Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/119

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.



    VI.

    Zima była śnieżna. Gdzie okiem rzucić, wszędzie biało. Śnieg grubą warstwą zalegał pola i łąki. Rzeki, stawy, jeziora, uwięzione w lodowych okowach, uginały się pod puszystem przykryciem; tylko drzewa odarte z liści, rysowały się na tle bezbrzeżnej białości, tylko ciemno-zielone, czarne prawie konary sosen urozmaicały tę biel jednostajną.
    Majdan tonął także w śniegu. Tu, pod las, wiatr naznosił go dużo, domek ledwie było widać z za śnieżnych okopów. Było samo południe, słońce blade, jakby zaspane, wychylało się cokolwiek z po za chmur i znów chowało się za nie; w folwarku panowała cisza zupełna, tylko czarniawy słup dymu, dobywający się z komina, świadczył, że ludzie na tem pustkowiu mieszkają.
    Janio odłożył książkę, którą czytał i właśnie miał zasiąść do obiadu, który tylko co Michałowa podała, gdy rozległ się głos dzwonka i sanki zaprzężone w parę mizernych koni podjechały przed ganek. Gość w Majdanie! Zjawisko na prawdę osobliwe, bo u Jania nikt prawie nie bywał, chyba żyd za kupnem zboża, lub wójt w urzędowym interesie. Ani przypuszczając, żeby to ktoś w odwiedziny mógł