Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom IV.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Ideałem p. Sylwestra był jakiś wymarzony anglik, zimny, sztywny, spokojny, a w spokoju swym silny, w pracy wytrwały, w zasadach niewzruszony. Nieraz z trudnością wielką utrzymywał się p. Załuczyński w tej roli wyspiarza o krwi rybiej; burzył się w nim i buntował polak do porywów i uniesień skory, zapału, ognia, a nieraz i lekkomyślności pełny, gotów płakać i śmiać się serdecznie, wypić i wybić, i czuba za kogo nadstawić i opończę własną na cudzy grzbiet zarzucić i na swój obnażony, choć go deszcze moczą i wiatr studzi nie zważać, i ramiona do ludzi wyciągać i wołać: kochajmy się... szukać pociechy w przeświadczeniu, że jakoś to tam będzie.
Miał p. Sylwester dość trudu i walki, nim tego krzykacza nieposłusznego w sobie ujarzmił, nim mu ręce skrępował, usta zamknął, nim go opanować i uciszyć zdołał. I zdawało się, że istotnie umilkł już nareszcie, że ustąpił Anglikowi, a sam jak legendowy Boruta w zamku łęczyckim, zamurował się gdzieś bardzo, bardzo głęboko, na dnie serca, i nigdy już ztamtąd nie wyjrzy. Był o niego p. Sylwester spokojny, bo szlachcic spał snem kamiennym, a Anglik rządził w Piotrowicach i w domu. Gospodarstwo szło jak nie w folwarku szlacheckim, ale jak w angielskiej fermie: równo, gładko, punktualnie, podług zegarka. A w domu było także jak w zegarku, w miarę sztywnie, w miarę porządnie, w miarę chłodno...
Aż tu naraz wąsacz się budzi. Budzi się i woła: — Synku, synku, gdzież jesteś! toć żeś ty krew z mojej krwi, a kość z kości mojej, dlaczegóż odgrodziłeś się odemnie murem? Chodźże, chodź, niech cię do serca przytulę,