Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Wszak Janio Załuczyński niedaleko stąd mieszka? — zapytał.
Jadwinia, usłyszawszy to nazwisko, zarumieniła się jak wiśnia.
— Istotnie — odrzekła — blizko.
— Zapewne jest tu częstym gościem?
— Przeciwnie, bardzo rzadko bywa u rodziców naszych w Zawadkach, a tu u Ludwisia, nie był jeszcze ani razu.
— Podobno wielki to pan — rzekł Kurosz, — bogacz na całą okolicę, mogło mu się więc w głowie przewrócić, chociaż, o ile go znam, a znam go dobrze, miał głowę jak się należy; ale różnie bywa na świecie, a przysłowie powiada, bardzo słusznie podobno, że chleb ludzi bodzie. Nie dziwiłbym się też, gdyby kolega Janio, zostawszy panem Janem, panem na rozmaitych włościach i przyległościach, zapomniał o szkolnej biedzie i towarzyszach z czasów gorszych, nie raz ciężkich, a nawet bardzo ciężkich...
— Myli się pan — rzekła Jadwinia z mocą, — p. Jan bogaczem wcale nie jest, a choćby nim był, toby się nie zmienił.
— Sądzi pani?
— Jestem o tem najmocniej przekonana. To człowiek, który ma przekonania stałe i niewzruszone; ani bogactwo, ani ubóstwo, ani żadne zmiany losu nie mogłyby zepsuć tej pięknej, na wskroś szlachetnej natury.
Powiedziała to z zapałem, z rumieńcem na twarzy, z blaskiem w oczach.
Kurosz uśmiechnął się, i rzekł, przymrużając oko: