Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nie mam co robić w tych stronach...
— A to dlaczego? — spytała Anielcia.
— Liczyłem na to, że w p. Janie, znajdę pierwszego zamożnego klienta, a naturalnie dzięki jego wpływom i stosunkom, klientela moja rozszerzy się i wzrośnie do bajecznych rozmiarów, tymczasem widzę, niestety! żem się omylił. Pan Jan ma tak wymownego adwokata, że moje marne usługi byłyby dla niego całkiem zbyteczne...
— Panie — rzekła Jadwinia, — ja bronię słusznej sprawy.
— Nie wątpię o tem.
— Ale obrona moja nie przeszkadza panu bynajmniej zaliczyć p. Jana w poczet swoich klientów... tylko winnam pana uprzedzić, że o jego bogactwie ma pan bardzo mylne wyobrażenie; to człowiek wcale niebogaty.
— Janio Załuczyński nie bogaty? Któż więc jest bogaty w tutejszych stronach, jeżeli nie on? Przecież mówiono mi, że to Krezus, jeżeli nie gubernialny, to powiatowy przynajmniej, że wszyscy ojcowie mający córki na wydaniu marzą o nim, że nawet jakaś pani hrabina wdowa, z bardzo ładną tarczą herbową i nieco podszarzanym majątkiem dała się z tem słyszeć, że gotowa jest zezwolić, aby córeczka jej miała cztery pałki w koronie mniej, byleby wyszła za p. Jana. Przyzna pani, że cztery pałki to duża ofiara... nie każdyby na to się zdobył...
— Widzę, że ma pan wiele informacyj, jak na tak krótki stosunkowo pobyt w naszych stronach, ale informacye te nie są dokładne. Bogaty jest p. Sylwester Załuczyński, ojciec pańskiego kolegi; ten rzeczywiście, jak się pan