plony dawała.
Szarpał się z losem, borykał z owym wiatrem przeciwnym, który mu, biedakowi, zawsze w same oczy dmuchał, ogryzał się z wierzycielami, nie znając ani dnia, ani nocy, ani chwili wytchnienia.
Zawsze, jak miecz Damoklesa, wisiał nad nim jakiś pozew, jakiś wyrok sądowy, lub groźba egzekucyi za podatki; zdawało się, że już przeciągnięta struna pęknie, że katastrofa nieunikniona, że p. Karpowicz przepadł... ale tacy nie dają się do ostatka, nie opuszczają rąk i ducha nie tracą. Niedola hartuje.
Gdy zbliżało się tego rodzaju widmo, p. Marcin na bryczkę siadał, od miasteczka do miasteczka jeździł, to z tym, to z owym żydem konferował, od jednego pożyczył, drugiemu co bądź na zielono sprzedał, ma się rozumieć, warunki coraz cięższe przyjmując; ale w rezultacie rata towarzystwa przed licytacyą, podatki przed egzekucyą ostateczną zapłacone były; groźny wierzyciel, ułagodzony procentem, przyrzekał czekać dłużej, i bieda wlokła się znowu po dawnemu z dnia na dzień, do nowych licytacyj i terminów.
Kto w takich opałach i kłopotach przez długie lata wytrzymać może, ten zaprawdę ma siłę; kto rąk nie opuści i nie zda się na wolę losów, ma moc ducha niespożytą...
Właściwie ten człowiek, de jure dziedzic i właściciel folwarku, de fakte był tylko ekonomem i wiernym sługą swoich wierzycieli.
Za grube pieniądze nie dostaliby tak rzetelnego i pracowitego oficyalisty.
Majątku nie niszczył, przeciwnie podnieść go usiłował i dochody powiększać się starał, i te dochody wierzycielom swoim oddawał.
Dla siebie i rodziny bardzo miał niewiele; mieszkanie, życie i jaki taki przyodziewek, swego czasu fundusz na opłacenie nauczycielki dla córek i na pomoc, jaką dawał będącemu w szkołach synowi — zresztą nic, ani grosza, nic na czarną godzinę, na zabezpieczenie starości.
Ciężka dola gniotła go jak kamień, a jednak o ulżeniu sobie, o odpoczynku nie myślał, zdrowie rujnowało się w zapasach z przeciwnościami, w troskach nieustannych, a jednak do głowy mu nawet nie przyszło, żeby je ratować...
Słyszał nieraz o ludziach zdenerwowanych, skarżących się na bezsenność, na różne nieokreślonego charakteru cierpienia i litował się nad nimi. Sam tych cierpień może w większym jeszcze stopniu doznawał, ale nie badał ich, nie zastanawiał się nad niemi i w ogóle uważał je za objawy normalne. Gdy mu ręce się trzęsły, gdy oczy bez powodu zachodziły łzami, gdy go niepokój wewnętrzny szarpał, nie dziwił się... Był zirytowany, rozgniewał się na zbyt natarczywego wierzyciela, lub na parobka, który szkodę zrobił, no! i prosta rzecz, że go to trochę wzruszyło. Gdy nie mógł oczu w nocy zmrużyć i do samego świtu przewracał się na pościeli, wzdychając, uważał to także za bardzo naturalne zjawisko. Widział w perspektywie jakiś groźny termin i to mu sen odbierało; rzecz powszednia i niemająca żadnego związku ze zdrowiem, którego stan ogólny za bardzo zadawalający uważał. Że czasem ciężkich bólów głowy doznawał, że mu się w oczach dwoiło, że ni stąd ni zowąd jakiś nieznośny, męczący kaszel go porwał, tego przecież za chorobę nie mógł poczytywać. Według zdania p. Marcina, człowiek, dopóki może na nogach się trzymać, po folwarku i po polach dreptać i o interesach myśleć, jest zupełnie zdrów, chociażby dreptał z trudnością, a myślał z bólem głowy. Choroba zaczyna się dopiero od zupełnej utraty sił i przytomności.
Pani Karpowiczowa najzupełniej podzielała zdanie męża.
Dwadzieścia siedm lat przeżyła z nim wspólnie w tym deptaku, który się nazywał rozkoszą posiadania Zawadek; dwadzieścia siedm lat pod peryodycznie powtarzającą się grozą licytacyj i wywłaszczeń.
Przez ten czas i ona, z pięknej niegdyś kobiety, zrobiła się babinką przygarbioną i posiwiałą; nieraz ją niepokój ogarniał bez powodu i bezsenność trapiła, ale to nie przeszkadzało jej w dzień srebrnego wesela powiedzieć do męża:
— Modlę się i co dzień Boga proszę, kochany Marcinku, aby dozwolił nam jeszcze przez długie lata, jak dotychczas, w zdrowiu mocnem, w szczęściu i pomyślności, przeżyć jeszcze lat kilka i doczekać pociechy z najdroższych naszych dziateczek: Ludwisia, Florci, Jadzi i Anielci...
Pan Marcin rozrzewniony poszedł jeszcze dalej, i całując jej drobne, pomarszczone i spracowane ręce, życzył, ażeby oboje jeszcze przez drugie ćwierć wieku używali tego wielkiego szczęścia, które dotychczas było ich udziałem...
Nie wiem, czy z nadmiaru owych pomyślności, czy z innych powodów, popłakali się oboje przy tych życzeniach wzajemnych...
Zawadki, była to wioseczka nieduża z trzydziestu kilku chat złożona, znajdująca się przy szerokim, piaszczystym trakcie, który stanowił komunikacyę między dwoma miasteczkami.
Ruch na tej drodze, zwłaszcza w dni świąteczne, lub jarmarczne, był znaczny; ciągnęły po niej chłopskie wozy i biedki żydowskie. Kiedy niekiedy wlókł się dziad, obwieszony sakwami, pieśń o świętym Mikołaju zawodząc.
Wieś znajdowała się akurat na połowie drogi pomiędzy jedną mieściną a drugą, więc też przed karczmą w Zawadkach zatrzymywali się wszyscy prawie jarmarkowicze i wogóle podróżni, aby koniom dać wytchnąć, napoić je, lub też przepłókać własne gardła gorzałką, którą dzierżawca karczmy, rudy Wigdor, osobliwym sposobem chłopom do gustu przyprawiał, tak, że zjednał sobie z tego powodu sławę na całą okolicę. Istotnie, gdy chłop u Wigdora półkwaterek łyknął, to wiedział przynajmniej, że pieniędzy darmo nie wydał, bo go przez trzy dni potem głowa bolała.
Wigdor siedział w Zawadkach od lat kilkunastu, i szczęściło mu się tak dalece, że już na grubsze interesa się puszczał: kupował zboże, wełnę, okowitę, nawet lasy.
Mówiono o nim, że ma w swej kieszeni i dwór i wszystkie trzydzieści kilka chałup na wsi, że już nawet dalsze wioski pod swój wpływ zagarnia.
On się z tem wszakże nie chwalił; o ile był w domu i nie jeździł za interesami, fabrykował wódkę w karczmie i jak dawniej chłopom ją sprzedawał. Był on jak ów mądry i wielki podróżnik, co puszczając się na coraz szersze i głębsze wody, nie zapomina przecie o małym strumyku, z którego początkowo wypłynął.
Do dworu chodził prawie codzień, do chat chłopskich zaglądał bardzo często, a o tem, co jest w stodołach, śpichrzach, oborach i obórkach, wiedział zawsze lepiej i dokładniej, niż sami właściciele.
Trudno było wyobrazić sobie Zawadek bez Wigdora, tak się z niemi zżył i tak stał się niezbędnym dla mieszkańców. Zaczął od małego i stopniowo do coraz większych rezultatów dochodził.
W pierwszym roku pobytu kupował jaja, kury, czasem ćwiartkę zboża od chłopa, dalej z ćwierci przeszedł na korce, potem na dziesiątki, setki korcy i dalej — i gdyby Zawadki kiedy sprzedano, a Wigdor je nabył, toby nikogo nie zdziwiło.
Okolica, w której leżały Zawadki, była płaska i smutna. Jak okiem zasięgnąć, równina objęta dokoła lasami, niby ramą.
Grunt lekki, piaszczysty przeważnie, a dalej, w zaklęśnięciu, co się w stronę lasu ciągnęło, łąki błotne, zawsze mokre, na których wieczorami latem żaby rechotały, lub też jęczały chórem wielkim.
Gdzieniegdzie gruszka przysadzista i sztywna miedzy strzegła, gdzieniegdzie nad łąkami błotne olsze szumiały, a przy drogach rosły brzózki marne, karłowate, jakby chore.
Lipcowe słońce dopiekało, prażyło tak, że rzadkie żyto na zagonach w oczach prawie schło; na niebie ani jednej chmurki, wiatr się ukrył w lesie. Bydło na pastwiskach jeść nie chciało i pokładło się w cieniu pod krzakami.
Było blizko południa.
Pan Marcin Karpowicz w białym kitlu i wielkim kapeluszu słomianym, powracał z pola ku domowi i myślał o nadchodzącym czasie żniw i wydatkach, jakie go z tego powodu czekały. Pochylił głowę, wielkie białe wąsy spadały mu aż na piersi, szedł powoli, z trudnością, podpierając się grubym kijem sękatym.
Obok niego dreptał Wigdor, który niby przypadkiem go spotkał.
Żydowi było gorąco, rozpiął swój lekki kamlotowy chałat, podziurawiony i obdarty, zsunął wypłowiałą aksamitną czapkę na tył głowy i chłodził się czerwoną chustką w kraty, wyrzekając na upał.
Mówił, że wraca z sąsiedniej wioski, że jest zmęczony, że duchu w sobie już nie czuje, że serce w nim pika i że drugi raz za nic w świecie nie podejmie takiej uciążliwej podróży, chyba, jeżeli mu kto da rubla.
Ma człowiek się szarpać i rujnować zdrowie, niechże przynajmniej wie za co!
Pan Marcin słuchał jęków żyda i uśmiechał się.
Wigdor tymczasem, przeskakując z przedmiotu na przedmiot, mówił o ostatnim jarmarku, polityce z pantoflowej poczty, o chłopach, cenach zboża, cyganach, którzy się w okolicy pokazali i już kilka koni ukradli, o karczmie, o lesie, o przypuszczalnem podrożeniu okowity w przyszłości, o ciężkich czasach, aż w końcu zadał panu Marcinowi nieustanne, codzień powtarzające się pytanie:
— Co z nami będzie?
Pan Marcin zatrzymał się i spojrzał dokoła, jak gdyby odpowiedź na pytanie żyda widział ukrytą w rzadkiem życie, chudym owsie, lub w redlinach kartofli zieleniejących opodal.
Spojrzał, zamyślił się i chciał już odpowiedzieć, gdy dostrzegł tuman kurzu na drodze.
— Jedzie ktoś — szepnął.
Wigdor oczy ręką przysłonił.
— Jedzie, nie tutejszy... pan jakiś... dobre konie... aj, dobre konie naprawdę, koło nas takich nie mają...
— Kto to może być?
— Zaraz, niech no bliżej podjedzie — ja poznam! Cobym nie miał poznać? Chyba, jeżeli z bardzo dalekich stron... i to jeszczebym zmiarkował. Ja nawet już miarkuję! już wiem!
— No któż?
— Kto? a kto ma takie tęgie konie, jak nie pan Załuczyński w Piotrowicach?!
— Załuczyński! a cóżby on tu robił?
— Tego ja nie wiem, ale to wiem, że u niego jeden koń więcej wart, niż u drugich panów cała czwórka; jeden folwark więcej, niż gdzieindziej cały klucz.
Wigdor miał słuszność.
Ekwipaż zbliżał się; można było już bez trudności dostrzedz dwa tęgie, gniade, półperszerony silne, utrzymane doskonale. Kierował niemi stangret w szarej liberyi.
Janio dojrzał Karpowicza, zeskoczył z bryczki i pieszo pobiegł ku niemu.
Stary w objęcia go pochwycił...
— Kochany Janio! Pan Jan, najlepszy przyjaciel i kolega Ludwika! Zkąd spadasz, drogi gościu?
— Wprost z Piotrowic, panie dobrodzieju, przyjeżdżam umyślnie, ażeby spełnić zlecenie pańskiego syna...
— Cóż takiego! mówże, bój się Boga! może chory, może nieszczęście...
— Zdrów, mogę pana zapewnić, nieszczęście mu żadne nie zagraża. Oto nie może przyjechać na wakacye, więc prosił mnie, abym osobiście państwa od niego pozdrowił, zobaczył co się tu dzieje i doniósł mu natychmiast pocztą.
— A! Bóg ci zapłać, chodźże drogi gościu co prędzej pod dach, chodź kochany...
Wigdor uchylił czapki i widząc, że nie ma co robić, i że, wobec gościa, nie doczeka się odpowiedzi na swoje nieśmiertelnie powtarzające się pytanie, co będzie? — odszedł. Janio z panem Marcinem wsiedli na bryczkę i pojechali ku dworowi.
Przez drogę Karpowicz zarzucał gościa gradem pytań, dotyczących jedynaka. Musiał Janio odpowiadać z najdrobniejszemi szczegółami, co Ludwik robi, jak mu się w naukach powodzi, czy niedostatku nie cierpi.
— Niech to pana nie dziwi, kochany panie Janie, — tłómaczył się stary. — Mój syn, to moja radość, moja duma, szczęście i cała nadzieja. Na nim opieram przyszłość córek i stare lata żony. Gdy mnie zabraknie, on im będzie opieką i podporą. Liczę na niego, gdyż wiem, że dusza w nim zacna a serce złote... Zresztą, może w zaślepieniu ojcowskiem mylę się; może moje stare oczy widzą więcej niż jest...
Janio zaprotestował gorąco.
Stanęli przed domem. Była to siedziba skromna, domisko odwieczne, z popaczonemi ścianami i pleśnią poczerniałą na gontach. Znać, że nie jedno pokolenie pod tą strzechą wyrosło. Ozdobą domu był czyściutko utrzymywany dziedziniec, klomby dzikich róż, bzów i jaśminów, oraz ganeczek, po którego ścianach i filarkach, pięły się wątłe pędy powoju.
Wewnątrz pokoje nieduże, nizkie i umeblowane biednie, odwiecznego fasonu gratami, ale utrzymane schludnie. Zdobiły je doniczki roślin kwitnących i świeże bukiety z ogródka. Zapach rezedy, lewkonij i swojskich, pospolitych kwiatów, napełniał całe mieszkanie.
Na wieść o przybyciu Jania, cały dom się poruszył. Zaraz wyszła pani, niebawem ukazały się także dziewczęta hoże, rumiane, dorodne, jak te kwiaty, co w ich ogródku wyrosły.
Wszystkie nosiły mniej więcej cechy jednego typu, chociaż wpatrzywszy się bliżej, można było dostrzedz pewne, dość nawet wybitne różnice. Były dość wysokie, zgrabne i kształtne; zdobiły je wielkie warkocze płowe, jak czupryna ich brata. Najstarsza Florka miała oczy niebieskie, najmłodsza Aniela podobnie, średnia Jadwinia odznaczała się czarnemi, prześlicznemi oczami, które z białą jej twarzyczką i kolorem włosów stanowiły szczególny kontrast. Wszystkie trzy ubrane były bardzo skromnie w proste perkalikowe sukienki.
Powitano Jania, jakby dawnego znajomego i najserdeczniejszego przyjaciela. Przecież z opowiadań Ludwika znany był w tym domu od lat kilkunastu. Wiedziano o jego figlach dziecinnych, o ciężkiem życiu w Warszawie, o trudnościach dostania lekcyj; o pokoiku na Starem Mieście, nawet o pulchnej rzeźniczce, która za naukę syna płaciła towarem.
Posypał się grad zapytań szybkich, urywanych. Janio ledwie odpowiadać zdążył. Musiał powtórzyć wszystko, co Ludwik w ostatnich czasach mówił, co robił, co myślał. Nie mogły się wydziwić dziewczęta i dociec nie mogły, zkąd brat dostrzegł w ich listach odcień smutku, zkąd mógł mieć przeczucia niedobre? Nawet, gdyby istotnie co przykrego się stało, ukryłyby to przed nim, żeby mu nie przyczyniać zmartwienia. A jak żałowały, że nie mógł na wakacye przyjechać! Miały tyle projektów, tyle zamiarów różnych. Zaopatrzyły dla braciszka śpiżarnię, nasmarzyły konfitur, które tak lubi — a tymczasem nic z tego. Powetują to w przyszłości. Za rok Ludwiś będzie doktorem, osiądzie w miasteczku niedaleko położonem. Florcia przy nim zamieszka i będzie mu gospodarowała. Tak już postanowiono. Najmą mieszkanko niewielkie z ogródkiem. Mama z Jadwinią dostarczą wszystkiego, co będzie potrzeba z Zawadek, Ludwiś odżywi się, wzmocni, przyjdzie do siebie po ciężkich i mozolnych latach pobytu w Warszawie. Pan Jan nie zapomni o koledze, będzie go odwiedzał; nie zapomni też drogi z Piotrowic do Zawadek i zaglądać będzie od czasu do czasu. Naturalnie, p. Jan przyrzekł — i przyrzekł ze szczerą chęcią dotrzymania obietnicy, tak mu w tym biednym domku było dobrze i jakoś błogo. Nie czuł się skrępowanym, przeciwnie śmiał się, dowcipkował, weselił. Smutek, zawsze prawie na jego twarzy rozlany, zapodział się niewiadomo gdzie i zniknął. Zawsze zamyślony, przygnębiony chłopiec uczuł, że żyje, że krew tętni w jego skroniach, usta składają się do uśmiechu, serce skłania do zwierzeń.
W tym domku, prawie ubogim, przy niewykwintnem, ale serdecznem przyjęciu, czas ubiegał Janiowi niezmiernie szybko. Serce młodego chłopca lgnęło do tej całej rodziny, tak mu się sympatyczną, kochania godną wydała.
Po obiedzie wyszedł z pannami do ogrodu, oglądał kwiaty przez nie pielęgnowane, próbował malin, opowiadał o Ludwiku, śmiał się.
W rozmowie przeskakiwali z przedmiotu na przedmiot, mówili o wsi, gospodarstwie, literaturze, o sroczce oswojonej, która co rano siadała na oknie i stukając dziobkiem w szybę, domagała się pożywienia.
Janio zauważył, że wszystkie trzy siostry Ludwika mają bardzo ujmującą powierzchowność, ale Jadwiga jest wśród nich najpiękniejsza. Ma w oczach, w składzie ust, w uśmiechu wdzięk jakiś szczególny, który słowami określić się nie da. Z całej jej postaci tryska życie i młodość i wesele.
Dziwna dziewczyna; zdaje się, że chyba nie wie, jakie wrażenie robi i jaki urok dokoła roztacza, taka jest naturalna i swobodna. Cienia przesady w niej nie ma, żadnej. Jest to kwiat: bierze barwy od słońca i jaśnieje niemi, nie wiedząc, że nie jednego zachwyca swym wdziękiem.
Janio spogląda na nią nieznacznie i zamyśla się, sam nie wie czemu, ale to trwa krótko, momencik... Z zamyślenia budzi go srebrny śmiech najmłodszej z sióstr, która, prawie dziecko jeszcze, ma też humor rozbawionego dziecka... Śmiech taki bywa zaraźliwy, wtórują mu wszyscy, śmieje się więc Florcia, i Janio, i Jadwinia... Spojrzenia tych dwojga spotykają się, Jadwinia spuszcza powieki i prześliczna rzęsa rzuca cień na jej zarumienioną twarzyczkę...
Młody przyrodnik patrzy i uznaje tę starą prawdę, że najpiękniejszym tworem natury jest dziewczę, a najwspanialszym tej natury darem młodość, i zapytuje w myśli sam siebie: Dlaczego ludziom do starości tak pilno, dlaczego od najwcześniejszych lat usiłują być zimni, wyrachowani, zajęci wyłącznie robieniem marnych groszy?
Wieczór już nadchodzi, czas wracać.
Pan Marcin słyszeć o tem nie chce, nie puszcza. Kto widział, kto słyszał, żeby do szlacheckiego domu, jak po ogień wpadać.
— Dopieroś przyjechał, już odjeżdżasz, czem obraziliśmy?
Janio tłómaczy się, usprawiedliwia napróżno, wreszcie po długich certacyach staje na tem, że koło północy wyjedzie.
W każdym razie zdąży na rano do domu, a noc będzie widna, gwiaździsta... Powietrze trochę się ochłodzi i pozwoli odetchnąć swobodniej po nużącym, upalnym dniu.
Panna Jadwiga jest tego samego zdania.
Dowody i argumenty piętrzą się jak owe bryły lodu, co podczas puszczania rzeki, natrafiwszy na opór, w ogromne góry rosną. Słaba opozycya ginie przed niemi. Janio przyznaje argumentom słuszność — zostaje i widzi, że ten akt poświęcenia przyszedł mu z dziwną łatwością.
Pan Marcin wydobył na przyjęcie gościa buteleczkę miodu, Janio ledwo w nim usta umoczył, ale czuje się upojonym. Jest szczęśliwy, nigdy w życiu nie było mu jeszcze tak dobrze.
Utrapiona północ przyszła prędzej, niż się jej spodziewał. Przyniosła z sobą gwiazdy i chłód; pierwsze rozsypała gęsto po niebie, drugi rzuciła na skrzydła letnich zefirów i zaprasza podróżnego do drogi...
Konie już czekają przed dworkiem.
Gospodarz żegna gościa serdecznie, dziękuje za już, prosi o jeszcze, zaklina, żeby nie zapominać o starym. Pani prośbę tę powtarza, dziewczęta wtórują nieśmiało...
Pożegnał je ściśnięciem dłoni, wsiadł na bryczkę, a zniecierpliwione długiem oczekiwaniem konie ruszyły w podskokach.
Nad posępną okolicą Zawadek — noc przecudna.
Niebo w gwiazdach, księżyc czerwonawy wychyla wielką tarczę z poza lasu, po nad bagnami mgły białe się wloką, z łąk dolatuje krzyk błotnego ptactwa...
Wietrzyk niesie chłód upragniony, orzeźwiający, a że z nad łąk biegnie, że po drodze i brzeg lasu nawiedził, więc nabrał masę woni skoszonego siana, żywicznych zapachów i rzuca niemi Janiowi w twarz, chłodzi mu rozmarzoną głowę, igra z włosami.
Zdaje się, że i koło dworku być musiał, bo ma w sobie coś, jakby śmiech wesołych dziewcząt, jakby melodyę młodych, dźwięcznych głosów.
Noc śpiewa, ziemia śpiewa, śpiewa falujące zboże na zagonach, karłowate krzaczki przydrożne, śpiewa las w oddaleniu, woda w strudze, śpiewa każde drzewo, każda gałązka, listek każdy...
Tak się Janiowi zdaje przynajmniej, a może i nie zdaje, może naprawdę tak jest, bo gdy się serce przebudzi, gdy się dusza rozśpiewa, to już wtedy nic prócz melodyi nie słychać, nie słychać, dopóki jaki bolesny zgrzyt życia z zapatrzenia w piękno nie wyrwie.
Noc się uśmiecha, mruga gwiazdkami znacząco, jakby domyślała się czegoś.
Księżyc wzbija się coraz wyżej, coraz bledszy, mniejszy, chowa się, to znów wypływa z po za chmurek przelotnych, co jak gołębi stado gonią się na wysokościach, a po zbożu, po trawie, w rowach przy drodze perlą się grube ciężkie jak łzy, krople rosy ożywczej, biorą od księżyca po promyczku maleńkim, łamią go w sobie na cząsteczki, odziewają się w blaski migotliwe, mieniące.
Droga idzie przez las szeroki i czarny. Sosny szumią, czasem gałąź nadłamana skrzypnie, zresztą cisza, cisza i wonie żywiczne.
Pomiędzy konary drzew wślizgują się blade światła księżyca i kładą się na drodze, na mchach, paprociach, na trawach; kładą się i leżą, coraz bledsze, coraz słabsze, jakby za chwilę zniknąć miały zupełnie. I tak też jest, bo i sam księżyc blednie. Już w lesie zaczynają się odzywać drobne ptaszęta, z razu nieśmiało, potem głośniej; od wschodniej strony nieba robi się jasność, z początku nieokreślonej barwy, potem złocisto-blada, rumieni się jak panna Jadwiga, w chwili, gdy przy pożegnaniu rączkę Janiowi podała.
Zerwały się wrony z gałęzi, i z wrzaskiem, krakaniem, jakby kłócąc się między sobą, pociągnęły ciężkim lotem na pola, sroki zaczęły jarmark w zagajnikach, kukułki przekomarzały się nawzajem, żółte wilgi, kosy, drozdy, sójki, kraski napełniały okrzykami powietrze. Gołąb grzywacz zaczął gruchać na dębie, wtórowały mu turkawki, a w polu nad zbożami dzwoniły skowronki, pośmieciuchy i wróble uwijały się po drodze, pliszki wdzięczyły się nad wodami, jaskółki zataczały niemożliwe wolty w powietrzu, a poważny bocian brodził po bagniskach.
Właśnie słońce oblało całą ziemię morzem blasków, gdy Janio do Piotrowic powrócił.
Pan Sylwester stał na dziedzińcu, poważny jak zawsze, zimny, surowy... Na przywitanie syna ledwie głową kiwnął; a kiedy Janio zeskoczył z bryczki i w ramię ojca pocałował, ten, jakby tego nie widząc, rzekł do stangreta:
— Wyprzęż konie, daj im obrok i idź spać. Staniesz do roboty dopiero od południa.
Fornal odjechał, pan Sylwester zwrócił się do syna:
— Zrobiłeś mi szkodę — rzekł — proszę niech to będzie raz ostatni.
— Ja?
— Tak... Jeżeli kierujesz się na rolnika... wiedzieć powinieneś, że praca człowieka i pary koni przez pół dnia warta jest co najmniej rubla... Pamiętaj o tem, a teraz idź spać.
— Przecież dziś miałem rozpocząć praktykę...
— Potrzebuję ludzi wyspanych i przytomnych.
— Mogę ojca zapewnić, że bezsenność nie przeszkodzi mi wykonać tego, co mi będzie polecone... Umiałem ja kilka nocy z rzędu nie sypiać podczas egzaminów...
— Jak chcesz...
— Cóż więc mam robić?
— Dziś zaczynamy żniwa. Na polu pod lasem żąć będą trzy żniwiarki, na polu za gorzelnią pięćdziesiąt sześć sierpów. Każ sobie dać konia. Dojedziesz tu i tam, dojrzysz, nie pozwolisz próżnować. Ja przyjadę na pole.
— Dobrze, ojcze.
— Proszę pamiętać, żeby nie drzemać, i niech ci nie przyjdzie ochota przespać się w bróździe, bo nic tak demoralizująco na ludzi nie działa, jak zły przykład...
To rzekłszy pan Załuczyński odwrócił się i poszedł na folwark.
Janio pobiegł do stajni, kazał osiodłać konia i po chwili pędził cwałem do owych trzech żniwiarek pod lasem.




III.

Pan Sylwester, patrząc na pracę Jania, uczuwał wielkie zadowolenie wewnętrzne. Uśmiechał się nawet, co mu się w ogóle bardzo rzadko zdarzało, i kilka razy bez specyalnego powodu złożył nad głową syna pocałunek w powietrzu.
Był to najwyższy akt uznania i rozrzewnienia, na jaki właściciel Piotrowic mógł się zdobyć.
Pan Załuczyński widział z pociechą, że syn jest na dobrej drodze, że wciąga się do jarzma jak wół, że zostanie z czasem doskonałym fabrykantem zboża i okowity, oraz że potrafi składać grosz do grosza i powiększać bogactwo, to bogactwo, które według zdania p. Sylwestra jest siłą, bronią, zadatkiem życia, fundamentem przyszłości.
Kto bogaty, ten niezależny, kto niezależny, ten pewny siebie, śmiały, nie potrzebuje ani przeskakiwać, ani podłazić — idzie wprost do celu.
Społeczeństwo to wielka fabryka, członkowie jego robotnicy, pomoc własna ich hasło. Każdy robi co do niego należy; każdy zarabia dla siebie i oszczędza. Po tej drodze wszyscy idą; kto słabszy, upada i ginie... Mniejsza o niego! Gdzie idzie o masy, nie liczy się straty jednostek, ani jej opłakuje. Gdzie drzewo rąbią, tam muszą lecieć wióry. Z masy mrówek wychodzących na robotę, znaczny procent do mrowiska nie wraca; z tysięcy pszczół, które po pyłek kwiatowy biegną, setki giną; a przecież tak mrowiska, jak ule, istnieją i są świetnym wzorem dobrze uorganizowanych społeczeństw. Kto nie ma dość siły, upaść musi, — jego miejsce zajmie inny, mocniejszy, a całokształt ogółu na tem skorzysta.
Czas stanąć na twardym gruncie, stąpać po ziemi, trzeźwym być, wyrzec się baniek mydlanych, niebieskich migdałów, zamków na lodzie i tego wszystkiego w ogóle, co się nazywa poezyą. Zbankrutowaliśmy na niej, więc dorabiajmy się na prozie. Serce pusty dźwięk; głowa i ręce grunt. Człowiek powinien wystarczać sam sobie, nie żądać nic od drugich i nawzajem nic drugim nie dawać. Powinien pracować wytrwale, a odpoczywać tylko dla tego, żeby nabrać sił do dalszej pracy.
Pan Sylwester dumny jest ze swego syna; — sądzi, że ugruntował w nim te przekonania, że szkoła niedostatku swoje zrobiła.
Ma powody tak mniemać, widząc, że Janio wstaje przed słońcem, kładzie się spać późno, wykonywa zlecenia ojcowskie nietylko z dokładnością, ale z precyzyą.
Cały dzień w pracy, jest na wszystkich polach gdzie robota; po kilka razy dziennie zagląda do zabudowań, ledwie z konia zsiadł, ledwie się posilił, już jest na bryczce, jedzie na inne folwarki.
Nie dość na tem: wstaje w nocy, bierze z sobą kilku fornali i jedzie na łąki obaczyć czy szkód w nich nie robią, lub wpada niespodziewanie do lasu, by skontrolować gajowych, czy obchodzą swoje rewiry.
W tej pracy Jania usilnej, forsownej, nieustannej, znać pewny pośpiech szczególny, ale pan p. Sylwester składa to na karb młodości, na przejęcie się zasadami ojcowskiemi, na temperament.
— Dziś, — myśli sobie p. Sylwester, — jest młody, jest jak wulkan gorący, musi wyrzucić z siebie nadmiar energii i sił. Z czasem utemperuje się, przyjdzie do równowagi i będzie szedł już równo, krokiem miarowym, systematycznie, jak ja idę. Będę miał godnego następcę.
Nie powstrzymywał zapału Jania; przeciwnie, starał się go podniecić. Matka obawiała się o zdrowie jedynaka, p. Sylwester ją uspokajał:
— Nie będzie mu nic — mówił, — wciągnie się do pracy, przyzwyczai, tem lepiej. O to właśnie mi idzie. Starałem się wychować go na pracownika dobrego, i rezultat przechodzi moje oczekiwania. Czytam w myślach tego chłopca i widzę, że moje zasady są w nich głęboko wyryte.
Pan Sylwester czytał niedokładnie i nie znał swego syna tak dobrze, jak mniemał.
Janio do pracy był wdrożony, w charakterze swoim miał sumienność i poczucie obowiązku, rolnictwo lubił i wiedział, że temu zawodowi ma się poświęcić, ale do pracy gorączkowej, forsownej skłaniały go inne pobudki. Miał swoje zamiary, pragnął urządzić sobie życie według własnych upodobań i przekonań, a do tego przedewszystkiem potrzebna mu była niezależność i swoboda. Serce jego wyrywało się do innych niż ziemskie ideałów, do czynów szlachetnych, do ludzi. On nie mógł się zamknąć w tem kółeczku ciasnem, w jakiem się kręcił p. Sylwester, do wewnętrznego zadowolenia nie wystarczało mu ślicznie wyprodukowane zboże, ani świetna wydajność okowity. Nie lekceważył materyalnej strony życia, ale na żaden sposób uznać nie chciał, żeby po za nią już nic do zrobienia nie było. W długich dysputach prowadzonych o głodzie na poddaszu, Janio inny program życia sobie ułożył. Wizyta w Zawadkach wywarła także swój wpływ. We wrażliwej duszy chłopca, jak promień światła w wodzie, odbił się obraz uroczej Jadwini, czarne jej oczy ścigały go wszędzie, tęsknił do nich. I z tą tęsknotą swoją nie zwierzył się nikomu, nawet siostrze.
Wzdychał do niezależności, pragnął mieć jaknajprędzej rozwiązane ręce, zacząć żyć samodzielnie. Rozumiał, że do tej samodzielności prowadzi jedna tylko droga: ślepe wykonywanie poleceń ojca, możliwie najszybsze odbycie praktyki. Wiedział doskonale, że za rok, czy za półtora ojciec odda mu w dzierżawę Majdan, a wtedy będzie już upragniona niezależność. O majątek wielki nie dbał, ufał w swe siły, wiedział, że gdy dostanie w ręce szmat urodzajnej ziemi, to wypracuje na nim chleb dla siebie, a choćby i dla drugich, i dla tego aby tę ziemię osiągnąć, przechodził twardy nowicyat z pogodą na czole i uśmiechem na ustach. Nadzieja dodawała mu sił.
Marzenia Jania spełniły się prędzej niż przypuszczał. Nie po roku, ale po trzech miesiącach zawołał go ojciec do swego kantoru na konferencyę...
Było to już wieczorem, po ukończeniu wypłat, po zapisaniu wydatków do ksiąg, po ogólnem zamknięciu dnia fabrycznego. Lampa zielonem szkłem przysłoniona, rzucała światło niepewne, i poważnym rysom twarzy p. Sylwestra nadawała wyraz jeszcze bardziej surowy niż zazwyczaj.
Janio zbliżył się do biurka w milczeniu. P. Sylwester odchrząknął, pogładził brodę i rzekł:
— Proszę cię, usiądź...
Janio zajął najbliższe krzesełko.
— Mam z tobą do pomówienia mój synu.
— Słucham ojca... dyspozycye na jutro już wydane...
— Nie o to chodzi. Uważaj. Aczkolwiek mógłbym mieć coś do zarzucenia, wymówić ci pewne usterki, jednak, ogólnie biorąc, przyznaję, że jestem z twojej pracy dość zadowolony. Przekonałem się, że jesteś nie leniuch i nie głupi, masz zatem dwie pierwsze kwalifikacye na porządnego człowieka. Praktyka przy mnie uzdolniła cię o tyle, że, jak sądzę, przy pewnej pomocy z mojej strony, możesz już samodzielnie pracować...
Janio zadrżał z radości, ale najmniejszym nawet ruchem, ani wyrazem twarzy, nie zdradził wewnętrznego ukontentowania. Słuchał spokojnie.
— Oddam ci w dzierżawę Majdan. Chcesz?
— Wezmę z wdzięcznością...
— Wdzięczność do kontraktu nie jest konieczna. Potrzeba tylko porozumienia się stron. Majdan jest, jak wiesz, folwark nowy, założony na świeżo nabytych przezemnie gruntach, po wyciętym lesie. Dziś niewiele on wart, za lat kilka będzie złotem jabłkiem, jeżeli notabene dołożysz pracy. Ja mam za dużo innych rzeczy na głowie... dla ciebie, jako dla młodego człowieka, idealny warsztat. Dużo do roboty. Karczunki, szlamowania, wytwarzanie nowych pól. Pomyśl co może być na takich nowinach... Cóż?
— Jeżeli ojciec łaskaw...
— Mówmy porządnie. Ojciec jest łaskaw i daje ci kilka tysięcy rubli na inwentarz i zagospodarowanie się, zapewne i matka również będzie łaskawa, — a p. Sylwester Załuczyński pojedzie z tobą jutro do regenta i podpisze kontrakt dzierżawy Majdanu, według projektu, który przed udaniem się na spoczynek zechcesz rozpatrzyć i w czem ci się nie spodoba, zakwestyonować. Proszę cię, abyś chciał i w przyszłości to rozróżniać. Tu jestem twoim ojcem, ty moim synem; w Majdanie stosunek ten się zmienia: ja jestem właścicielem, ty dzierżawcą i możesz być przygotowany na to, że za wszelkie uchybienia od warunków kontraktu, odpowiadać będziesz tak, jak każdy dzierżawca przed dziedzicem. Znasz mnie i wiesz, że w takich razach jestem bezwzględny.
— To lepiej — rzekł Janio — nie ma nic lepszego, nad jasno i stanowczo określone warunki.
Pan Sylwester spojrzał na syna z zadowoleniem.
— Słusznie mówisz, — rzekł — to zasada. Proszę cię, weź ten projekt, przeczytaj i porób swoje uwagi, nie krępując się niczem. Pamiętaj, że chodzi o twój interes.
Janio wziął papier, ucałował ramię ojcowskie, nawzajem otrzymał pocałunek powietrzny nad głową i pobiegł wprost do siostry.
— Wesołą masz minę Janeczku, — zawołała na progu.
— Nie mylisz się. Przychodzę z dobrą wieścią...
— Powiedzże mi, mój drogi, niechże dowiem się prędzej.
— Otóż, moja Irenko — rzekł, — jutro mamy jechać z ojcem do regenta i podpisać kontrakt o dzierżawę Majdanu.
— Któż bierze tę dzierżawę?
— Kto? Co za pytanie? Ja biorę.
— I to cię tak cieszy? To, że będziesz mieszkał pod lasem, razem z wilkami, o dwie mile od domu, na wygnaniu. To cię napełnia radością?
Janio roześmiał się.
— Ależ mój drogi — mówiła Irenka, — tam z głodu umrzesz! Kto ci jeść ugotuje? Kto gospodarstwem domowem się zajmie? nareszcie, gdzie będziesz mieszkał? Przecież ja znam tę pustkę, byłam tam na wiosnę, i o ile sobie przypominam, domu w niej nie ma.
— Jest i dom, są i zabudowania, ojciec kazał postawić oborę, stajnię i stodołę, a domek jest dawny, po gajowych.
— Buda chyba! bo dom musiałabym zauważyć.
— Mówię ci, że wcale porządny dwór, zwłaszcza dla takiego magnata jak ja. We drzwiach trzeba się dobrze schylać, żeby głowy nie rozbić. Jest sionka, z sionki na prawo izba i alkierz. Otóż na jednej stronie będę miał i sypialnię, a na drugiej osiądzie jaka babina. Właśnie chciałem cię prosić, żebyś mi dała jaką uczciwą kobietę, któraby potrafiła ugotować kawałek mięsa i zająć się różnemi drobiazgami domowemi.
— Naturalnie, że dam ci jedną z naszych służących, bardzo dobrą kobietę; ale mój Janeczku w głowie mi się nie mieści, jak ty będziesz mógł mieszkać w tem pustkowiu?
— Nie będzie to pustkowie Irenko, bo już stawiają baraki dla parobków. Zczasem będzie tam ludno, gdy się roboty rozpoczną. A zresztą, czyż się nie domyślasz, jaki Majdan powab ma dla mnie?
— Ani troszeczkę.
— A swoboda, a niezależność, a praca samodzielna, wolność rozporządzania swoim czasem! Czy to nic nie znaczy Irenko?
— Ach! prawda — zawołała, rzucając się bratu na szyję, — prawda! Teraz już rozumiem cię, mój kochany — i cieszę się razem z tobą. Dołożę starań, żeby ci było dobrze i wygodnie w Majdanie. Bądź o to spokojny. Pojedziemy tam z mamą i ze służbą. Każę wymyć, wybielić, poustawiam meble, pozawieszam dywany. Zaopatrzę śpiżarnię, żebyś miał co jeść, choćby na pół roku. Michałowej zalecę, żeby o tobie pamiętała, a kiedy już na nowej siedzibie ustalisz się i zagospodarujesz, to, sądzę, że pozwolisz siostrze przyjechać na chwilkę, aby cię odwiedzić, pogawędzić z tobą. Biedna ta twoja siostra, prócz ciebie nie ma nikogo na świecie. Gdy wyjdziesz, będzie jej bardzo a bardzo smutno...
Pan Załuczyński był niezmiernie zadowolony, gdy Janio, przyszedłszy nazajutrz raniutko do kancelaryi, zaoponował przeciwko niektórym uciążliwym warunkom kontraktu i targował się o wysokość czynszu.
— Nieodrodny mój synek! — pomyślał p. Sylwester, nie podejrzewając wcale, że w tych targach ze strony Jania było trochę dyplomacyi...
Po śniadaniu, z gotowym projektem kontraktu, ojciec z synem pojechali do regenta, a w kilka dni później Janio osiadł jako dzierżawca w Majdanie.
Pan Sylwester nie szczędził mu rad i uwag, jak ma postępować, które roboty najpierw rozpocząć i w ogóle jak się brać do rzeczy.
— Pamiętaj panie synu — mówił — że Majdan to generalna próba twych zdolności, energii i pracy. Popisz się i to miej na uwadze, że z Majdanu prowadzi droga do Piotrowic. Kto wie, jestem już niemłody, gdy siły utracę, zechcę spoczynku... jeżeli, nota bene, znajdę odpowiedniego zastępcę. Pamiętaj o tem.
Do kilku tysięcy, jakie Janiowi dał p. Sylwester, matka dodała drugie tyle; zakupiono inwentarz, przyjęto służbę, wszystko w mig poszło. Irenka zamieniła chatkę po gajowych na wcale znośne, a nawet miłe mieszkanko, a nowomianowana gospodyni Michałowa, objęła rządy kuchni. Miał chłopiec roboty co niemiara, a wziął się do niej gorliwie, z zapałem, po swojemu. Ojciec rzadko kiedy go odwiedzał, ale miewał najdokładniejsze relacye, co się na Majdanie dzieje.
Jesień w owym roku była bardzo długa i łagodna, prawie do Bożego Narodzenia można było orać. Janio korzystał z pogody i całą forsą brał się do karczowania. Zgodził kilkudziesięciu ludzi do tej roboty i nie szczędząc nakładu, wydobył spory kawał nowiny, po której mógł się doskonałych rezultatów spodziewać. Nie wyjeżdżał nigdzie, nie ruszał się z Majdanu, chyba w święto do Piotrowic na obiad, na krótką pogawędkę z Irenką. Wyzyskiwał czas sprzyjający, i dopiero gdy mrozy nastały, mógł cokolwiek odpocząć i poświęcić trochę czasu książkom i sobie. Postanowił też wpaść do Zawadek, choć na krótko. Ponieważ potrzebował konia, udał się do miasteczka, gdzie się właśnie sławne jarmarki odbywały, i tam najniespodziewaniej spotkał starego Karpowicza.
Ujrzał go w otoczeniu kilku żydów, którzy coś z nim mówili, klnąc się i podrzucając ramionami gestykulując zawzięcie. Wśród nich stał rudy Wigdor z Zawadek i przysłuchiwał się rozmowie bardzo obojętnie, jak gdyby żadnego udziału w niej nie brał. Gdy Karpowicz zwracał się wprost do niego, ruszał ramionami i kręcił głową przecząco.
Janio zbliżył się do tej grupy i pozdrowił starego.
Uścisnęli się serdecznie, ale starowina dziwnie smutny był i zgnębiony.
Pytany o przyczynę odpowiadał półsłówkami, wymijająco i niechętnie.
— Nic mi... kwękam trochę... zwykła rzecz, starość, panie Janie, starość... kopa lat z czubem, nie żarty...
Na dalsze zapytania również odpowiadać nie chciał.
— Interesa... mój drogi, kłopoty... Któż bez nich?
Janio widział, że ojcu Ludwika coś bardzo ciężkiego dolega, ale badać nie śmiał, tem więcej, że starowina, jakby dla uniknięcia dalszych pytań, rozmowę na inny przedmiot zwrócił.
— Zawiodłem się na tobie, kochany panie Janie; myślałem, że lepszą masz pamięć, że dotrzymasz przyrzeczenia, odwiedzisz nas... ale jak widzę u was młodych co z oczu, to i z myśli...
— Niechże pan dobrodziej tak nie sądzi i ma mnie za wytłomaczonego, — rzekł Janio i szczegółowo opowiedział, czem był przez cały czas zatrudniony. — Teraz dopiero — dodał w końcu, — wolniejszy trochę będę i skorzystam z tak miłego zaproszenia.
— Trzymam cię za słowo, kochany panie Janie i, proszę, nie zapominaj drogi do Zawadek... przynajmniej póki my tam jesteśmy.
— Czyżby państwo mieli jakie zamiary? — spytał Janio zdziwiony.
— Bywa rozmaicie, mój kochany — odrzekł wymijająco Karpowicz, i chcąc na inny przedmiot zwrócić rozmowę, zapytał: — Powiedzże mi panie Janie, co cię przypędziło na jarmark? Zapewne jakaś ważna przyczyna, skoro ruszyłeś się z domu?
— Konia chciałbym kupić, a co prawda, mam w tem trudność. Oglądałem kilka, i nie mogę się zdecydować na wybór, nie jestem wielki znawca...
— Dopomogę ci w tem bardzo chętnie. Wybierzemy razem; jako stary, mam niejakie doświadczenie.
— Bardzo będę wdzięczny...
— Za pół godziny jestem na twoje usługi, wpierw muszę załatwić interesantów, którzy na mnie czekają.
Ze spuszczoną głową, wzdychając, poszedł Karpowicz do swoich interesantów, wiedząc naprzód, że ciężka czeka go z nimi przeprawa... W posiwiałej, brzemieniem wieku i trosk nieustannych przygniecionej głowie tworzył różne kombinacye, które miały się rozbić o opór rudego Wigdora. Szanowny ten finansista razem z towarzyszami oczekiwał w mieszkaniu jednego z licznych swych krewnych i odbywał ze wspólnikami naradę. Zdania były podzielone. Jedni mówili, że Karpowicz jest całkiem dobry puryc, i że należy go jeszcze przez czas jakiś trzymać, bo gospodaruje porządnie, jest pracowity, nie traci i kilka rodzin żydowskich ma z niego wcale przyzwoite życie; drudzy dowodzili, że takiemi względami nie trzeba się powodować. Nie będzie Karpowicz, będzie inny w Zawadkach, a nie idzie o osobę, lecz o materyał. Rozprawiano o biednym człowieku jak o wole, czy ma jeszcze przez kilka lat chodzić w jarzmie, czy lepiej bez długiego zachodu kazać go zarżnąć. Przeważyło zdanie Wigdora, który orzekł, że już czas skończyć, nie dlatego, żeby miał do Karpowicza jakąś specyalną nienawiść lub antypatyę, wcale nie, ale tak wypadło z interesu.
Trzeba koniecznie, żeby rata Towarzystwa z Zawadek nie została zapłacona, żeby ten mająteczek wystawiono na sprzedaż i żeby Wigdor go kupił. Operacya nietrudna; ażeby ją wykonać, dość przeciąć nitki kredytu. Postanowienie takie zapadło, Wigdor Zawadki kupi. Wolno Karpowiczowi, starać się o pieniądze na zapłacenie raty, gdzie mu się podoba.
Niech się stara; wszak nie brak miasteczek i nie brak żydów, ale że ci żydkowie kredytu odmówią, to pewnik. Wigdor potrzebuje mieć Zawadki, a potrzebuje nie dlatego, żeby się chciał przenieść z karczmy do dworu i nie dlatego, żeby miał chęć bawić się w gospodarstwo — co mu po tem? Zawadki potrzebne mu na inny użytek. Wigdor ma upatrzonych ludzi, którzy rozkupią grunta na kawałki i dobrze zapłacą. Karczma zostanie przy Wigdorze, a na ziemi będzie można zyskać grosz, a może nawet i dwa na groszu. Wiadoma rzecz, że taka sprzedaż detaliczna, jest bardzo korzystna, a że Wigdor szuka korzyści, o to ani Karpowicz, ani nikt na świecie nie może mieć pretensyi. Kura na to grzebie, żeby znalazła ziarnko, na to ona jest kura; Wigdor szuka przedmiotu do kupienia i do sprzedania — bo na to jest Wigdor.
W obec tak postawionej kwestyi, los Karpowicza został zdecydowany.
Gdy wszedł do izby, finansiści przyjęli go dość obojętnie, propozycyi słuchali w milczeniu, a odpowiadali na nie wzruszaniem ramion, lub utyskiwaniem na brak gotówki i niewypłacalność dłużników. Wszelkie perswazye, zapewnienia nie przydały się na nic i nie doprowadziły do żadnego rezultatu. Biedny człowiek ujrzał, że jest zgubiony, że znajduje się bez wyjścia. Gdzie pójdzie? co zrobi, gdy go z rodzinnego kąta wyrzucą? Gdyby jeszcze rok, jeszcze dwa lata, mógł się w Zawadkach utrzymać, przynajmniej dotąd, dopóki Ludwik nie rozpocznie praktyki! Może we dwóch, ojciec i syn, wspólnemi siłami, poradziliby coś na tę niedolę, a w najgorszym razie, gdyby fatalnej sprzedaży uniknąć się nie dało, ojciec poszedłby w służbę, a syn wziął matkę i siostrę do siebie, ale teraz!.. teraz!...
Gdy z dusznej izby żydowskiej wyszedł na ulicę, starowina uczuł dławienie w gardle i ból w skroniach, przytem zatoczył się parę razy jak pijany. Nieszczęście działa jak trucizna...
Byłby upadł, gdyby go nie podtrzymał Janio, który dojrzał go wychodzącego i na spotkanie pośpieszył.
— Co panu jest? — zapytał przerażony.
— Nie... nic... przejdzie...
— Chodźmy gdzie pod dach, doktora sprowadzę.
— Nie trzeba, panie Janie, Bóg ci zapłać za troskliwość. To widzisz jest osłabienie chwilowe; wody bym się napił.
Był blady jak ściana, ręce mu się trzęsły. Janio ujął go silnie pod ramię i zaprowadził do apteki. Tam dano mu wody i jakichś kropli, za których cudowną niemal skuteczność aptekarz ręczył. Karpowicz wypił wodę chciwie, jak gdyby ugasić nią chciał ogień, który palił go wewnątrz. Na widok zachwalanych kropli uśmiechnął się gorzko... jakaż bo apteka ma lekarstwo na jego cierpienie?...
Odpocząwszy chwilę Karpowicz powstał i rzekł:
— No, chodźmy panie Janie, pomogę ci załatwić kupno i pojadę do domu.
Janio wymawiał się, tłómaczył, że lepiej zaraz powracać, położyć się do łóżka, wypocząć, ale Karpowicz słuchać nie chciał. Był on rad wracać do Zawadek i nie rad zarazem. Odpoczynku po wstrząśnieniach, jakie przeszedł, potrzebował istotnie: czuł osłabienie, zmęczenie, prawie niemoc, ale zarazem, gdy o domu, o córkach, o poczciwej towarzyszce życia wspomniał, serce mu się z bólu ściskało. Co zrobi z niemi, dokąd je zaprowadzi, gdy go z pod strzechy rodzinnej wypędzą, gdy kawałek roli niewdzięcznej odbiorą? I dlaczego? za co? Czyż nie pracował uczciwie? czy trwonił? czy nie dzielił się z lichwiarzami ostatnim groszem, sobie i swoim zaledwie chleba kawałek zostawiając? Za cóż więc ginie? Chwilowo przychodzi mu na myśl strzelba, którą ma w domu. Dobra broń, stara, wypróbowana, a kulami bije jak sztucer.
Wstrząsnął się i oprzytomniał. Gwar jarmarczny ustawał, ludzie się rozjeżdżali. Janio pokazał staremu kilka upatrzonych koni. Wybrali jednego, który miał mieć wszystkie pożądane zalety. W kilku słowach dobili targu.
— Teraz wracajmy — rzekł Janio — a ponieważ aż za las jedną mamy drogę, więc odprowadzę pana. We dwóch raźniej będzie.
— Byłoby lepiej, gdybyś mi aż do domu towarzyszył, ale wiem, że ci pilno do swojej siedziby.
— Dziś nie mógłbym, trzeba wracać... ale przyrzekam panu, że za dwa tygodnie...
— Mój drogi, kto wie co za dwa tygodnie będzie...
Janio kazał swoim ludziom naprzód jechać, a sam siadł na bryczkę Karpowicza. Domyślał się, przeczuwał, że starowinie coś bardzo ciężkiego dolega, zaczął więc dopytywać się i badać. Z początku Karpowicz odpowiadał półsłówkami, ale później, zachęcony serdecznemi słowy Jania, mówił już otwarcie.
Stary, złamany i zgnębiony spowiadał się ze swej niedoli przed młodzieńcem, który dopiero, pełen sił i nadziei, na drogę życia wchodził. Wynurzał się i żalił, boć ten młodzieniec to serdeczny Ludwisia przyjaciel, bo w jego głosie tyle brzmiało współczucia... Opowiedział Karpowicz wszystko głosem cichym, bezdźwięcznym, w słowach prostych, w których brzmiała skarga bolesna i żal.
Janio pocieszać go usiłował...
— Nie trzeba tracić nadziei — rzekł — nie trzeba wątpić, będzie wszystko dobrze...
— Dobrze?
— Niezawodnie, byle energii, byle ducha nie tracić.
— Któż pomoże?
— Bóg i ludzie; przecież syna pan masz... Ja dziś jeszcze do Ludwisia napiszę... i jutro raniuteczko list na pocztę odeślę...
— A cóż on poradzi? Sam biedak...
— Porozumiemy się z Ludwisiem, obmyślimy coś wspólnie... Kiedyż ten termin fatalny?
— Za dziesięć dni moje dziecko. Jeszcze dziesięć dni szarpania się, nadziei, złudzeń, a potem... koniec... Smutno doczekać tego na stare lata... och! smutno...
— Niech pan nie rozpacza, niech pan nadziei nie traci, prawie pewien jestem, że będzie wszystko znośnie, że później, gdy Ludwiś praktykę rozpocznie, a niedługo już na to czekać, stosunki się zmienią. Ludwiś jest dobry syn. On pracuje, on cierpi niedostatek, walczy, boryka się z przeszkodami dla jednej głównie idei, dla tego, żeby być ojcu, matce i rodzeństwu pomocą. Niewolno panu mówić, żeś opuszczony przez wszystkich, bo masz syna, który cię z każdej niedoli wydźwignie...
Długo tak Janio przemawiał, a słowa jego balsam pociechy wlewały w strapionego człowieka.
Dojechali do miejsca, gdzie rozdzielały się drogi. Karpowicz miał udać się wprost, Janio zboczyć na lewo.
— Pożegnam pana — rzekł zeskakując z bryczki.
Karpowicz również wysiadł. Księżyc świecił jasno i w łagodnym jego blasku, rysowały się sosny i krzyż przydrożny.
Janio wziął starego pod ramię i odprowadził kawałek ku krzyżowi, aby ludzie nie słyszeli co powie.
— Panie Marcinie — szepnął — ufaj mi, pewien jestem, że się coś zrobi. Bądź dobrej myśli, my z Ludwisiem czuwać będziemy, nie damy panu zginąć...
— Niech cię Bóg błogosławi, dobre, szlachetne dziecko! — rzekł wzruszony do głębi serca starzec — niech ci zeszle tyle szczęścia, ile ja ci życzę, ile wart jesteś...
Przycisnął Jania do piersi, a dwie ciężkie łzy stoczyły się po jego pomarszczonej twarzy.
— Dobranoc — rzekł Janio — niech pan śpi spokojnie, potrzebny panu sen...
— Bądź zdrów, drogi chłopcze...
Uściskali się raz jeszcze, i każdy pojechał w swoją stronę.
We dwa tygodnie później p. Marcin, przechodząc przez wieś, spotkał Wigdora.
Żyd udał, że go nie widzi; nasunął czapkę na oczy, i patrząc w ziemię, przeszedł obok, nie ukłoniwszy się nawet.
— Cóż to, panie Wigdorze — zapytał szlachcic — nie poznajesz już ludzi?
— Co nie mam poznawać? — odrzekł niechętnie — wcale nie widziałem pana, miałem swoje myślenie...
— O czemże myślałeś?
— O czem? Pan się pyta! Pan mi zrobił krzywdę, pan mi zrobił stratę i jeszcze pan żartuje, jeszcze pan pyta, o czem ja myślałem? Ja myślałem właśnie o tem, że się tak nie powinno robić, że to nie pasuje na porządnego pana, że to jest... że to jest całkiem pfe!..
— Cóż ci zawiniłem?
— Jak to co? Na co ja wydałem tyle pieniędzy? na co poniosłem koszt? na co jeździłem tak daleko? Musiałem zbierać pieniądze na kaucyę, a wiadomo panu, co to znaczy zebrać taką sumę. Pięciu wspólników musiałem przyjąć. Pojechaliśmy wszyscy pięciu. Co nas kosztowała furmanka, kolej! Wydaliśmy dużo pieniędzy, a na co? na to, żeby przyjechać do regenta i dowiedzieć się, że p. Karpowicz ratę zapłacił i że licytacyi wcale nie będzie...
— A, więc Wigdor chciałeś kupić Zawadki?
— Kto panu powiedział, że ja chciałem, ja wcale nie chciałem...
— Więc po cóż jeździłeś?
— Byłem przymuszony, musiałem. Kto nie chce ratować swoich pieniędzy? Tymczasem pan zrobił figiel. Pfe! pan dobrodziej jest letni człowiek i lubi sobie żartować. Po co takie żarty! takie kosztowne żarty!...
— Widzisz, mój Wigdorze, gdybyś się był zapytał...
— Co ja miałem pytać!.. Przecież ja wiedziałem, że pan nie dostanie pieniędzy...
— Jednak...
— No, no, ja nie wiem co się zrobiło. Figiel się zrobił... Tymczasem niech będzie i tak. Co się zrobi dalej? co będzie z drugą, trzecią ratą?.. Pfe! ja muszę likwidować moje koszta...




IV.

Wigdor w głowę zachodził, jakim sposobem Karpowicz mógł się wydobyć z matni? Kto mu przyszedł z pomocy? Żaden kapitalista z okolicznych miasteczek tego nie mógł uczynić i nie uczynił z pewnością. Pod tym względem nie było najmniejszej obawy. Widocznie więc znalazł się ktoś obcy, z poza sfer będących pod wpływem Wigdora. Któż jest ten obcy i zkąd się wziął? I na to trudno znaleźć odpowiedź. W dyrekcyi tyle tylko wiedziano, że nadeszła depesza z Warszawy, że rata z Zawadek zapłacona i że licytacyę należy wstrzymać. Na tem ślad się urywał. Widać więc, że w Warszawie jest ktoś czuwający nad bezpieczeństwem Zawadek. Może syn? I to przypuszczenie przychodziło Wigdorowi przez myśl, ale je zaraz odrzucił. Zkąd syn? Wiedziano, że niedługo ma zostać doktorem, ale jeszcze nim nie jest, a choćby nawet i był, to musiałby obejrzeć przynajmniej kilka tysięcy języków, nimby zdołał złożyć kilkaset rubli. Jednem słowem zagadka. Faktem jest, że umysły wyższe, bystre i delikatne, bardzo lubią zagadki — ale takie tylko, które mają jakieś widoki rozwiązania, chociażby na podstawie bodaj jednej danej. W tym razie niema wcale danych, jest tylko sama zagadka. Wigdor długo nad nią się biedził, biedził się tak dalece, aż głowa go rozbolała i widząc, że nic nie poradzi, przestał dociekać. Liczył na to, że czas przyniesie pożądane wyjaśnienie, że dobroduszny szlachcic sam się wygada.
Wiadomość ta była Wigdorowi koniecznie potrzebna; bez niej bowiem nie mógł mieć pojęcia, jak postępować i jak kierować dalszym biegiem interesów... Jeżeli pomoc jest tylko przypadkowa, doraźna, to położenie zostaje niezmienione; katastrofa odwłóczy się tylko na czas jakiś, interes ulega opóźnieniu, ale ma podstawy takie same jak przedtem. Jeżeli zaś pomoc jest trwała, jeżeli Karpowicz znalazł źródło zasobne, jeżeli po za nim stoi ktoś silny finansowo, to wszystkie pracowicie zbudowane kombinacye upadają, i trzeba wytworzyć zupełnie nowy system, ściśle zastosowany do okoliczności; trzeba się upewnić co do dalszej dzierżawy karczmy, która jest całkiem dobrym geszeftem, i której opuścić niemożna, choćby tylko ze względu na chłopów i na zawiązane z nimi stosunki.
Wigdor zupełnie stracił kontenans i nie miał pojęcia, co robić dalej. Żałował pierwszego uniesienia i stał się znowu dla Karpowicza pełnym uniżoności jak dawniej. Przychodził do dworu, zapytywał, czy czego nie trzeba? ofiarowywał swe usługi, dawał do zrozumienia, że radby kontrakt o karczmę przedłużyć.
— Widzi wielmożny pan — mówił — to jest całkiem mały interes, zysku nie ma żadnego...
— Więc czemuż chcesz zostać?
— Przyzwyczaiłem się. Powiadają, że kamień na miejscu porasta. Ja czekam, chcę być na miejscu, może i ja porosnę.
— Nie możesz chyba narzekać; porosłeś tu już nieźle.
— Aj, aj! niech moje wrogi to nie mają, co ja mam; więcej ludzkiego gadania, niż prawdy...
— Zawsze...
— Nie mogę powiedzieć, że nic nie jest; ale to co jest, to wcale niewielki majątek...
— Chciałeś jednak kupić Zawadki.
— Wielmożny pan nie może mi tego darować!
— Co prawda, nie było to bardzo pięknie z twej strony.
— Aj, aj, pięknie! U państwa wszystko potrzebuje być pięknie, u nas nie patrzą na pięknie, tylko na interes. Co ja miałem robić? Chciałem swoje ratować; chciałem też coś zyskać. Dla czego nie miałbym chcieć? kto nie chce zysku? Nie kupiłbym ja, to kupiłby inny, a tymczasem nikt nie kupił. Nikt nie kupił, a pan się gniewa...
— Kto ci powiedział?
— Ja widzę. Mnie nie trzeba dużo powiedzieć, ja wiem. Że ja chciałem kupić, ja się nie zapieram, że chciałem, ale gdybym nawet kupił, to dla wielmożnego pana też nie byłoby źle...
— No... tego już nierozumiem...
— Może ja byłbym panu Zawadki w dzierżawę oddał, a miałem taki zamiar...
— Kłamiesz, kochany Wigdorku, boś zamyślał zupełnie co innego.
— Zkąd pan może wiedzieć co ja myślałem?
— Mówiono mi; traktowałeś już z kolonistami, chciałeś cały folwark na kawałki rozprzedać...
— Co się pan dziwuje? Człowiek ma różne pomyślenia, próbuje tak i próbuje tak. Mówi trochę inaczej, a myśli też trochę inaczej. Właśnie ja mówiłem z kolonistami o kupnie, a myślałem pogadać z wielmożnym panem o dzierżawie. Ja byłbym bardzo dobry dziedzic...
— Wierzę.
— Pan się śmieje? Dlaczego pan się śmieje? albo to mało jest teraz dziedziców żydów... bardzo porządne obywatele, godne obywatele! ale co mamy o tem gadać. Tymczasem ja nie jestem dziedzic, tylko Wigdor... zwyczajny Wigdor i dla tego chciałbym się spytać, co będzie z karczmą?
— Nie wiem... nie wiem, mamy jeszcze czas...
— Czas? Wiadomo, że mamy czas... Kto nie ma czasu? czas nie kosztuje. Tylko chciałem się zapytać, czy wielmożny pan nie potrzebuje teraz pieniędzy?
Rzuciwszy to pytanie, Wigdor patrzył Karpowiczowi prosto w oczy, jakby chcąc zbadać wrażenie, jakie na nim wywrą te słowa.
Szlachcic wytrzymał spojrzenie i z całym spokojem odrzekł:
— Bogu dzięki, teraz nie.
— To dobrze, zawsze lepiej temu co nie potrzebuje, niż temu co jest w potrzebie, ale ja miarkuję, że w gospodarstwie grosz zawsze się przyda...
— W tej chwili nie.
— Przepraszam, chciałem zapytać wielmożnego pana o jeden interes.
— Słucham.
— Między naszymi żydkami jest gadanie, że wielmożny pan dostał jakąś sukcesyę.
— Być może.
— Oni powiadają, że nawet dość duża ta sukcesya jest.
— I to być może...
— Ale mnie się zdaje, że to nieprawda.
— Także być może.
— Wszystko być może, być może! Dlaczego wielmożny pan nie chce powiedzieć jak jest?
— A co ci mój Wigdorku do tego?
— Cieszyłbym się, na moje sumienie, jabym się cieszył!
— Więc się ciesz.
— A jeżeli to nieprawda?
— To się jeszcze bardziej ucieszysz. Tak czy owak, zawsze będziesz miał powód do radości...
— Pan dobrodziej dziś nie ma ochoty do gadania. Przyjdę kiedy indziej, a jeżeli będzie co potrzeba, niech pan po mnie przyśle. Z tą karczmą wartoby skończyć.
— Jeszcze czas.
— Aj, to prawda teraz jest czas... ale on bardzo nieładny!
Karpowicz śmiał się w duchu z tych zabiegów Wigdora, a rozumiejąc doskonale ich cel, nie zdradził ani jednem słowem istotnego stanu rzeczy i utrzymywał szanownego finansistę w niepewności.
Janio, który w krytycznej chwili przyszedł z pomocą ojcu swego kolegi, starał się urządzić wszystko w ten sposób, ażeby dobry jego uczynek na jaw nie wyszedł i pozostał ukryty w tajemnicy. W tym celu wysłał pieniądze razem z listem do Ludwika do Warszawy, i dał mu instrukcyę, jak należało postąpić.
Młody Karpowicz był niesłychanie zdumiony, otrzymawszy dość pokaźną sumę, a zdumienie jego wzrosło jeszcze bardziej gdy przeczytał list.
„Wypadkowym sposobem, pisał Janio, dowiedziałem się kochany Ludwisiu, że ojciec twój znajduje się w położeniu bez wyjścia, i że sprzedaż waszego majątku jest kwestyą bardzo krótkiego czasu. Obowiązkiem twoim jest temu zapobiedz, a ponieważ wiem, że obecnie nie masz odpowiednich środków, posyłam ci pieniądze, z któremi nie zwłócząc ani chwili, uczyń według informacyi wypisanej na drugiej kartce. Pieniądze te chciej uważać za pożyczkę, którą mi masz zwrócić odrazu, lub częściowo, stosownie do możności. O to cię tylko proszę i zaklinam, w imię koleżeństwa i długoletniej przyjaźni naszej, abyś zachował rzecz tę w tajemnicy. Interes jest między nami dwoma i nikt więcej nie powinien o nim wiedzieć. Bądź dobrej myśli, nie przerywaj pracy, jaką masz przed sobą i pamiętaj zawsze o twoim

Janiu.“

Janio bardzo pragnął, żeby o postąpieniu jego nikt nie wiedział, raz dla tego, że chciał uniknąć podziękowań ze strony Karpowicza i jego rodziny, a powtóre zależało mu bardzo, żeby wiadomość o tem, co uczynił, nie doszła do Piotrowic.
Rzeczywiście Ludwik dotrzymał słowa i nie zdradził sekretu aż do świąt wielkanocnych. W tym czasie przyjechał na parę dni do Zawadek i w wielkiej tajemnicy opowiedział całą rzecz ojcu, który zresztą od samego początku domyślał się prawdy; ojciec również w tajemnicy zakomunikował wiadomość matce, a matka pod najściślejszym sekretem córkom. Jakiemi drogami wieść szła dalej, niewiadomo, dość że szła, a że wieści dochodzą wszędzie, a tam gdzie niepotrzeba najprędzej, więc trafiła i do Piotrowic.
Ktoś szepnął słówko i p. Sylwestrowi. Ten swoim zwyczajem brwi zmarszczył, zamyślił się i wziął syna jeszcze pod ściślejszą obserwacyę niż dotąd.
Kazał sobie donosić, co Janio robi, jak czas przepędza, dokąd jeździ, na co pieniądze wydaje? Odpowiedzi otrzymywał bardzo zadawalniające. Donoszono mu jednozgodnie, że żyje nadzwyczaj skromnie, pieniędzy, oprócz na potrzeby gospodarstwa, nie wydaje wcale, a wyjeżdża bardzo rzadko. Gdzie? niewiadomo, bo człowieka z sobą nie bierze.
Trafia się to co kilka tygodni, zwykle w święto. Koło południa siada na koń i puszcza się z miejsca kłusem. Czasem odjedzie gościńcem, czasem przez łąkę, przez las, jak mu humor przyjdzie, i nigdy niemożna zmiarkować, w którą stronę jedzie. Wraca z takich wycieczek późno, nieraz dobrze po północy, koń jest zazwyczaj zmachany okrutnie, pianą pokryty i bokami robi. Na drugi dzień, jakby nigdy nic, ledwie świt, panicz już na nogach.
Pan Sylwester uważnie słuchał tych relacyj i kombinował; postanowił też wpaść niespodzianie na Majdan i zobaczyć co się tam dzieje.
Była już wiosna, roboty polne w całej pełni. Zajechawszy przed chatkę, w której mieszkał syn-dzierżawca, p. Sylwester wszedł do mieszkania. Zastał tylko Michałową, która oznajmiła, że żywego ducha niema w domu, wszyscy ludzie w polu, a panicz z nimi. Na zapytanie: gdzie go znaleźć można? odrzekła, że prawdopodobnie jest na karczunkach, gdyż tam po całych dniach przesiaduje.
— Poczekam na niego — rzekł pan Sylwester.
— Do woli jaśnie pana, żebym miała kogo, tobym pchnęła zaraz po panicza.
— Nie trzeba.
— Koło południa będzie.
— Dobrze, zostanę u was na obiedzie.
Baba zafrasowała się niezmiernie i nie mogła ukryć pomieszania.
— Cóż? — rzekł pan Sylwester — nie bardzo mi jesteście radzi, jak uważam.
— Żebym była wiedziała...
— To cóż?
— Możeby się coś lepszego zrobiło.
— Ja nie chcę nic lepszego, i proszę niczego nie dorabiać. Zostanę na takim obiedzie, jaki jest.
— Jaśnie panie, choć co nieco dosmarzę...
— Nie potrzeba...
— Wstyd prawdziwie... ale proszę jaśnie wielmożnego pana, bez urazy, co Piotrowice to nie Majdan, a u kogo innego i na Majdanie byłoby inaczej... tylko że nasz panicz tyle o jadło dba, co ja o taniec...
— Głodem ludzi morzy?
— Chowaj Boże, ludzie nie głodni.. nie skarżą się, ale...
— No cóż za ale?..
— A to jaśnie panie, że panicz na swój honor nie zważa, to samo prawie jada co i my, ledwie czasem coś lepszego, ale rzadko kiedy...
Pan Sylwester spojrzał na zegarek.
— Za kwadrans dwunasta — rzekł — nakrywajcie do stołu.
Baba wyszła. Pan Sylwester rozglądać się zaczął po izdebce. Wzrok jego padł na książki rachunkowe, leżące na skromnem biurku. Zaczął je przeglądać uważnie. Utrzymywane były w porządku wzorowym. Rozpatrywał pozycyę po pozycyi i robił notatki w swym pugilaresie.
Głos Jania przerwał tę czynność. Pan Sylwester wstał, zamknął książkę i oczekiwał na syna, który niebawem wbiegł do stancyi.
— Nie spodziewałeś się zapewne mojej wizyty? — spytał ojciec.
— Sądzę, że zawdzięczam ją przypadkowi, że ojciec jedzie dalej i po drodze wstąpił do mnie.
— Mylisz się, przyjechałem naumyślnie.
— Bardzo mi przyjemnie, że kochany ojciec raczył mnie odwiedzić, bardzo rad jestem — rzekł Janio, całując ojca w ramię. — Niechże ojciec dobrodziej będzie łaskaw rozgościć się, ja każę człowiekowi, żeby wyprzągł konie i zaprowadził je do stajni. Godzina południowa, należy się im obrok...
— Zapewne masz za dużo owsa?
— Niewiele, ale dla ojcowskich koni wystarczy.
— Mój synu, wiedz o tem, że kto puszcza się w drogę, obowiązany jest o pożywieniu dla swoich koni myśleć.
— Taka bagatelka!
— Bagatelek nie lekceważ, bo z kropel drobnych tworzą się całe jeziora.
— Co w domu słychać? — spytał Janio, chcąc rozmowę na inny zwrócić przedmiot. — Mama zdrowa? Irenka?
— Jak zwykle... Dziwią się, że je dość rzadko odwiedzasz. Masz zapewne jakieś inne, obowiązkowe wizyty?
— Prawie żadnych.
— Wyjeżdżasz jednak czasem...
— Bardzo rzadko. Zresztą wiadomo ojcu dobrze, że chcąc coś mieć na Majdanie, niemożna czasu tracić. Jest tu dość zatrudnienia, a warunki dzierżawy twarde.
Pan Sylwester nic na to nie odrzekł. Usiedli do stołu w milczeniu, Michałowa podała bardzo skromny obiadek.
— Porządnie sobie żyjesz synu — zauważył p. Sylwester.
— Według mego zdania, bardzo — odrzekł Janio — mam małe potrzeby.
— Tem lepiej. Pamiętaj o tem zawsze, że im mniejsze potrzeby, tem większa łatwość ich zaspokojenia.
Potem zaczął dopytywać o roboty. Janio zdał najbardziej szczegółową relacyę o wszystkiem, co od czasu objęcia Majdanu zrobił. Pan Załuczyński słuchał uważnie, od czasu do czasu słówko jakieś wtrącił, radę dał i na takiej rozmowie zeszła godzina.
Ojciec nie miał powodu być niezadowolonym z syna, przeciwnie, cieszyć się raczej mógł z jego pracowitości i zabiegłości. Byłby może nawet uściskał Jania, gdyby nie owa fatalna pogłoska. Chciał koniecznie wybadać, o ile w niej było prawdy, wybadać ubocznie, nie zapytując wprost. W tym celu przeglądał księgi rachunkowe, sądząc, że w nich znajdzie wskazówkę. W księgach oprócz wydatków na gospodarstwo i bardzo skromne potrzeby domowe, nie figurowało nic. Trzeba było inną drogą szukać prawdy.
— Słuchaj-no panie synu — zapytał — a jakże z finansami?
— Dobrze, proszę ojca.
— Zupełnie dobrze?
— Tak.
— Wystarczy ci na roboty wiosenne?
— Wystarczy.
— A jakże będzie z czynszem? z podatkami?
— Zapłacę w terminie. Dla czego ojciec o to pyta?
— Bo gdybyś czynszu w swoim czasie nie oddał, to musiałbym z tobą postąpić jak z niewypłacalnym dłużnikiem, co, jak się zapewne domyślasz, nie zrobiłoby mi szczególnej przyjemności.
— Niech ojciec będzie spokojny.
Wobec tego zapewnienia, p. Sylwester zwątpił o prawdziwości pogłoski i odjechał do pewnego stopnia uspokojony.
Wiosna była w całej pełni, zazieleniły się drzewa, łąki pokryły trawą i kwieciem, słońce przyświecało, a zboża rosły na potęgę, bujne, rozkrzewione. Wszystkich radowała nadzieja urodzaju, chłopi śpiewali przy pracy, a nawet p. Karpowicz nie bez pewnej otuchy spoglądał na swoje biedne grunta, bo i one więcej obiecywały niż zwykle, a chociaż takie obietnice bywają zawodne, chociaż parę tygodni deszczów lub suszy, albo też jedna chwila gradu w niwecz je obrócić może — jednak cieszą one rolnika. Kiedy u p. Karpowicza rok zapowiadał się nieźle, na żyznych i wybornie uprawionych gruntach piotrowickich, na nowinach majdańskich, zboże było na podziw.
W niedzielę, koło południa, Janio kazał konia osiodłać. Był to ten sam wierzchowiec, którego nabył jesienią na jarmarku z porady Karpowicza. Niepozorny, niezgrabny, ale biegun znakomity, a wytrwałości żelaznej. Znał on już nieźle drogę do Zawadek, i wiedział, że pan jego lubi w tamtę stronę śpieszyć, więc też kiedy Janio go dosiadł, puścił się z miejsca ostrym kłusem, parskał, łbem potrząsał i biegł kołysząc jeźdźca na siodle.
Ubiegłszy milę drogi, zwolnił trochę, odsapnął i po gościńcu piaszczystym pomknął cwałem jak wicher. Janiowi wiatr szumiał koło uszu, pochylił się trochę na siodle, i jeszcze konia do biegu przynaglał, jeszcze zdawało mu się, że powoli jedzie.
W lesie zatrzymał bieguna, zeskoczył z siodła, zapalił papierosa i wziąwszy cugle w rękę, poszedł pieszo. To był odpoczynek dla kasztana, odpoczynek, po którym go jeszcze forsowniejsza praca czekała. Bo z tego lasu, do Zawadek niedaleko już. Półtorej mili po równej drodze, a łąkami znacznie bliżej. Naturalnie, Janio wybrał drogę krótszą; kilka rowów, któremi łąka była poprzerzynana, nie stanowiło dla kasztana poważnej przeszkody. Przeskakiwał przez nie jak sarna.
Tylko co państwo Karpowiczowie z kościoła wrócili, gdy Janio spienionego bieguna na dziedzińcu zatrzymał.
Karpowicz z otwartemi ramionami wybiegł na ganek.
— A witajże, witaj, rzadki gościu! — wołał — chodź. Puść konia, trafi on do stajni, a tam go wezmą w opiekę. — Tak też Janio zrobił i wyściskany, wycałowany przez starego, wszedł do pokoju, gdzie pani z córkami oczekiwała.
— Jest winowajca! — rzekł — winowajca i głodny. Dawajcież obiad co żywo. Florciu, Jadwiniu! śpieszcie się...
Florcia, główna wyręczycielka matki, wybiegła. Jadwinia została ku wielkiej radości Jania, który zawsze tyle jej miał do powiedzenia.
— Jest list od Ludwisia — rzekła.
— A czy co pomyślnego przynosi?
— Każdy list Ludwisia jest pełen tęsknoty do domu, do nas, niepokoju o rodziców i najprzyjaźniejszych uczuć dla pana.
— Zawsze o mnie pamięta!
— O zawsze! Nie wiem, czy ma pan kogo życzliwszego na świecie. W tym liście ostatnim, który otrzymaliśmy dopiero, Ludwiś donosi, że praca dobrze mu idzie, że patent dostanie bez wątpienia, a skoro go tylko otrzyma, wróci w rodzinne strony, osiedli się w poblizkiem miasteczku i rozpocznie praktykę. Tak się dobrze składa, że właśnie w naszej okolicy, w promieniu czterech mil, wcale nie ma lekarza, można się więc spodziewać, że Ludwisiowi będzie się dobrze wiodło.
Rzekłszy to, roześmiała się na cały głos.
— Z czego pani się śmieje? — zapytał Janio.
— Nie mogę sobie wyobrazić Ludwisia w roli poważnego konsyliarza... Przypuszczam, że będzie bardzo komicznie wyglądał.
— Dlaczego?
— Nie wiem... Zawsze, gdy przychodzi mi na myśl, widzę go jako wesołego chłopca z potarganą czupryną, z wypchniętemi rękawami na łokciach, uganiającego się na polach, lub wdrapującego na drzewa, a teraz...
— Moja Jadwiniu, bardzo proszę — odezwał się Karpowicz, — nie wyśmiewaj mojego jedynaka. Bardzo cię proszę. Powinnyście o tem pamiętać moje panny, że po mnie Ludwiś to jedyny wasz opiekun.
— Ależ ojczulku, my kochamy go bardzo, tylko nie umiemy sobie wyobrazić, jak będzie...
— No, to sobie nie wyobrażajcie. Ludwiś nie potrzebuje takich pacyentek jak wy...
Przy obiedzie także o Ludwisiu była mowa i o niedalekiej jego przyszłości. Pan Karpowicz miał już upatrzony dla niego domek w miasteczku, ma się rozumieć domek z ogródkiem, ponieważ Florcia, która miała z bratem zamieszkać, nie wyobrażała sobie, żeby bez ogródka dom się mógł obejść. Upatrzony domek ma pięć pokoi; na jednej stronie trzy, dwa na drugiej. Większą zajmie pan doktór. W pierwszym pokoju przyjmować będzie uboższych chorych: mieszczan, chłopów i żydów, w saloniku arystokratycznych pacyentów, a trzeci pokój będzie miał dla siebie, będzie w nim urządzona sypialnia. Drugą połowę zajmie panna Florentyna. Ludwiś nie domyśla się nawet, jak ślicznie będzie miał urządzone mieszkanie, jakie mebelki, jakie kwiaty, jakie dywany i serwety rękami sióstr zrobione! Panna Jadwiga z Anielcią specyalnie nad tem pracują i wyszywają na kanwie po całych dniach najrozmaitsze wspaniałości. To trudno, doktór, jako doktór, byle jak mieszkać nie może, musi zachować „decorum“; wprawdzie nie stać go jeszcze na wykwintne meble i kosztowne makaty, ale praca i gust siostrzyczek potrafią wszelkie kosztowności zastąpić.
Janio opowiadał jak mu siostra wspaniale urządziła domek na Majdanie.
— Cóż to za domek? — zapytał p. Karpowicz — chyba postawiliście dwór świeżo, boć ja znałem doskonale ten Majdan, w czasie, kiedy jeszcze należał do majątku sędziego Osmólskiego. Właściwie kiedym ja tam bywał na polowaniach, to owa przestrzeń, którą teraz p. Jan od ojca swego dzierżawi, nie była wcale folwarkiem. Był to las i jaki las! Otóż, o ile sobie przypominam, stała tam jakaś chałupka, w której mieszkał gajowy.
— Właśnie ta chałupka jest obecnie moją siedzibą. Las dokoła wycięty, w znacznej części zamieniony już na pole, a niedaleko od owej chałupki są stodoły i całe zabudowania folwarczne.
— No, przyznam ci się kochany p. Janie, że mógłby ci był ojciec porządniejsze mieszkanie urządzić. Czyż nie ma własnych lasów, cegielni? Chyba, że p. Załuczyński ma względem ciebie inne widoki.
— Nie sądzę; jakieżby widoki mógł mieć?
— Nie wiem. Może ci Piotrowice odda, może który z większych folwarków oddzieli.
— Co mi po tem? Mnie na Majdanie dobrze. Mam kontrakt na czas dość długi, a jak karczunki pokończę i gospodarstwo urządzę po swojemu, wtenczas pomyślę o lepszem domostwie. Zresztą nie jest tam źle mieszkać; dach kazałem połatać, więc deszcz na głowę nie pada, a dzięki mojej siostrzyczce, pokoiki są urządzone dość wygodnie...
— Masz słuszność, kochany panie Janie — rzekł Karpowicz — że poprzestajesz na małem; masz słuszność, z takiem usposobieniem nieźle ci będzie na świecie.
Janio aczkolwiek ogólną rozmową zajęty, nie spuszczał oczu z Jadwini; niekiedy spojrzenia ich spotykały się, a wtedy na twarz dzieweczki wybiegał żywy rumieniec, oczy znikały pod spuszczonemi powiekami; jedwabiste rzęsy rzucały cień na twarzyczkę spłonioną. Janio czuł się zupełnie szczęśliwym, tu, w tym domu, wśród tej rodziny biednej, do której przywiązywał się serdecznie. Z Karpowiczem był śmielszy niż z ojcem, panią Marcinowę za drugą matkę uważał, a dziewczęta traktował jak siostry, z wyjątkiem Jadwini.
Tę jedną pokochał miłością... Nie wspomniał jej o uczuciu swojem ani razu, nie zdradził się ani jednem słowem, że ją kocha, nie mówił z nią o tem nigdy, a przecież pewien był wzajemności, wiedział, że jest kochany, wiedział że ta tylko, a nie inna, będzie dla niego towarzyszką życia...
Nieraz przychodziło mu na myśl, że gdy przyjdzie do urzeczywistnienia tych zamiarów, spotka ze strony swego ojca opór, że bardzo być może, iż ten ojciec wynalazł już jakąś kombinacyę finansową: połączenie Piotrowic z dużym majątkiem sąsiednim, kilku kamienicami w Warszawie, lub fabryką — ale te kombinacye nie zdadzą się na nic. Janio o nich nie myśli, nie uzna ich wcale. Nie chce szczęścia podług ojcowskiej recepty, lecz podług tego, jak sam chce. Może go ojciec narazić na materyalne kłopoty, może odebrać dzierżawę, nie dać żadnej pomocy. Mniejsza o to, majątek szczęścia nie daje; można pójść w obowiązek, pracować na cudzem, poprzestawać na małem i szczęśliwszym być niż w piotrowickim dworze.
Młodość, siła, chęć do pracy i zamiłowanie jej, to broń, z którą można stanąć śmiało do walki z przeciwnościami.
W przewidywaniach swych co do oporu ze strony ojca, Janio nie mylił się. Pan Sylwester postanowił urobić syna według swoich własnych ideałów, urządzić mu życie według własnych myśli. Zdawało mu się, że chłopiec, jak kawałek gliny, da się urobić i do żądanej formy zastosować, że myśleć będzie myślami ojca, postępować wedle jego wskazówek, że wreszcie, nie będzie szukał ani pożądał innego szczęścia w życiu nad to, jakie ojciec mu obmyśli i da.
Pan Sylwester, człowiek niezmiernie akuratny, systematyczny i praktyczny, obmyślał plany swoje wcześnie; miał zawsze przyszłość na widoku. Robiąc nakłady, nieraz z pozoru sądząc, niepotrzebne, nie myślał o doraźnych, natychmiastowych korzyściach, lecz obliczał na pewno, że w tym a w tym roku, taki a taki dochód mu one przyniosą. Przyszłość syna także naprzód przewidywał i obliczał.
Jeszcze Janio był na pierwszym kursie, gdy p. Załuczyński nabył Majdan i grunta po lesie wyciętym. Sąsiedzi dowiedziawszy się o tej tranzakcyi, ramionami wzruszali; dziwili się co właścicielowi Piotrowic po tej pustce, z której dopiero kiedyś, kiedyś, i to przy bardzo forsownej pracy, można jakieś zyski osiągnąć! Dobre to, mówili, dla kolonistów, którzy się w budach z gałęzi skleconych, albo w ziemnych lepiankach osiedlą i pnie będą sami wydobywali, a między niewydobytemi lichą sochą byle jak ziemię poruszą, aby z niej trochę ziarna na chleb wydobyć. Dobra to robota dla Niemca, o wiele gorsza dla naszego chłopa, który gruntu zdobywać nie lubi i woli najmizerniejszy, byle już gotowy uprawiać; — ale dla właściciela Piotrowic!.. dla ziemianina zamożnego, mającego majątek o kilku folwarkach w kulturze wysokiej, zagospodarowany świetnie!..
Chciwość, czy fantazya?
Tak mówili sąsiedzi, ale p. Sylwester wiedział co robi, i fantazya, jak nigdy w życiu, tak i w tym razie wcale nim nie powodowała. Chciał przygotować folwark dla syna. Postawił budowle niezbędne, wykarczował trochę gruntu, a resztę zostawił Janiowi.
— Niewielka sztuka — myślał — gospodarować na dobrze urządzonym, od dawna istniejącym i prowadzonym doskonale folwarku. Niech-no wprzód pan syn zrobi co z niczego, niech dołoży pracy, niech przesiedzi parę lat na wycinkach leśnych, jak kolonista, niech wydziera pnie, ziemię ze stanu dzikości do kultury przyprowadza.
Tak się też stało. Majdan może być szkołą dla Jania, próbą jego rzutności, samodzielności i pracy. Janio wywiązywał się z próby dobrze, ku zadowoleniu ojca, który nic mu nie mógł zarzucić, oprócz wycieczek do Karpowiczów.
Pan Sylwester wiedział doskonale, dokąd syn jeździ, domyślał się przyczyny tych wizyt i przeczuwał, że mogą one małżeństwem się zakończyć.
Tego p. Załuczyński wcale sobie nie życzył, miał albowiem plany własne, ułożone od dość dawna. W sąsiedztwie kandydatki na synowę nie upatrywał, pomimo, że były w blizkości domy zamożne, a w nich panny na wydaniu. Widokom p. Sylwestra ani domy te, ani panny wcale nie odpowiadały.
Niejedna z nich miała majątek i znaczny, ale nie była wychowana tak, jakby p. Załuczyński sobie życzył. Owe domy prowadzone były kosztownie, po pańsku, łatwo więc przewidzieć, że i panny z nich, za mąż wyszedłszy, nie chciałyby trybu życia zmieniać. Marzyłyby o strojach, zabawach, życiu towarzyskiem, licznej służbie, przepędzaniu zimy w mieście, wycieczkach za granicę, a takie upodobania widokom właściciela Piotrowic, jego ideałom, przekonaniom, zasadom, bynajmniej nie odpowiadały.
— Mój syn nie potrzebuje pani — mówił sam do siebie — lecz żony; kobiety, któraby wniosła mu odpowiedni do jego majątku kapitał, odpowiednią zdolność do pracy, a przytem umiejętność rachowania, oszczędność. Małżeństwo tem tylko różni się od spółki handlowej, że do kontraktu przystępują dwie osoby odmiennej płci. Po za tem spółka jest spółką, bez względu, czy wspólnicy przystępują do związku z kapitałem dużym, czy małym, czy bez kapitału. Rzecz bardzo prosta. Jedna strona powiada: Będę matką twych dzieci, gospodynią twego domu, zajmę się utrzymaniem mieszkania w czystości, gotowaniem obiadów, wychowaniem dzieci, póki małe. Druga strona natomiast daje pierwszej całkowite utrzymanie, ubranie, opiekę i lekarza w razie choroby. To są warunki główne, podstawowe.
Po za tem, jeżeli strony posiadają majątek, powinny ułożyć się o własność i użytkowanie jego, na podstawie praw obowiązujących, i układowi takiemu nadać formę aktu pociągającego za sobą skutki prawne. Wszelkie romanse, czułe słówka, cała tak zwana miłość z poetycznym garniturem westchnień, spojrzeń, serdecznego ściskania dłoni i pocałunków, jest najniepotrzebniejszym balastem. W ostateczności można je tolerować, ale brać na seryo, wprowadzać do spółki jako czynnik, nigdy.
Pan Sylwester był w zupełnym porządku. Skoro powiedział sobie, że jedynym celem jednostki i jedynem dążeniem społeczeństwa powinno być zrobienie majątku, skoro w owym majątku jedynie widział moc, siłę i racyę bytu narodów, więc i na małżeństwo inaczej zapatrywać się nie mógł; że zaś syna chciał natchnąć własnemi przekonaniami i myślami, że ułożył dla niego cały niemal program życia i przyszłości, więc też chciał, żeby i małżeństwo jego było zawarte ściśle według tego programu.
Rzecz jasna, że Karpowiczówna najmniej odpowiadała widokom p. Sylwestra. Córka bankruta, który ledwie że dyszy; kosztem niesłychanych wysiłków, różnych „salto mortale“ kredytowych, utrzymuje się przy lichym folwarczku, nie może wnieść do spółki małżeńskiej ani majątku, ani umiejętność liczenia się z groszem. Jeżeli ojciec nie zastanawiając się, wydaje żydom zobowiązania zabójcze, jeżeli podejmuje się płacić niemożliwe procenta, a lichy produkt ze swego gospodarstwa sprzedaje na zielono, z bajecznem odstąpieniem od rzeczywistej jego wartości — to choćby tylko na podstawie teoryi dziedziczności, wnosić można, że i córka o rachunku nie ma najmniejszego pojęcia.
Mogłoby za nią przemawiać to, że wychowana w niedostatku nie będzie miała wielkich wymagań i zastosuje się do tego systemu oszczędności, jakim się rządzi maż. Może to być prawdopodobne, ale nie jest pewne, twierdzić nawet można, że jest wcale niepewne, gdyż bywały już przykłady, że kobiety ze sfery niezamożnej, niekiedy nawet biednej, zmieniwszy los z chwilą zamążpójścia i dorwawszy się do majątku, robiły największe zbytki i doprowadzały mężów do zupełnej ruiny.
Przykłady tego są bardzo liczne; sam p. Sylwester znał takich kilkanaście.
Janio, jako nieodrodny syn swego ojca, ożeni się rozumnie i dobrze. Weźmie znaczny majątek i osobę, która zna się na wartości grosza i potrafi go nietylko uszanować, ale w trójnasób pomnożyć. Taki ideał już p. Sylwester upatrzył i czekał tylko chwili właściwej. Ponieważ jednak chłopiec jeździ do Zawadek, ponieważ rozmarza się i zawraca sobie głowę bezpotrzebnie, przeto należy tę chwilę przyśpieszyć. Złudzeniami, amorami i poezyą człowiek żyć nie powinien.
Pan Sylwester postanowił przystąpić do rzeczy niezwłocznie.
Janio, siedząc w Zawadkach i patrząc w piękne oczy panny Jadwigi, ani się domyślał, że w tej samej chwili w Piotrowicach, ojciec kazał zawołać stangreta i wydał mu taką dyspozycyę:
— Zaprzęgniesz konie do wolanta, pojedziesz na Majdan i powiesz p. Janowi, że ja proszę, żeby tu zaraz przyjechał. Powiedz, że ja czekam. Rozumiesz?
— Rozumiem jaśnie panie, — odrzekł stary, wąsaty stangret.
Kiedy stangret odjechał, p. Sylwester udał się do swojej kancelaryi, usiadł przy biurku, oparł głowę na dłoniach i myślał. Układał w duchu odpowiednie przemówienie do syna. Miało ono być zwięzłe, nieubłaganie logiczne, oparte na praktycznym poglądzie na życie i obowiązki z niego wynikające. Nie spodziewał się, że tak prędko wypadnie mu tę kwestyę poruszyć, ale uznał za właściwe gasić ogień w zarodku, nim się rozszerzy i przybierze groźne rozmiary.
W zadumaniu tem przepędził z dobrą godzinę, dopóki nie usłyszał turkotu na brukowanym dziedzińcu. To właśnie stangret do Majdanu wysłany powrócił. Pan Sylwester wyszedł przed dom.
— Byłeś w Majdanie? — zapytał.
— Byłem, jaśnie panie.
— A gdzież mój syn?
— Nie zastałem w domu.
— Wyjechał? Czy nie wiesz dokąd?
— Nikt nie wie, jaśnie panie. Pytałem ludzi. Powiedzieli, że koło południa panicz na konia siadł i pojechał, dokąd? nikomu nie powiedział, bo i nigdy nie mówi dokąd wyjeżdża.
— Kiedyż spodziewają go się z powrotem?
— W nocy chyba. Michałowa mówiła mi, że jeżeli kiedy w święto jeździ, to zawsze późno, nieraz po północy wraca.
— Odjedź do stajni i wyprzęgnij konie, a powiedz któremu fornalowi, żeby wybrał się w drogę wierzchem...
— Daleko?
— Cóż ci do tego?
— Żeby wiedział jak się ma wybrać, jaśnie panie.
— Pojedzie z listem na Majdan...
Pan Sylwester powrócił do kancelaryi, usiadł przy biurku, wziął arkusik papieru, nakreślił parę wyrazów i włożył w kopertę. Po chwili fornal pędził w stronę lasu co koń wyskoczy.
Janio nie domyślał się nawet, że ojciec potrzebować go może. Zapomniał o Piotrowicach, o Majdanie, o całym świecie. Wizyta w Zawadkach, widok panny Jadwigi, rozmowa z nią, jej uśmiech, były jedyną radością w jego życiu. Rzadko sobie na tę rozkosz pozwalał...
Po obiedzie wszyscy wyszli do ogrodu, a potem w pole, obiecujące zboża oglądać. Anielcia kwiatki rwała, Florka z ojcem mówiła o Ludwisiu, Janio przy pannie Jadwidze się znalazł. — Szedł obok niej w milczeniu, może właśnie dlatego, że tak wiele powiedzieć jej pragnął. — Wyprzedzili całe towarzystwo, szli dość szybko; na twarzy panny Jadwigi wykwitły rumieńce.
Janio czuł nieprzepartę chęć, aby uchwycić jej rękę, przycisnąć do ust, do serca, powiedzieć: „Idźmy razem zawsze, na radość i smutki, na dobrą i złą dolę, zawsze ręka w rękę i razem“. Chciał to powiedzieć, pragnął, a jednocześnie ogarniała go dziwna nieśmiałość i obawa. Chociaż miał prawie pewność, że jest kochany, chociaż to odgadywał, przeczuwał, jednak coś mu szeptało, że w stanowczej chwili Jadwinia mu powie: „Nie, panie, nasze drogi są różne, nie możemy iść razem...“
— To być nie może! — rzekł sam do siebie półgłosem.
Jadwinia spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
— Co pan powiedział?
— Ja nic nie mówiłem, ani słowa...
— Przecież słyszałam. Powiedział pan: To być nie może. Do kogóż pan mówił? Może do jakiej niewidzialnej osoby, a może do własnych myśli, do siebie...
— Być może, wymknęły mi się te wyrazy mimowoli.
— Więc pan sam z sobą rozmawiał?
— A pani się śmieje z tego, nieprawdaż?...
— Dlaczego?
— Boć to śmieszne, żeby ktoś sam z sobą dyskurs prowadził.
— Tego nie powiem. Mnie się zdaje, że w głowie ludzkiej myśli są jak żyjące istoty: spierają się z sobą, godzą, kłócą — czasem która chce wylecieć, oblec się w żywe słowo, a inne nie pozwalają jej na to.
— Czy to pani własna obserwacya?
— Nie wiem jak to nazwać. Tak mi się wydaje. Może ludzie uczeni tłómaczą to inaczej; ja wiejska dziewczyna sądzę po prostu. Może w błędzie jestem, ale chyba nie. Według mego zdania, człowiek chociaż jest małą, drobną, prawie nic nieznaczącą cząsteczką świata, dzięki temu, że ma władzę myślenia, zawiera w sobie cały świat. Są w nim walki i żale, i radości i smutki, i troski i nadzieje, a jak na świecie wszystko się zmienia, jak po burzy pogoda, po zimie lato nastaje, tak i w tym maleńkim naszym światku są wielkie zmiany...
— Są chyba i niezmienne myśli, stałe... są uczucia, które żywimy w sobie i pielęgnujemy do śmierci...
— Ja o tych nie mówiłam.
— A zdawało mi się, że pani wszystkim myślom ogólnie przypisuje cechę zmienności...
— To mnie pan źle zrozumiał. Mówiłam tylko o światku myśli ludzkich, ale nie o jego słońcu. Bo widzi pan — a zawsze powtarzam, żem to sobie sama obmyśliła, i że mylić się mogę, — mnie się zdaje, że właśnie wiara, uczucie miłości bezgranicznej dla tego cośmy kochać powinni, poświęcenie dla drugich, to są właśnie promienie, to są te ognie, z których się słońce naszego wewnętrznego światka składa... Drobne i powszednie myśli mogą się w głowach naszych burzyć, uciszać, ale słońce wiary, słońce uczuć jest zawsze jedno, jasne, piękne, stałe i niewzruszone, jak prawdziwe słońce, które się pali nad nami...
Zaledwie mówić skończyła, Janio pochwycił ją za rękę, i szepnął:
— Bądź mojem słońcem, Jadwiniu...
Dziewczyna zarumieniła się nagle, potem zbladła, spuściła oczy i szła w milczeniu, zakłopotana, wzruszona, nie mogąc na słówko odpowiedzi się zdobyć...
Zdawało się Janiowi, że słyszy bicie jej serca...
— Odpowiedz pani, odpowiedz! — błagał szeptem. Czy nie zauważyłaś dotąd, że cię kocham, że...
— Pomówmy spokojnie — odrzekła. — Jeszczem pana nie znała, nie widziałam cię nigdy, a już miałeś miejsce w sercu mojem. Nie dziw: kto tak kochał Ludwisia jak pan, nie mógł być siostrze jego obojętny. Słuchałam bardzo chętnie o tobie, życzliwą i przyjaciółką ci byłam nie wiedząc nawet, czy cię kiedy poznam i czy się kiedykolwiek w życiu spotkamy. Kiedy przyjechałeś do nas raz, drugi i trzeci, kiedy poznałam cię bliżej, zabrałeś mi wszystko: spokój, serce, duszę całą oddałam tobie wyłącznie. O tobie tylko myślałam i marzyłam; za ciebie, za twoje szczęście modliłam się co rano i wieczór, i doprawdy nie wiem, czy jest kto na świecie, któryby mi był droższy nad ciebie. To grzech, ale oddałam ci wszystkie myśli moje, wszystkie uczucia; pokochałam cię bardziej niż rodziców, niż brata, niż siostry. — Ty jesteś moje życie i mój świat; twoje szczęście to moje szczęście, twoja niedola moja rozpacz.
— A więc, pójdź ze mną, bądź moją...
— Nie, nigdy. Pierwsza to i ostatnia nasza o tem uczuciu rozmowa. Mam nadzieję, że uszanujesz moją boleść, panie Janie, i nie zechcesz mówić więcej o tem, co niemożliwe i niepodobne do spełnienia.
— Ależ dlaczego? dlaczego? — pytał Janio w rozpaczy.
— Bo pomiędzy nami jest przepaść. Są rodzice twoi, ich majątek.
— Ale jest też i wola moja, której nikt nie przełamie i nie nagnie.
— Nie mów tak, panie Janie. Ja cię kocham, a dlatego właśnie, nie pozbawię cię ani miłości rodziców, ani tego mienia, które ci dadzą w przyszłości. Będę szczęśliwa, widząc, że ci dobrze na świecie; więcej niczego nie pragnę.
— A gdybym zerwał z rodzicami, gdybym się wyrzekł ich miłości i majątku, gdybym przyszedł do ciebie jako biedak, jako zwykły robotnik, i powiedział: Podziel moją dolę, Jadwiniu...
— Usłyszałbyś taką samą jak dzisiaj odpowiedź.
— Lecz dlaczego? na miłość Bożą, dlaczego?
— Mówiłam ci już, panie Janie, że nas rozdziela przepaść.
— Cóżem ja winien, że mam rodziców zamożnych? Czy za to mam cierpieć całe życie, wyrzec się ciebie, wyrzec szczęścia? To jest najwyższa niesprawiedliwość, Jadwiniu! Gdybyś mnie nie kochała, gdybyś nie podzielała moich uczuć — odszedłbym ze smutkiem w sercu, ale bez żalu, a tak... Nie! ja nie mogę uznać twoich racyj, nie mogę się im poddać, choćbym świat cały miał dla nich wyzwać do walki!
— A jednak są to racye. Jestem pewna, że gdybyś to, co mówisz do mnie, wyznał ojcu mojemu, który cię tak kocha, tyle uwielbienia a nawet wdzięczności ma dla ciebie — to, odpowiedziałby ci tak samo jak i ja. W tym starym, zgnębionym przez ciężkie życie i przez nieszczęścia człowieku, zbudziłaby się duma... Nie, Janiu, nie, mój jedyny, nie mów ty mu nic, nie krwaw mu serca — zostańmy przyjaciółmi. O uczuciu twojem dla mnie nie wspominaj już nigdy; wiesz, że cię kocham duszą całą, niech ci to przekonanie wystarczy, tak jak mnie wystarczyć musi pewność, że ci obojętną nie jestem. Od tego punktu Janiu, już się drogi nasze rozchodzą...
— Więc odmawiasz mi stanowczo i na zawsze? Nie chcesz, żebym bywał w waszym domu, żebym cię mógł widywać?
— Ach Boże! czyż ja wiem? Wiem tylko to jedno, że cię kocham, i że jestem bardzo, a bardzo nieszczęśliwa...
Pochwycił rękę jej i do ust przycisnął.
— Jadwiniu — szepnął, a gdyby przyczyny, które rozdzielają nas dziś nie istniały, gdyby były usunięte...
— Złudzenie!
— Pewność! — rzekł z mocą. — Ale czy czekać będziesz? Czy wytrwasz?
— O! nie krzywdź mię tem pytaniem, — odrzekła. — Wracajmy...
Chciał ją zatrzymać, pomówić z nią jeszcze, lecz przyśpieszyła kroku i połączyli się z resztą towarzystwa.
Janio miną nadrabiał, ale bólu wewnętrznego, cierpienia, jakie mu sercem szarpało, ukryć nie mógł. Odjechał wcześniej niż zwykle, pomimo że go Karpowicz zatrzymywał i zapraszał. Wymówił się niedyspozycyą nagłą, bólem głowy. I rzeczywiście bolała go ona szalenie: czuł, że na niej niewidzialna ręka wielki ciężar położyła, krew pulsująca w skroniach paliła go jak ogniem... Puścił koniowi cugle, zdjął kapelusz i pędził na oślep, pławiąc się w chłodnym wietrze. Noc była ciemna, gwiazdy za chmurami ukryte. Zdawało się biednemu chłopcu, że leci w otchłań jakąś czarną, gdzie nie dochodzi ani jeden, choćby najdrobniejszy promyczek światła, że go ogarnia nicość, pustka, rozpacz... Oprzytomniał dopiero, gdy się koń przed nizkim dworkiem w Majdanie zatrzymał.
Jeszcze się w kuchni świeciło. Michałowa usłyszawszy tętent konia, wybiegła.
— Starszy pan konie przysyłał — rzekła — a potem fornal list przywiózł.
— Gdzież ten list? — zapytał.
— Położyłam na stole... Podobno coś bardzo pilnego.
Janio do stancyi wszedł, otworzył kopertę i czytał. Kartka była lakoniczna.
„Chciałem cię widzieć — pisał p. Sylwester — posyłałem po ciebie. Powiedziano, że wyjechałeś niewiadomo dokąd. Otóż, jeżeli dziś powrócisz niewiadomo zkąd, to dowiesz się z tego listu, że ojciec twój, oczekuje cię jutro o godzinie 11 rano u siebie...“
— Jakaś nowa przyjemność — szepnął.




V.

Nazajutrz, w oznaczonej godzinie, syn stawił się na wezwanie ojca. Był bardzo blady i przygnębiony, mogło się zdawać, że mu przez jedną dobę kilkanaście lat przybyło.
Nie poszedł przywitać się z matką, nie zajrzał do siostry, lecz udał się wprost do kancelaryi. Pan Załuczyński siedział przy biurku; gdy Janio wszedł, rzucił okiem na zegar.
— Jedenasta — rzekł — czekałem na ciebie.
— Wiem o tem.
— Nie znaleziono cię w domu...
— Proszę ojca, wczoraj była niedziela, dzień, w którym pozwalam moim parobkom na odpoczynek i rozrywkę; sądziłem więc, że mogę pozwolić i sobie...
Pan Sylwester podniósł się z krzesła, spojrzał na Jania surowym wzrokiem, i rzekł chłodno:
— Twój sposób wyrażania się świadczy, że jesteś w stanie do pewnego stopnia gorączkowym; a ponieważ sprawa, o której chcę mówić, wymaga chłodnej rozwagi, przeto lepiej będzie jeżeli odłożymy tę konferencyę na czas inny... Przyjdź, gdy będziesz spokojniejszy i nauczysz się mówić do ojca właściwszym tonem niż dziś.
Na twarz Jania wybiegły rumieńce, zadrżał, ale wnet zapanował nad sobą.
— Przepraszam ojca — rzekł schylając się do ramienia p. Sylwestra — może odezwałem się niewłaściwie...
— Bardzo.
— Lecz sądziłem, że ojciec robi mi wymówki, i chciałem się usprawiedliwić...
— Nie robiłem żadnych wymówek; zaznaczyłem tylko fakt, żeś wczoraj nie był w domu obecny...
— Przepraszam powtórnie i słucham co ojciec rozkaże...
— Siadaj.
Pan Sylwester usiadł przy biurku, Janio naprzeciw niego. Mierzyli się wzrokiem. Obadwaj rozumieli, że będzie między nimi spór jakiś, walka. Obadwaj skupiali siły w milczeniu. Janio znał dobrze ojca i jego wolę niezłomną; p. Sylwester przeczuwał w synu charakter.
— Proszę cię — rzekł po chwili ojciec — trzeba pomyśleć o przyszłości i o losie...
— Zdaje się — rzekł Janio — że dzięki ojcu, mam los zabezpieczony...
— Na Majdanie?
— Tak...
— Zapewne, przynajmniej do czasu ekspiracyi kontraktu... no, ale to mało, mojem zdaniem...
— Mnie wystarcza, ojcze.
— Być może, ja jednak życzę sobie, żebyś miał więcej... Pojedziemy do Warszawy.
— Kiedy?
— Za tydzień.
— Czy nie będzie to niedyskrecyą, jeżeli zapytam w jakim celu?
— Byłoby nonsensem, gdybyś nie spytał. Pragnę, żebyś się ożenił... już czas.
— Ja? żebym się ożenił?
— Tak. Mówię po polsku, wyraźnie i dość głośno: Życzę sobie, żebyś się ożenił...
— Z kim?
— Z osobą, którą ci wskażę...
— Ojciec żartuje chyba!
— Jestem za poważny, żebym w ogóle kiedykolwiek żartował.
— W takim razie, równie poważnie odpowiedzieć muszę, że ja nie mam wcale zamiaru ożenienia się...
— Nigdy?
— Nie wiem, ale teraz nie.
— Więc nie życzysz sobie jechać ze mną do Warszawy i postąpić według mojej woli?
— Bardzo mi przykro...
— Przepraszam, ja nie pytałem: Czy ci przyjemnie, czy przykro, bo to do rzeczy nie należy; proszę mi odpowiedzieć wprost: życzysz sobie, czy nie?
— Nie.
— To jest twoje ostatnie słowo?
— Tak.
— W takim razie rozmowa nasza skończona.
Janio znowu się schylił do ramienia p. Sylwestra.
— Czy ojciec nie ma nic więcej do rozkazania?
— Nic.
— Więc mogę odejść?
— A nie; bądź łaskaw zaczekaj. Sądzę, że, jako ojciec, mam prawo zażądać od ciebie pewnych wyjaśnień. Czy wolno wiedzieć, dokąd wczoraj jeździłeś?
— Do Zawadek.
— I przepędziłeś tam zapewne cały wieczór?
— Tak jest.
— W Zawadkach mieszka ten stary bankrut Karpowicz? Wszak prawda?
— Nie, ojcze. W Zawadkach mieszka pan Marcin Karpowicz, ojciec mego szkolnego kolegi Ludwika, człowiek bardzo zacny i szanowny.
— A! zwracam honor, przepraszam. Wolno mi wszakże domyślać się, że ten bardzo zacny i szanowny człowiek ma córkę.
— Ma trzy córki.
— No! proszę. Wolno mi się również domyślać, że jedna z tych trzech panien, zapewne dość przystojna, kokietuje p. Jana Załuczyńskiego, w przyszłości właściciela Piotrowic i dość znacznych kapitałów. Jako kombinacya finansowa, pomyślane to jest wcale nieźle...
Janio zarumienił się; oburzało go to szyderstwo, raniło mu serce; pamiętał jednak, że ma do czynienia z ojcem, i wybuch siłą woli i rozumu powstrzymał.
— Dlaczego ojciec ubliża tym ludziom? — zapytał z żalem.
— Ubliżam? Nie. Wydaje mi się rzeczą naturalną, że taki p. Karpowicz, czując, że mu się grunt pod nogami usuwa, wyczerpawszy wszelkie źródła kredytu, pod nieustanną groźbą wywłaszczenia, nie widząc znikąd ratunku, a nie mogąc liczyć ani na siły własne, ani na swoją pracę lub inteligencyę, jako jedynej deski ocalenia, czepia się myśli, żeby wydać córkę za mąż bogato i tym sposobem istnieć dalej bez troski. Nie widzę w tem nic a nic tak dziwnego. Prawie powszechną wadą naszą było i jest jeszcze, niestety! że zagrożeni w bycie, w istnieniu swojem, nigdy nie szukaliśmy ratunku sami w sobie, we własnej, choćby najcięższej pracy, w wyrzeczeniu się złych nałogów i przyzwyczajeń, lecz oglądaliśmy się na pomoc cudzą, lub na nadzwyczajne, cudowne wydarzenia. Anglik, niemiec, francuz, gdy mu bieda dokucza, gdy go gnębi, podwaja ilość pracy i zmniejsza o połowę swoją dzienną żywność. Jeżeli zajmował razem z rodziną trzy pokoje, przenosi się do jednego; jeżeli miał jakie przyjemności, to się ich wyrzeka; jeżeli pijał wino, poprzestaje na wodzie, — i tym sposobem nietylko wydobywa się z położenia krytycznego, lecz dochodzi do względnej zamożności, do dobrobytu. Przyzwyczajony od dziecka do pracy, zna jej wartość, zna wartość czasu. Polak przeciwnie, nawet mając majątek, mając wszelką możność dorobienia się i podwojenia tego co posiada, na przyszłość nie patrzy, czas trwoni i żyje nieoględnie, z dnia na dzień; a kiedy mu bieda dokuczy, kiedy roztrwoni co miał, wtenczas szuka ratunku w bogatem ożenieniu się, lub w wygranej wielkiego losu na loteryi, albo też, o samobójstwie myśląc, błąka się bez celu, patrząc w ziemię, czy skarbu zgubionego przez kogoś nie znajdzie, lub podnosi oczy w obłoki — podkreślam ten wyraz w obłoki, bo nie w niebo, — i myśli, że mu Opatrzność złoty deszcz spuści na głowę, lub cud dla niego uczyni. Tymczasem skarbów nikt nie gubi po drodze, a Opatrzność ma co lepszego do roboty aniżeli ratować bankrutów, którzy padają ofiarą własnego próżniactwa lub niedołęztwa. Czyż nie tak się dzieje? Jeżeli uczono cię historyi, a przypuszczam, że uczono cię przecież, jeżeli znasz swój kraj i obserwujesz ludzi i widzisz co się tu dzieje, — to musisz przyjść do przekonania, że to niedbalstwo, ta bezmyślność, to nieliczenie się z jutrem i oglądanie się na cudzą pomoc, na cuda, było dawniej i jest jeszcze dzisiaj niestety! zgubą naszych rodzin, rodów i całego społeczeństwa zarazem.
— Sądzi ojciec jednostronnie, mieliśmy przecież przykłady bohaterskich poświęceń...
— Wielka to kwestya, mój synu, co należy nazywać bohaterstwem: czy chwilowy, entuzyastyczny, szalony poryw, czy też długoletnią, milczącą, kamienną wytrwałość. Ty może powiesz, że bohaterem jest ten, kto w chwili uniesienia zaryzykuje życie, mienie, istność swoją i albo zginie, albo wyjdzie cały po to, ażeby później wpaść w apatyę; a ja powiem, że na nazwę bohatera prędzej zasługuje taki, który od małego dziecka do późnej starości, do śmierci, co dzień bez wytchnienia, z uporem owych kropel wody, które na kamień spadają i dziury w nim żłobią, pełni cicho swe obowiązki przez lata. Można się o tytuł bohaterstwa spierać, ale ja przy swojem zostanę i więcej tych drugich aniżeli pierwszych szanować będę. Jeżeli mamy w świecie zwierzęcym, w przyrodzie, porównania szukać, to przyznam ci się, że nie mogę sobie wyobrazić, jakby istnieć mogło społeczeństwo, złożone ze śmiałych orłów, lub czule śpiewających słowików, ale wiem to, że istnieć mogą społeczeństwa pszczół i mrówek, oparte na systematycznej, a wytrwałej pracy jednostek. W takiem społeczeństwie osobnik niezdatny do pracy przepada i ginie, ale cały organizm istnieje, trwa i jest silny. Nie wiem, dla czego społeczeństwo ludzkie nie mogłoby być na ten sam wzór urządzone; nie wiem dlaczego nie możnaby powiedzieć pewnym indywiduom: „Nie macie dość sił, żeby się utrzymać, więc gińcie; nie zdoła was podźwignąć siła inteligencyi waszej — pracujcie rękami; nie potraficie i tego — nie zawadzajcie drugim“.
— Ojcze, ojcze! cóż to za bezwzględny egoizm!
— Nie, synu, to program. Użyłeś wyrazu egoizm...
— Tak.
— Dziwna rzecz, a raczej, cóż mówię? nie dziwna, lecz niestety! naturalna, że wyraz ten istnieć może w takich narodach jak nasz: niezaradnych, mających w swojem łonie niedołęgów i próżniaków... Wyobraź sobie, czy w jakimkolwiek organizmie społecznym, którego wszyscy członkowie są silni, pracowici, oszczędni, a ztąd zamożni, niepotrzebujący niczyjej łaski, ani niczyjej pomocy, mógłby ten wyraz istnieć?
— Takich społeczeństw, o jakich ojciec mówi, nie ma na świecie; wszędzie są silni i słabi, a obowiązkiem pierwszych jest wspomagać drugich i ratować ich w nieszczęściu. Z sił mniejszych i z sił większych, tworzy się siła wypadkowa, ogólna.
— Zapewne; to tylko źle, że tym mniejszym siłom, jak je zowiesz, a właściwie tym bezsilnościom nieporadnym, jedynym punktem wyjścia wydają się siły „przypadkowe“, na które licząc, gnuśnieją w bezczynności i stają się nieużytecznym ciężarem... Ale zabrnęliśmy zanadto w ogólniki i odeszliśmy od przedmiotu, który nas specyalnie zajmował. Mojem zdaniem bezsilnością jest tutaj p. Karpowicz, a siłą przypadkową, na którą on ma widoki — jesteś ty!
— Nie.
— Czy możesz dać słowo honoru, że moje przypuszczenia są mylne?
— Bezwzględnie mogę.
— Wierzę ci, chociaż...
— Chociaż co, ojcze?
— Nie mam najmniejszego powodu do powątpiewania o twoim honorze, zdaje mi się wszakże, że tak poważne zapewnienie wydajesz zbyt pochopnie i nie opierając się na dowodach rzeczywistych.
— Na nieszczęście moje — rzekł Janio z westchnieniem — dowody, jakie mam, są wystarczające aż nadto.
— Tłomacz się jaśniej...
— Nietylko jasno, ale zupełnie szczerze. Nie widzę racyi, dla której miałbym ukrywać uczucie, jakie żywię w sercu dla panny Jadwigi Karpowiczówny. Kocham ją i bez niej życie nie ma dla mnie najmniejszego uroku...
Pan Sylwester brwi zmarszczył groźnie i rzekł suchym, bezdźwięcznym głosem:
— Romantyczną część sprawy możesz opuścić; przechodź do faktów, do owych dowodów, o których wspominasz...
— Dobrze; wczoraj, kiedy ojciec był łaskaw po mnie posyłać, ja byłem w Zawadkach.
— Wiem o tem.
— I wczoraj oświadczyłem się o rękę panny Jadwigi...
Pan Sylwester niecierpliwie poruszył się na krześle.
— Powinszować — rzekł — szkoda tylko, że nie byłeś łaskaw uprzedzić ojca o tak stanowczym kroku.
— Wiedziałem najprzód, że aprobaty nie otrzymam.
— Pokazuje się, że mnie znasz przynajmniej. Można było jednak, chociaż przez grzeczność, zakomunikować mi tę nowinę, jako „fait accompli“.
— I to byłoby zbyteczne.
— Nawet! Sądziłem... że...
— Proszę ojca, aprobata w tym wypadku wcale niepotrzebna.
— Zapewne. Przynajmniej kodeks tak twierdzi, doszedłeś do pełnoletności i chcesz jej, jak widzę, używać...
— Nie skorzystałem z tego prawa.
— Z powodu?
— Nie zostałem przyjęty.
Pan Sylwester nie mógł ukryć zdziwienia.
— Nie zostałeś przyjęty?!
— Tak ojcze, a właśnie powodem i jedyną przyczyną odmowy jest mój domniemany majątek... Ci ludzie zbyt szlachetni i zbyt dumni są, aby ich ktokolwiek mógł o interesowność posądzać. Panna mi sprzyja, to wiem; rodzice przeciwko mnie osobiście nic nie mają, ale o małżeństwie nie może być mowy. Panna Jadwiga powiedziała mi wprost, że zanadto jestem jej drogi, aby mogła pozbawiać mnie miłości rodziców i mienia, jakie kiedyś w przyszłości mnie czeka. Tak postępują ci bankruci zagrożeni ruiną, całe życie nękani i nie z własnej winy nieszczęśliwi; tak postępują owi biedacy, na zagładę i zatracenie skazani, ci niewolnicy lichwiarzy!..
Rumieńce występowały na twarz Jania, oczy zapłonęły gorączkowym blaskiem. Chciałby mówić, mówić długo, bez końca, wypowiedzieć wszystko co miał na sercu: boleść, żal, rozpacz prawie.
Pan Sylwester powstrzymał ten wybuch.
— Nie unoś się — rzekł. — Jesteś jeszcze młody i niedoświadczony i sądzisz może zbyt porywczo.
— Porywczo?!
— Zapewne. Któż ci zaręczy, że w tem, co nazywasz szlachetnością, nie kryje się chęć mocniejszego zaplątania cię w sidła, że ci państwo za pomocą odmowy i stawiania przeszkód, nie chcą podniecić twego sentymentu i uczynić jego przedmiot o wiele droższym w twych oczach? Owoc zakazany od początku świata miał swoje powaby, zwłaszcza dla tych, którzy nad pasyami swemi panować nie są zdolni, którzy niebacznie czynią je głównym celem swego życia, zapominając o tem, że ma ono o wiele ważniejsze i poważniejsze strony.
— Myli się ojciec, rodzina Karpowiczów za dobre ma zasady i za wiele szlachetności, by się mogła do takich podłych sztuczek i podstępów uciekać.
— Chętnie temu wierzę, lecz proszę o dowody.
— Ach ojcze! dość spojrzeć mu w oczy.
— I w oczy jego córki. Czy tylko tyle masz na poparcie swego twierdzenia?
— Mam przekonanie własne, które mi najzupełniej wystarcza.
— I ja mam także przekonanie, a ponieważ ani ja, jak uważam, twego, ani ty mego nie zmienisz; przeto pozostańmy każdy przy swojem. Radbym jednak wiedzieć, jakie są twoje widoki na przyszłość, jeżeli propozycyę moją odrzucasz?
— Będę cierpiał i czekał, a od zamiarów moich nie odstąpię...
— Na co będziesz czekał? Może na śmierć moją? to prawdopodobnie potrwa dość długo, jestem bowiem zdrów, żyję hygienicznie i nie popełniam nadużyć.
— Ojcze! ojcze! dlaczego ojciec mnie krzywdzi podobnem przypuszczeniem!? Wolałbym, żeby mnie ojciec z domu wypędził, wydziedziczył, aniżeli to... Co mi po majątku?...
— Sam nie wiesz co mówisz, mój synu. Nie znasz praw obowiązujących w kraju, w którym mieszkasz. Nie popełniłeś względem mnie takiej zbrodni, za którą mógłbym cię pozbawić ewentualnego dziedzictwa. Robisz źle dla siebie samego. O wydziedziczeniu mowy nie ma, lecz pozostawiony będziesz własnemu losowi, i na żadną pomoc z mej strony nie możesz liczyć.
— Dobrze, ojcze, zaraz nawet mogę ustąpić z Majdanu i poszukać sobie obowiązku...
— Brniesz za daleko, synu. Chciej wiedzieć o tem, że p. Sylwester Załuczyński nie zawiera kontraktów na żarty, lecz na seryo i zobowiązania swoje spełnia bezwzględnie. Zatem do czasu ekspiracyi kontraktu jesteś w Majdanie gospodarzem, naturalnie o tyle, o ile warunki umowy akuratnie spełniać będziesz, i jeżeli funduszów, które przydałyby się na zapłacenie czynszu, nie zechcesz lokować na wątpliwych hypotekach, naprzykład na Zawadkach.
— Ja nie mam żadnych sum na Zawadkach.
— A jednak doszły mnie pewne posłuchy; nie dawałem im wiary, lecz teraz przekonywam się, że mają one wiele prawdopodobieństwa. Czy nie ty zapobiegłeś sprzedaży Zawadek? czy nie ty zapłaciłeś ratę za p. Karpowicza?
— Nie ja.
— Któż więc?
— Uczynił to jego syn Ludwik, który właśnie teraz kończy studya medyczne w Warszawie.
— Proszę! Nie przypuszczałbym, że p. student znajduje się w posiadaniu kapitałów. Ciekawa rzecz, zkąd je może mieć?
— Ja mu pożyczyłem.
— Lokacya dość ryzykowna.
— Ojcze! w tem nie ma żadnego ryzyka. Ludwik rozpocznie praktykę, dorobi się i odda mi wszystko co do grosza.
— Być to może... jednak byłoby lepiej, żebyś nie pożyczał.
— Miałem, więc nie wahałem się dać. Moje osobiste interesa na tem nie ucierpią, bom przyzwyczajony do oszczędności i potrzeby mam małe, a moralne zadowolenie starczy mi za największy procent.
— Romanse, romanse, panie Janie. Sądziłem, że trzeźwiej zapatrujesz się na życie... Zdawało mi się, że będę miał w tobie następcę nietylko z krwi, ale z zasad i przekonań. Widzę żem się mylił.
Nastała chwila przykrego milczenia. Janio stał ze zwieszoną głową, wzrokiem w ziemię utkwionym, p. Sylwester chodził po pokoju.
— No — rzekł, zatrzymując się — zdaje mi się, że przedmiot naszej dyskusyi jest już zupełnie wyczerpany.
— I ja jestem tego samego zdania — odezwał się Janio.
— Szkoda, zdawało mi się, że będzie inaczej...
— Inaczej być nie może — rzekł syn z mocą.
— Bez patosu, mój synu, bez dramatów! Wracaj do siebie, pracuj, zastanawiaj się, rozmyślaj, a gdy przyjdzie refleksya, gdy uznasz, że ojciec miał słuszność, przyjdź, pomówimy... Czy widziałeś się z matką?
— Nie. Przyjechawszy, wprost przyszedłem tutaj.
— Więc, jeżeli chcesz, pójdź do niej, wiem, że chciała się z tobą widzieć.
Janio ucałował ojca w ramię, p. Załuczyński kiwnął głową.
Młody człowiek był jak oszołomiony. Wczorajsza odmowa, rozpacz, chłodne wyrazy ojca, przytem noc przepędzona bezsennie, wprawiały go w stan gorączkowy prawie.
Blady i zmieniony wszedł do pokoju siostry.
— Janiu! co tobie? — zawołała, ujrzawszy go tak przygnębionym.
— Nic, moja droga.
— Ależ ja widzę! ty chory jesteś, a może masz zmartwienie, ty coś ukrywasz przedemną.
— Nie.
— Byłeś teraz u ojca?
— Dopiero ztamtąd wychodzę.
— Posyłał wczoraj po ciebie, uważałam, że był w bardzo złym humorze, okazywał to nawet, a jak wiesz, rzadko mu się to zdarza. Co zaszło między wami? Powiedz mi, mój Janeczku!
— Pozwól niech trochę odpocznę, niech myśli zbiorę...
— Ach!.. więc jest coś...
— Są, kochana Irenko, bardzo smutne rzeczy. Każ mi dać wody zimnej, bo jakoś mi słabo.
Panna Irena pobiegła i wnet powróciła z wodą. Janio wypił ją chciwie.
— Siadaj siostrzyczko — rzekł — opowiem ci wszystko szczegółowo... historyę jednej doby życia, ale takiej, co za lata może wystarczyć.
— Biedny mój Janiu i cóż to było?
Opowiedział siostrze w krótkości o wizycie w Zawadkach, rozmowie z Jadwinią, konferencyi z ojcem, wyznał wszystko co miał na sercu. Mówił spokojnie, bez uniesień, jakby nie o własnych smutkach. Irenka słuchała go w milczeniu; dopiero gdy skończył, rzuciła mu się na szyję.
— Chciałabym cię umocnić na duchu i pocieszyć — mówiła, mając oczy pełne łez — chciałabym połowę zmartwień twoich wziąć na siebie. Biedny mój braciszku! nie znam panny Jadwigi, ale przeczuwam, że skoroś ty ją pokochał, musi być dobra i szlachetna dziewczyna. Dlaczego nie mielibyście być szczęśliwi? Jaka siła może temu przeszkodzić? Wola ojca... zdaje mi się, że ją twoja wytrwałość przemoże, że prędzej czy później ojciec ustąpi... Przecież nie może wyrzec się jedynego syna...
— Kto wie?
— Ja tak myślę, Janiu. Już i teraz, przed chwilą, ojciec okazał ci szczególną, nieznaną dotąd ani mnie, ani tobie łaskę.
— Łaskę?! W czem ją widzisz Irenko?
— Rozmawiał z tobą, pozwolił ci wypowiedzieć co myślisz. Czy to się kiedy praktykowało u nas? Ojciec z mamą rzadko kiedy rozmawia, a cóż dopiero z nami! Czy mieliśmy kiedy wolę własną, czy od lat najmłodszych słyszeliśmy od niego choć jedno słowo, prócz lakonicznej komendy: „Idź tam, zrób to, tego nie czyń, owego się ucz!“ Czy nie widzisz, że i teraz, ja panna dorosła, traktowana jestem w taki sam sposób. Dla ciebie robi wyjątki; tobie daje względną swobodę i samodzielność. Mów ty Janiu co chcesz, ale ja jestem najgruntowniej przekonana, że ojciec cię bardzo kocha, że pod tym lodowym puklerzem, którym się ciągle, nie wiem dla czego osłania, tleje iskierka, ukrywana troskliwie, może nawet gaszona, ale nie dająca się zgasić. Wiem i to, Janiu, że ojciec pragnie cię nagiąć do formy przez siebie wymarzonej, że będzie usiłował to zrobić, że uczujesz na sobie nie raz jego żelazną rękę, że giąć cię będzie długo, wytrwale, ale gdy napotka również wytrwały opór, gdy zobaczy, że nagiąć się nie dasz, złamać cię nie zechce. Nie zdobyłby się na to, właśnie dlatego, że cię kocha. Cóż ty myślisz czynić nadal, mój Janiu, co postanowiłeś?
— Wracam na Majdan, zajmuję się gospodarstwem, czekam...
— Najlepiej zrobisz, a tymczasem może jakie zmiany zajdą. W Zawadkach będziesz bywał?
— Chyba nie, a przynajmniej bardzo, bardzo rzadko.
— Czemu?
— Na co mam krwawić serce jej i sobie? — Wolę tęsknić w samotności i nie drażnić rany zbyt świeżej.
Drzwi skrzypnęły, uchyliła je pokojówka.
— Pani prosi na obiad — rzekła.
— Chodźmy, Janiu.
— Słuchaj Irenko, po obiedzie ja zaraz odjadę. Jeżeli mama będzie dopytywała o to, co zaszło między mną i ojcem, opowiedz jej wszystko... wyręcz mnie.
— Zrobię to... ale proszę cię i zaklinam, bądź dobrej myśli, nie trać energii, nie upadaj na duchu. Ja cię od czasu do czasu odwiedzę w Majdanie.
Podczas obiadu panował zwykły, chłodny nastrój, jak zawsze w Piotrowicach. Pan Sylwester prawie się nie odzywał, jadł bardzo mało; znać było po nim, że ma coś ważnego, a może i przykrego na myśli.
Natychmiast po obiedzie Janio odjechał, i od tej pory pokazywał się u rodziców bardzo rzadko, zaledwie raz na trzy tygodnie. W terminie właściwym stawił się w kancelaryi ojca i zapłacił ratę dzierżawną. Pan Sylwester przyjął go ozięble, włożył okulary, przeliczył pieniądze, schował do kasy żelaznej, a potem wypisał odpowiedni dokument i wręczył go synowi.
— Oto masz pokwitowanie — rzekł sucho.
Rozmowy wcale nie wszczynał. Janio, widząc, że nie ma na co czekać, ukłonił się, pocałował ojca w ramię i wyszedł.
— Uparty! — mruknął pan Sylwester przez zęby, gdy się drzwi za synem zamknęły, — uparty i twardy. Mógłby z niego być człowiek, gdyby nie te głupie romanse!




VI.

Zima była śnieżna. Gdzie okiem rzucić, wszędzie biało. Śnieg grubą warstwą zalegał pola i łąki. Rzeki, stawy, jeziora, uwięzione w lodowych okowach, uginały się pod puszystem przykryciem; tylko drzewa odarte z liści, rysowały się na tle bezbrzeżnej białości, tylko ciemno-zielone, czarne prawie konary sosen urozmaicały tę biel jednostajną.
Majdan tonął także w śniegu. Tu, pod las, wiatr naznosił go dużo, domek ledwie było widać z za śnieżnych okopów. Było samo południe, słońce blade, jakby zaspane, wychylało się cokolwiek z po za chmur i znów chowało się za nie; w folwarku panowała cisza zupełna, tylko czarniawy słup dymu, dobywający się z komina, świadczył, że ludzie na tem pustkowiu mieszkają.
Janio odłożył książkę, którą czytał i właśnie miał zasiąść do obiadu, który tylko co Michałowa podała, gdy rozległ się głos dzwonka i sanki zaprzężone w parę mizernych koni podjechały przed ganek. Gość w Majdanie! Zjawisko na prawdę osobliwe, bo u Jania nikt prawie nie bywał, chyba żyd za kupnem zboża, lub wójt w urzędowym interesie. Ani przypuszczając, żeby to ktoś w odwiedziny mógł przyjechać, Janio przed dom wcale nie wyszedł, nawet w okno, choćby z ciekawości, nie spojrzał.
Z sanek wysiadł mężczyzna barczysty, ogromnego wzrostu, i schylając się we drzwiach nizko, wszedł wprost do pokoju, w którym siedział Janio. Gdy zrzucił futro z swoich ramion olbrzymich, Janio zerwał się z krzesełka, i rzucając się gościowi na szyję, zawołał:
— Ludwiś! Ludwiś! tyżeś to?!
— Jak widzisz, Janeczku, ja sam, cały i zdrów. Zakończyłem moją biedę warszawską, przybywam próbować wiejskiej.
— Kiedy przyjechałeś?
— Wczoraj w nocy, i jak widzisz, dziś już jestem u ciebie; jestem, aby cię powitać i podziękować za to, coś dla nas, dla rodziców moich uczynił...
— No, tylko nie mów o tem, mój kochany.
— Zawsze mówić będę i nigdy nie zapomnę. Poratowałeś ojca mego, kiedy był w położeniu bez wyjścia, ocaliłeś całą rodzinę od nędzy — Janiu, niech ci za to Bóg zapłaci!
Porwał go w ramiona i ucałował.
— W porę przybywasz — rzekł Janio, akurat obiad podali. Michałowa! żywo! dawajcie drugie nakrycie! Nie ufetuję cię, jakbym chciał, jakby należało takiego gościa uraczyć, bo sam nie osobliwie jadam, a na tej pustce nic nie dostanie.
— Cóż tam! nie jadaliśmy to spartańskich polewek ongi na Starem Mieście? Czyś już zapomniał? Nie wyprawialiśmy uczt z towaru nieoszacowanej pani rzeźniczki! Ukłony ci od niej przywożę. Doprowadziłem jej infanta do czwartej klasy i rozstaliśmy się w najlepszej harmonii.
— A cóż u ciebie w domu, jak tam rodzice, siostry?
— Kłaniają ci się wszyscy, zdrowi są i mają żal do ciebie, żeś o Zawadkach zapomniał. — Dlaczego nie bywasz?
Janio westchnął.
— Pomówimy o tem kiedy... Na długo przyjechałeś do domu?
— Do domu na tydzień, w te strony na zawsze. Osiadam w miasteczku, rozpoczynam praktykę. Bóg wie, jak to pójdzie...
— Pójdzie dobrze. Od Kurosza listu nie miałeś?
— Owszem, miałem. Przed samym wyjazdem z Warszawy doszła mnie od niego epistoła, cały arkusz na wszystkie cztery strony zapisany drobniutko. Znasz jego pismo i wiesz, że papieru marnować nie lubi, w kieszonkowych notatnikach zapisywał całkowite kursa!
— A cóż pisze, co porabia?
— A pisze, że reguluje interesa własne i swej macochy, że coś tam sprzedaje czy wydzierżawia, sprawy jakieś prowadzi, procesuje się o zagony ze szlachtą, a w wolnych od zajęć chwilach zajada półgęski, osobliwe wędliny, kołduny i pije kwaśny podpiwek. Ten ostatni ma być podobno obrzydliwy, ale pochłania go w niesłychanych ilościach.
— Nie wybiera się w nasze strony?
— A jakże! Marzy tylko o tem. Chce być obrońcą wdów pokrzywdzonych i sierot, i na pole działania obiera sobie stolicę naszej gubernii.
— A to wybornie! Będziemy więc wszyscy trzej blizko siebie.
— Tak, ale zawsze to nie to, co w Warszawie.
— Tęskno ci za biedą? — spytał Janio.
— Ot, licho wie. Jakoś przyzwyczaiłem się do cygańskiego życia, do kolegów. Medycyna z początku mi nie szła i wcale nie przypadała do mego usposobienia. Musiałem staczać walkę sam z sobą, żeby się do niej przekonać. Pierwsze lata były najcięższe, ale później, jak się już zaczęło chodzić do szpitali, do klinik, to się przyzwyczaiłem, a nawet polubiłem to zajęcie. Człowiek ma kark tak podatny, że się do wszelkiego chomąta nadaje. Mnie teraz brakowało czegoś, gdym którego dnia chorego nie widział, jęku nie słyszał, nie patrzył na krew, lub na rany. Zupełnie, jak nasza nieoszacowana rzeźniczka, która twierdzi, że świat zbrzydłby jej, gdyby nie patrzyła na połcie słoniny i na włoski salceson. To są jej własne słowa, a w nich moc psychologii. Wszyscyśmy tacy, my robotnicy. Ciebie tak interesuje nowa odmiana żyta lub jęczmienia, jak mnie zawikłana forma tyfusu, a poczciwego Kurosza trudna do wygrania sprawa. Pod wpływem przyzwyczajenia wyrabiają się nawet pewnego rodzaju namiętności fachowe. Mam kolegę zakochanego w psychiatryi, każdy waryat jest dla niego skarbem, a szaleniec niezwykły poematem; inny powiada, że nie obchodzi go nic na świecie prócz raka; Kurosz jeszcze na kursach twierdził, że gdyby dostał kilka spraw rozwodowych, toby się upił z radości, a ty, o ile sobie przypominam, siadywałeś po całych dniach w laboratoryum, badając chlorofil i dociekając: dla czego liść sałaty jest jasno zielony, a buraka ćwikłowego prawie czarny? Wszystko to, powiadam, są namiętności zawodowe, i dobrze, że są, bo inaczej nie mielibyśmy postępu...
— Jedzże gaduło! — zawołał Janio, podsuwając talerz koledze.
— Nie zapraszaj, nie zapraszaj, bo nie trzeba. Jako pamiątkę, po latach nauki, oprócz osłabionego wzroku, uniosłem wilczy apetyt; nie wybredzam co do jakości, ale dbam o ilość: pod tym względem jestem jak przepaść, i chyba wiele jeszcze lat upłynie, nim się nasycę i zacznę jadać jak wszyscy ludzie.
— Bo też nie jesteś jak wszyscy, jesteś olbrzym. Jam nie ułomek, a przecież ci głową ledwie do ramienia dostanę.
— Tak jak tobie Kurosz.
— Żeby to on jak najprędzej zamiary swoje doprowadził do skutku, i żeby nareszcie przyjechał! Byłoby tu zaraz weselej.
— Przyjedzie, przyjedzie, jest zdecydowany stanowczo, tylko potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby swoją mizerną fortunę jakoś wywindykować i los nieletnich zabezpieczyć; zaraz potem pomyśli o własnym losie. Wyobraź sobie, że ten Quasimodo chce się żenić.
— Co mówisz! z kim? kiedy?
— Zdaje mi się, że, jak dotychczas przynajmniej, to jeszcze i dla niego jest tajemnicą, jeszcze nie ma swojej Esmeraldy.
— Nie rozumiem.
— To znaczy, że dopiero ma intencyę, ale nie zna jeszcze osoby, do której afekty swoje zwróci. Pisał do mnie tak: „A upatrz mi w waszych stronach, kochany Goljacie, dzieweczkę skromną, ale wdzięczną, którąbym mógł pokochać bardziej niż najrzadszą starą książkę, niż unikat; wyobrażam sobie, że jest to wielkie szczęście. Upatrz, a upatrzywszy, uprzedź, że w niepozornym, małym i krzywym futerale siedzi duch nieostatni, serca sporo... i że twój Kuroszek marzy o tem tylko, żeby znalazł jakąś niewybredną kokoszkę dla siebie“.
— Dlaczego nie ma znaleźć? znajdzie, bądź o to spokojny. Niech-no się osiedli, a da poznać w okolicy...
— Uznania się on dobije — rzekł Ludwik, bo na adwokata ma bardzo dobre warunki.
— Zdaje się.
— Tak jest. Śmiały, wymowny, cięty trochę, a że akuratny i pilny, więc go ludzie ocenią.
Rozmawiali jeszcze o innych kolegach, o Warszawie, ale nie uszło uwagi Ludwika, że Janio nie swój jest i przygnębiony.
Gdy wstali od stołu, Ludwik rzekł:
— Widzę w tobie dużą zmianę, mój drogi.
— W czem mianowicie? Zkąd wnosisz?
— Spodziewałem się, że cię zastanę wesołym, pełnym ognia, życia, humoru, a ty mi jakoś, Janeczku, na dziada wyglądasz.
— Zdaje ci się...
— Ej nie. Nie masz miny chorego, a przecie...
— Więc pukaj, słuchaj, badaj i radź — odrzekł z gorzkim uśmiechem Janio.
— Lepiej sam powiedz, to będzie pewniejsza dyagnoza...
Janio się zamyślił i zawahał.
— W istocie — rzekł — mam zmartwienia i ciężkie, a podobno lepiej będzie, gdy ci o nich nie powiem.
— Tak to Janiu! odbierasz mi dawną ufność, a przypomnij sobie, czy kiedykolwiek mieliśmy jakie sekrety? czy pomiędzy nami istniały tajemnice? Ja nie zmieniłem się, taki sam jestem dziś, jak przed dwoma, trzema, dziesięciu laty. Dlaczegóż ty?...
— Drażliwa kwestya...
— A na Boga! nie masz chyba tak drażliwej kwestyi, o której ze mną mówićbyś nie mógł. Przecież, jak przypuszczam, nie byłbyś zdolny popełnić czynu, za który miałbyś się rumienić?
— Masz racyę Ludwisiu, powiem ci wszystko. Usiądź...
Na dziedzińcu rozległ się znowuż odgłos dzwonka.
— Jedzie ktoś — rzekł Janio.
Ludwik spojrzał przez okno.
— Ho! ho! — rzekł — pyszny koń! saneczki jak łupina... O! panie Janie, damy cię wizytują, jak widzę...
— Damy?!
— Jak na teraz, to tylko jedna, i, o ile dostrzedz mogę, młodziutka.
Janio zaciekawiony do okna pobiegł.
— Ach! — zawołał — to moja siostra! Nie znasz mojej siostry?
— Nie.
— To się poznacie...
Wybiegł przed dom i pomógł wysiąść z sanek Irence.
Przyjechała maleńkiemi sankami, ciągnionemi przez potężnej budowy konia, którym kierowała sama. Wąsaty stangret, w płaszczu z ogromnym futrzanym kołnierzem, stał za sankami. Koń ubrany był w zaprzęg angielski, ozdobiony brązami, przykryty gęstą i mocną siatką, od której odbijały się bryły śniegu, jakie kopytami wyrzucał.
Irenka zatrzymała konia przed gankiem, rzuciła lejce stangretowi, a Janio ujął ją pod ramiona, uniósł w górę i na ziemi postawił.
Rzuciła mu się na szyję. Przywitała go serdecznym pocałunkiem. Panna Irena ubrana była w zgrabne, obcisłe futerko, na głowie miała czapeczkę futrzaną, a w koło szyi owinięte długie, czarne boa. Mróz zarumienił jej twarzyczkę i dodał blasku ślicznym oczom. Oddychała swobodą, na ustach miała uśmiech.
— Najmilszy to mój spacer Janeczku! bo do ciebie. Myśl, że rozerwać cię i pocieszyć mogę w samotności, dodawała mi skrzydeł. Nie oszczędzałam gniadego, mknął jak wicher po tej przepysznej drodze. Tu, pod lasami, śnieg jak puch, nie zdążyli jeszcze drogi popsuć. No, braciszku, czemże mnie przyjmiesz?.. bo zziębłam, mróz szczypie.
— Czem chcesz, kochanie; co mam w domu, wszystko na twoje usługi, ale muszę cię uprzedzić: jest gość.
— Co za szkoda! Nie w porę przybyłam... a tak chciałam pogwarzyć, pogawędzić z tobą serdecznie... Cóż to za gość i zkąd się wziął? Przecież mówiłeś niedawno, że do Majdanu prócz mnie żywa dusza nie zagląda.
— Nie spodziewałem się go dzisiaj, wcale nie uprzedził mnie, że ma zamiar przyjechać. To Ludwiś...
— Karpowicz? brat panny Jadwigi?
— I mój najlepszy przyjaciel.. Ten sam Irenko, ten sam... Chodź zaprezentuję ci go.
Wziął siostrę za rękę i wprowadził do swojej nizkiej stancyjki. Na widok młodej osoby Ludwik powstał, wyprostował się i onieśmielony złożył dość niezgrabny ukłon.
Irenko — rzekł Janio, — oto mój kolega ze szkolnej i uniwersyteckiej ławy, pan Ludwik Karpowicz, obecnie doktór Karpowicz, a nietylko kolega, ale i przyjaciel serdeczny.
Panna Irena wyciągnęła do niego małą, zgrabną rączkę w zamszowej rękawiczce, i rzekła z uśmiechem:
— Miło mi pana widzieć, bo znamy się od dawna. Każdy list Jania o panu wspominał, a sam Janio, ile razy na wakacye lub święta do domu przyjechał, zawsze mi o panu opowiadał...
— Bo też, Irenko — wtrącił Janio — żyliśmy jak bracia, nigdy nie istniała między nami dysharmonia, nigdy nie zaszła sprzeczka.
— Na długo pan do nas? — spytała.
— Prawdopodobnie na zawsze — odrzekł Ludwik — osiadam tu niedaleko w miasteczku, jako lekarz. Pragnę być blizko rodziców i rodzeństwa.
— To wybornie! Wie pan, że nawet dla okolicy doskonale. Dotychczas, w razie wypadku, musieliśmy posyłać po doktora o sześć mil, niech pan sobie wyobrazi, o sześć mil! czasem po najgorszych drogach. Można było umrzeć i nie doczekać się pomocy. Życzę panu powodzenia i szczęścia...
— Serdecznie dziękuję pani.
— Janeczku! — odezwała się do brata, pozwolisz, że przejdę na drugą stronę i odbędę małą konferencyę z Michałową. Boże! jacy ci mężczyźni niezaradni! Masz tak miłego gościa i trzymasz go przy nienakrytym stole...
— Mylisz się siostrzyczko, stół był nakryty, przed chwilą jedliśmy obiad.
— Nie dysputuj o tem, na czem się nie znasz, zabawiaj pana doktora, a ja chociaż na dwie godzinki obejmę obowiązki gospodyni. Dłużej nie mogę, bo muszę wracać przed zmrokiem. Proszę cię tylko nie protestuj, żadnych ale... opozycyi nie znoszę, a nieposłuszeństwa nienawidzę...
— Nie wiedziałem Janiu, że twoja siostra już dorosła panna — rzekł Ludwik, gdy drzwi się za Irenką zamknęły. — Zawsze mówiłeś: Siostrzyczka, moja mała siostrzyczka, sądziłem więc...
— Wszystko rośnie co młode, kochany Eskulapie, i wszystko starzeje się, młodem być przestawszy.
— Tylko ty się nie starzej i nie bądź sensatem, bo jeszcze na to czas.
Janio westchnął.
Po chwili weszła Michałowa, nakryła stół białą serwetą, a potem wniosła tacę pełną świeżych ciastek i butelkę wina. Za nią ukazała się Irenka, uwolniona już z futra, w skromnej, ale gustownej popielatej sukni, uwydatniającej jej gibką, zgrabną figurkę, uśmiechnięta, wesoła...
— Zkąd się to wzięło? — spytał Janio.
— Czy wyobrażasz sobie, że jadąc tu, mogłabym nie zabrać z sobą pełnego koszyka? Wiedzże o tem, że masz matkę i siostrę. Mama dała wino i szynkę, a ja piekłam wczoraj ciastka i przywiozłam ci trochę na spróbowanie. Czy wie pan — rzekła, zwracając się do Ludwika — że Janio jest taki abnegat, że nic a nic nie dba o siebie? Zapewne chce się milionów dorobić na Majdanie! My z mamą nie możemy na to pozwolić, żeby prowadził takie ascetyczne życie, ale on nas nic a nic nie słucha... Może pan, jako kolega i jako lekarz, wytłomaczy mu, że nie powinien tak robić. Niech mu pan da dobry przykład, bardzo proszę...
— Muszę cię pochwalić Irenko — rzekł Janio — ciastka są wyborne, i jeżeli rzeczywiście sama je robiłaś...
— Wątpisz?! o niewierny! czy mam złożyć dowody?
— Wystarcza mi twoje zapewnienie.
— Doprawdy, ci panowie nasi są pyszni. Zdaje im się, że oni tylko coś mogą i umieją, tymczasem nic. Zasieją zboże, zbiorą, wymłócą i na tem koniec, ale żeby nie my, toby nie wiedzieli nawet, jak dobry chleb smakuje...
— Trzeba ci wiedzieć Ludwisiu, że moja siostrzyczka jest emancypantka w swoim rodzaju — wtrącił Janio z uśmiechem.
— O bezwątpienia — odrzekła. — Pomiędzy zajęciami naszemi i waszemi jest pewna linia demarkacyjna, której nie pozwoliłabym przekroczyć mężczyźnie. Panowie jesteście samodzielni na jednych polach pracy, my na drugich.
— Proszę pani — wtrącił Ludwik — są przecież kobiety, które bardzo chętnie chcą pracować na polach dotychczas przez nas zajmowanych. Już i w medycynie mamy koleżanki...
— Podziwiam je... ale naśladować nie pragnę.
— Nie nęci pani swoboda i samodzielność?
— Gdybym była mężczyzną, marzyłabym może o tem, żeby dokonać czynów nadzwyczajnych, mogących na nowe tory pchnąć świat; ale ponieważ jestem kobietą, marzę o czem innem. Moim światem będzie mój dom. Prosta chłopka obrabiająca len i gotująca liche pożywienie dla rodziny, ale uczciwa i obowiązki pełniąca, według mego zdania, godna jest większego szacunku niż nie jedna sawantka, która i nauce wielkiego pożytku nie przyniesie i sama wykolei się z właściwego toru. Don Kichot z wąsami, pomimo naiwności swej, budzi sympatyę, ale Don Kichot w spódnicy, jak dla mnie jest szczytem komizmu.
Powiedziała to z wielkiem ożywieniem i stanowczością.
Ludwik rozśmiał się.
— Muszę stanąć w obronie Don Kichotów rodzaju żeńskiego — rzekł; bywają bowiem położenia wyjątkowe, są dziewczęta nie mogące liczyć na to, że w przyszłości będą miały dom i ognisko rodzinne; dla takich przynajmniej powinna mieć pani pewne względy...
— Ja też o wyjątkach nie mówię; są one wszędzie, i jako wyjątki, do ogólnych norm nie zawsze mogą się stosować; dla takich mam względy i wyrozumiałość, ale co do zasady jestem bezwzględna... Takie mam poglądy i nie odstąpię od nich... chyba w takim razie, gdyby mnie kto przekonał, że jestem w błędzie, ale wątpię bardzo, żeby znalazł się taki, i żeby mógł twierdzenie swoje poprzeć odpowiedniemi dowodami.
— Co za szkoda — rzekł Janio — że nie ma tu naszego Kurosza!
— Prawda — dorzucił Ludwik.
— A czy p. Kurosz — zapytała Irenka — jest zdeklarowanym rzecznikiem tak zwanej emancypacyi?
— Nie, on jest tylko specyalistą od przeczenia. To jego fach. Dowieść, że dwa a dwa jest pięć, że złodziej schwytany na gorącym uczynku jest niewinien, to jego specyalność. Mogę zaręczyć, że teraz wdałby się w dysputę i usiłował cię przekonać, że nie masz racyi.
— Mój Janiu — rzekła — jeżeli sądzisz, że mnie pozorami dowodów przekonać można, to jesteś w błędzie. Ustępuję chętnie w drobnostkach, ale gdy o zasadę idzie, lada co mnie nie wzruszy. Urodziłam się i wychowałam w Piotrowicach, w domu, gdzie jak ci wiadomo z doświadczenia, są zasady... Może być, że po ojcu odziedziczyłam pewny upór, tak jak i ty Janeczku, a dodam jeszcze, że mój upór silniejszy, bo kobiecy... Bardzo pragnęłabym poznać p. Kurosza, bo tyle dobrego o nim od ciebie słyszałam, ale nie zdaje mi się, żeby jego argumentacya i wymowa, o której zresztą mam bardzo pochlebne wyobrażenie, mogły zmienić moje przekonania o sprawach, co do których wyrobiłam sobie i posiadam własną opinię.
— Poznasz zapewne Kurosza, Irenko — rzekł Janio — osiada bowiem w stolicy naszej gubernii, jako adwokat. Właśnie Ludwiś przywiózł mi tę wiadomość.
— Jak to dobrze! Wyobrażam sobie, że i ty Janiu i p. doktór musicie być z tego bardzo zadowoleni; tyloletnie stosunki nie ulegną przerwie. Skupiajcie się panowie, skupiajcie — dodała poważnie — nie zaniedbujcie tej biednej, zacofanej prowincyi... tyle tu do działania, tak potrzeba głów silnych, i serc szlachetnych, i pracy rozumnej; właśnie to panom za zasługę poczytuję, że ukończywszy studya, nie trzymacie się Warszawy, lub w ogóle miast wielkich, chociaż może tam ponętniejsze i weselsze życie, lecz przychodzicie pracować tu i w zapadłym kącie chcecie cywilizacyę krzewić i biednym ludziom pomagać. To bardzo z waszej strony zacnie, bardzo dobrze... Janeczku — dodała, spojrzawszy na zegarek. — Ale już czas na mnie, muszę wracać, bo mama będzie niespokojna. Nie zapominajże o domu, przyjeżdżaj do Piotrowic, tyle mam zawsze do pomówienia z tobą.
— Cóż się tak śpieszysz?
— Nie, nie zatrzymuj mnie, mama czeka, a i zatrudnienia w domu nie braknie. Bądź zdrów.
Zarzuciła bratu rączki na szyję i ucałowała go serdecznie; Ludwikowi podała rękę.
— Może się przecież jeszcze kiedy spotkamy — rzekła. — Jedziesz pan teraz do rodziców?
— Tak pani.
— Proszę załączyć im ukłon od nieznanej a życzliwej, a pannie Jadwidze szczere uściśnięcie dłoni.
— Czy pani zna moją siostrę?
— Kocham ją — odrzekła z uśmiechem.
W chwilę później, tęgi gniady koń ciągnął małe saneczki po wybornej drodze, i parskał, żując wędzidło. Irenka kierowała go wprawną dłonią, zachęcając do szybszego biegu.
Janio długo jeszcze rozmawiał z Ludwikiem; wyznał mu wszystko, co miał na sercu, odkrył swoje smutki i przejścia, jakie miał z ojcem. Ludwik słuchał, nie przerywając; czasem westchnął; wreszcie przycisnął przyjaciela do swojej piersi szerokiej, i rzekł:
— Bądź spokojny, ducha nie trać i czekaj, jakoś to się przecież ułoży. Z ojcem nie zrywaj, gdyż w takich warunkach mój ojciec nigdyby na małżeństwo twoje z Jadwinią nie zezwolił, a ja stanąłbym również po jego stronie.
— I ty, przeciwko mnie! i ty!? — odezwał się Janio z wyrzutem.
— Zawsze za tobą, ale w tym wypadku — nie. Jesteście oboje młodzi, możecie czekać, aż się usposobienie twego ojca zmieni. Trudno Janeczku, trzeba być mężczyzną, umieć wytrwać, mieć siłę, nie poddawać się wrażeniom, lecz panować nad niemi. Za tydzień mój domek w miasteczku będzie już zupełnie urządzony, odwiedźże mnie; zobaczysz jak mieszkam. Nie lękaj się, głodem cię nie zamorzę, bo Florcia będzie moją gosposią.
Janio przyrzekł przybyć na instalacyę.
Dwaj przyjaciele pożegnali się serdecznym uściskiem, i Ludwik odjechał do Zawadek.
Pierwszą osobą, którą ujrzał przybywszy do domu, był Wigdor. Oczekiwał on już od dwóch godzin, skrzywiony jak nieszczęście, stękający, zbolały.
Ujrzawszy Ludwika, odezwał się wpół z płaczem:
— Ja na wielmożnego pana czekam. Myślałem co się, broń Boże, wcale nie doczekam.
— Cóż wam jest? Gdzie wam dolega?
— W dołku i w sercu, i w oba boki też, i kaszel mam, i chrypienie i kolkę; moja żona choruje i dwoje dzieci, jedno małe w kołysce, drugie trochę większe... wszyscy się pochorowali, cała familia.
— Obejrzyjże go Ludwisiu — rzekł stary Karpowicz.
— Aj, wielmożny panie konsyliarzu, broń Boże słabość, to nie jest dobry interes, to jest największa krzywda dla człowieka.
Ludwik zabrał się do badania. Czynił to z wielką troskliwością i starannością.
— Nic wam nie będzie, rzekł, mała rzecz. Musieliście się zaziębić.
— Kto się teraz nie zaziębi? Ja ciągle jestem w drodze. Wczoraj byłem na jarmarku, sprzedałem sześcioro cieląt, tam się trochę zaziębiłem; po drodze wstąpiłem do jednego pana, kupiłem parę korcy owsa, tam się znów zaziębiłem; a dziś jeździłem na licytacyę i też zaziębiłem się trochę, nawet dyabli wiedzą za co, bom nic nie kupił.
— Trzeba postawić z prawej strony bańki i zażywać lekarstwo, które przepiszę; przez trzy dni siedzieć w domu, w cieple, po jarmarkach nie jeździć, i będziecie zdrowi.
— Dziękuję panu konsyliarzowi, a co będzie z moją żoną i temi dwojgiem dzieci, które chore są?
— Ja przyjdę do was do karczmy.
— Bardzo dziękuję panie konsyliarzu, bardzo dziękuję. Padam do nóg.
— Czy to twój pierwszy pacyent? — spytał stary Karpowicz, gdy żyd wyszedł.
— Jak tutaj, pierwszy...
Wigdor powrócił.
— Panie konsyliarzu — zapytał — pan kazał postawić bańki z prawej strony?
— Tak.
— A co trzeba postawić z lewej strony?
— Nic nie trzeba.
— Przepraszam... ja myślałem, że też bańki, albo, że co innego... To wielmożny p. konsyliarz nie każe, żebym ja jutro pojechał na jarmark?
— Mówiłem wam, że ani jutro, ani pojutrze. Siedzieć w domu i nie wychodzić, dopóki wam się zdrowie nie polepszy.
— A jak już będzie lepiej, to można?
— Naturalnie, że można. Dziwię się, że zadajecie mi takie dziecinne pytania.
— Kto powiedział, że one są dziecinne? Człowiek, jak dostanie, broń Boże, słabości, to powinien o każdą rzecz dziesięć razy doktora zapytać, żeby nie zrobił omyłki i nie dostał jeszcze gorszej słabości. Dziękuję p. konsyliarzowi... A według mojej żony i dzieci?
— Powiedziałem, że przyjdę. Czy bardzo chorzy? leżą?
— Dzieci trochę leżą, bo już poszły spać; żona tymczasem chodzi, bo cóż ma robić? Pod wieczór napchała się pełna karczma chłopów, ten woła wódki, tamten też woła wódki. Wiadomo, jak chłopy, oni na gorzałkę bardzo chciwi. Jak można się w takim razie położyć? Kto będzie wódkę mierzył?
— No skoro wasze dzieci śpią, a żona chodzi, to widać nie ma tam nic ważnego; nie przyjdę więc dziś, lecz jutro za dnia.
— Właśnie o to samo chciałem p. konsyliarza prosić... za dnia zawsze lepiej jest.
Wigdor wolał, żeby doktór przyszedł nazajutrz, gdyż oczekiwał przybycia szwagra swego Michla, któremu, jako człowiekowi delikatnego zdrowia, bezpłatna porada lekarska bardzoby się przydała. Wigdor zawsze trzymał się tego zdania, że człowiek praktyczny z każdej okazyi powinien korzystać, a tembardziej w takim wypadku.
O nabyciu Zawadek na licytacyi zaczął powątpiewać, bo jeżeli sam stary Karpowicz przez tyle lat się nie dawał i w ostatniej, najkrytyczniejszej chwili, kiedy się zdawało, iż nie ma już żadnego środka ratunku, znalazł rękę życzliwą, co mu przyszła z pomocą, to tembardziej nie da się teraz, mając takiego syna. Wigdor wie, że miasteczko bardzo pragnie doktora, że okolica zamożna, i że młody Karpowicz, jeżeli tylko zechce dołożyć staranności i pracy, będzie robił majątek. A dla czego nie miałby dołożyć? Wigdor nie powątpiewa o przyszłości p. Ludwika, a zna się na tem; rozumie nietylko szynkarski i handlowy, ale i doktorski interes. Jest to rzecz bardzo prosta i w umyśle Wigdora kształtuje się w takiej niewymyślnej kombinacyi: Kto zakłada karczmę w okolicy, w której blizko innych karczem nie ma, robi interes na pewno; kto jako doktór osiedla się w miejscowości takiej, gdzie doktora nie ma, także robi na pewno interes; kto rozpoczynając praktykę, starannie i z troskliwością bierze się do chorych, robi jeszcze pewniejszy interes.
Ludzie, jak sobie wyrobią przekonanie, że coś jest dobrem, jak im to przekonanie utkwi w głowach i wbije się w nie jak ćwiek w ścianę, to siedzi mocno, i chociażby postać rzeczy uległa zmianie, choćby to co dobre zepsuło się i stało się złem, opinia ludzka pozostaje przez długi czas jednakowa i nie zmienia się prędko. Jest to okoliczność bardzo szczęśliwa i mająca niemały wpływ na stosunki ludzkie w ogóle, a handlowe w szczególności. Dzięki jej jedynie może istnieć wszelkiego rodzaju fuszerka i partactwo, bez którego porządny handel obejść się nie może. Wigdor doskonale ten interes rozumie, tak, jak rozumie wszelkie interesa, w których pieniądz gra rolę. Wigdor, przyszedłszy do młodego Karpowicza po poradę, patrzył dobrze i postępowanie jego oceniał krytycznie. Widział, że ten młody lekarz, który ma być stróżem zdrowia miasteczka i okolicy, bierze się do rzeczy bardzo starannie. Puka, stuka, przykłada ucho do piersi chorego, do jego pleców, i tak długo wyszukuje choroby, że choćby ona była ukryta pod siódmą skórą, to ją znajdzie. Wigdor przepowiada p. Ludwikowi świetną przyszłość.
Interes sprzedaży Zawadek ma z tą przyszłością związek: trzeba będzie z niego rezygnować, ponieważ nie ma widoków, żeby przyszedł do skutku. Jakim sposobem? Doktór będzie miał praktykę; dotychczas nie dał się poznać jako hulaka lub karciarz, owszem ma taką minę (a Wigdor pochlebia sobie, że jest fizyognomistą), ma taką minę, jak gdyby był stworzony specyalnie na zbieracza listów zastawnych. Choćby nawet nie zebrał ich w prędkim czasie, to w razie potrzeby znajdzie kredyt.
Nakoniec, na te ciężkie czasy, młody doktór, kawaler, widziany jest bardzo dobrze przez ojców, mających panny na wydaniu. Ktoby nie dał córki za doktora? Przecież to kawał chleba pewny, bo czy pszenica idzie w górę, czy spada, czy okowita droga jest lub tania, tyfus albo inna słabość, zawsze ma swój kurs pewny i zwyżkowy.
Doktór może się ożenić, może dostać posag, nawet gruby posag, i żartować sobie ze wszystkich kombinacyj miasteczkowych kapitalistów. Jeżeli nie da fortuny ojcowskiej sprzedać, a nie można wątpić o tem, to zabiegi całej zwartej koalicyi nic nie pomogą i fortuna nie będzie sprzedana. Wobec takich okoliczności, które dobrze w głowie swojej rozważył, Wigdor przyszedł do wniosku, że projektu nabycia Zawadek trzeba się wyrzec, a natomiast wszelkie usiłowania wytężyć w tym kierunku, żeby się utrzymać chociaż przy karczmie — no i korzystać od czasu do czasu z bezpłatnej porady lekarskiej. W życiu rodzinnem, przy delikatnych dzieciach i to ma swoje znaczenie...
Młody Karpowicz nie przypuszczał zapewne, że Wigdor stawia tak świetne horoskopy jego przyszłości, i że postanowił dotychczasową taktykę względem Zawadek i właściciela ich zmienić. W tej chwili młodego człowieka zajmował tylko dom, rodzice i siostry. Cieszył się, że widzi nareszcie swoich, że po długiem rozłączeniu, po pracy forsownej, częstokroć podejmowanej nad siły, może odetchnąć pełną piersią i chociaż kilka dni przepędzić z tymi, których nadewszystko ukochał. Do późnej nocy przepędził czas na rozmowie z nimi. Zegar obwieścił północ, kiedy się p. Marcin z krzesła ruszył i powiedział, że już czas na spoczynek. Staruszkowie, ucałowawszy syna, wyszli. Florcia z Anielcią udały się do śpiżarni, żeby na jutro dla braciszka jakieś smakołyki przygotować; tylko Jadwinia została sama z Ludwikiem.
Jadwinia była smutna, a w ostatnich czasach pomizerniała i zeszczuplała bardzo.
Ludwik objął ją wpół, przycisnął do piersi i pocałował w czoło.
— Chcesz mi powiedzieć dobranoc — rzekła — dobranoc ci Ludwisiu nawzajem; idź spać, posłane już jest dla ciebie, wyleż się, wypocznij, należy ci się to przecie. Dobranoc!
— Za pozwoleniem, pani siostro, spać jeszcze nie idę, bo chciałem ci parę słów powiedzieć. Dobranoc oddam ci później, a ten uścisk, to nie mój... spełniłem tylko polecenie bardzo miłej i ładnej osóbki.
— Coś ty powiedział? — zapytała zdumiona.
— Powtarzam ci, że spełniłem polecenie miłej i ładnej osóbki. Wyraźnie mi powiedziała, żebym rodzicom i siostrom zaniósł pozdrowienie i ukłon od nieznanej a życzliwej, a pannie Jadwidze uściśnienie. Zapytałem jej: Czy się znacie? Odpowiedziała na to krótko: Kocham ją... Tą osóbką jest panna Irena Załuczyńska.
Jadwinia pokraśniała jak róża.
— Ona to powiedziała?
— Tak, siostrzyczko, ona sama. Widać z tego, że Janio nie ma przed nią tajemnic. No, Jadwiniu, nie rumień się, nie udawaj, że nie wiesz o co idzie...
— W istocie... zdumiewasz mnie, Ludwisiu.
— Janio i przedemną także nie ma tajemnic, wiem o wszystkiem. Postąpiłaś dobrze, tak jak powinnaś postąpić... Miej wytrwałość i nie trać nadziei. Nie zawiedziesz się na Janku. Rodzicom nie mówiłaś nic?
— Ani słowa.
— To bardzo dobrze, a ty się nie martw Jadwiniu, rozpogódź czoło, bądź dobrej myśli i ufaj, a nie poddawaj się zwątpieniu i smutkom. Powiedz mi szczerze: czy ty go bardzo kochasz?
Nie odrzekła ani słowa, podniosła tylko na brata oczy załzawione, a tak wymowne, że wyraz ich mógł długą, serdeczną spowiedź zastąpić.




VII.

Pan Sylwester z każdym dniem tracił humor, mówił w ogóle bardzo mało, dyspozycye wydawał krótkie, lakoniczne. Godzinami całemi w gabinecie swym przesiadywał, i tam odosobniony, zamknięty, nie robił nic. On! który tak wysoko cenił wartość czasu, który uważał zmarnowanie choćby jednej godziny, jeżeli nie za zbrodnię, to za występek co najmniej, potrafił teraz przesiedzieć godzin kilka w bezczynności zupełnej, z oczyma utkwionemi nieruchomo w jeden punkt.
Często wzdychał, a przecież westchnienie to objaw sentymentu, objaw żalu czy smutku, czy w ogóle uczucia. Zły był san na siebie, gniewał się, zżymał, próbował walczyć z sobą, przezwyciężyć swą słabość, oprzeć się jej... Próbował, przezwyciężyć nie mógł i... znów wzdychał, uczuwał dziwną tęsknotę, a w oczach miał coś wilgotnego, jakby łzę... Zrywał się z krzesła, przecierał oczy, nakładał okulary. — Wzrok mi słabnie już z wieku — mówił do siebie — oczy mam sforsowane, trzeba do okulisty się udać... Tak, to osłabienie wzroku, cierpienie oczu, zmęczenie, skutki czytania, ślęczenia nad rachunkami, boć przecie nie łzy! Wreszcie może inaczej nazwać niemożna tej wilgotności źrenic, co światło dzienne przysłania; w każdym razie nie są to łzy, które smutek lub rozrzewnienie wyciska. Zkąd? Jakim cudem?
Pan Sylwester Załuczyński i łzy! cóż za ironia! toć on pracę całego życia w to włożył, żeby się wszelkich sentymentów pozbyć, ciężkie walki z sobą, z temperamentem nieposłusznym staczał, męczył się, łamał, gnębił, aby się do idei swej przewodniej jak najściślej zastosować; aby wyrobić w sobie spokój i granitową niezłomność, hart stali i chłód stalowy, który wtedy dopiero mieć można, gdy się nad uczuciami panuje, gdy się z pod ich władzy zupełnie i całkowicie wyzwoli. Wszelkie porywy serca i uniesienia są jakby ognie, w których i granit się kruszy i pęka, a stal hart traci; gasić i tłumić je trzeba.
Przez całe życie swoje p. Sylwester z temi ogniami walczył, i zdawało mu się, że je opanował zupełnie, że płomienie zgasły, węgle zczerniały i pozostała z nich tylko garść szarego popiołu... Zdradziecki popiół! snadź ukrył w sobie iskierkę małą, która nie zgasła, nie wystygła, lecz żarzy się powoli, gotowa przy sprzyjających warunkach błysnąć i wszystko dokoła siebie zapalić...
On całe życie mocował się sam z sobą, a nie dla siebie przecież. To nie była namiętna walka skąpca z głodem dla posiadania złota, ale szarpanie się i bój nieustanny z uczuciami, z krwią, sercem, porywami duszy, bój dla idei podjęty. Powiedział sobie: praca i bogactwo — zbawienie; to hasło na sztandarze swoim wypisał i za niem szedł, wyrzekłszy się wszystkiego, jak mnich-asceta średniowieczny, który oczy w niebo utkwiwszy, ziemi się wyparł i wielką siłą woli zapomnieć o niej potrafił.
Ideałem p. Sylwestra był jakiś wymarzony anglik, zimny, sztywny, spokojny, a w spokoju swym silny, w pracy wytrwały, w zasadach niewzruszony. Nieraz z trudnością wielką utrzymywał się p. Załuczyński w tej roli wyspiarza o krwi rybiej; burzył się w nim i buntował polak do porywów i uniesień skory, zapału, ognia, a nieraz i lekkomyślności pełny, gotów płakać i śmiać się serdecznie, wypić i wybić, i czuba za kogo nadstawić i opończę własną na cudzy grzbiet zarzucić i na swój obnażony, choć go deszcze moczą i wiatr studzi nie zważać, i ramiona do ludzi wyciągać i wołać: kochajmy się... szukać pociechy w przeświadczeniu, że jakoś to tam będzie.
Miał p. Sylwester dość trudu i walki, nim tego krzykacza nieposłusznego w sobie ujarzmił, nim mu ręce skrępował, usta zamknął, nim go opanować i uciszyć zdołał. I zdawało się, że istotnie umilkł już nareszcie, że ustąpił Anglikowi, a sam jak legendowy Boruta w zamku łęczyckim, zamurował się gdzieś bardzo, bardzo głęboko, na dnie serca, i nigdy już ztamtąd nie wyjrzy. Był o niego p. Sylwester spokojny, bo szlachcic spał snem kamiennym, a Anglik rządził w Piotrowicach i w domu. Gospodarstwo szło jak nie w folwarku szlacheckim, ale jak w angielskiej fermie: równo, gładko, punktualnie, podług zegarka. A w domu było także jak w zegarku, w miarę sztywnie, w miarę porządnie, w miarę chłodno...
Aż tu naraz wąsacz się budzi. Budzi się i woła: — Synku, synku, gdzież jesteś! toć żeś ty krew z mojej krwi, a kość z kości mojej, dlaczegóż odgrodziłeś się odemnie murem? Chodźże, chodź, niech cię do serca przytulę, przycisnę, ty dziecko moje kochane!.. Pan Sylwester usiłuje stłumić ten głos, zatkać niepoprawnemu krzykaczowi usta, do milczenia go zmusić — odwołuje się do Anglika, na pomoc go wzywa; ale chłodny wyspiarz ramionami wzrusza i powiada: Cóż chcesz? chłopiec twój w porządku. Kazałeś mu się uczyć o chłodzie i głodzie — uczył się; kazałeś mu znosić niedostatek — znosił go; kazałeś mu zostać twoim dzierżawcą — został; wpajałeś w niego zamiłowanie pracy i oszczędności — przypatrz się, jak pracuje i oszczędza. Może inny na jego miejscu żyłby jak syn bogatych rodziców, bawiłby się i hulał, może jeszcze za twego życia sprzedawałby i marnował twój dorobek, a ten cóż robi? Karczuje pustkę poleśną, pola nowe dobywa, pracy się nie lęka, wygód nie zna, a żyje jak prosty robotnik. Cóż mu zarzucisz? że wolę i wytrwałość ma? a czemże ty wojowałeś, ty sam, jeżeli nie wytrwałością i wolą żelazną? Nie jestżeś jego ojcem? Nie jestże on sprężyną z takiej samej hartownej stali jak ty!
Tak mówi powoli, chłodno i z rozmysłem Anglik, a jednocześnie z głębi serca skrępowany i przygnębiony wąsacz woła głosem donośnym: Synku! dziecko moje, kochaj mnie! chodź, złóż głowę na mej piersi, spojrzyj mi w oczy serdecznie! Ja ci przekażę dziedzictwo moje i mienie moje i wierzenie moje, a ty mnie młodem, silnem ramieniem podtrzymaj, ty mi w przyszłość pozwól patrzyć spokojnie, ty bądź moją dumą, chlubą i osłodą ostatka dni moich. Ja na twoje ramię głowę skłonię, ja na twem czole jasnem pocałunek wycisnę, ja umrę spokojnie, synu! dziecko moje, radości moja!
Pan Sylwester usiłuje nie słyszeć tych głosów, głuchym być na nie. Bierze gazetę do ręki i chce czytać... małe literki chwieją się przed jego oczami, poruszają się drżą, otacza je mgła niewyraźna. Nie ma wyrazów, nie ma liter, jest jedna czarna plama. Chce do rachunków się zabrać; włożył okulary, otworzył księgę główną, patrzy ale linie chwieją się, cyfry skaczą, wiążą się w łańcuszek, że nie sposób siódemki od piątki rozróżnić; na oczach mrok, w głowie zamęt, a ten tam utrapiony, na dnie serca buntuje się i woła coraz głośniej: Synku! synku!
Pan Sylwester w krótkim czasie zmienił się do niepoznania, pomizerniał, wychudł, policzki mu zapadły, broda posiwiała, ale jeszcze nie dawał się i walczył. Ciężka to była walka, odbierająca spokój, rujnująca zdrowie...
Z młodym Karpowiczem, który w miasteczku się osiedlił i często do dworów okolicznych był wzywany, p. Sylwester spotkał się kilkakrotnie. Pierwszy raz zeszli się w siedzibie jednego sąsiada, dokąd p. Załuczyński przybył jako delegat Towarzystwa kredytowego, bo sąsiad pożyczkę chciał odnowić, Karpowicz zaś przyjechał jako lekarz do chorego dziecka.
Spotkali się, gospodarz zapoznał ich z sobą... Pan Sylwester ledwie głową młodemu medykowi raczył kiwnąć, nie rozmawiał z nim wcale, był chłodny, prawie obrażający. Czuł on do całej rodziny Karpowiczów żal, za to, że między nim, a synem, niewidzialny, a jednak nieprzebyty mur wzniosła. Czuł żal do starego, jak go zwał w myśli, bankruta, że Jania w domu swoim przyjmował, że go zapraszał do siebie; żal do panny Jadwigi, tej szlachcianeczki dumnej czy wyrachowanej, która odrzuciła rękę Jania. Pana Sylwestra bolało to bardzo.
Projektu syna nie akceptował, na małżeństwo jego z panną Jadwigą nie byłby się zgodził, ale odmową ze strony panny dotknięty było przykro. Największy żal miał do Ludwika i jemu główną winę przypisywał. Nie mógł mu przebaczyć przyjaźni dla Jania, zażyłości serdecznej, wspólności myśli i przekonań.
Młody Karpowicz niegrzeczne zachowanie się p. Sylwestra uczuł i bardzo wziął do serca, ale poznać po sobie nie dał, że go ono obeszło. Spotkawszy p. Załuczyńskiego, ograniczał się na sztywnym ukłonie i rozmowy wszelkiej unikał. I od Jania także zdaleka się trzymał, w Majdanie przez całą zimę raz tylko był. Zajechał niby wypadkiem od chorego wracając, w rzeczywistości jednak zboczył znacznie z drogi i blizko dwie mile nałożył. Może mu tęskno było do Jania, a może też spodziewał się, że zastanie pannę Irenę u brata. Nadzieja zawiodła...
Co prawda, i czasu nie miał. Od rana przyjmował u siebie pacyentów, biedaków przeważnie, potem wychodził na miasto do chorych, a po południu w okolicę wyjeżdżał. Praktyka szła mu bardzo, rozgłos sobie coraz większy wyrabiał i uznanie za sumienność i troskliwość o chorych, a pod względem materyalnym zarobki przechodziły jego oczekiwania. Był pewien, że jeżeli dalej pójdzie w takim samym stosunku, to fortunkę ojcowską z czasem podźwignie i los sióstr do pewnego stopnia przynajmniej zabezpieczy. Dla siebie osobliwych łask i faworów losu nie pragnął, a jeżeli czasem, niby dwie gwiazdy jasne, błysnęły w jego wyobraźni oczy panny Ireny, to starał się jaknajprędzej z marzeń otrząsnąć — biegł do chorych, wyjeżdżał, lub jeżeli był w domu, w książkach naukowych, w rozmowie z siostrą zapomnienia szukał.
Nieraz w skromnym domku początkującego lekarza bywało gwarno. Przyjeżdżali rodzice z Zawadek, siostry, pozawiązywały się znajomości i ludzie cisnęli się pod tę strzechę nizką, pod którą jaśniała nauka, miłość i praca.
Zima przeszła, natura zbudziła się do życia; pod wpływem słonecznych promieni spłynęły i roztapiały się lody.
Panna Florentyna miała dość roboty w ogródku; dozorowała kopania grządek, sadziła róże, sławne na całą okolicę róże, wyhodowane w Zawadkach. Jadwinia sama wybrała dla Ludwisia co najpiękniejsze krzaki i sztamy, aby przyozdabiały ogródek. Sadzono też i drzewka owocowe, ponaprawiano zabudowania, tak jakby na swojem, ponieważ Ludwiś postanowił, że ten dworek kupi na własność. Już nawet rozpoczął z właścicielem układy i ma spłacać szacunek częściowo na dogodnych warunkach; panna Florentyna gospodaruje więc, jak gdyby na własnem, a chociaż to takie maleńkie, miniaturowe gospodarstwo, jednak gospodarstwo, kawałek ziemi, bez której tęskno byłoby wiejskiej dzieweczce.
Ona tu będzie miała wszystkiego po trosze. Niewiele, ale za to wyborowe. Warzywa z nasion sprowadzonych od jakiegoś sławnego ogrodnika, drzewka owocowe w części z Zawadek, w części nabyte; porzeczki, agrest, maliny, i kwiaty!
Wszystkie trzy siostry odbywały konferencyę, jakie kwiaty w tym ogródku być mają i jaką formę nadać rabatkom pod nie przeznaczonym.
W trakcie tej ważnej narady, która odbywała się na gruncie, w ogródku, przy złotawych blaskach zachodzącego słońca, rozległ się chrapliwy odgłos trąbki pocztowej i duża zielona bryka, zaprzężona w parę chudych koni zatrzymała się przed domkiem.
Panny cofnęły się w głąb ogródka i obserwowały przybysza.
Z bryczki zsunął się niezgrabnie człowieczek maleńkiego wzrostu, cokolwiek krzywy w ramionach, z nieproporcyonalnie dużą w stosunku do postaci swej głową.
Wziąwszy niewielką torebkę podróżną do ręki, otworzył furtkę i skierował się wprost do oszklonego ganku.
Służąca pobiegła drzwi otworzyć.
— Czy jest pan doktór? — zapytał.
— Nie ma, proszę pana. Pan wyszedł na miasto.
— Kiedyż wróci?
— Nie wiem, ale jeżeli co pilnego, to poślę po pana...
— Pilnego?.. zapewne, że pilnego, skoro przejechałem tyle mil...
— To proszę, niech pan wejdzie i spocznie.
— Słuchajno panienko — rzekł, patrząc na dziewczynę bystremi, przenikliwemi oczkami — kiedy nie ma pana doktora, to może jest pani doktorowa?..
— Nasz pan doktór nie ma żony, ale jest siostra.
— Ah! siostra, to ślicznie, a czy siostra pana doktora jest w domu?
— Jakże? jest i nie tylko panna Florentyna, ale panna Jadwiga i Aniela także są...
— W takim razie, niechże panienka zaniesie paniom ten oto bilecik.
Dziewczyna pobiegła do ogródka, a przybysz rozgospodarował się w pokoju. Zdjął palto, poprawił włosy przed lustrem, przyczesał je kieszonkowym grzebykiem.
Ubrany był elegancko, z pewną pretensyonalnością, właściwą ludziom pokrzywdzonym przez naturę i usiłującym zastąpić sztuką braki.
Podczas gdy przybysz przeglądał się w lustrze, służąca z biletem pobiegła do ogródka...
— Pan Kurosz! — rzekła Jadwinia, spojrzawszy na kartę.
— Kurosz! Kurosz, toż się dopiero Ludwiś ucieszy! — zawołała Anielcia.
— Prośże do saloniku — rzekła panna Florentyna do służącej — i zaraz biegnij do pana. No panny — dodała, zwracając się do sióstr — pomożecie mi bawić p. Kurosza.
— Ja się go boję — zawołała Anielcia — taki brzydki!
— Już zauważyłaś?
— Widziałam go doskonale, gdy zsiadł z bryczki i szedł do ganku. Jak żyję, nie spotkałam równie wielkiej głowy, a oczy! jak dwa ziarnka pieprzu. Straszny człowiek!
— Dziecko z ciebie, moja Anielciu, chodź.
Gdy panny weszły do tak zwanego „saloniku“, a właściwie niewielkiej izdebki o dwóch oknach, przybysz skłonił się i rzekł:
— Ponieważ nie ma mnie kto przedstawić, rekomenduję się sam. Jestem Marcin Radwan-Kurosz, prawnik, kolega p. Ludwika z ławy szkolnej.
— My pana znamy od lat wielu — rzekła panna Florentyna, — Ludwiś tyle o panu mówił. Posłałam po niego, zaraz przyjdzie. Wyobrażam sobie, jaką radość sprawi mu pańskie przybycie.
Kurosz uścisnął białe rączki panien, nie pominąwszy i Anielci, która miała szczerą ochotę śmiać się z jego dość pociesznej figury. — Jeszcze póki stał, był podobniejszy do ludzi, ale gdy usiadł na krześle dość nizkiem, wydawał się mały jak dziecko, ledwie wielką jego głowę widać było z za stołu.
— Słyszałam od brata — rzekła panna Jadwiga, — że pan miał zamiar zamieszkać na stałe w stolicy naszej gubernii.
— Już doprowadziłem plan ten do skutku od dwóch tygodni. Czas ten zeszedł mi prędko na wyszukaniu i uporządkowaniu mieszkania, rozpatrzeniu się w stosunkach.
— I jakież wrażenie zrobiło na panu nasze największe miasto?
— Pod względem estetycznym nieszczególne. Zdaje mi się, że Jerozolima mniej więcej tak samo wygląda, ale dla prawnika widok taki niemiły nie jest.
— Dlaczego?
— Gdzie dużo żydów, tam dużo interesów; gdzie dużo interesów, dużo procesów, a procesy, proszę pani, to nasz chleb, nasze życie. Na to wertowaliśmy Pandekty i prawa starożytnych narodów, żeby prowadzić niekrwawe walki przed kratkami, wygrywać lub przegrywać walne bitwy... W ogóle, wracając do odpowiedzi na pytanie, jakie pani była łaskawa mi zadać, miasto jest nieosobliwe, wyobrażałem je sobie inaczej.
— Sądził pan, że to druga Warszawa.
— Nie, ale że przynajmniej pół, ćwierć Warszawy; — za to okolica bardzo ładna.
— Podobała się panu?
— Bardzo.
— Szczególna rzecz, wszyscy mówią, że to najsmutniejszy zakątek kraju, że płaszczyzna jednostajna, nie urozmaicona niczem...
— Właśnie w tem jest urok... Płaszczyzna, szerokie pola, szerokie horyzonty, nie zasłania ich nic, wzrok może zapuszczać się w przestrzeń aż dotąd, dokąd siła źrenic sięga... Pierś oddycha swobodnie. Nie wiem jak kto, ale ja bardzo lubię płaszczyzny, gór zaś nie znoszę. — Może przez dziwną sympatyę kontrastów, — dodał smutnie wzruszając skrzywionem ramieniem.
Gdy zrobił taką do swej powierzchowności aluzyę, Anielci odechciało się śmiać, a natomiast żal zajął miejsce w jej dobrem serduszku. Poznała, że ten mały, śmieszny człowieczek rozumie swoje położenie, i że mu źle z niem na świecie. Zaczęła mu się przypatrywać uważnie i dostrzegła, że w jego małych jak ziarnka pieprzu oczkach jest wyraz dobroci. Przygryzła różowe usta i postanowiła nie wyśmiewać więcej biedaka, który czuje swoje położenie i wie, że na pierwszy rzut oka wrażenia nie robi, że sympatyę ludzką musi z trudem zdobywać.
— Wszak Janio Załuczyński niedaleko stąd mieszka? — zapytał.
Jadwinia, usłyszawszy to nazwisko, zarumieniła się jak wiśnia.
— Istotnie — odrzekła — blizko.
— Zapewne jest tu częstym gościem?
— Przeciwnie, bardzo rzadko bywa u rodziców naszych w Zawadkach, a tu u Ludwisia, nie był jeszcze ani razu.
— Podobno wielki to pan — rzekł Kurosz, — bogacz na całą okolicę, mogło mu się więc w głowie przewrócić, chociaż, o ile go znam, a znam go dobrze, miał głowę jak się należy; ale różnie bywa na świecie, a przysłowie powiada, bardzo słusznie podobno, że chleb ludzi bodzie. Nie dziwiłbym się też, gdyby kolega Janio, zostawszy panem Janem, panem na rozmaitych włościach i przyległościach, zapomniał o szkolnej biedzie i towarzyszach z czasów gorszych, nie raz ciężkich, a nawet bardzo ciężkich...
— Myli się pan — rzekła Jadwinia z mocą, — p. Jan bogaczem wcale nie jest, a choćby nim był, toby się nie zmienił.
— Sądzi pani?
— Jestem o tem najmocniej przekonana. To człowiek, który ma przekonania stałe i niewzruszone; ani bogactwo, ani ubóstwo, ani żadne zmiany losu nie mogłyby zepsuć tej pięknej, na wskroś szlachetnej natury.
Powiedziała to z zapałem, z rumieńcem na twarzy, z blaskiem w oczach.
Kurosz uśmiechnął się, i rzekł, przymrużając oko:
— Nie mam co robić w tych stronach...
— A to dlaczego? — spytała Anielcia.
— Liczyłem na to, że w p. Janie, znajdę pierwszego zamożnego klienta, a naturalnie dzięki jego wpływom i stosunkom, klientela moja rozszerzy się i wzrośnie do bajecznych rozmiarów, tymczasem widzę, niestety! żem się omylił. Pan Jan ma tak wymownego adwokata, że moje marne usługi byłyby dla niego całkiem zbyteczne...
— Panie — rzekła Jadwinia, — ja bronię słusznej sprawy.
— Nie wątpię o tem.
— Ale obrona moja nie przeszkadza panu bynajmniej zaliczyć p. Jana w poczet swoich klientów... tylko winnam pana uprzedzić, że o jego bogactwie ma pan bardzo mylne wyobrażenie; to człowiek wcale niebogaty.
— Janio Załuczyński nie bogaty? Któż więc jest bogaty w tutejszych stronach, jeżeli nie on? Przecież mówiono mi, że to Krezus, jeżeli nie gubernialny, to powiatowy przynajmniej, że wszyscy ojcowie mający córki na wydaniu marzą o nim, że nawet jakaś pani hrabina wdowa, z bardzo ładną tarczą herbową i nieco podszarzanym majątkiem dała się z tem słyszeć, że gotowa jest zezwolić, aby córeczka jej miała cztery pałki w koronie mniej, byleby wyszła za p. Jana. Przyzna pani, że cztery pałki to duża ofiara... nie każdyby na to się zdobył...
— Widzę, że ma pan wiele informacyj, jak na tak krótki stosunkowo pobyt w naszych stronach, ale informacye te nie są dokładne. Bogaty jest p. Sylwester Załuczyński, ojciec pańskiego kolegi; ten rzeczywiście, jak się pan wyraził, może być nazwany powiatowym Krezusem, gdyż jest to najzamożniejszy obywatel w okolicy bliższej i dalszej, a nawet jak mówią ludzie tutejszych stosunków świadomi — dalekiej, ale pan Jan biedny jest, na dorobku. Trzyma w dzierżawie od ojca folwarczek nieduży i musi bardzo, bardzo pracować, żeby podołać ciężarom.
— Co pani mówi?
— Mogę pana zapewnić, że tak jest. Pan Jan dostał tę dzierżawę od swego ojca na zwykłych warunkach: płaci czynsz jak każdy w ogóle dzierżawca i dotychczas przynajmniej z bogactwem pana Sylwestra nie ma nic wspólnego.
W sionce dały się słyszeć ciężkie kroki i do pokoju wbiegł Ludwik.
— Kochany Kurosz! — zawołał, — jak się masz!
Olbrzym pochwycił małego człowieczka w ramiona, podniósł do góry i ucałował.
— Zrobiłeś mi prawdziwą niespodziankę — rzekł.
— I przeszkodziłem w zajęciach — przerwał Kurosz — ale nie będę ci długo zawadzał; wiem, że twój czas drogi; jutro po południu odjeżdżam do domu.
— O tem potem, mój kochany. Odjedziesz wtedy, kiedy cię puszczę, a o mój czas nie kłopocz się: potrafię go zużytkować i dla pacyentów i dla ciebie. Z siostrzyczkami mojemi poznałeś się, jak widzę, więc rekomendacya zbyteczna, zresztą wiedzą one dawno, żeś mój szczery druh i towarzysz młodości.
— Jużem zdążył nawet posprzeczać się z paniami.
— O co?
— O p. Jana Załuczyńskiego — wymownego ma adwokata w twej siostrze.
— Jego sprawa sama się broni — rzekła panna Jadwiga.
— Tak jest, dobra sprawa sama się broni i często sama się... przegrywa — odparł Kurosz.
— To zależy od sądu.
— Janio — rzekł Ludwik — dobry chłopiec jest. Może przypuszczałeś, że się zmienił. Nie — zawsze jednakowy, taki sam jak dawniej. Pojedziemy jutro do niego. Mieszka prawie w lesie. Powiedzże mi, czy pomyślnie załatwiłeś twoje sprawy majątkowe na Litwie?
— Jak przystoi na prawowiernego potomka palestrantów. Gryzłem się z bracią szlachtą ząb za ząb, przeprowadziłem sześć spraw, z których wygrałem cztery i po procesach skończyłem na tem, od czego chciałem był zacząć, to jest załatwiłem spory w drodze kompromisu polubownie. Daliśmy sobie z krewniakami buzi, popłakaliśmy się jak bobry, pili krupnik jak bąki, wspominali wszystkich Kuroszów od dziesięciu pokoleń. Ostatecznie, sieroty mają fortunkę zabezpieczoną, macocha zapewnione utrzymanie, a co się tyczy mojej osobistej schedy, tę sprzedałem; bracia szlachta wzięli zagony, ja gotowiznę i pożegnałem strony rodzinne, nie zapomniawszy przedtem zrewidować poddaszy, na których znalazłem kilka przepysznych starych druków!
— Zawsze masz tę słabość?
— U ciebie wszystko słabość! Białego kruka, antyk, rzadkość, zabytek, gotów jesteś nazwać białą gorączką lub zieloną febrą. Nie znasz się, nie znasz, kochany Eskulapie!
— Ależ nie! nie! ja szanuję twoje kruki. Proszę cię nawet, ażebyś mi je pokazał, gdy cię kiedy odwiedzę; złożę cześć ich wspaniałej zbutwiałości.
— Jednak, gdybyś zobaczył, że wśród tej bibuły jest Wojciech Oczko, Śleszkowski, Syreniusz...
— Masz to? Musisz mi odstąpić, Kuroszku kochany, musisz?
— Prędzej pozwolę sobie wyjąć żebro, albo uciąć lewą rękę. Moja biblioteka to cmentarz: co się do niej dostało, to pogrzebane, przynajmniej dotąd, dopóki mnie nie pogrzebią.
— Pan tak lubi stare książki? — zapytała Florcia.
— Każdy człowiek musi coś ukochać — rzekł ze smutnym uśmiechem Kurosz — ja miłość moją umieściłem w starych szpargałach; szanuję je, dbam o nie, opieką je otaczam, strzegę jak oka w głowie. Podobno prawdziwa miłość objawia się w ten sposób, nieprawdaż mój Ludwiku?
— Nie zupełnie.
— Jakto?
— Gdybyś żyjący przedmiot twych uczuć zamknął do szafy, oblawszy go przedtem terpentyną dla zabezpieczenia od mólów, to nie wiem, czybyś go bardzo uszczęśliwił.
Anielcia rozśmiała się głośno.
— Nie trzeba brać dosłownie. Dla żyjącego przedmiotu miłości szafą może być ładne mieszkanie, oprawą — elegancka, modna garderoba.
— A terpentyną?
— Opieka, uprzejmość w obejściu, wiesz przecie... Zresztą, ogólnych recept na to nie ma; co indywiduum — to charakter; więc trochę psychologii, trochę obserwacyi, znajomości serca ludzkiego, a pożądany środek się znajdzie i móle nie będą psuły harmonii pożycia.
— Mówisz, jakbyś był od wielu lat żonaty. Czy cię na litewskich zaściankach tego nauczono?
— I tam są ludzie; a gdzie ludzie, tam życie; a gdzie życie, tam pole do obserwacyj i wniosków. Czy tu, czy nad Niemnem, kto chce badać, znajdzie materyału dość i do poetycznych zachwytów i do ponurych tragedyj...
— Dziwnie nastrojony dziś jesteś, mój kochany.
— Zawsze jestem jednakowy, mój Ludwiku.
Kurosz miał racyę. Zawsze był taki sam, tylko go Ludwik nigdy jeszcze w towarzystwie kobiet nie widział. O ile w męzkiem gronie ożywiony był, wesół, śmiały, o tyle w towarzystwie kobiet mały człowieczek tracił kontenans, stawał się jakby rozżalony i smutny. Zdawało mu się, że jego powierzchowność budzi odrazę, że odstrasza, i miał żal do matki-natury za to, że względem niego okazała się macochą. Nie marzył o ognisku domowem, o szczęściu rodzinnem, bo mniemał, że nie znalazłaby się istota gotowa podzielić jego losy, umilić mu życie uśmiechem i pieszczotą. Dla tego to wobec kobiet, zwłaszcza młodych i ładnych, bywał przygnębiony, smutny i zgryźliwy.
Późnym już wieczorem nadjechał stary p. Karpowicz po Jadwinię i Anielcię. Ten serdecznością swoją, rubaszną trochę, potrafił nieco rozweselić i rozruszać Kurosza.
Czas ubiegał szybko, ani się spostrzeżono że już północ.
Po odjeździe ojca z młodszemi córkami, Ludwik zabrał gościa do siebie i gawędzili długo, długo o przeszłości, o zamiarach na przyszłość.
Dzień już się zaczął, a oni jeszcze gwarzyli.




VIII.

Janio wcale nie wiedział, ani domyślał się tego, że w odległości tak blizkiej stosunkowo, ma swoich obydwóch najlepszych przyjaciół; ale zkąd miał wiedzieć? Nie wyjeżdżał prawie nigdzie, u siebie nie przyjmował, z ludźmi stosunków nie miał żadnych prawie. Do Zawadek jeździć nie miał odwagi. Zdawało mu się, że Jadwini i sobie za każdą bytnością spokój na czas dłuższy zatruje, że żale nowe i smutki rozbudzi, że w jej oczach łzy, a we własnem sercu rozpacz i niepokój wywoła.
Wolał cierpieć w oddaleniu, zapomnienia chwilowego w pracy, w zmęczeniu fizycznem szukając. Całe dnie przepędzał z robotnikami na polu, od świtu do nocy w ruchu nieustannym, na powietrzu, a potem zmęczony, wyczerpany z sił, padał na łóżko jak kłoda i zasypiał snem kamiennym, szczęśliwy, że dzień już przeszedł i że nie wróci więcej. I tak spychał dnie jedne za drugiemi, tygodnie za tygodniami, pokonywał smutek, ale walka odbiła się na jego powierzchowności; zmizerniał bardzo i zeszczuplał.
Jednego dnia od wcześnego ranka siano owies na łanie tuż przy piotrowickiej granicy, daleko dość od dworku; na sąsiednie pole, do Piotrowic należące, także zajechały siewniki i fornalki z bronami. Janio był przy swoich ludziach; przyszedł na pole pieszo, rozdysponował robotę i pilnował jej wykonania. Na pola piotrowickie przyjechał pan Sylwester konno.
Janio dojrzał ojca zdaleka, ale na powitanie nie śpieszył; wiedział, że p. Sylwester nie lubi czułości, więc też narzucać się nie chciał. Dopiero gdy ujrzał, że ojciec przejechał granicę i skierował konia na terytoryum majdańskie, naprzeciwko niemu podążył.
Pan Sylwester zatrzymał konia. Janio zbliżył się i pocałował ojca w rękę.
— Cóż tu siejesz? — zapytał stary, z konia zsiadając.
— Owies, proszę ojca.
— Powinien być dobry — mruknął. — Grunt tu znakomity, uprawa widzę staranna. Dawno tu jesteś?
— Przyszedłem z ludźmi od rana.
— Przyszedłeś pieszo? Dlaczegóż nie przyjechałeś konno? Czy nie masz na czem?
— Owszem, mam. Wierzchowiec mój w bronie chodzi; oto tamten na prawo.
— Jednak masz odległości dość znaczne. Niektóre pola o kilka wiorst od domu.
— Zapewne — odrzekł Janio.
Pan Sylwester zarzucił koniowi swemu cugle na siodło. Stary, wysłużony człapak, który już może od dziesięciu lat z górą dźwigał swego pana po piotrowickich polach, lasach i folwarkach, przyzwyczajony był do tego, że go nikt nie trzymał i chodził za p. Sylwestrem jak pies. I teraz zwiesił głowę, stanął i obojętnie przypatrywał się koniom fornalskim, wlokącym za sobą ciężkie brony żelazne.
— Ile na tem polu myślisz wysiać? — zapytał ojciec Jania.
— Czterdzieści dwa korce i pół.
— Czy nie za mało?
— Z obliczenia tak wypadło.
— Zkąd masz nasienie?
— Swoje, z tego co mi ojciec na zagospodarowanie udzielił.
— Szkoda. Mam teraz o wiele lepsze, umyślnie sprowadzone, niesłychanej plenności. Byłbym ci dał kilka korcy.
— Nie wiedziałem, że ojciec ma na zbycie; zresztą gospodarstwo moje jest jeszcze za ubogie na to, żebym mógł kupować kosztowne, wyborowe zboża do siewu. Trzeba się obywać tem co jest.
— Byłbym ci je dał... — powtórzył z naciskiem ojciec — dałbym...
Janio nie odpowiedział ani słowa; p. Sylwester przygryzł usta.
— Co się zieleni na tamtem polu, za owsem, ot tam? — rzekł szpicrutą wskazując.
— Żyto, proszę ojca.
— A gdzież masz pszenicę?
— Z tamtej strony, pod lasem.
— Dużo?
— Niewiele... dwanaście morgów wszystkiego.
— Ładna?
— Ujdzie.
— Chciałbym ja to żyto zbliska zobaczyć; u mnie bo jest prześliczne i wogóle zdaje mi się, że wszędzie powinno być dobre w tym roku.
Pan Sylwester nieprawdę mówił. Nie chodziło mu wcale o żyto, o którem zresztą wiedział jak wygląda, bo nieraz około tego pola przejeżdżał, szło mu raczej o to, żeby przepędzić chwilę z synem, popatrzeć na niego, na słówko wyciągnąć. Cóżby dał za to gdyby go Janio o co prosił, jakiejś przysługi i łaski, czy grzeczności zażądał! ale chłopak twardy był, jak kamień chłodny. Niczego nie pragnął, nie żądał, o nie nie prosił; to co miał wystarczało mu zupełnie.
— Jeżeli ojciec życzy sobie żyto zobaczyć, proszę — rzekł. — Niech ojciec wsiądzie na konia, bo po miękkiej roli ciężko iść.
— Pójdę pieszo. Jeszcze ciebie na świecie nie było, kiedy ja musiałem już po świeżo spulchnionych zagonach i podorywkach chodzić.
Poszli; człapak spuściwszy łeb, węsząc świeżo zoraną i zawleczoną rolę, wlókł się za nimi powoli.
— Jakże z karczunkiem? — zapytał p. Sylwester — dużo tam jeszcze do roboty?
— O, jeszcze! najmniej na trzy lata wystarczy.
— Sądziłem, że prędzej skończysz.
— Robi się to, proszę ojca, systematycznie, według planu. Przed ekspiracyą kontraktu wszystkie karczunki będą zupełnie wykończone...
Pan Sylwester z niecierpliwością ramieniem poruszył.
— Ciągle mówisz o tej ekspiracyi. Nikt nam nie broni przedłużenia kontraktu, jeżeli zechcesz nadal gospodarować w Majdanie. Masz ochotę?
— W tej chwili nie mogę odpowiedzieć — odrzekł syn. — Nie wiem, co się ze mną stanie i gdzie mnie losy zaniosą...
— Hm... nie wiesz... to źle... Człowiek powinien przewidywać, bo najczęściej ma przyszłość taką, jaką sobie sam zgotuje.
Rozmawiając tak, doszli do pola, które p. Sylwester chciał zobaczyć.
— Otóż i moje żyto — rzekł Janio.
Pan Załuczyński popatrzył na piękną, zwartą ruń, i nagle zwróciwszy się do Jania, zapytał:
— Dawno też byłeś... u tych tam państwa... w Zawadkach?
Usłyszawszy takie pytanie, młody człowiek drgnął i zarumienił się. Dlaczego ojciec wszczyna tę kwestyę? pomyślał; czego chce? Po chwili wahania odpowiedział lakonicznie:
— Bardzo dawno.
— Czy to ma znaczyć, że ustępujesz nareszcie mojej woli, czy też, jak było do przewidzenia, romans z głowy wywietrzał?
— Ani pierwsze, ani drugie, ojcze. Nie ustąpiłem, lecz, odrzucony cofnąłem się i czekam; to zaś co ojciec nazywa romansem nie wietrzeje, nie jest to albowiem żaden romans, lecz głębokie, szczere i poważne uczucie, którego nie wyrzeknę się nigdy...
— Proszę! więc cóż postanowiłeś?
— Czekać, dopóki tamta strona zapatrywań swoich nie zmieni.
— A jeżeli zmieni?
— To się ożenię z panną Jadwigą Karpowiczówną.
— I z czego żyć? z czego utrzymać rodzinę? Czy to pytanie nigdy nie przychodziło ci na myśl?
— Owszem, przychodziło wpierw jeszcze, nim dojrzał zamiar żenienia się. Żyć będę z pracy.
— To jest twoje postanowienie stałe?
— Nie śmiałbym z ojca żartować; — odpowiadam szczerze.
Pan Sylwester obejrzał się za swoim człapakiem i zrobił ręką znak, jakby pragnął cugle ująć. Ujrzawszy to Janio, poskoczył, konia podprowadził i strzemię ojcu podał.
Pan Sylwester, dostawszy się na siodło, spojrzał na syna.
— Jesteś mizerny — rzekł — czyś nie chory?
— Nie, proszę ojca, nic mi nie dolega. Przeciwnie, czuję się pod względem zdrowia bardzo dobrze.
— Nie potrzebujesz nic?
Na to zapytanie Janio zrobił wielkie oczy.
— Nie — odrzekł — mam wszystko, czegóż potrzebować mógłbym? Dach nad głową i pożywienie jest, trochę pieniędzy w domu, zboże na polu, nie brak mi nic.
— Jesteś nieszczery i nie mówisz prawdy. Miałeś konia, oddałeś go do brony, sam piechotą chodzisz po polach, więc wniosek jasny, że potrzebujesz konia.
— Gdybym się nie mógł obejść, tobym sobie kupił; konie teraz nie drogie.
— Słuchaj-no, ja mam dwa konie w stajni zbyteczne. Jeden gniady, drugi siwy, znasz je. Otóż proszę cię, przyjedź do Piotrowic i jednego z nich weź sobie na własność, jako podarunek odemnie.
— Ależ proszę ojca, to są najpiękniejsze konie w ojca stajni! Konie wysokiej wartości... jakżebym mógł?...
— Powiedziałem ci wyraźnie, po polsku: Przyjedź do Piotrowic i jednego z nich sobie weź. Wszak wolno mi zrobić ci podarunek, a nie przypuszczam, żebyś mnie chciał obrazić odmówieniem, przecież ja ojcem twoim jestem; a skoro nie życzę sobie, żebyś zrywał nogi po miękkich zagonach, to zdaje mi się, że możesz to życzenie uwzględnić. Czekam cię jutro w południe, i mam nadzieję, że grzeczności mojej nie odrzucisz. Wybór od ciebie zależy... Bądź zdrów!
Janio pocałował rękę ojca, p. Sylwester zwrócił swego człapaka na miejscu i odjechał. Wydostawszy się na drogę, już nie patrzył na ludzi, ani na robotę w polu, lecz galopem puścił się ku domowi.
Nazajutrz przed południem, p. Sylwester poszedł do stajni i kazał wyprowadzić konie, o których dnia poprzedniego synowi wspominał. Były to wspaniałe bieguny, krwi szlachetnej, dzielne, pełne ognia i życia. Siwy szczególniej odznaczał się wysokiemi zaletami temperamentu i doskonałością form; wzbudzał też podziw i zazdrość wszystkich amatorów i znawców w okolicy.
Przeprowadzono konie kilkakrotnie po obszernym dziedzińcu, a p. Sylwester patrzył na nie z zadowoleniem zamiłowanego hodowcy. Poklepał siwego po szyi, i rzekł do stangreta:
— Oddasz tego konia człowiekowi z Majdanu, który się po niego zgłosi.
— Tego? — zapytał wąsaty stangret, jakby uszom własnym nie wierząc — siwego?
— No tak, tego, siwego, a jeżeli p. Jan będzie wolał gniadego, to gniadego.
— O, proszę jaśnie pana, jak na wybór, to ma się rozumieć, że siwego panicz weźmie, panicz zna się na koniach...
— Jak mu się będzie podobało... Teraz pójdź do wozowni, wybierz najlepsze siodło, jakie mamy, z mundsztukiem, ze wszystkiem co potrzeba... No, idź, na cóż czekasz?
— Jaśnie panie... choć to dla panicza... ale zawdy człowiekowi markotno, że piotrowicka stajnia bez siwego zostanie... Niechby już gniady, przecię to też piękny koń...
— Zrób com ci kazał — odrzekł sucho pan Sylwester, i odszedł do domu. Z niecierpliwością spoglądał na zegar, którego większa wskazówka już się do dwunastej zbliżała. Od zegaru spojrzenie jego biegło do okna, od okna znowuż do zegaru. Doznawał pewnego niepokoju, tęsknił do syna, chciał go widzieć koniecznie.
Zegar uderzył dwunastą, jednocześnie na dziedzińcu folwarcznym rozległ się odgłos dzwonu. Był to zwykły sygnał na obiad i odpoczynek południowy dla robotników. Z chwilą uderzenia dzwonu wszelkie roboty ustawały aż do godziny drugiej, o której znowuż dzwon się odzywał. Tak bywało zawsze w Piotrowicach od lat dawnych, i wszyscy się do tego stosowali nietylko w folwarku, ale i na dworze. Punkt o godzinie dwunastej waza już była na stole, a pani Sylwestrowa z córką, oczekiwały w jadalni. Nie było zdarzenia, żeby p. Załuczyński się spóźnił; punktualnie o pięć minut po dwunastej wchodził do jadalnego pokoju, składał w powietrzu pocałunek nad głową żony i córki, i zabierał się do jedzenia, najczęściej nie odzywając się wcale.
Tego dnia wszakże stało się coś nadzwyczajnego, niepraktykowanego w Piotrowicach. Już było dziesięć minut po dwunastej, a pan Załuczyński nie pokazał się przy stole... Pani z wielkim niepokojem spojrzała na córkę.
— Irenko — rzekła — co to znaczy? Ojca dotychczas nie ma!
— Tak, mamo, ojczulek opóźnił się o całe pięć minut. To bardzo dobrze, przynajmniej raz nie poparzę sobie ust rosołem.
— Proszę cię, nie żartuj: ojciec nie opóźniłby się bez powodu. Obawiam się...
— Mamo, nie ma pół godziny, jak widziałam ojczulka najzdrowszym, szedł przez dziedziniec, i jestem pewna, że jest teraz u siebie.
— Pójdź, dowiedz się, proszę...
— Może się rozgniewa. Mama wie, że ojciec nie lubi, gdy kto niewołany wchodzi do jego gabinetu.
— Powiesz, że ja cię przysłałam.
Irenka, po cichu, na palcach zbliżyła się do drzwi pokoju p. Sylwestra i uchyliła je bez szelestu. Ojciec jej stał przy oknie i patrzył na dziedziniec, czy na drogę. Kaszlnęła, żeby zwrócić uwagę, ale był tak zamyślony, że nie słyszał.
— Proszę ojca — rzekła głośno.
Pan Sylwester drgnął i obejrzał się.
— To ty, Irenko...
— Przepraszam ojczulka, że tu przychodzę, ale przysłała mnie mama... od kwadransa czekamy z obiadem...
— Ach, obiad! — rzekł jakby przebudzony ze snu — prawda, to jest obiadowa godzina... chodźmy...
Wszedłszy do jadalni i przywitawszy żonę, p. Sylwester zrobił znowuż coś nadzwyczajnego. Nie siadł na zwykłem swojem miejscu, lecz zaczął chodzić do okoła stołu. Żona patrzyła na niego ze zdumieniem. Tyle lat przeżyli z sobą, a jeszcze się nic podobnego nie zdarzyło.
— Ostygnie wszystko — odezwała się nieśmiało.
Pan Sylwester zatrzymał się i rzekł:
— Proszę cię, moja żono, czyby nie można dziś zatrzymać się z obiadem godzinę, do pierwszej?
— Owszem, jeżeli tak sobie życzysz, zatrzymamy się; ale co ten obiad będzie wart? Jadamy zwykle o dwunastej, do tego też się stosuję. Chcesz czekać, poczekamy; ale nie miej pretensyi, jeżeli nie wszystko będzie ci smakowało. Trzeba było mnie uprzedzić, teraz nie mam już sposobu. Czy można wiedzieć, na kogo czekamy? bo jeżeli jaki gość znakomity, możnaby jeszcze dorobić coś nad program. Powiedz... może wypadnie pójść do piwnicy, wybrać wino, likiery? Doprawdy, jestem tak zaskoczona przez dzisiejsze niespodzianki, że głowę tracę. Jakiegoż to gościa spodziewasz się mój mężu?
— Właściwie gość to żaden — odezwał się pan Sylwester — swój... Zdawało mi się, to jest zdaje mi się, że p. Jan przyjedzie z Majdanu; chciałem więc, żeby z nami zjadł obiad.
— Janio! dla niego takie zmiany?
— Cóż za zmiany? poczekamy godzinkę, wielkie rzeczy!
— A, mój mężu, jeżeli prosiłeś Jania, to przecież zna on doskonale zwyczaje naszego domu i wie, że o godzinie dwunastej obiad jadamy. Jest to nasz syn, i nie my do niego, lecz on do nas powinien się stosować. Nie widzę najmniejszego powodu, żebyśmy mieli z nim robić ceremonie. Spóźnił się, niech nie je, a przynajmniej niech nie je obiadu. Głodny nie będzie, bo znajdę przecie co mu podać, ale żeby rujnować dla niego cały porządek i ład domowy, to za wiele. Niegrzecznie to z jego strony; jeżeli go prosiłeś, powinien był przyjechać. Doprawdy, dziwię się.
— Ja go na obiad nie zapraszałem, ale miał tu być w pewnym interesie. W każdym razie do pierwszej poczekamy.
Pani Sylwestrowa bardzo była z tej zmiany niezadowolona; lecz przywykła do szanowania woli męża, zrobiła jak sobie życzył.
Godzina pierwsza wybiła, Janio nie przyjechał. Podano obiad, który przeszedł w milczeniu. P. Sylwester prawie nic nie jadł; pani, pod wpływem zdumienia także, również Irenka, zaciekawiona tem niepraktykowanem w Piotrowicach zjawiskiem, patrzyła tylko na ojca. Półmiski odnoszono prawie nietknięte. Po obiedzie p. Sylwester zapalił cygaro, wypił kawę i zamiast, jak zwykle, udać się do swego gabinetu, został w stołowym pokoju. Chodził od okna do okna i patrzył w nie zaniepokojony. Wreszcie kazał zawołać stangreta.
— Osiodłasz mi konia, Piotrze — rzekł do przywołanego.
— Słucham jaśnie pana, a którego jaśnie pan każe?
— Tego, na którym zwykle jeżdżę.
— Człapaka?
— Tak. Osiodłaj zaraz i przyprowadź go tu przed ganek.
— Jedziesz mężu? — spytała pani.
— Głowa mnie boli, potrzebuję orzeźwienia, na pola chciałbym także spojrzeć...
— Czy ojczulek nie wybiera się do Jania? — zapytała panna Irena.
— Na cóż ci ta wiadomość potrzebna?
— Gdyby ojczulek pozwolił — rzekła z przymileniem, — to...
— To co?
— Kazałabym osiodłać bułaną i pojechalibyśmy razem.
— Wcale się do żadnego Jania nie wybieram — odrzekł szorstko.
Stary człapak czuł, że mu się dzieje krzywda, że zaszło coś wyjątkowego, że popełniają względem niego niesprawiedliwość; czuł to i zaczął okazywać niezadowolenie, próbował protestować, gdy Piotr z siodłem zbliżył się do niego.
Wysłużone konisko, od lat kilkunastu żywione i traktowane jednakowo, używane do jednej tylko roboty, miało czas przyzwyczaić się do praktykowanego w Piotrowicach porządku i stało się tak systematycznem i punktualnem, jak jego właściciel. Człapak był na etacie koni fornalskich i wiedział o tem, że gdy konie te nie idą do roboty, to i jego także nikt nie rusza. Wiedział też, że w takie dni, w których nie ma roboty, ścielą pod konie słomę, żeby się wyleżały.
Był to właśnie taki dzień, dla ludzi święto, dla człapaka dzień słomy i leżenia. Właśnie tylko co zjadł obrok, wypił ze sześć garncy wody i położył się na miękkiej słomie, aby drzemać i starym kościom dać wypoczynek, gdy nagle zjawia się Piotr z siodłem i wcale nie dwuznacznie każe wstawać.
Człapak ani myślał słuchać tego rozkazu, lecz widząc, że Piotr nie żartuje, zerwał się na równe nogi, tuląc uszy i trzęsąc łbem na znak najwyższego niezadowolenia, a gdy uczuł siodło na grzbiecie, nie mógł powstrzymać wybuchu złości i z całej siły schwycił Piotra zębami za ramię.
Ma się rozumieć, że protest ten miał dla człapaka skutki fatalne. Piotr, nieprzyzwyczajony do takich objawów buntu, zwłaszcza ze strony starego człapaka, który za najpotulniejsze stworzenie uchodził, zdjął z kołka trenzlę z grubemi rzemiennemi cuglami i sprawił biednemu człapakowi takie lanie, jakiego ten jeszcze w życiu swojem nie zaznał.
Nie pomogło wierzganie, szarpanie łańcucha i skakanie na żłób; — wobec brutalnej siły słuszność musiała ustąpić i biedny człapaczysko zbity, ściśnięty popręgami niemożliwie, bo Piotr jak się rozochocił, to siły już nie żałował, przyprowadzony został przed ganek.
Pan Sylwester wsiadł na siodło i wydziwić się nie mógł wierzchowcowi swemu, zkąd się dziś bierze w nim taka szczególna fantazya? Człapak łbem rzucał, parskał i rwał się naprzód, jak gdyby chciał ponosić. Nie była to fantazya, ale oburzenie na niesprawiedliwość.
Jeszcze na dziedzińcu i na wsi, złość człapaka nie manifestowała się tak bardzo, ale na gościńcu wybuchnęła w całej sile: konisko zaczął skakać i wierzgać. Zapomniał stary wierzchowiec, że starego też jeźdźca ma na sobie, i że walka będzie nierówna.
Pan Sylwester zebrał krótko cugle, osadził się mocno w strzemionach i ciężką szpicrutą wymierzył człapakowi kilka silnych razów. Koń szarpnął się i zaczął rwać z kopyta; jeździec pozwolił na to i puścił go cwałem, marsz, marsz, nie szczędząc szpicruty. I stała się wówczas rzecz dziwna. Pan Sylwester, zwykle tak spokojny i chłodny, taki wyrachowany, pedantyczny i zimny, dał się unieść porywom szczególniejszego gniewu i złością wybuchnął, szczęśliwy, że ma na kim ją wywrzeć. Zapalił się, zaczerwienił; na bladą zazwyczaj twarz jego wystąpiły rumieńce, cisnął i ćwiczył konia bez miłosierdzia, bez litości, a człapak smagany wściekał się i szalał. Rwał z kopyta, jak wicher pędził wprost przed siebie na oślep, chrapał i wierzgał jak szalony. Dziw, że nie potknął się i nie padł; dziw, zkąd w starych, spracowanych nogach wzięła się taka siła i sprężystość. Pędził tak przez kilka wiorst, może przez pół mili i szalał, sapał jak miech; biała piana pokryła mu szyję i piersi, nozdrza miał rozdęte, czerwone, jak gdyby krew z nich miała wytrysnąć, a p. Sylwester szalał także, pochylony nad karkiem końskim, nad rozwianą grzywą, z ustami wpół otwartemi, oczyma nabiegłemi krwią: podnosił i opuszczał szpicrutę, ćwicząc bez miłosierdzia głupie zwierzę, które nie wiedziało, co się z niem dzieje i czego chcą od niego. Wreszcie nieprzyzwyczajony do tak forsownego biegu człapak zaczął się rozpierać, dyszał coraz ciężej, bieg zwalniał, z cwału przeszedł w galop, z galopa w stęp i stanął robiąc bokami.
Wtedy i p. Sylwester ochłonął, zreflektował się. Poklepał po szyi człapaka, chcąc tym sposobem niejako złagodzić wrażenie strasznych cięgów, jakie mu sprawił — i rzekł sam do siebie półgłosem:
— Com zrobił? Co mi się stało? Co winno to głupie stworzenie, żem je tak skatował i zmęczył? Za co? z jakiej przyczyny? Doprawdy sam przed sobą rumienię się i wstydzę. Zkąd ten wybuch namiętności? Czuję w sercu żal... do syna... a zemściłem się... na koniu.
Wstrząsnął się nerwowo.
Że też człowiek, pomimo tyloletniej pracy nad sobą, nie może równowagi utrzymać! Mam żal do syna, zbiłem konia i jakiego konia! Starego, wysłużonego weterana, tyloletniego towarzysza we włóczędze po polach piotrowickich... A do syna za co mam żal? Cóż on właściwie zrobił złego? Chowałem go na robotnika: jest robotnik niewymagający, wytrwały. Oddany pracy, przyjemności żadnych nie zna i nie pragnie... swoje robi... a że go serce unosi... czyż grzech to? Młody, jeszcze nad uczuciami swemi nie panuje, nie zdołał niemi owładnąć... ale z czasem, z czasem zwalczy je i zmoże... Dlaczego dziś nie przybył? dlaczego się nie pokazał? Czy wzgardził podarunkiem ojcowskim? czy chciał pokazać, że mu po dar nie pilno?.. Zimny i ambitny... Tak trzeba; ale dla ojca, dla rodzonego ojca mógłby zrobić wyjątek... mógłby też kiedy odezwać się serdecznie...
Pan Sylwester, chcąc dać odpoczynek człapakowi, zsiadł z niego i jak zwykle zarzucił mu cugle na siodło... Sam zaś usiadł przy drodze na kopcu granicznym i zadumał się...
Koń stał; nie przyszło mu na myśl, żeby skorzystać z nadarzającej się okazyi i uciec. Widać i jemu przyszła także refleksya. Pan Sylwester wyciągnął do niego rękę. On skubał ją mięsistemi wargami i lizał, zapomniawszy, lub też nie chcąc pamiętać, że to ta sama ręka, która mu przed chwilą tyle bolesnych pręg zostawiła na bokach. Otrząsnął się stary konisko raz i drugi, machał łbem, żeby osuszyć pianę pokrywającą mu szyję i piersi, a później stał spokojnie, ze zwieszoną głową, jak zwykle na polu, gdy p. Sylwester robotników doglądał. Po kwadransie p. Załuczyński wstał i wązką ścieżką między zbożem w stronę lasu się udał. Człapak powlókł się za nim, z przyzwyczajenia, bezmyślnie; od czasu do czasu chwycił zębami garstkę runi pszenicznej, chwycił cichaczem, ukradkiem, jakby rozumiejąc, że to kontrabanda i znów dalej szedł noga za nogą, powoli.
Pan Załuczyński powiedział córce, że nie ma żadnego zamiaru Jania odwiedzać, ale droga, na której takie harce wyprawiał, i ścieżka, po której teraz szedł, prowadziły do Majdanu. Widać już było żółty dach nowej stodoły majdańskiej i stare sosny nasienne, co niedaleko dworku stały, i wierzby nad błotnistym rowem.
Pan Sylwester znowuż na konia siadł i wprost już do mieszkania syna się udał. Podjechał po cichu; nikt nie słyszał, nikt nie zauważył, że przybył. Uśmiechnął się z zadowoleniem.
Uwiązał konia u płotu i wszedł niepostrzeżony do sieni. Doleciał go gwar ożywionej rozmowy. Jakiś głos dźwięczny, silny i świeży mówił:
— Tu dla nas pole... Powinniśmy coś zrobić, powinniśmy działać. Niedość zarabiać na chleb powszedni, trzeba pamiętać o obowiązkach względem drugich, uboższych duchem. Bracia, dajmy sobie ręce i przyrzeknijmy; że każdy z nas spłacać będzie ten dług święty...
Zdawało się p. Załuczyńskiemu, że ten głos nie jest mu obcy, że nie po raz pierwszy go słyszy. Zamiast wejść do pokoju syna, udał się na drugą stronę do kuchni.
Michałowa ujrzawszy go, o mało nie wypuściła garnka z ręki.
— Ola Boga! — zawołała — dyć to jaśnie pan!
— Cóż tak dziwnego? no, ja... Czy jest w domu mój syn?
— A jakże, jaśnie panie, jest, jest. Właśnie wybierał się do Piotrowic, obiadu nie kazał gotować.
— Ach! wybierał się...
— Tak, jaśnie panie. Kazał zaprządz do bryczki. Maciek już nasmarował, już miał zaprzęgać, tymczasem słyszymy trąbkę... ktoś pocztą przyjechał, i musiał panicz zostać, bo jakże od gości odjechać?
— Któż to?
— Aż dwóch jaśnie panie.
— Znasz ich?
— Jednego znam, bo już tu parę razy był. Wysoki taki, podobnoć doktór; drugi zaś maleńki, cudaczny połamaniec jakiś. Nie był tu u panicza nigdy. Nie wiedziałam już sama, co zrobić... Dopieroż nie miało być całkiem obiadu, dopieroż znowu obiad i dla gości! Jezusie Nazareński! w takim domu służyć, gdzie pani nie ma, to już chyba bieda najgorsza na tym świecie.
Janio, chcąc wydać jakąś dyspozycyę, wbiegł do kuchni; ujrzawszy tam p. Sylwestra, stanął na progu jak wryty.
— Ojciec?
— Jak widzisz — odrzekł p. Załuczyński — twój ojciec we własnej osobie. Miałeś być dziś w Piotrowicach i nie byłeś. Sądziłem, że chory jesteś, i przyjechałem dowiedzieć się...
Janio pocałował ojca w rękę, i rzekł:
— Miałem być dzisiaj istotnie, pragnąłem stawić się, jak ojciec sobie życzył, w południe, i byłbym to uczynił, ale niespodzianie zajechali do mnie goście. Mają odjechać przed wieczorem i zaraz po ich odjeździe byłbym się udał do Piotrowic. Przepraszam stokrotnie, niech mi ojciec wybaczy, ale nie mogłem się oddalić.
— Nie mam co wybaczać, rzecz naturalna, sam to widzę.
— Ale dlaczego ojciec tu wszedł, dlaczego nie do pokoju? Gdzież są konie? Jakim sposobem ja mogłem nie słyszeć, że ojciec przyjechał i nie wyjść na powitanie?
— Przyjechałem konno. Wszedłszy do sieni i usłyszawszy obce głosy, wstąpiłem tu, żeby dowiedzieć się, kto u ciebie jest.
— Niechże ojciec pozwoli do pokoju. Są dwaj moi koledzy z ławki szkolnej, przyjaciele od dzieciństwa: doktór Karpowicz i adwokat Kurosz.
— Przeszkadzać wam będę...
— Ależ ojcze, tej krzywdy ojciec mi nie zrobi, żeby tu będąc, do mieszkania mego nie wstąpić... Proszę, serdecznie proszę, niech ojciec będzie łaskaw...
Rzekłszy to, Janio znowu ojca pocałował w rękę.
Ten pocałunek i wyraz „serdecznie“, wymówiony przez syna, rozbroił starego.
— Uprzedzam cię — rzekł — że zabawię krótko; wieczory jeszcze są chłodne, a jam nie ubrany odpowiednio. Stary jestem, lada co mi szkodzi, muszę zdrowia oszczędzać. Jednego z twych gości, p. Karpowicza znam, drugiego nie widziałem nigdy... jak się nazywa?
— Kurosz.
— Kurosz? Co u licha! nazwisko to mi nie obce. Czekajno, niech sobie przypomnę... Ja znałem jakiegoś Kurosza...
— Bardzo być może... Zubożały to ród, ale zacny, dobre gniazdo szlacheckie.
Pan Sylwester z wymówką spojrzał na syna.
— W którym wieku urodziłeś się panie synu? — zapytał.
— W dziewiętnastym ojcze, ale sądzę, że pochodzenie z uczciwej rodziny, nawet w dwudziestym siódmym wieku hańbić jeszcze nie będzie. Chodźmy ojcze do nich, bardzo proszę...
W nizkiej izdebce, stanowiącej tak zwany salon majdańskiego dzierżawcy, siedzieli: Ludwik, pochylony zawsze z powodu ogromnego wzrostu, i Kurosz, któremu tylko głowę z za stołu widać było. Janio, wprowadziwszy ojca, rzekł:
— Koledzy! mamy gościa... ojciec mój... panowie: Karpowicz i Kurosz.
Ludwik skłonił się w milczeniu zdaleka, p. Sylwester wyciągnął do niego rękę:
— Pana doktora — rzekł — mam przyjemność znać, jużeśmy się spotykali kilkakrotnie. Pan adwokat — dodał, zwracając się do Kurosza — gościem w naszych stronach?
— I tak, i nie — odpowiedział Kurosz.
— Po adwokacku...
— Umotywuję to: jestem gościem u pańskiego syna w Majdanie, ale w tych stronach nie gościem, bo od kilku tygodni zamieszkałem w stolicy tej gubernii i otworzyłem kancelaryę.
— Bardzo dobry punkt do praktyki — rzekł p. Sylwester — bardzo dobry. Okolica mniej więcej zamożna, a przytem moc drobnej szlachty, która bez sądów i procesów żyć nie może.
— Ma pan słuszność — odrzekł Kurosz — sam z takiej szlachty pochodzę, i kto wie, może dla tego właśnie tak kodeks mi pachniał. Podobno bywają takie upodobania dziedziczne. Ludwiku, jakże je po waszemu zowiecie?
— Atawizm.
— Tak, dziedziczność, dziedziczność.
— Nie zawsze ta teorya się sprawdza — rzekł p. Sylwester — przecież nie szukając daleko, p. Karpowicz jest synem rolnika, a jednak zawodowi ojca sprzeniewierzył się i w inny sposób społeczeństwu służy.
— Panie dobrodzieju — rzekł Kurosz — sposób inny, ale cel prawie ten sam.
— Nie rozumiem.
— Rolnik wzmacnia innym kieszenie, lekarz zdrowie.
— Do pewnego stopnia — rzekł p. Załuczyński — do pewnego stopnia, powtarzam, i w niektórych okolicznościach... Janiu, proszę cię na chwilę — dodał zwracając się do syna — chciałbym powiedzieć ci coś...
— Służę ojcu — rzekł i wprowadził ojca do drugiego pokoju.
— Czem ty swoich gości przyjmujesz?
— Tem co mam w domu — odrzekł Janio.
— No, w domu masz, jak uważam, niewiele. Słuchajno, ja napiszę karteczkę do matki. Każ komu, niech wsiądzie na mego konia i jedzie do Piotrowic, i koszyk niech z sobą weźmie; dadzą co ze śpiżarni i z piwnicy.
— Ależ ojcze, na co tyle zachodu? To są moi koledzy, i niech mi ojciec wierzy, że na przyjęcie nie patrzą.
Pan Sylwester przerwał z niecierpliwością:
— Mówię ci: Każ zawołać człowieka, niech jedzie, odda kartkę i przywiezie co trzeba. Konia mego niech odda do stajni, a Piotrowi niech każe zaprządz do bryczki zaraz, i tą bryczką razem z Piotrem niech wraca. Zarazem niech przywiezie dla mnie jakie ciepłe ubranie; lękam się zaziębienia, a chcę u ciebie posiedzieć do wieczora.
— Zostanie ojciec?! — zawołał Janio z radością.
— Tak, zostanę. Ponieważ ty nie chcesz bywać u mnie, przeto ja zacznę bywać u ciebie.
— Ojcze! przecież wytłómaczyłem się, podałem powód słuszny...
— Zapewne... ale ja chcę poznać twoich kolegów. Wszak nie masz nic przeciwko temu?
— Cóż znowu?
Janio wysłał człowieka do Piotrowic, p. Załuczyński powrócił do salki. Zaczęła się rozmowa ogólna, w której p. Sylwester z początku nader mały brał udział, słuchając tylko uważnie tego, co młodzi mówili; później wtrącał do dyskusyi swoje uwagi, wreszcie sam mówić zaczął:
— Weszliście, panowie — rzekł — na temat bardzo interesujący; mówicie o duchu czasu, o zagadnieniach społecznych. Macie racyę, że was te sprawy zajmują, bo są one ważne, najważniejsze. Człowiek rozumny podwójnem życiem żyje: raz, jako jednostka dla siebie, powtóre, jako członek społeczności, dla społeczności tej, dla jej dobra. Odkąd świat istnieje, zawsze powtarzała się jedna i ta sama historya. Starzy chwalili swoje czasy, młodzież wynosiła pod niebiosa swoje teorye, po to, aby zestarzawszy się, czasy swoje chwaliła i z lekceważeniem traktowała teorye swoich dzieci. „Nie tak in illo tempore bywało“, ta stara piosnka powtarzała się przez wieki. Każde pokolenie ma swoje teorye, i rzecz prosta, jako swoje własne, uważa je za najlepsze. Sądzicie panowie, że myśmy ich nie mieli, my, młodzież dawniejsza? Mieliśmy, mieli... my, którzyśmy mieli świadomość i szerzej na świat patrzyli, dalsze obejmowali wzrokiem horyzonty. Stanęliśmy do walki przeciw dawnym wadom, które zaletami wówczas nazywano, do wysokości cnoty podnoszono. A nie zapominajcie, panowie, że mieliśmy zadanie trudne, bo to, przeciwko czemu bojować chcieliśmy, było zakorzenione w przekonaniach głęboko. Uczuciowość, poezya, sentyment, zapał chwilowy, to było zgubą i ruiną społeczeństwa. Nam przypadło w udziale na miejsce uczuciowości postawić chłodną rozwagę i krew zimną, poezyę zastąpić prozą, sentyment rachunkiem, a chwilowy zapał ciągłą, nieustającą, wytrwałą a systematyczną pracą. W tej ostatniej widzieliśmy jedyne zbawienie, tej postanowiliśmy hołdować. Nie wszyscy poszli tą drogą, niestety, ale ci, którzy poszli, nie żałują, bo stoją już dziś na pewnych podstawach, bo przetrzymali złe i mają siłę.
— O jakiej sile pan mówi? — zapytał Kurosz.
— O rzeczywistej sile, materjalnej, prawdziwej, o tej sile, jaką daje pieniądz, będący właśnie wynikiem i rezultatem długiej, a wytrwałej pracy. Rozumiecie, panowie, zapewne i tłómaczyć wam tego nie potrzebuję, że społeczeństwa zamożne, są silniejsze od społeczeństw ubogich, że dobrobyt jednostek zmniejsza ciężary ogółu, że za tym dobrobytem idzie także cywilizacya i moralność. Chłop biedak i pijak pójdzie do mego lasu i ukradnie sosnę; chłop zamożny przyjdzie do mnie z pieniędzmi i drzewo kupi. Pierwszego muszę ścigać i włóczyć po sądach, jak złodzieja; drugiego obowiązany jestem szanować i uważam go za porządnego sąsiada i współtowarzysza w zawodzie rolniczym. Pierwszego z nędznej fortuny i lichej gospodarki wyrzuci lichwiarz za długi, gmina za niewniesione opłaty, drugiego nie ruszy z miejsca żadna siła. Przeciwnie, nietylko nie ruszy się on ze swego zagona, ale poskupuje pola lekkomyślnych i nieopatrznych, rozszerzy się na nich, zakorzeni, jak ta grusza dzika, co na miedzy siedząc, wszelkim burzom i wichrom urąga. Dęby walić się będą i padać, a ona zostanie zawsze taka sama, spokojna, niewzruszona na swojej miedzy, jak zawsze...
Pan Sylwester, wbrew obyczajom swoim, zaczął się zapalać, na twarz jego wystąpiły rumieńce. Kurosz mierzył go czarnemi przenikliwemi oczkami. Korzystając z chwili, w której p. Załuczyński mówić przestał, aby powietrza w płuca chwycić, odezwał się ironicznie:
— Prawda, szanowny panie, ale cóż z tej tak zachwalonej przez pana polnej gruszy? Siedzi na miedzy, bo siedzi, to prawda, ale gałązki jej najeżone kolcami, a owoc cierpki. — Pastuszek nie wykręci z niej fujarki, bocian nie założy na niej gniazda, nie każdy ptak spocznie na jej gałązkach kolących a nawet ten chłop, biedak i pijak, który nocą przyjdzie do pańskiego lasu po sosenkę lub dąbka — tej strażniczki miedz nie ruszy i nie dotknie. Co komu z niej? Ani owoc smaczny, ani cień duży, bo i na to jest skąpa; ani z niej ciepłej chaty zbudować nie można. Chyba łyżkę tylko do jedzenia zrobić — i to jeszcze będzie tak twarda, że pokaleczy usta, które nią posługiwać się zechcą.
— Pan adwokat jest, jak uważam, i poetą po trosze — odparł ironicznie również p. Sylwester. — Moja grusza ma jedną, niesłychanie ważną zaletę: przy ziemi siedzi silnie, trzyma się jej bardziej niż dęby i masztowe sosny. Że owoc jej cierpki trochę, cóż to znaczy? nie wszystko przecież dobre co słodkie. Nie trzeba brać porównań literalnie, należy rozumieć ich ducha. Panowie doskonale wiecie, co ja chciałem powiedzieć... Zdaje się, że przynajmniej w drobnej cząstce osiągnęliśmy ten ideał.
— Zbyteczna skromność — rzekł Kurosz, — osiągnęliście go panowie w znacznej części.
— Jak mam to rozumieć?
— Zaraz wytłómaczę. Powołuję się na świadectwo Jania i Ludwika. Wszyscy trzej, podczas pobytu w uniwersytecie, dawaliśmy lekcye, więc mieliśmy sposobność obserwować świat dziecinny. Ja, może najmniej z nich, bo, co prawda, nie lubiłem belferki i lekcye dawałem z konieczności, o tyle, o ile zbywał mi czas od zajęć w kancelaryach adwokatów i regentów — jednak uczyłem i zaobserwowałem, to, co moi koledzy dziesięć razy lepiej zaobserwować mogli...
— Cóż pan zauważył?
— Charakterystyczną cechę dzisiejszych dzieci.
— Ciekawym?
— A, widzi pan dobrodziej; dodać muszę, że miałem takie osobliwe szczęście, że po większej części dostawały mi się do nauki dziewczynki.
— To prawda — rzekł Janio, — był czas, że tytułowaliśmy go generalną guwernantką.
— Tak, przypominam to sobie — wtrącił Ludwik.
— Otóż — ciągnął dalej Kurosz — bywało tak: jest ogłoszenie, że potrzebny student. Dzwonię, wychodzi mama. — Pan student? — Tak, pani, do usług. — Właśnie potrzebuję nauczyciela do dziewczynki. Uprzedzam pana, że dziecko wyjątkowych zdolności, pracy nad niem mieć pan wiele nie będziesz. Idzie tylko o to, żeby młodemu umysłowi dopomódz, żeby go rozwijać. Myślę sobie: prześlicznie, lepiej zdolną główkę rozwijać, aniżeli z tępą mózgownicą kuć. — Czy pan zechce przyszłą uczennicę poznać? — pyta mama. — Bardzo proszę. Wprowadzają Manię lub Lolę, czy jak tam. Istny cherubinek! Oczki jak niebo, włosy promienie słoneczne! delikatna, bieluchna, blada; przypiąć tylko skrzydełka i zdaje się, że do nieba uleci...
— Poeta... poeta... — mówi, śmiejąc się p. Sylwester, — a prawnik, a adwokat, więc niby realista.
— Przepraszam pana, ta poezya potrzebna mi dla uwydatnienia kontrastu; proszę uważać: dziesięciu wyrazów napróżno nie powiem. Cherubinek wchodzi, kłania się i staje w pozycyi. Której? słowo daję, nie wiem; ale, że w pozycyi to pewno, bierze bowiem zawczasu lekcye tańca w celach utylitarnych...
— Utylitarnych?....
— Naturalnie, żeby w swoim czasie mieć jeden środek więcej do zdobycia bogatego męża... ale mniejsza o to. Pytam się: — Czy panienka ma chęć do nauki? — Naturalnie, ogromną. — Co panienka umie? — Ach Boże! trudno spamiętać! tyle różnych rzeczy... — Widzi pan, jakie to zdolne dziecko, mówi mama i wychodzi, bo ją ktoś prosi. Zostajemy z cherubinkiem sam na sam. Staram się wzbudzić zaufanie tej białej dziewczynki. Udaje mi się to, po dziesięciu minutach jesteśmy prawie na ty. Duszyczka otwiera się jak kwiatek powoju o poranku. Katechizmu nie uczyła się jeszcze, bo mama nie miała czasu; francuzkich słówek posiada sporo, ponieważ to język potrzebny; wie doskonale, ile rubel ma groszy i ile służąca powinna wydać reszty ze złotówki, jeżeli kupi funt cukru za dwadzieścia cztery. Z tą panienką z przeciwka, która ma na imię Józia, nie wdaje się, bo u jej mamy są meble stare, kryte kretonem, a u mamusi cherubinka żółte, atłasowe... Na ślizgawce już była i poznała tam grzecznego chłopczyka, ale nie mogła jeździć z nim razem, ponieważ miała niklowane halifaksy, a tamten chłopiec drewniane kopytka starego fasonu. Cherubinek wie bardzo dobrze, że mamusia miała trzydzieści sześć tysięcy posagu, a tatko ma cztery tysiące pensyi; wie, że są podobno ludzie mający po tysiąc rubli pensyi, ale się u takich nie bywa. Pytam małej: — Czy umiesz jakie wierszyki? — Nie, odpowiada, tatko powiedział, że wierszyki to zawracanie głowy. — Pytam: — Czy kochasz mamę? — O bardzo! — A za co ją kochasz? — Za to, że daje mi ładne sukienki i bardzo dobre obiadki. — A czembyś ty chciała być? — Albo panią dyrektorową, albo... inną bardzo bogatą panią: taką, która ma dużo, dużo rubli!
— I czegoż to dowodzi? — zagadnął p. Sylwester.
— A, dowodzi panie, dowodzi...
— Tego chyba, że mama, o której pan opowiada, niezbyt starannie wychowywała swego cherubinka.
— Na to ja się bez namysłu obu rękoma podpiszę, ale przyzna pan, że taki cherubinek to małe zwierciadełko... Odbija się w niem to, co je otacza. To ładna papużka, która powtarza to, co w domu słyszy. Dla mnie paplanina tej małej ma znaczenie dokumentu, świadczącego niezbicie, o czem mówią i myślą dorośli. Rubel! rubel! rubel! tysiąc rubli! cztery tysiące rubli, trzydzieści tysięcy rubli! oto główna treść rozmów, jakie są w tamtym domu prowadzone. Stanowisko ojca określone bywa za pomocą rubli, marzenia matki wyrażone w rublach, przyszłość jedynaczki także w rublach. Jednem słowem, tylko ruble, ruble i ruble, jak gdyby po za niemi i obok nich nie istniało nic na świecie, jak gdyby one i tylko one były jedynym celem życia i jedyną, wyłączną troską człowieka. Mała powiedziała wyraźnie, że dlatego tylko matkę kocha, że ma od niej ładne sukienki i dobre obiadki.
Pan Sylwester uśmiechnął się.
— Jako adwokat, dobierasz pan barw najjaskrawszych, ażeby sprawę swoją wygrać, ale oderwany fakt, choćby najwymowniejszy, nie daje jeszcze prawa do wnioskowania o ogóle.
— O! jeżeli o to idzie — rzekł Kurosz — znajdziemy więcej dowodów. Opowiedz Ludwiku o tym twoim byłym uczniu z Senatorskiej ulicy.
— W istocie, to charakterystyczne — odezwał się Karpowicz. Miałem ucznia, chłopca nawet nie bez zdolności, ale leniucha i próżniaka w najgorszym gatunku. Nie pomagały moje prośby i perswazye. Najwymowniejsze argumentu o potrzebie nauki, o jej znaczeniu, odbijały od tej upartej, koźlej głowy, jak groch od ściany. Widząc, że moja praca idzie na marne, że rezultatu z niej żadnego nie ma i nie chcąc brać pieniędzy po prostu za darmo, postanowiłem rozmówić się z samym papą...
— Bardzo słusznie.
— Nie łatwo to przyszło, albowiem szanowny papa dzielił punktualnie swój czas: pomiędzy kantor, w którym pracował, Morfeusza i resursę. Wstawał o dziewiątej, od dziesiątej do czwartej bawił w kantorze, potem wracał na obiad; jadł, spał, szedł do resursy, wracał stamtąd nad ranem i znów spał, i tak ciągle. Ale złapałem go jednak, w święto. Wyjaśniłem o co chodzi, i prosiłem, żeby albo wpłynął moralnie na syna, albo oćwiczył go porządnie rózgami; jednem słowem, żeby wywołał reakcyę i skłonił chłopaka do poprawy; — albo też, żeby uwolnił mnie od obowiązków nauczyciela. Wysłuchał uważnie, uśmiechnął się, podziękował za zwrócenie uwagi i zaręczył, że użyje wszelkich wpływów, ażeby synalek zmienił postępowanie i przykładał się do nauki, jak należy.
— I cóż?
— Dotrzymał słowa. Poprawa była widoczna, chłopak uczył się coraz staranniej, pracował nad sobą, po prostu, wykuwał każdą lekcyę. Zaciekawiony, w jaki sposób papa do tak świetnego rezultatu doszedł, postanowiłem go zapytać o to. Zainterpelowany w tym przedmiocie, odrzekł, że osiągnął skutek za pomocą czysto moralnego wpływu. Poprosiłem o bardziej szczegółowe wyjaśnienie. — Ha, panie, rzekł, jestem z zasady przeciwnikiem zarówno kary cielesnej, jako też i wszelkich kazań, oraz perswazyj. Co mu będę tłomaczył, że praca podjęta w dzieciństwie przyniesie owoce w przyszłości, że obowiązkiem jest etc. To panie wszystko są romanse, abstrakcye!... Mnie nikt na abstrakcyę nie złapie, i nie chciałbym, żeby i jego na takie wędki łapano. Żyjemy w czasach praktycznych, jeżeli więc przemawiać, to przemawiać trzeźwo do rozumu, warunki określać jasno. Więc też, powiada, zawołałem syna do siebie, i rzekłem: Słuchaj-no, chciałbyś ty mieć pieniądze? Aż mu się oczy zaśmiały. Wiem, że chłopak zdolny i rozwinięty nad wiek. Mówię dalej: Pieniądze mieć możesz bardzo łatwym sposobem. On pyta: — Zkąd? — Ode mnie, ale nie darmo, bo wiesz, że darmo nic nie dają na świecie. — Wiem, powiada. Widzisz pan, dziecko pełne inteligencyi, kombinuje, trzeba tylko umieć wywierać na nie pewien, że tak powiem, wpływ moralny, i wszystko będzie jak najlepiej. Powiadam: słuchaj. Od dziś ustanawiam taksę; za dobre stopnie będziesz brał pieniądze, za złe będę ci potrącał z twego honoraryum w odpowiednim stosunku. Pieniądze, jakie zarobisz, będą do twojej wyłącznej dyspozycyi, wolno ci je będzie składać, a gdy się zbierze większa suma, użyć na co ci się podoba. Wiedziałem, że tą drogą, drogą wpływu moralnego, rezultat osiągnę, i rzeczywiście, jak pan widzi, skutek oczekiwań moich nie zawiódł... Istotnie, przy końcu roku szkolnego chłopak miał promocyę i podobno... list likwidacyjny na sto rubli.
— Powtórnie zapytam panów — rzekł p. Sylwester — czego to dowodzi?
— Dowodzi — rzekł Kurosz — że społeczeństwo dzisiejsze jest zmateryalizowane do najwyższego stopnia, że ideałem powszechnym stał się rubel.
— Przepraszam, ale muszę w obronie rubla stanąć. Nie jest to taki wielki zbrodniarz, za jakiego panowie go macie.
— Lecz...
— Za pozwoleniem. Poważam się zapytać p. adwokata, czy ma zamiar prowadzić sprawy za darmo? p. doktora, czy chce leczyć wyłącznie dla przyjemności studyowania chorób? wreszcie mego syna, czy postanowił siać, żąć i młócić zboże, na to, aby je rozdawał wszystkim za darmo?..
— Odpowiem za nas wszystkich — rzekł Kurosz. — Pracować darmo nie chcemy, wynagrodzenia żądamy, wartość pieniędzy uznajemy, ale żaden z nas, a jesteśmy dość zgodni w zdaniach, nie stawia ich za wyłączny i jedyny cel życia.
— W każdym razie za główny — rzekł pan Sylwester.
— I to nie; co najwyżej za ważny, za niezbędny, ale nie wykluczający innych celów. Tak panie szanowny, zmateryalizowaliśmy się zanadto, i znowuż, że użyję własnego pańskiego wyrażenia, powtarza się stara piosenka... Panowie walczyliście przeciwko rozbujałym prądom uczuć i walczyliście świetnie, aleście się własnemu prądowi dali unieść za daleko...
— Za daleko! Powiedz pan raczej, że zrobiliśmy za mało...
— Nie dostrzegacie owoców waszej pracy... Są one tak obfite i liczne, że znowuż my, dzisiejsi, musimy iść pod wasz prąd, walczyć z nim i zdobywać zatracone prawa serca, uczuć, poezyi i w ogóle szlachetniejszych stron życia...
— Ha, więc powiadacie, że działaliśmy na szkodę ogółu...
— O, nigdy!..
— A przecież takby można wnosić z tego, co mówicie. Chcecie przecież walczyć z naszemi ideałami, burzyć je...
— Kto to powiedział? Przyznajemy wam całą zasługę, wam rzecznikom ciężkiego trudu i pracy. Będzie to dla społeczności cenna spuścizna, która oby nigdy roztrwoniona nie była!
— Dzięki i za to.
— Ale — ciągnął dalej Kurosz — prócz tego, żądamy restauracyi praw serca, chcemy, ażeby obok pracy znalazło się miejsce dla miłości, dla współczucia i idei pomocy dla słabszych. Różnica w tem, że wyście szli rozproszeni, każdy na własną rękę i samopas, a my pragniemy iść ławą, ramię w ramię, bo w spoistych szeregach silniejszy podtrzymuje słabszego i upaść mu nie da. Cenimy samopomoc, ale o całe niebo wyżej stawiamy ideę pomocy słabszym; cenimy siłę rąk, ale nie chcemy, żeby duch spał i martwiał; pragniemy żeby jedno wspierało drugie, żeby dla materyalnego pożytku, dla powszedniej prozy życia, nie wyrzekano się szlachetnych sfer ducha, poezyi i zapału. Uznajemy ważność dobrobytu, czujemy jego potrzebę, ale nie chcemy, aby z dobrobytu egoizm się rodził, aby praca na chleb zabijała ducha, który ma także prawo do rozwoju i życia.
Dość długo trwała ożywiona dyskusya, p. Sylwester kilkakrotnie jeszcze głos zabierał, broniąc swoich bezwzględnych teoryj. Oponował mu Kurosz, a Karpowicz podtrzymywał kolegę. Janio tylko słuchał sporu w milczeniu, bo uważał, że nie wypada mu z ojcem sprzeczki prowadzić.
Nadjechał też człowiek do Piotrowic wysłany i przywiózł obfity transport różnych darów Bożych, gdyż panna Irena, dowiedziawszy się, że brat ma gości, obrabowała bez miłosierdzia śpiżarnię matczyną.
Przy kolacyi rozmowa toczyła się o okolicy, o nowinkach, a p. Sylwester do domu nie śpieszył. Jakoś mu dobrze było i ciepło wśród tej młodzieży tryskającej życiem, zdrowiem i zapałem. Zdawało mu się, że sam odmłodniał.
Odjechał już po północy.
Gdy powrócił do domu, w oknach zobaczył światło; panna Irena czuwała jeszcze.
— Nie śpisz? — zapytał zdumiony.
— Czekam, może ojczulek życzy sobie gorącej herbaty?.. jest gotowa.
— Dziękuję ci, moje dziecko, idź spać.
— Ojczulek był u Jania?
— Tak... byłem...
— A mnie nie chciał wziąć z sobą, prosiłam — rzekła tonem wymówki.
— Bo widzisz... ja istotnie nie miałem zamiaru... To była wizyta przypadkowa... nad program...




IX.

Pomimo chwilowego zbliżenia się p. Sylwestra do Jania, w stosunkach między ojcem a synem wybitna zmiana nie zaszła. Janio w Piotrowicach bywał bardzo rzadko, mówił z ojcem niewiele i przeważnie o gospodarstwie tylko. Co prawda i pora wiosenna, a następnie letnia, pora najgorętszych robót w polu, niewiele obydwu panom Załuczyńskim czasu swobodnego dawała.
Pan Sylwester uwijał się po polach i folwarkach. Janio gospodarował i dalej karczunki prowadził, pola z pni oczyszczał, pod zasiewy je sposobił. Czasem tylko do Piotrowic wpadł, jak po ogień, i wracał natychmiast; czasem Irenka odwiedziła go w Majdanie i na tem się kończyły jego rodzinne i towarzyskie stosunki. Nawet do miasteczka, do Ludwika nie zaglądał, z obawy, żeby tam Jadwini nie spotkać. Wolał nie widywać jej wcale, aniżeli jej i własny swój spokój zakłócać.
Pan Sylwester, który z tytułu znacznego majątku i rozleglejszych stosunków musiał się z ludźmi widywać, chciwem uchem chwytał wszelkie wiadomości o kolegach Jania, z którymi tak zawzięcie dysputował w Majdanie. Nie pokazywał tego po sobie, ale interesowali go oni bardzo, i krytykując w myśli ich teorye, ciekaw był, jak je w czyn wprowadzą i w praktyce stosować będą... Człowiek czynu, czyny swoich przeciwników teoretycznych chciał widzieć, czyny przedewszystkiem.
Jakoż dowiedział się, że Kurosz z własnej inicyatywy podjął sprawę kilkudziesięciu chłopów, których jakiś spekulant przy kupnie gruntów chciał za pomocą figla hypotecznego z torbami puścić; że podjął się tej sprawy, chociaż była trudna, a prowadził ją z taką energią, tak żwawo, że strona przeciwna, widząc, że nie żarty i obawiając się następstw, zaproponowała ugodę... Już nie ulegało żadnej wątpliwości, że chłopskie mienie będzie ocalone, a wiedziano też dobrze i o tem, że Kurosz dla zasady to zrobił, że nietylko ani grosza honoraryum nie wziął, ale na koszta z własnego niewielkiego mająteczku łożył... Pan Sylwester mimo całego sceptyzmu swego, musiał przyznać, że to jest czyn — czyn zupełnie licujący z zasadami, które młody prawnik wygłaszał. Mówiono też o nim, że spraw nieczystych nie bierze, że szczególniej chętnie staje w obronie pokrzywdzonych i nieszczęśliwych, że zdobywa sobie rozgłos, jako człowiek niezmiernie uczynny i ofiarny.
O Ludwiku także pochlebne odzywały się głosy, ten zresztą do działania miał większe pole. Chwalono jego bezinteresowność, dbałość o chorych, mówiono, że zarówno dla biedaka jak dla bogacza potrafi wstać w nocy, i bez względu na pogodę, na zmęczenie i niewyspanie, spieszy, ilekroć jest wezwany.
Pan Sylwester musiał przyznać, że to także czyny — i mimowoli nabierał sympatyi dla tej młodzieży, dla kolegów swego syna...
Na rynku miasteczka i jedynej brukowanej ulicy było mnóstwo wozów i bryczek... Żydzi szwargotali między sobą, uwijali się pomiędzy furmankami, targowali z chłopstwem, bijąc zawzięcie dłoń w dłoń, kłócąc się. Chłopi z zapalonemi fajkami w zębach stali przede drzwiami szynkowni, baby i dziewczęta na progach sklepów i kramików, w których żydówki zachwalały wstążki jaskrawe i chustki...
Wrześniowe słońce świeciło w całym blasku, kładąc promienie na zapleśniałych dachach, przepalonych szybkach okiennych, na głowach tłumu i na kałużach, które w samym środku rynku czarne, nieruchome leżały z odblaskami południa.
Gwar targowy rozlegał się w całej pełni, a w domku doktora, przy brukowanej ulicy położonym, ludu było jak nabił. Wiejscy ludzie mają zwyczaj wszystkie sprawy przy okazyach załatwiać, więc też, kto miał krowę na sprzedaż, przypomniał sobie przy tej sposobności, że go już od trzech dni kolka kole; baba pragnąca kupić prosiaka, wzięła i dziecko z sobą od kilku dni piszczące i blade; ekonom jakiś lub pisarz prowentowy, czekał tylko dnia targowego, żeby w miasteczku być i na reumatyzm się zaradzić. Więc też w takim dniu u doktora ludu było moc.
Od samego rana Karpowicz załatwiał się z chorymi, badał, opukiwał, pisał recepty; szklanki herbaty wypić nie miał kiedy.
Właśnie opukiwał pierś jakiegoś olbrzymiego chłopa, zbudowanego jak kolos, gdy nagle wśród tłumu, który otaczał ulicę i rynek, dał się słyszeć krzyk przestrachu, krótki, nagły, przerażający — krzyk, co się jednocześnie z tysiąca piersi wydobył.
Lekarz i pacyent skoczyli do okna.
— Co to? — spytał Ludwik.
— Ogień chyba — rzekł chłop, i narzuciwszy na obnażone plecy sukmanę, wybiegł na ulicę.
W tejże chwili, a stało się to w mgnieniu oka, krzyk się powtórzył, głośniejszy jeszcze, przeraźliwszy... Ludzie z ulicy rzucili się ku domom; dwa spienione, rozhukane konie wpadły w tłum, wlokąc za sobą szczątki rozbitej bryczki, czy powozu.
Ludwik wybiegł z domu. Gdy wpadł w rynek, konie już przytrzymano. Wyrywały się one z rąk ludziom, pokrwawione, oszalałe, spienione, robiły ciężko bokami i drżały.
Z bryczki przód tylko połamany pozostał.
— Piotrowickie! to piotrowickie konie! — wołano — od rogatki tak pędziły, kilkoro ludzi potłukły...
— A gdzież stangret? gdzie pan? czy kto tam jechał na bryczce? — spytał Ludwik.
— Panie! — odezwał się jakiś chłop — ja wiem. Jechał temi końmi stary pan z Piotrowic, rano nas przegonił, a teraz snać powracał, ja widziałem.
Ludwik nie słuchał dalej.
Ile mu sił starczyło, pobiegł ku rogatce ulicą.
O jakie dwieście kroków ujrzał stangreta z Piotrowic, któremu ludzie podnieść się pomogli. Piotr skrwawioną twarz ocierał rękawem, ale na nogach się trzymał. Ktoś podał wody. Ludwik Piotrowi na twarz prysnął.
— Gdzie pan? — zawołał.
Piotr wskazał ręką za siebie.
— Prowadzić tego człowieka do mnie! — krzyknął, a sam dalej pobiegł.
Gromada stała na ulicy. Ludwik wpadł w nią jak piorun, rozepchnął ludzi silnemi ramionami i ujrzał p. Sylwestra rozciągniętego na bruku. Nie dawał wcale znaku życia; siwe włosy miał zbroczone krwią. Karpowicz ukląkł przy nim na kamieniach, przyłożył rękę do serca, uniósł delikatnie głowę skrwawioną i badał jej uszkodzenia. Pokazało się, że ojciec Jania ma potłuczoną głowę i prawą nogę złamaną. Ludwik ujął go pod ramiona, i powoli, z ostrożnością niezmierną niósł do siebie do domu. Chcieli mu pomódz, dwadzieścia par rąk wyciągnęło się ku niemu. Nie chciał.
— Odejdźcie — mówił — ja go sam zaniosę. Ludzie szli za nim, a on krótkiemi, urywanemi słowy dyspozycyę wydawał:
— Niech przygotują łóżko w moim pokoju... ty biegaj do apteki po lód! żywo lodu, co bądź lodu przynieść!.. Felczerów zawołać... Posłańca konnego natychmiast, niech będzie gotów, niech czeka.
Chociaż siłę miał wielką i wzrost olbrzymi, zadyszał się jednak pod ciężarem bezwładnego człowieka, i kiedy wszedł do domu, nie mógł odpowiadać na pytania przerażonej siostry.
Pot mu czoło zalewał.
W chwilę później p. Sylwester znajdował się już na łóżku z głową obłożoną lodem; nogą wyprostowaną, umieszczoną między dwoma twardemi wałkami z prostej słomy.
Do Jania nakreślił Karpowicz kilka słów: „Przyjeżdżaj natychmiast, nieszczęście“, i z kartką wyszedł przed dom.
— Hej! — zawołał — pięć rubli temu, kto za godzinę zawiezie ten list do Majdanu!
Wyrostek jakiś, który stał opodal, konia za uzdę trzymając, pochwycił kartkę z rąk Ludwika, wskoczył na szkapę i jak wicher ku rogatce pocwałował.
Załatwiwszy co było najpilniejszego, obejrzał się Ludwik za Piotrem. Ten siedział w kuchni, stękał i wybierał się już iść koni szukać. Cudem jakimś, oprócz potłuczenia i skaleczenia twarzy o kamień, człowiek ten wyszedł cało z wypadku. Ludwik opatrzył mu ranę i zaczął dopytywać o szczegóły.
— Jak to się stało? — mówcie! — nalegał.
— Oj, wielmożny panie, nieszczęście!... Pojechaliśmy od rana do Rudy, ztąd półtorej mili, nasz pan co rok kartofle ztamtąd na gorzelnię kupuje. Pojechaliśmy. Pan powiada: „Weźmiesz młode konie, bo dawno nie chodziły, zastoją się“. Wziąłem młode, figlowały trochę, jak zawsze, ale później w piachach szły jak stare. Dojechaliśmy do Rudy, Bogu dzięki, szczęśliwie. Pan zabawił tam z godzinę i wracamy. Z powrotem jak najlepiej, konie szły równo, spokojnie — i pan jakoś rozmowny był. Pytał o to i owo... i tak do miasteczka niewiadomo kiedy się zajechało. Dopieroż tu, blizko rogatki, gdzie z jednej strony niby młyn, a z drugiej szlachtuz, żydy prowadziły wolca, snadź na rzeź. On im począł się szarpać, nareszcie wyrwał się, młynarskie psy za nim i wprost na nas. Nie było, panie, kiedy krzyknąć: Jezus Marya! zaraz lewego konia rogiem zawadził — i poszły. Pan woła: „Trzymaj!“ Jużci trzymam co siły, aby nie na młyn, bo precz na wodę, na same stawidła pędziły. Skręciłem w ulicę na bruk i byłoby może nic. Tymczasem oto lejc pękł, jakby nożem kto przerżnął; z jednym lejcem w garści zostałem. Ciągnę, zdało mi się skręcę choćby na chałupę, albo na płot, ale gdzie?! Jak wyrznie tylnem kołem o kamień, nasza bryczka na dwoje, pan padł, a mnie rzuciło na bruk, że jeno wszystkie gnaty we mnie zachrzęszczały, alem Bogu dzięki wstał, bo człowiek przy koniach od maleńkości, to takich sposobów krzynkę już zwyczajny, ale z panem gorzej. Czy aby choć żyje?
— Żyje, a może da Bóg, wyzdrowieje... a wam Piotrze nic więcej, prócz tej rany?
— Bajki panie, trochę gnaty bolą, abym jeno do domu się dostał, zaraz wysmaruję się okowitą z psiem sadłem, to i ból odejdzie.
— No, to idźcież, sprowadźcie konie, tymczasem można je u mnie w stajence postawić.
Panna Florentyna była niezmiernie przerażona wypadkiem.
— Co to będzie, mój Ludwisiu? — pytała — co będzie?
— Ha, będzie szpital w domu; będziemy doglądali biedaka. U nas leżeć musi, bo nie ma marzenia, żeby go można odwieźć w tym stanie.
— Mój Ludwisiu, czy on to przetrzyma?!
— Zdaje mi się; ale odpowiedzialności na siebie brać nie chcę. Zrobiłem co było potrzeba i w tej chwili posyłam depesze po innych. Niech robią konsylium, niech radzą. Wstrząśnienie mózgu, noga złamana, no i wiek! Przygotuj się Florciu, wypadnie czuwać po nocach, a ja nie zawsze bywam w domu.
— O, mój drogi! czyż mnie o to prosić trzeba? Zresztą sądzę, że i pani Załuczyńska tu przybędzie.
— Otóż myślę nad tem, jakby ją i pannę Irenę zawiadomić... w taki sposób, żeby się nie przeraziły, i to zawiadomić zaraz, nim się inną drogą dowiedzą. Po mieście mogła się łatwo rozejść pogłoska, że p. Załuczyński już nie żyje, że go konie potłukły na śmierć.
Chłopiec wysłany na Majdan dobrze się sprawił. Zachęcony sowitą nagrodą, pędził szkapę szalenie i w godzinę po wypadku Janio wiedział już co się stało. W mgnieniu oka zaprzęgli do bryczki, i co koń wyskoczy przyjechał do miasteczka.
Ludwik przyjął go w progu.
Młody Załuczyński miał w swoim charakterze wiele podobieństwa do ojca; potrafił nad wrażeniami panować, a przytomność i zimna krew nie opuszczały go nigdy. Zobaczywszy ojca bezprzytomnego, w stanie okropnym, nie uronił ani jednej łzy, zbladł tylko i zęby zacisnął. Matka i siostra przedewszystkiem na myśl mu przyszły.
— Czy wiedzą? — zapytał Ludwika.
— Ja znać nie dawałem, ale obawiam się, że ktoś z wracających z targu wieść już im mógł przynieść.
— Słuchaj Ludwiku — rzekł — za to coś zrobił Bóg niech ci płaci! Więcej mówić nie będę, bo czasu do stracenia nie ma. Pilnujże mi ojca i czuwaj nad nim, ja do matki i siostry śpieszę. Zapewne przyjechać tu zechcą. Bądź zdrów! Kiedyż konsylium?
— Jutro. Bądź spokojny... nie opuścimy go.
Przez całą drogę Janio myślał, jakby matkę do zniesienia ciosu przygotować, ale już to było zbytecznem. Cios uderzył tem straszniej, że spadł nagle jak piorun. Chłop z jarmarku powracał, przed karczmą w Piotrowicach stanął i opowiedział, że konie ponosiły, bryczkę potłukły, że p. Sylwester i stangret zabici. Z karczmy wieść lotem błyskawicy dostała się na folwark, z folwarku do kuchni. Służąca z przerażeniem, z krzykiem, do pani wbiegła, wołając: „Pana konie zabiły! pan nie żyje!“
Pani Sylwestrowa, jakby ją obuchem kto w głowę uderzył, padła na ziemię bez zmysłów. Irenka biegała jak nieprzytomna, nie wiedząc co czynić i jak matkę ratować. Jednego człowieka posłała po Jania na Majdan; drugiemu kazała natychmiast do miasteczka po doktora jechać.
Właśnie na tę scenę Janio wszedł. Ujrzawszy go, Irenka wybuchnęła płaczem serdecznym.
— Nie mamy już ojca! nie mamy!..
— Kto ci powiedział?
— Ludzie z jarmarku. Konie go roztratowały, zabiły! Mama bez duszy. Ratuj! Janeczku, ratuj mamę!
— Ojciec żyje — rzekł.
Ujął matkę za rękę, pochylił się nad nią i mówił:
— Mamo, mamo, nieprawdę ci powiedzieli: ojciec żyje... Mamo!
Otworzyła oczy, westchnęła i patrzyła na dzieci prawie bezmyślnie, jakby z ciężkiego snu przebudzona i nie mogąca zdać sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje. Janio klęczał przy niej i pocałunkami okrywał jej ręce.
— Ojciec żyje, mamo — powtarzał — nasz ojciec żyje...
— Kłamiesz — odrzekła sucho. — Konie go zabiły!
— Widziałem go przed godziną. Przysięgam na wszystko, że żyje. Własnemi oczyma go widziałem...
Podniosła się i oparła na poduszkach sofy. Janio ją podtrzymywał. Irenka wody podała. Powoli, z wielką trudnością przyszła cokolwiek do siebie; bo też i cios dla niej był straszny: w mężu widziała cały swój świat, z jego śmiercią ten świat się kończył, niknął, zapadał w otchłań czarną, unosząc z sobą wszystko, nawet promyczek nadziei... Ledwie ją można było przekonać, że wieść jest nieprawdziwa, że nadzieja niestracona.
— Dlaczego nie przywiozłeś go tutaj? — spytała Jania.
— To niemożliwe, mamo — odrzekł — ojciec ma nogę złamaną, nie sposób przewieźć go w tym stanie, w jakim jest obecnie.
— A gdzież jest?
— W mieszkaniu doktora, mego najlepszego przyjaciela i kolegi. Tam znajdzie najtroskliwszą opiekę i pomoc. Niech mama będzie najzupełniej spokojna.
— Moje miejsce przy nim — rzekła.
— Dobrze, mamo, pojedziecie obie z Irenką. Ja tu zostanę, dojrzę, zarządzę. Ojciec, gdy do przytomności powróci, przedewszystkiem o gospodarstwo zapyta. Musi być wszystko w porządku.
— Niech więc tak będzie, ale nam zaraz każ dać konie.
Janio kazał zaprządz do powozu, i matkę z siostrą wyprawił, a sam zajął się sprawami gospodarskiemi. Wydał dyspozycye, objechał folwarki, potem, już późnym wieczorem, do siebie na Majdan wpadł, robotę na dzień następny zarządził, potem notatki porobił, rachunki, i już dobrze po północy na łóżko się rzucił. Ledwie dzień, pojechał do miasteczka. Trafił właśnie na chwilę, kiedy wezwani telegraficznie lekarze zgromadzili się przy chorym. Zaszyli ranę na głowie, nogę wzięli w gips; p. Sylwester leżał wciąż bez przytomności, jak kłoda. Wstrząśnienie mózgu było groźne, ale nie tracono nadziei.
Z panią Załuczyńską więcej było kłopotu. Nie mogła spojrzeć na chorego, mdlała nieustannie. Postanowiono w obawie, żeby nie rozchorowała się ciężko, odwieźć ją do domu. Irenka miała jeden dzień przy ojcu, drugi przy matce przepędzać. Panna Florentyna, nie mogąc sama sobie dać rady, zawezwała siostry. Przyjechała panna Jadwiga. Irenka poznała się z nią bliżej i pokochała ją jak siostrę.
Nie jedną noc przepędziły razem na długiej, serdecznej rozmowie. Łączyła je sympatya, która przemieniała się w coraz żywsze uczucie. Zdawało się obydwom, że znają się od dzieciństwa, od lat najmłodszych. Panna Jadwiga unikała rozmowy o Janiu; Irenka nie wspominała także o Ludwiku, o tym olbrzymie, który z delikatnością kobiecą niemal, opiekował się jej nieszczęśliwym ojcem.
Jednej nocy Jadwinia czuwała sama przy chorym. Ludwik wyjechał, panna Irena była w Piotrowicach przy matce, Florcia zmęczona położyła się spać.
Jadwinia siedziała przy łóżku z książką w ręku, nie czytała jej jednak. Myśl jej błądziła daleko. Była zapewne przy Janiu.
Pan Sylwester przytomność odzyskał. Otworzył oczy i ze zdumieniem spoglądał dokoła.
— Gdzie jestem? — szepnął.
Jadwinia pochyliła się nad nim.
Ze zdumieniem patrzył w jej twarz piękną.
— Gdzie jestem? — powtórzył.
— U nas, u doktora.
— Gdzie?
— U dobrych przyjaciół... niech pan nie mówi, proszę. Ja nie wiem czy panu mówić wolno... Ludwiś lada chwila nadjedzie.
— Ludwiś? jaki Ludwiś?
— Brat mój, doktór.
— Karpowicz!
— Tak, ale niechże pan nie mówi, proszę na wszystko...
Patrzył na nią długo i uważnie. Kombinował coś w myśli.
— Któż pani jesteś? — zapytał.
— Siostra Ludwika... Jadwiga.
— Jadwiga? Jadwiga... Szczególna rzecz... ja chyba spałem... długo spałem...
— Dość długo, niech pan śpi jeszcze, dopóki brat nie wróci.
— Gdzie jest mój syn, Jan?
— Odjechał ztąd niedawno... jutro będzie.
— A żona moja? Irenka?
— Przyjadą.
— Powiedz mi moje dziecko, czy mi się śniło, czy ja istotnie z bryczki spadłem i rozbiłem się? Głowa mnie bardzo bolała i teraz jeszcze boli...
— Tak jest, tak... pan miał wypadek, pan spadł z bryczki i bardzo się rozbił. Stało się to tutaj, w miasteczku; podnieśli pana z ziemi. Niech pan nie nie mówi, ja wszystko opowiem jak było, ale proszę nie mówić ani słówka dopóki brat mój nie wróci, bo ja nic nie wiem, czy panu mówić wolno, czy panu nie zaszkodzi mówienie.
Pochyliła się nad chorym i cichym głosem mówiła o szczegółach wypadku. Pan Sylwester słuchał tego opowiadania, jak dziecko bajki, i wpatrywał się w śliczne oczy Jadwini; potem wychudłą ręką ujął jej dłoń, przyłożył ją do ust, a potem do czoła, i powoli znów w senność zapadł.
Ludwik, powróciwszy ze wsi od chorego, pośpieszył do p. Sylwestra, i z radością wielką dostrzegł w nim zmianę na lepsze. Ledwo dzień się zrobił, już konny posłaniec śpieszył z wiadomością pomyślną do Piotrowic, a w parę godzin później pani Załuczyńska z córką znalazły się przy łóżku chorego.
Witali się, jakby po bardzo długiem niewidzeniu, jak po powrocie z pełnej niebezpieczeństwa podróży; pani Załuczyńska nie mogła powstrzymać łez radości.
Jadwiga od chwili, gdy chory przytomność odzyskał, usunęła się od niego, zajęła się domem, a miejsce przy p. Sylwestrze ustąpiła Irence i Florci.
Powrót do zdrowia następował szybko, p. Załuczyński odzyskał już zupełnie przytomność umysłu, i po trosze zaczął przychodzić do sił; rana na głowie goiła się i możnaby nawet o powrocie do domu myśleć, gdyby nie noga złamana. Ta przykuwała p. Sylwestra do miejsca.
Janio co dwa, trzy dni przyjeżdżał, a bawił za każdym razem bardzo krótko. Z paniami prawie się nie widywał. Przyjechawszy, wchodził wprost do pokoju, w którym leżał ojciec, opowiedział co się w majątku dzieje, informacyi jakiej zażądał i natychmiast powracał.
Pierwsza rozmowa, jaką miał z ojcem, gdy ten odzyskał przytomność, była dość obojętna i krótka.
Gdy Janio wszedł i ojca w wychudłą rękę pocałował, p. Sylwester uśmiechnął się, i rzekł:
— Źle ze mną, synu.
— Było gorzej — odrzekł Janio — było bardzo źle. Ludwik dowierzać sobie nie chciał, konsylium zwołał, najlepszych praktyków z okolicy.
— A ja... ja, temu człowiekowi, tylekrotnie okazywałem niechęć — szepnął p. Sylwester.
— Lekarz przy chorym nie zna niechęci — odrzekł Janio — każdy lekarz, a tembardziej Ludwik... Ja, proszę ojca — dodał, chcąc rozmowę na inny przedmiot zwrócić — nie przesiadywałem przy ojcu, ale niech ojciec nie składa tego na karb obojętności. Uczułem boleśnie to nieszczęście, lecz zdawało mi się, że opieka Ludwika i kobiet dla ojca będzie dostateczną, a majątek także opieki potrzebował.
— Bardzo słusznie, bardzo rozumnie mój synu. Postąpiłeś jak człowiek czynu, kontent z ciebie jestem.
— Starałem się utrzymać ład i rygor, jaki ojciec utrzymywał, a nie robiłem żadnych zmian... Mam nadzieję, że powróciwszy zupełnie do zdrowia i do domu, zastanie ojciec wszystko podług swojej myśli.
— Dziękuję ci... bardzo dziękuję. Czy wiesz kogo zobaczyłem przy sobie, gdym do przytomności przyszedł? Kto była pierwsza osoba, na którą wzrok mój padł?
— Zapewne Ludwik, albo Irenka...
— Nie, Panna Jadwiga. Wyobraź sobie, że ona po całych nocach czuwała nademną...
— Proszę ojca — rzekł Janio — zdaje mi się, że czas już siewy rozpocząć?
— Być może... Jaka to miła panienka!
— Jutro żyto siać zacznę. Mam już omłócone na nasienie... ile trzeba.
— Dobrze, mój synu, rób jak chcesz; wiem, że zrobisz jak należy.
Janio pożegnał się z ojcem i natychmiast odjechał. Pan Załuczyński przymknął oczy i zamyślił się. Irenka zajrzała do pokoju, i sądząc, że ojciec śpi, chciała wyjść. Przywołał ją do siebie.
— Siądź tu przy mnie — rzekł. — Dobrzy ludzie — powtarzał w zamyśleniu, — dobrzy ludzie... — Kto, ojcze?
— Oni... tutejsi.
— O, tak, ojcze, oni są szlachetni i zacni, a doktór dał tyle dowodów życzliwości i poświęcenia, że przez całe życie nie wypłacimy mu się z długu.
— Z długu... prawda... masz słuszność... to jest dług.
— Zawdzięczamy mu życie ojca...
Pan Sylwester znów oczy przymknął i leżał nieruchomie dość długo.
— Irenko — odezwał się wreszcie — wszak ty tu jesteś?
— Jestem, co ojciec rozkaże? Może poduszki poprawić?
— Nie. Czy tu nikogo więcej nie ma?
— Żywej duszy, ja tylko jedna.
— A ona gdzie?
— Kto?
— Panna Jadwiga...
— Odjechała do domu. Przyśle nam do pomocy młodszą swoją siostrę Anielkę. Bardzo wesoła dzieweczka, jeszcze prawie dziecko.
— Irenko — spytał p. Sylwester — dlaczego panna Jadwiga odjechała?
— Nie wiem, zapewne chciała wypocząć... Tyle nocy nie spała.
— Moje dziecko, wcale nie dla tego... ona odjechała z innej przyczyny i ty bardzo dobrze tę przyczynę znasz.
— Zkądżebym znać miała?
— Pilnowała mnie, kiedym był nieprzytomny i prawie trup, z litości nad człowiekiem; unika mnie teraz, gdy do zdrowia powracam, bo ma do mnie żal. Czyś ty ją poznała bliżej, Irenko?
— Pokochałam ją, ojcze.
— Pokochałaś... szczęśliwa dziewczyna: kto ją pozna, ten pokocha... Irenko! czyś nie zauważyła jakiej zmiany w Janiu?..
— Mizerny jest, wychudł i pobladł.
— Co temu chłopcu jest? czy ci nie mówił?
— Nie wiem, nie skarży się nigdy i nie żali. Od niejakiego czasu nawet dla mnie jest skryty. Nieraz dopytuję, ale ani słowa z niego wydobyć nie mogę. Powiada ogólnikowo, że mu nic nie dolega i na tem koniec.
— A co ty o tem myślisz?
— Przedewszystkiem, zdaje mi się, że on za wiele pracuje, a za mało ma rozrywek. Ten chłopiec żyje jak odludek, nigdzie nie bywa, nikogo nie zna. Przecież doktór, taki przyjaciel serdeczny, towarzysz prawie od dzieciństwa, a jednak Janio i do niego nie zajrzy. Teraz przyjeżdża to prawda, ale tylko do ojca. Wejdzie, rozmówi się i zaraz odchodzi. Jest to postępowanie trochę dziwaczne, a nawet, o ile mogłam zauważyć, panna Florentyna jest obrażona na niego, i doprawdy ma słuszność. Nieraz Janio nie widzi się z nią wcale, nie powie jej nawet dzień dobry.
— A panna Jadwiga cóż na to?
— Nic... ze mną nie mówiła nigdy o Janiu... a teraz wyjechała.
— Szkoda... bardzo pragnąłbym ją widzieć.
— Ojciec?
— Dziwi cię to? Chciałbym ją widzieć, podziękować za opiekę, jaką mnie otaczała. To bardzo dobra dziewczyna...
— To anioł, ojcze.
— Anioł! anioł... Poetka jesteś, aniołów nie ma na ziemi...
— Są ludzie dobrzy...
— Tak, ludzie są, masz słuszność. Dowiedz się jednak, czy panna Jadwiga przyjedzie jeszcze i kiedy, ja bardzo pragnąłbym ją widzieć.
Rekonwalescencya postępowała szybko. Pan Sylwester coraz więcej sił nabierał, i żeby nie noga, mógłby już łóżko opuścić.
— Tyle ci zawdzięczam, panie doktorze — mówił raz do Ludwika — że doprawdy nie wiem, w jaki sposób ci wynagrodzić twoje poświęcenie...
— Nie wspominając o tem, panie, to będzie najlepiej. Niech pan raczej o zdrowiu swojem myśli; trzeba się wzmacniać, jeść dużo, pić wino.
— Mówisz pan, żeby nie wspominać... to niepodobna! Dług, jaki względem pana zaciągnąłem...
— Mylisz się pan: o długu z pańskiej strony mowy być nie może. Właściwie fatalny wypadek, jaki pana spotkał, dał mi możność wywdzięczenia się, chociaż w drobnej części, za to, co uczynił dla mego ojca syn pański. Jeżeli kto z nas jest dłużnikiem, to w żadnym razie nie pan, lecz ja. Może nie wiesz pan o tem, ale kiedy ja jeszcze byłem na kursach, a mój biedny, stary ojczysko, w ciężkich kłopotach pieniężnych szarpał się bez nadziei ratunku, kiedy Zawadki miano sprzedać, a rodziców moich na bruk wyrzucić, syn pański, dowiedziawszy się o tem, przyszedł z pomocą i ocalił mienie naszej rodziny. Powiadam: ocalił, gdyż dziś ja już zarabiam i mogę ojcu trochę pomagać, dziś już go nikt z majątku na stare lata nie wyrzuci. Janio dopomógł nam z delikatnością wielką, dyskretnie, wymagał, żeby rodzice moi nie wiedzieli o tem... Taki czyn ceni się. Pożyczkę, z jaką nam Janio przyszedł z pomocą, w części już spłaciłem; mam nadzieję, że w niedługim czasie i resztę długu mu zwrócę; ale z długu moralnego, z długu wdzięczności, nie wypłacę się nigdy... Ja tyle kocham moich biednych, spracowanych, zgnębionych przez nieszczęścia rodziców, tyle kocham siostry moje, że nie mógłbym zapomnieć kiedykolwiek o tem, co Janio dla nich uczynił... Wobec tego niechże mnie pan nie krzywdzi, mówiąc, że jest moim dłużnikiem...
— Ależ panie doktorze, panie Ludwiku, nie wiem doprawdy, czem i jak...
— Ściśnięciem dłoni, panie — rzekł przerywając Ludwik. — A teraz przepraszam, odejść muszę, ktoś dzwoni...
Nikt nie dzwonił. Karpowicz udał, że go wzywają, a udał dla tego, żeby rozmowę drażliwą przerwać. P. Sylwester sam został, przymknął oczy i dumał.
I przyszło mu na myśl społeczeństwo, to społeczeństwo, jakie sobie wymarzył: każda jednostka samodzielna i silna, każda dla siebie żyjąca, stosownie do swej pozycyi zamożna; nie potrzebująca nic od innych i do pomocy innym nie obowiązana. Same siły, a wypadkowa tych sił, cóż to za moc potężna! co to za gmach!
Pan Sylwester zastanawia się nad tem i rozmyśla, a jednocześnie na dnie jego serca ukryta, zagrzebana sztucznie w popiele iskierka, budzi się... jednocześnie stary wąsal, ujarzmiony przez wygolonego, sztywnego Anglika, buntować się zaczyna, burzy i kipi, i tym razem opanować go trudno, nie sposób prawie. Tyle lat więziony, domaga się praw swoich, domaga gwałtownie. Nie! — woła — nie wytrzymam już dłużej, nie poddam się tym okowom. Puść mnie do swoich, wyzwól z pod kupy złota, którą mnie przysypałeś, pozwól wyciągnąć ręce do bratniego uścisku, przytulić do piersi tych, których kocham... Ja muszę, ja chcę, ja potrzebuję kochać, pomimo twoich chłodnych i wyrachowanych teoryj, ja pragnę uścisków, uśmiechów, choćby nawet wybuchu łez, byle nie tego chłodu, co krew mrozi, usta zamyka, a najbliższych o całe przestrzenie oddala. Puść mnie, puść! dość wyleżałem się pod zimnym popiołem; pozwól mi rozpalić się iskrą, zajaśnieć żarem, wybuchnąć płomieniem. Zwróć moim rękom moc uścisku, z ust zdejmij zakaz pocałunków, oddaj mi wydarte prawa miłości!..
Pan Sylwester walczy z wąsalem, anglika wzywa na pomoc, ale i jemu sił braknie i on nie ma dostatecznych argumentów, aby zbuntowanego rzecznika serca przekonać dostatecznie. Przychodzi p. Sylwester do wniosku, że uczucie także jest siłą, a więc jako zwolennik wszystkiego co silne, szanować je musi. Paradoksem w rozumowaniu się ratuje, bo widzi, że ustąpić trzeba, a przeciwnikom słuszności nie chce jawnie przyznać. Cofa się w porządku, z bronią w ręku, z rozwiniętym sztandarem, ale cofa się...
Od kilku dni prosi Irenkę, żeby sprowadziła koniecznie pannę Jadwigę.
— Bo widzisz, — mówi — mnie tak bardzo przykro, że jej tu nie ma. Czuwała nademną, póki byłem nieprzytomny, póki nie widziałem jej poświęcenia i nie mogłem go ocenić; a teraz, gdy właśnie podziękowaćbym jej pragnął, kryje się przedemną i ucieka. Napisz do niej, Irenko, proś, a jeżeli to nie pomoże, jedź do Zawadek sama i przywieź ją tutaj. Wszak nie odmówi prośbie chorego starca, którą ty w jego imieniu zaniesiesz.
Irence nie trzeba było dwa razy powtarzać, tak pragnęła poznać rodzinę Karpowicza, o której tyle od brata słyszała. Była już gotowa do drogi, gdy panna Jadwiga przyjechała z matką.
Pan Sylwester niezmiernie się ucieszył z przybycia Jadwini. Prosił ją, żeby przy nim usiadła, ujął jej rękę i do ust przycisnął.
Dziewczyna zarumieniła się jak wiśnia i chciała rękę cofnąć, siłą zatrzymał ją w swej dłoni.
— Dlaczego pani cofasz rękę? — zapytał — ja ci podziękować chcę, moje dziecko...
Irence się nawet taki tytuł nigdy nie dostawał.
— Panno Jadwigo... — rzekł.
— Słucham pana.
— Czy ojciec pani nie przyjedzie tu kiedy?
— Teraz zajęty jest, siewy ma. Dlaczego pyta pan o to?
— Chciałbym poznać p. Karpowicza.
— Zdaje mi się, że w końcu tygodnia ojczulek będzie tu, bo już dawno Ludwisia nie widział, a mama przyjechała dziś.
— Chciałbym ją także poznać. Wszak pań jest trzy?
— Tak panie, Florcia, Anielcia i ja. Florcia tu gospodaruje u brata, a Anielcię już pan znasz...
— O! tak, i wiele chwil przyjemnych jej zawdzięczam. Sądzę, że z moją Irenką zaprzyjaźniła się pani?...
— Bardzo, bardzo...
— Dobra to dziewczyna... gdyby pani wiedziała, jak ona panią kocha. Mówiła mi to...
— Panna Irena?
— Tak, pokochała panią od pierwszego wejrzenia. Szczęśliwaś pani...
Dlaczego?
— Bo wszyscy panią kochają...
— Ja bardzo wysoko cenię przyjaźń panny Ireny, i niech mi pan wierzy, że wzajemnie pokochałam ją z całego serca...
— Panią wszyscy kochają, wszyscy — rzekł z westchnieniem p. Sylwester, — rodzice, brat, Irenka, a nawet... nawet...
Panna Jadwiga zarumieniła się, sądząc, że imię Jania usłyszy, ale p. Załuczyński był dyskretny, tej sprawy wcale nie poruszył. Ujął ją znowuż za rękę, i kończąc urwany frazes, dodał:
— A nawet i ja... stary, i jam panią musiał pokochać...
Jadwinia nie wiedziała, co odpowiedzieć. — Pochyliła głowę i ze spuszczonemi oczami słuchała podziękowań i komplementów p. Sylwestra. Z tej kłopotliwej pozycyi wybawiła ją Irenka, która właśnie weszła i rozmowę na inny zwróciła przedmiot.
Upłynął jeszcze tydzień. Ludwik zdjął z chorej nogi gips i przekonał się, że zrosła się doskonale.
— Mogę panu powinszować zupełnego wyzdrowienia — rzekł — teraz niech pan się uczy chodzić...
— Żartujesz ze mnie panie Ludwiku, tyle lat przecież chodziłem i teraz na starość każesz, żebym się chodzić uczył!
— A, jeżeli pan potrafi — rzekł z uśmiechem Karpowicz — to tem lepiej, proszę więc spróbować; niech pan wstanie, pomogę...
Pan Załuczyński podniósł się na łóżku, ale, gdy wstać już miał, zdjęła go wielka trwoga, zbladł... Zdawało mu się, że nogę złamie powtórnie...
— Boję się — szepnął. — Nie wiedziałem, że to tak trudno...
— A widzi pan dobrodziej, ale nic to, trzeba przemódz strach... Pod jedno ramię dam panu kulę, pod drugie podtrzymam. Nie dam upaść, tylko śmiało, śmiało... o tak — no cóż?...
Pierwsza lekcya poszła jako tako, druga lepiej, a po kilku dniach p. Sylwester, jako zupełny rekonwalescent, przechadzał się, podtrzymywany przez Irenkę i pannę Jadwigę.
Nim opuścił dom Ludwika, zapoznał się i ze starym Karpowiczem, który do syna w odwiedziny przybył. Właściciel Piotrowic wdał się w długą rozmowę z mniemanym niedołęgą i bankrutem, i przekonał się, że niesprawiedliwie go sądził. Raczej podziwiać go musiał, że w takich warunkach fatalnych dawał sobie rady przez długie lata, rodzinę utrzymywał, dzieci kształcił.
Ostatniego wieczoru przed wyjazdem p. Sylwestra do Piotrowic, cała rodzina Karpowiczów zgromadziła się u Ludwika. Żegnano przypadkowego gościa, którego nieszczęśliwy wypadek pod ten dach nizki sprowadził i przez kilka tygodni pod nim uwięził. Pan Sylwester bardzo był ożywiony i wesoły, mówił dużo, spierał się z Ludwikiem, a nawet z Irenką, która otwarcie po stronie Ludwika stawała. — Mówiono o różnych prądach i dążeniach, sprzeczano się, które z nich praktyczniejsze i lepsze.
— Niechże nas szanowny p. Marcin rozsądzi — odezwał się p. Załuczyński — a spodziewam się, że jako człowiek dawnej daty, prawie równy mi wiekiem, stanie po mojej stronie, a przeciw tej zapalonej młodzieży.
— Panie dobrodzieju — odezwał się po namyśle Karpowicz — nie jestem ja mówca, nie umiem tego co myślę w piękne słówka stroić i po książkowemu wyrażać, ale przecież czuję, bo mam serce a sądzę, choć nie uczenie i nie filozoficznie, ale tak oto po prostu, chłopskim rozumem. Otóż, jeżeli mam powiedzieć moje zdanie o owych różnych prądach, o których państwo dowodzicie, tedy rzeknę po swojemu, po gospodarsku: Dobra jest rzepa, ani słowa i groch dobry, i gęś tuczona także dobra. Pożywienie jest z nich i pożytek; ale żebym ja, panie dobrodzieju, tak się w grochu, w rzepie i w gęsiach zakochał, żebym dla nich miał już niepowąchać kwiatka, nie posłuchać słowika, gdy się w gaju letnią nocą rozśpiewa — to się nigdy po mnie nie pokaże. Jużcić cieszę się, ani słowa, widząc jak żyto dojrzewa, jak kartofle kwitną, jak mi źrebię w stajni, albo cielę w oborze przybędzie; chętnie wstanę do dnia, chętnie będę do wieczora po polach deptał, z ludźmi się ujadał — i nazłoszczę się i nakrzyczę i naklnę co się tylko zmieści, ale też chętnie potem siądę wieczorem pod drzewem, kiedy ciepła noc przyjdzie, jasna i gwiaździsta, kiedy mgły nad bagnami się ruszą, kiedy się żaby rozrechoczą... chętnie siądę i patrzeć będę w niebo, w gwiazdy, słuchać różnych szmerów i głosów, choćby szczekania psów we wsi, choćby trajkotu młyna, co się nad strugą rozgadał, i jakiej chłopskiej pieśni, co po rosie z drugiej wioski nieraz dolatuje. Będę siedział, będę patrzył, będę słuchał, a nawet, śmiejcie się państwo ze mnie lub nie śmiejcie, ale pomodlę się w takiej chwili i westchnę nad swoją niedolą i jakaś otucha, nadzieja lepsza, do duszy mi wpadnie. Bo co tu dowodzić! jużcić człowiek w ziemi grzebie, ale oczy niekiedy w niebo podnosi, bo duchem, cząsteczką jest jakąś stamtąd. Dziękuję więc Niebu za lepsze chwilki w życiu, za gwiazdy, ciche noce, za wypoczynek, za tę ziemię dobrą, co darzy chlebem i kwiatami, za wszystkie dni przeżyte, choćby przecierpiane i przepłakane... za kochanie, za smutki, za pociechy, za nadzieje...
— Musiałeś pan szanowny długo się w śpiew słowików wsłuchiwać — przerwał p. Sylwester trochę złośliwie.
— A tak, panie dobrodzieju, tak... bo też i żyję już oddawna. Tyle tego ptactwa przy mnie wyśpiewało swoje i... pomarło... a piosenka przecie żyje i zawsze świeża, choć stara. — Słowiki ją śpiewają, a serce ludzkie wtóruje i może jeszcze więcej dośpiewa niż owe ptaszki szare... Co tu mówić! Żeby człowiek nie wiem jak pracą się zajął, żeby nie wiem jak za groszem się uganiał, żeby kuł jak kowal, jak dzięcioł w starą sosnę, zawsze odezwie się w nim serce i dopomni o swoje prawa. Człowieka nie przerobić, panie dobrodzieju, bo chociaż to glina, a przecież nie sama glina, duch w niej mieszka, duch! I ten to duch każe upadającego podnieść, słabego pokrzepić, cierpiącego pocieszyć, a takiemu, który łamie się pod ciężarem nad siły, rękę podać. Tak to, po mojemu przynajmniej, prostaczem sercem i nieuczonym rozumem....
Pan Sylwester bardzo się nad tem zamyślił, i na drugi dzień, gdy z Irenką wracał już do Piotrowic, zatopiony w dumaniach, nie mógł się od głośnego wykrzyknika powstrzymać:
— Biją mnie! biją; oni wszyscy mnie biją!
— Kto ojczulka bije? — zapytała panna Irena zdumiona.
— Mnie?
— Przecież ojczulek dopiero co mówił.
— Ja? Co ci się śni Irenko!
— Ale naprawdę, na własne uszy słyszałam.
— Tak... no niech ci się zdaje, żeś się przesłyszała, i że ja wcale nic a nic nie mówiłem.




X.

W Piotrowicach zastał p. Sylwester wszystko we wzorowym porządku. Pomimo pilnego przypatrywania się i badania nic do zganienia nie znalazł. Roboty gospodarskie były w pełnym biegu, siewy na dokończeniu, podkładki wszystkie gotowe. W księgach zapisany najmniejszy drobiazg, najmniejszy wydatek z poprzedniego dnia. Żadnej zaległości.
— Gdzież jest p. Jan? — zapytał p. Sylwester ekonoma.
— Tu był o świtaniu, jaśnie panie, wydał dyspozycye i na Majdan odjechał.
— Proszę posłać po p. Jana.
— Konnego?
— Nie, wolant posłać, niech Piotr pojedzie i powie, że ja powróciłem i bardzo pragnę widzieć p. Jana, ale zaraz...
— W tej chwili, jaśnie panie.
We dwie godziny później Janio wchodził do kancelaryi ojca.
— Jak się masz synu! — zawołał p. Sylwester, i pochylonego do ramienia Jania ucałował nie w powietrzu, jak zwykle, ale w czoło.
— Siadaj no, mój synu — rzekł z pewnem drżeniem w głosie, — siadaj z łaski swojej bliżej, chciałbym z tobą pomówić...
— Słucham ojca.
— Przedewszystkiem muszę ci podziękować. Zwiedzałem gospodarstwo i zastałem wszystko we wzorowym porządku. Bardzo dobrze zastępowałeś mnie; bardzo dobrze, jestem z ciebie zadowolony i chciałbym wynagrodzić twoje trudy.
— Nie trzeba ojcze. Spełniłem tylko obowiązek, a zadowolenie ojca dostateczną jest dla mnie nagrodą; większej nie pragnę.
Pan Sylwester zmarszczył brwi i zamilkł. Bolał go ów kamienny spokój, z jakim syn do niego przemawiał, i chłód, jakim się otaczał.
— Proszę cię — rzekł po chwili milczenia p. Sylwester — wartoby na Majdanie postawić dom.
— Istotnie, ojcze, przydałby się jeszcze jeden czworak dla fornali i parobków, bo Majdan rośnie, z każdym rokiem pola nowe przybywają i w niedalekiej przyszłości służbę trzeba powiększyć, i to dość znacznie.
— To swoją drogą, ale ja mówię o domu dla ciebie, o dworze. Jużciż w tej chałupce zawsze mieszkać nie możesz.
— Dla mnie ona bardzo dobra i wygodna.
— O! ja wiem, że dla ciebie wszystko jest dobre i że gotówbyś mieszkać nawet w pudełku od cygar, ale ja mam inne poglądy. Taki folwark, jak Majdan, bez porządnego domu mieszkalnego być nie powinien, postawimy więc dwór.
— Jak ojciec uważa.
— Nie pałac, nie mury, bo to głupstwo, reperacye więcej kosztują niż co warto, ale porządny, wygodny dom, o sześciu lub ośmiu pokojach, drewniany, na podmurówce. Materyał mamy doskonały i suchy. Przez zimę zwieziemy, a z wiosną zaraz mularze i cieśle wezmą się do roboty. Dobrze?
— Jak ojciec chce... ja robotników dopilnuję...
— Jak ojciec chce... jak ojciec chce!.. żebym też kiedy usłyszał, co ty chcesz?..
— Nic, ojcze.
— No... chodź na obiad, matka czeka.
Wszedłszy do jadalni, Janio zdziwił się przywitaniu jakie go spotkało. Matka ucałowała go kilkakrotnie i miała minę bardzo tajemniczą, Irenka zaś z radością wielką rzuciła mu się na szyję.
— Co to znaczy? — szepnął do siostry.
— Nic, Janeczku — odrzekła. — Kocham cię.
Pan Sylwester był w dobrym humorze i dużo przy obiedzie rozmawiał, co mu się wogóle bardzo rzadko zdarzało. Mówił o rodzinie Karpowiczów, wychwalał Ludwika, pannę Florentynę i Anielcię... o Jadwini nie wspomniał ani słowa.
— Młody p. Karpowicz — mówił — ma przed sobą przyszłość; ma bez wątpienia. Nie przypuszczałem nigdy, że tak dobrze umie się brać do rzeczy. Byłem nieraz świadkiem naocznym, jak udzielał rad chłopom i żydom. Wybornie umie przemawiać do ich pojęć, a to sztuka... doprawdy sztuka, jabym tak nie potrafił...
— Istotnie — wtrąciła Irenka — człowiek to bardzo zamiłowany w swoim zawodzie, a jak on ojca troskliwie pielęgnował w chorobie! Doprawdy, że podziwiałam...
— Masz słuszność, p. Ludwikowi zawdzięczam bardzo wiele... Prosiłem go, żeby nas tu odwiedzał w Piotrowicach.
Janio spojrzał na siostrę wzrokiem pełnym zdumienia... Zarazem siedząc wprost okna, zkąd można było widzieć bliższe zabudowania folwarczne, spostrzegł, że Piotr wytoczył powóz z wozowni. Było to coś nadzwyczajnego, gdyż powozu tego od wielu lat wcale nie używano, p. Sylwester albowiem jeździł zazwyczaj bryczką, a panie wolantem.
Pod koniec obiadu p. Sylwester rzekł do żony:
— Proszę cię, moja żono, bądź łaskawa, każ przynieść z piwnicy butelkę dobrego wina, jakie masz najlepsze.
— Ja sama przyniosę, ojczulku — odezwała się Irenka.
— Bardzo dobrze, tylko czy wiesz jakie?
— To najstarsze... którego nigdy się nie podaje, choćby niewiem kto...
Pan Sylwester rozśmiał się.
— Tak, to, którego się nigdy nie podaje, choćby niewiem kto... dziś wyjątkowo trzeba je otworzyć.
— O! ja wiem, ojczulku — odrzekła.
— Już wiesz? no, proszę! zachowajże dla siebie to o czem wiesz. Panie synu! — dodał zwracając się do Jania.
— Słucham ojca...
— Biednie ubrany bo jesteś... zaniedbujesz się. Powiedz mi z łaski swojej, czy masz swoją garderobę tu, czy w Majdanie?
Janio spojrzał zdumiony.
— Na Majdanie — odrzekł — mam trochę i tu trochę. Dlaczego ojciec o to zapytuje?
— Chciałbym, żebyś mi towarzyszył; mam zamiar złożyć wizytę w sąsiedztwie.
Irenka przyniosła wino, p. Sylwester nalał w kieliszki.
— No, synu! — rzekł — napijmy się, ja dla wzmocnienia, a ty, dla kurażu... Irenko, każ powiedzieć Piotrowi, żeby pośpieszył. Cztery konie w lejc... on już wie. Panie Janie, racz się wybierać, pojedziemy razem...
— Dokąd ojcze?..
— Zobaczysz. Dość już tej samotności na Majdanie, żyjesz jak pustelnik, trzeba się nareszcie ożenić, mój synu...
Janio zerwał się z krzesełka.
— Ojcze! — rzekł z wymówką — dlaczego ojciec wszczyna tę kwestyę? Przecież mówiliśmy już o tem, i wiadomo ojcu, jakie są moje zamiary...
— Tak, ale tobie nie wiadomo, jakie są moje zamiary. Jedziemy do Zawadek, i sądzę, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, jeżeli w twojem imieniu, poproszę p. Marcina Karpowicza o rękę panny Jadwigi. Tobie odmówiono, może ja będę szczęśliwszy...
Janio stał przez chwilę jak oszołomiony, a potem padł w otwarte ramiona ojca, który przytulił go do piersi w długim serdecznym uścisku.. Obaj łzy w oczach mieli, obaj uścisnęli się serdecznie, po raz pierwszy w życiu.
— Zwyciężyliście mnie — szeptał stary — zwyciężyli... Ja pokochałem tych ludzi, a tę twoją śliczną Jadwinię, jak córkę do serca przytulę...
— I ja również, mój Janiu — dodała matka — niech was oboje Bóg błogosławi, nie pragnę lepszej synowej...
— No, nie traćmy czasu, synu — rzekł pan Sylwester i chociaż dziś święcisz tryumf uczucia, nie zapominaj jednak nigdy o tej praktycznej zasadzie, że czas to pieniądz, i zawsze stosuj ją w życiu.
Irenka zbliżyła się do ojca.
— Proszę ojczulka — rzekła, składając ręce błagalnie, ja w powozie wiele miejsca nie zabiorę...
— I ty chcesz jechać z nami?
— Tak ojcze, pragnę pierwsza ucałować moją drogą siostrzyczkę Jadwinię...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W następnym roku, gdy pora żniw nadeszła, stanął już na Majdanie dom nowy, gospodarski, wygodny.
Wybrano dla niego miejsce najwyższe i najsuchsze, a tuż za domem kilka morgów ziemi, na założenie ogrodu przeznaczonych, okopano rowami, otoczono wysokim parkanem.
Jesienią będą w nim drzewka, jesienią też zasadzą młode lipki, mające zdobić dziedziniec. Uprzątnięto już resztki drzewa, cegieł i wiórów pozostałych po budowie, oznaczono bielonemi kamieniami duże koło na gazon, zasypano doły po wapnie, a tę chałupkę starą, po gajowych, w której Janio mieszkał, rozebrano, zniesiono.
Śladu z niej już nie ma. Czyściutko tu dokoła, porządnie i ładnie.
Janio po dawnemu pracuje wytrwale, gorliwie, chętniej jeszcze niż dawniej, a gdy z pola do domu powraca, wita go uśmiechem i pieszczotą Jadwinia, piękniejsza jeszcze niż wprzódy, promieniejąca szczęściem i miłością. Na jej twarzy róże zdrowia kwitną, piosnka z ust koralowych nie schodzi...
Krząta się w swoim domku, w gospodarstwie swojem, zadowolona z losu, szczęśliwa. Odwiedzają ją nieraz rodzice, siostry, Ludwik, Irenka, ale najczęstszym w Majdanie gościem bywa... p. Sylwester.
Nie chcąc się przyznać, że go serce do syna i synowej ciągnie, wymyśla najrozmaitsze interesy do Jania: to go prosi o książkę, to mu chce jakieś projekta opowiadać, to niby przejazdem, wypadkowo, wcale nieumyślnie, wstępuje; a za każdą bytnością dłużej siedzi, ustępując niby to prośbom Jadwini, która jako młoda gosposia honory domu mu robi.
Stary człapak tak już zna drogę do Majdanu, że podczas najciemniejszej nocy każdy kamień, każdy dołek ominie; a gdy p. Sylwester przyjechawszy zejdzie z siodła i cugle na kark mu rzuci, to nie czeka jak zwykle ze łbem spuszczonym, lecz wlecze się do stajni, jakby do własnej, bo wie, że odpocznie, i że go nie prędko przed ganek przyprowadzą.
Pan Sylwester nie mówi już z żoną o projekcie wywiezienia Irenki do Warszawy i wydania jej za mąż za fabrykanta. Ucichło o tem zupełnie, bo po cóż aż tak daleko szukać, kiedy w blizkiem sąsiedztwie, prawie obok, jest ktoś, komu panna widocznie sprzyja i ten ktoś, co drugi, trzeci dzień do Piotrowic zagląda, zawsze mile i serdecznie witany? O małżeństwie mowy jeszcze nie było, bo p. Ludwik nie bardzo w swoje szczęście chce wierzyć, i nie może się na krok stanowczy zdecydować, ale milczące porozumienie już jest, a w Piotrowicach jak za członka rodziny go uważają.
Nie ulega kwestyi, że z czasem nabierze odwagi i poprosi o rączkę, która go zawsze na powitanie szczerem ściśnięciem darzy, że wyczyta słówko zachęty z oczu, tak słodko i wymownie patrzących.
Dodać też trzeba, że w ogóle w piotrowickim dworze temperatura się podniosła — i już nie wieje w nim ów chłód przykry, który tam panował niegdyś, chociaż słońce żarem piekło, a gorące powietrze lipcowe przez otwarte okna wpadało.
Kurosz, o ile mu czas pozwala wymyka się z miasta. Na Majdanie bywa, w Piotrowicach też wizytę złożył, ale najwięcej i najchętniej u Ludwika w miasteczku gości... Przyjeżdża wesoły, żartów pełen, a wraca zamyślony, smutny, wzdychający... Panna Florentyna jest przedmiotem tych westchnień... czy beznadziejnych — pytanie? Wszakże piękna dusza, a serce poczciwe może się także podobać...
Bywają takie zdarzenia...
Starzy państwo Karpowiczowie są bardzo szczęśliwi szczęściem dzieci i spokojem, który po długich latach utrapień i przeciwności zagościł już stale w ich domu. Po króciutkiej, zachwytów pełnej wiośnie życia, okropne mieli lato, ciężką jesień, aż dopiero zima starości ukojenie im i wypoczynek przyniosła.
Siedzą spokojnie w Zawadkach, na tej roli chudej, skąpej, a przecież ukochanej, chociaż o każdy kłos męczyć ją potrzeba — i przesiedzą do śmierci, bo już im nikt wywłaszczeniem nie grozi... nawet Wigdor.
On teraz całkiem swoje plany zmienił. Nie ma zamiaru kupować folwarku, bo co mu po takim ambarasie? Chce siedzieć w karczmie jak przedtem, gotów nawet dzierżawę podwyższyć. Na co mu się ruszać? na co przeprowadzać? on nie jest do takich zmian przyzwyczajony. Lubi siedzieć na miejscu, zna piękne przysłowie o kamieniu i chce trochę porosnąć... jak kamień.
Co to komu przeszkadza? dla czego on nie ma porosnąć?
Wigdor przychodzi nieraz do p. Marcina Karpowicza. Przychodzi bez żadnego interesu, tak sobie, na pogawędkę. Wigdor bardzo lubi gawędzić; taką już ma naturę. Przynosi wieści z miasteczka, ceny zboża, czasem o politykę zawadzi, bo Wigdor z rodu polityk. Jego stryjaszek bogaty był kupiec, handlował w swoim czasie zbożem i na własne oczy widział w Gdańsku Bismarcka! samego Bismarcka, na własne swoje oczy! I myślałby kto, że wtenczas ów Bismarck taki był jak dziś, pierwsza osoba! Chowaj Boże, całkiem zwyczajny niemiec, mówił jak wszyscy niemcy, po niemiecku, palił pruskie cygara i lubił, podobno bardzo lubił — piwo!
Wigdor nieraz winszował p. Marcinowi dzieci.
Było też czego winszować.
Wigdor mówił:
— Dobre dziecko to majątek! U nas stoi: że syn mądry, to radość ojca, a głupi, to smutek matki; że koroną starców są ich synowie, a najbardziej synowie mądrzy, bo mądrość, o czem też stoi w Piśmie, umacnia człowieka więcej niż dziesięć książąt, którzy są w mieście. Pan dobrodziej doczekał się korony ze swego syna, pociechy z dzieci...
Pan Marcin przyznawał słuszność Wigdorowi.
Nieraz wieczorem po całodziennej pracy, gdy się już dość po polach nachodził, z ludźmi naujadał, dawał starym kościom wypoczynek i zasiadał pod lipą.
Chłodziła mu skronie noc letnia, pachniał wietrzyk z nad łąk biegnący, śpiewały słowiki w gaju, a starowina siedział i dumał, i rozrzewniał się, i modlitwę dziękczynną szeptał:
— Za wszystkie smutki i bóle, za łzy wypłakane i za noce niespane, za niepokoje i trwogę, za cierpienia i żale, za ukojenie i spokój w starych latach...
Rozśpiewany słowik modlitwę starca głuszył, ale przecież słyszał ją Ten, do Którego najmniejsze nawet szmery ziemi dochodzą.


KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.