Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ależ nie! nie! ja szanuję twoje kruki. Proszę cię nawet, ażebyś mi je pokazał, gdy cię kiedy odwiedzę; złożę cześć ich wspaniałej zbutwiałości.
— Jednak, gdybyś zobaczył, że wśród tej bibuły jest Wojciech Oczko, Śleszkowski, Syreniusz...
— Masz to? Musisz mi odstąpić, Kuroszku kochany, musisz?
— Prędzej pozwolę sobie wyjąć żebro, albo uciąć lewą rękę. Moja biblioteka to cmentarz: co się do niej dostało, to pogrzebane, przynajmnej dotąd, dopóki mnie nie pogrzebią.
— Pan tak lubi stare książki? — zapytała Florcia.
— Każdy człowiek musi coś ukochać — rzekł ze smutnym uśmiechem Kurosz — ja miłość moją umieściłem w starych szpargałach; szanuję je, dbam o nie, opieką je otaczam, strzegę jak oka w głowie. Podobno prawdziwa miłość objawia się w ten sposób, nieprawdaż mój Ludwiku?
— Nie zupełnie.
— Jakto?
— Gdybyś żyjący przedmiot twych uczuć zamknął do szafy, oblawszy go przedtem terpentyną dla zabezpieczenia od mólów, to nie wiem, czybyś go bardzo uszczęśliwił.
Anielcia rozśmiała się głośuo.
— Nie trzeba brać dosłownie. Dla żyjącego przedmiotu miłości szafą może być ładne mieszkanie, oprawą — elegancka, modna garderoba.
— A terpentyną?
— Opieka, uprzejmość w obejściu, wiesz przecie... Zresztą, ogólnych recept na to nie ma; co indywiduum —