Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

obraźni oczy panny Ireny, to starał się jaknajprędzej z marzeń otrząsnąć — biegł do chorych, wyjeżdżał, lub jeżeli był w domu, w książkach naukowych, w rozmowie z siostrą zapomnienia szukał.
Nieraz w skromnym domku początkującego lekarza bywało gwarno. Przyjeżdżali rodzice z Zawadek, siostry, pozawiązywały się znajomości i ludzie cisnęli się pod tę strzechę nizką, pod którą jaśniała nauka, miłość i praca.
Zima przeszła, natura zbudziła się do życia; pod wpływem słonecznych promieni spłynęły i roztapiały się lody.
Panna Florentyna miała dość roboty w ogródku; dozorowała kopania grządek, sadziła róże, sławne na całą okolicę róże, wyhodowane w Zawadkach. Jadwinia sama wybrała dla Ludwisia co najpiękniejsze krzaki i sztamy, aby przyozdabiały ogródek. Sadzono też i drzewka owocowe, ponaprawiano zabudowania, tak jakby na swojem, ponieważ Ludwiś postanowił, że ten dworek kupi na własność. Już nawet rozpoczął z właścicielem układy i ma spłacać szacunek częściowo na dogodnych warunkach; panna Florentyna gospodaruje więc, jak gdyby na własnem, a chociaż to takie maleńkie, miniaturowe gospodarstwo, jednak gospodarstwo, kawałek ziemi, bez której tęskno byłoby wiejskiej dzieweczce.
Ona tu będzie miała wszystkiego po trosze. Niewiele, ale za to wyborowe. Warzywa z nasion sprowadzonych od jakiegoś sławnego ogrodnika, drzewka owocowe w części z Zawadek, w części nabyte; porzeczki, agrest, maliny, i kwiaty!