Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/136

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Powiedziałem, że przyjdę. Czy bardzo chorzy? leżą?
    — Dzieci trochę leżą, bo już poszły spać; żona tymczasem chodzi, bo cóż ma robić? Pod wieczór napchała się pełna karczma chłopów, ten woła wódki, tamten też woła wódki. Wiadomo, jak chłopy, oni na gorzałkę bardzo chciwi. Jak można się w takim razie położyć? Kto będzie wódkę mierzył?
    — No skoro wasze dzieci śpią, a żona chodzi, to widać nie ma tam nic ważnego; nie przyjdę więc dziś, lecz jutro za dnia.
    — Właśnie o to samo chciałem p. konsyliarza prosić... za dnia zawsze lepiej jest.
    Wigdor wolał, żeby doktór przyszedł nazajutrz, gdyż oczekiwał przybycia szwagra swego Michla, któremu, jako człowiekowi delikatnego zdrowia, bezpłatna porada lekarska bardzoby się przydała. Wigdor zawsze trzymał się tego zdania, że człowiek praktyczny z każdej okazyi powinien korzystać, a tembardziej w takim wypadku.
    O nabyciu Zawadek na licytacyi zaczął powątpiewać, bo jeżeli sam stary Karpowicz przez tyle lat się nie dawał i w ostatniej, najkrytyczniejszej chwili, kiedy się zdawało, iż nie ma już żadnego środka ratunku, znalazł rękę życzliwą, co mu przyszła z pomocą, to tembardziej nie da się teraz, mając takiego syna. Wigdor wie, że miasteczko bardzo pragnie doktora, że okolica zamożna, i że młody Karpowicz, jeżeli tylko zechce dołożyć staranności i pracy, będzie robił majątek. A dla czego nie miałby dołożyć? Wigdor nie powątpiewa o przyszłości p. Ludwika, a zna się