Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



VIII.

Janio wcale nie wiedział, ani domyślał się tego, że w odległości tak blizkiej stosunkowo, ma swoich obydwóch najlepszych przyjaciół; ale zkąd miał wiedzieć? Nie wyjeżdżał prawie nigdzie, u siebie nie przyjmował, z ludźmi stosunków nie miał żadnych prawie. Do Zawadek jeździć nie miał odwagi. Zdawało mu się, że Jadwini i sobie za każdą bytnością spokój na czas dłuższy zatruje, że żale nowe i smutki rozbudzi, że w jej oczach łzy, a we własnem sercu rozpacz i niepokój wywoła.
Wolał cierpieć w oddaleniu, zapomnienia chwilowego w pracy, w zmęczeniu fizycznem szukając. Całe dnie przepędzał z robotnikami na polu, od świtu do nocy w ruchu nieustannym, na powietrzu, a potem zmęczony, wyczerpany z sił, padał na łóżko jak kłoda i zasypiał snem kamiennym, szczęśliwy, że dzień już przeszedł i że nie wróci więcej. I tak spychał dnie jedne za drugiemi, tygodnie za tygodniami, pokonywał smutek, ale walka odbiła się na jego powierzchowności; zmizerniał bardzo i zeszczuplał.
Jednego dnia od wcześnego ranka siano owies na łanie tuż przy piotrowickiej granicy, daleko dość od dworku; na sąsiednie pole, do Piotrowic należące, także zajechały