Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/135

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Dziękuję panu konsyliarzowi, a co będzie z moją żoną i temi dwojgiem dzieci, które chore są?
    — Ja przyjdę do was do karczmy.
    — Bardzo dziękuję panie konsyliarzu, bardzo dziękuję. Padam do nóg.
    — Czy to twój pierwszy pacyent? — spytał stary Karpowicz, gdy żyd wyszedł.
    — Jak tutaj, pierwszy...
    Wigdor powrócił.
    — Panie konsyliarzu — zapytał — pan kazał postawić bańki z prawej strony?
    — Tak.
    — A co trzeba postawić z lewej strony?
    — Nic nie trzeba.
    — Przepraszam... ja myślałem, że też bańki, albo, że co innego... To wielmożny p. konsyliarz nie każe, żebym ja jutro pojechał na jarmark?
    — Mówiłem wam, że ani jutro, ani pojutrze. Siedzieć w domu i nie wychodzić, dopóki wam się zdrowie nie polepszy.
    — A jak już będzie lepiej, to można?
    — Naturalnie, że można. Dziwię się, że zadajecie mi takie dziecinne pytania.
    — Kto powiedział, że one są dziecinne? Człowiek, jak dostanie, broń Boże, słabości, to powinien o każdą rzecz dziesięć razy doktora zapytać, żeby nie zrobił omyłki i nie dostał jeszcze gorszej słabości. Dziękuję p. konsyliarzowi... A według mojej żony i dzieci?