Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

przed kratkami, wygrywać lub przegrywać walne bitwy... W ogóle, wracając do odpowiedzi na pytanie, jakie pani była łaskawa mi zadać, miasto jest nieosobliwe, wyobrażałem je sobie inaczej.
— Sądził pan, że to druga Warszawa.
— Nie, ale że przynajmniej pół, ćwierć Warszawy; — za to okolica bardzo ładna.
— Podobała się panu?
— Bardzo.
— Szczególna rzecz, wszyscy mówią, że to najsmutniejszy zakątek kraju, że płaszczyzna jednostajna, nie urozmaicona niczem...
— Właśnie w tem jest urok... Płaszczyzna, szerokie pola, szerokie horyzonty, nie zasłania ich nic, wzrok może zapuszczać się w przestrzeń aż dotąd, dokąd siła źrenic sięga... Pierś oddycha swobodnie. Nie wiem jak kto, ale ja bardzo lubię płaszczyzny, gór zaś nie znoszę. — Może przez dziwną sympatyę kontrastów, — dodał smutnie wzruszając skrzywionem ramieniem.
Gdy zrobił taką do swej powierzchowności aluzyę, Anielci odechciało się śmiać, a natomiast żal zajął miejsce w jej dobrem serduszku. Poznała, że ten mały, śmieszny człowieczek rozumie swoje położenie, i że mu źle z niem na świecie. Zaczęła mu się przypatrywać uważnie i dostrzegła, że w jego małych jak ziarnka pieprzu oczkach jest wyraz dobroci. Przygryzła różowe usta i postanowiła nie wyśmiewać więcej biedaka, który czuje swoje położenie i wie, że na pierwszy rzut oka wrażenia nie robi, że sympatyę ludzką musi z trudem zdobywać.