Ilko Szwabiuk/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Ilko Szwabiuk
Pochodzenie Dobra nauczka. Ilko Szwabiuk
Data wydania 1896
Wydawnictwo Jakubowski i Zadurowicz
Drukarz Wł. Łoziński
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
ILKO SZWABIUK

Obrazek z życia ludu huculskiego w Galicyi.


I.

— Żołnierz! Zołnierz! — zawołały dzieci, bawiące się przed karczmą w Jaworniku i przestraszone zbiły się w gromadkę.
I miały się czego przestraszyć, widok, który przedstawił się ich oczom, był niezwyczajny; takiego żołnierza, jak ten, który ukazał się teraz na zawrocie drogi, prowadzącej z Żabiego, nie widziały jeszcze nigdy.... Prawda, że często zjawiali się tu żołnierze, wracający z wojska do domu, ale ci byli zazwyczaj inni; byli zawsze obdarci, odziani w szary potargany płaszcz i błękitne łatami okryte pantalony, sznurowane ich trzewiki nosiły na sobie ślady dalekiej pieszej wędrówki.... Ten zaś, który dziś przechodził, był wspaniale ubrany; jasno błękitna ułanka ozdobiona żółtymi jedwabnymi sznurami i srebrnymi guzikami mogła wzbudzić podziw i głęboki szacunek w bardziej nawet obytych ze światem umysłach, niż je miały małe huculęta, igrające na placu przed karczmą w Jaworniku; czerwone spodnie i lśniące buty z ostrogami dopełniały stroju wracającego do rodziny wojaka.
Szedł ten żołnierz z fantazyą wielką, która przedstawiała się tem, że nucił jakiegoś zawadyackiego krakowiaka, po zawadyacku, na bakier nasunął czerwoną myckę i po zawadyacku wymachiwał krótką trzciną niesioną w ręku.... I ładny był to ułan.... Młodość i zdrowie biły od niego; wzrostem gonny jak buk w karpackim ostępie i jak on krzepki; twarz biała i rumiana, wąsy i brwi jasne, aż białe prawie, tylko oczy miał czarne jak węgiel i oczy te niezwykłe robiły twarz tę jeszcze ładniejszą.... niezwyczajną.
— Oj dana! moja dana!.. wyspiewywał ułan i w takt uderzał trzciną po błyszczącej, lakierowanej cholewie; a gdy chciał bardziej takt piosnki uwydatnić, to wybijał obcasami hołubca, aż iskry się z ostróg sypały, a brzęk szedł taki, że aż echo z gór odpowiadało.
Zanim doszedł do bramy karczemnej, ujrzał, że napełniła się ona ludźmi wylęgłymi z wnętrza. Dzieci dały znać do środka o ukazaniu się niezwykłego zjawiska, więc naród ciekawy wybiegł, aby mu się przypatrzeć. Dziewki i mołodyce z uwielbieniem i niemym podziwem spoglądały na wspaniałego żołnierza; starzy huculi z ciekawością, zmięszaną z pewnem niedowierzaniem, a nawet pogardą.... parobcy z zazdrością .... Jaskrawe barwy munduru olśniewały tych na wpół dzikich synów wierzchołków i połonin karpackich.
Najstarszy z parobków, prowodyr Semań Ruńko, przyłożył dłonie do oczu, zakrywając się w ten sposób przed jarkimi promieniami słońca i patrzył, patrzył na przybywającego wędrowca, patrzył, aż wreszcie klasnął w dłonie i zawołał radośnie:
— To Ilko! Jej Bohu Ilko! Ilko Szwabiuk wraca z hułanów!...
Żołnierz już był pomiędzy nimi. Hardo, zaledwie widocznie skłonił głową przed starymi gazdami i rzucił im na powitanie: — Jak się macie ludzie! Serdecznie uścisnął się za ręce z parobkami; a na dziewki i mołodyce rzucił płomienne spojrzenie i zawadyacko przy tem podkręcił jasny wąs.
— Zkąd Bóg prowadzi! — pytali wszyscy parobcy razem.
— Z daleka, braty, z daleka!... aż z za Krakowa, het aż z mazurskiej ziemi!... Tam nasz pierwszy, cesarski pułk stał, tam my z żółtej rzeki, co ją Wisłą nazywają, konie nasze poili....
— Długoż ty ztamtąd szedł? — pytali znowu.
— Szedł, szedł!... cha! cha! cha! — rozśmiał się ułan. — Ta ktoby teraz szedł? Tambyś musiał iść chyba rok cały i nie zaszedłbyś.... Ktoby tam szedł? Mnie maszyna parowa aż do samej Kołomyi dowiozła.... a ztamtąd do Żabiego forszpany....[1] dopiero z Żabiego aż tu piechotą....
— Maszyna parowa!... — zawołali parobcy z podziwieniem i strachem jakimś przesadnym, a dziewki i kobiety żegnać się pobożnie zaczęły....
— A tyż Ilku nie bał się nieczystą siłą jechać! — zawołała Anna Dudiakowa, dawna chwilowa kochanka Szwabiuka, jeszcze z przed wojskowych czasów. — Nie strach ci było duszy zagubić, czartowi w jego dłonie się popaść....
— Nie bój się Anika! — zawołał żołnierz i schwyciwszy wpół hożą mołodycę, pocałował ją w usta. — Nie bój się, czart do cesarskiego ułana nie ma przystępu!...
— Czy czart ma do ciebie prawo, czy nie — krzyknęła, wyrywając się kobieta — to ty nie masz prawa do mnie!... zasię ci!... Nie widzisz, że mam chustkę na głowie, a w chałupie męża.... Zasię ci!... Patrzcie go jaki mi żołnierz..... Patrzcie!
— Bóg z tobą babo! Bóg z tobą! — rzekł śmiejąc się Ilko i cofnął się pomiędzy parobków — Zaczekaj! Ot tobie komedya!... Poczekaj no, poczekaj — dodał, zwracając się znowu do obrażonej kobiety — będziesz też mnie ciągnęła, będziesz maniła, będziesz na pierogi, na wódkę paloną na miód a wino słodkie zapraszała... ale nie pójdę.... siedź z mężem nie czesanym i nie mytym, siedź z durnym....
— Bracie Ilio, chodź na czarkę! — przerwał mu Semań biorąc go za ramię. — Pluń na baby! Dość jest tego szczęścia.... Ot głupia ceremonija się ją wzięła! Chodź bracie na powitanie, stukniemy po kwaterce!
Weszli do izby szynkowej.
Rudy Judka aż w ręce klasnął, ujrzawszy ułana.
— Oto stary wójt się ucieszą — wołał wydając przytem ustami jakieś dziwne odgłosy, podobne do cmokania, czy mlaskania. — Oto się Wojtko uradują.... Małke... hej!.. bucher!.. hej!... a chodźcie no tu zobaczyć.... Pan Eliasz, wójta Szwabiuka Końskiego syn z wojska wraca! Kikste bucher, aż blask od niego bije!... a wachmaister a oficir!... Chodźcie się popatrzyć.
— Nie zawracaj żydowinie głowę, zostaw twoje bachory — zawołał zniecierpliwiony Semań — a dawaj nam po kwaterce od razu, bo trzeba uczcić takiego pobratyma... — No, duchem!...
— Zaraz!... zaraz!... Nu Małke kimże!... — krzyczał żyd na przemiany to do parobka, to do żony i drżącą ręką napełniał blaszane kwaterki.
— Stary mój zdrów, żydzie? — zapytał ułan.
— Jak smereka w borze! Zdrów nieuroku jak byk najmocniejszy.... Zdrów i bogaty! Zdrów bogaty i szanowany!... Starosta nasz jaśnie wielmożny z Kossowa, nie zna nikogo na te góry tylko jodnego starego Wojciecha Końskiego, on jasnemu staroście pierwsze oczko w głowie.
— Hm! hm! — mruczał coś ułan. Nagle spytał znowu żyda: — Cóż, stary żałował, że mnie nie było w domu.
— Żałował! Jak nie żałować za takim synem... — odparł Judka — ale zawsze mówił, że miło jego duszy, że syn jego Cesarzowi naszemu panu służy.
— Za twoje zdrowie Ilku! — przerwał żydowi Semań i wypił blaszankę wódki pochylając przy tem głowę w stronę ułana.
— Za wasze zdrowie wraże łeginiu![2] Niech nam powrócą nasze dawne czasy! — wołał Ilko i spełnił podaną mu miarkę do dna. — Och! jaka śmierdząca! — dodał po chwili, krzywiąc się i spluwając — w Krakowie mieście i na Podgórzu lepszą wódkę dają .... Szachrujesz żydzie ludzi.
— Żeby mnie tak grom pobił! Żebym się z mojej Małki pociechy i wnuków nie doczekał, jak to nie najlepsza węgierska siwucha! Ej panie oficyr nie godzi się na taką wódkę narzekać — bronił się żyd.
Pochlebstwo trafiło do celu; ułan na dźwięk oficerskiego tytułu rozchmurzył twarz, uśmiechnął się nawet do żyda i podał blaszankę, żeby mu ją na nowo napełniono.
Rozpoczęła się pijatyka na dobre. Parobcy rozsiedli się na ławach w koło stołu pili śmierdzącą wódkę z takim zapałem, jak by to był najwytworniejszy napitek; żyd dolewał i cmokał z radości; kobiety, dziewczęta i starsi gazdowie usunęli się w drugi koniec izby szynkowej i tam z cicha rozmawiali. Wkrótce trunek zaszumiał w głowach łeginiów; posypały się żarty, dowcipy i opowiadania, wreszcie rozochoceni parobcy zaczęli spiewać. Ułan zrazu im wtórował, po drugiej jednak, czy trzeciej piosnce huculskiej, stuknął niecierpliwie dłonią w stół i zawołał:

— Co wy będziecie pobratymy zawodzić te huculskie, dziadowskie pieśni, przy których płakać się tylko chce... Czekajcie ja wam zaspiewam wesołą... ułańską pieśń. — I wnet zaczął silnym głosem śpiewać:

Sam się cisar dziwował
Z kim on będzie wojował...
Mam córeczki tylko dwie
Dam na wojnę obydwie!

Dziwna, nieznana, hulacka jakaś, zawadyacka nuta pieśni porwała na wpół już pijanych parobków, w szał ich jakiś wprawiła; choć prawie nie rozumieli słów, spiewali jednak chórem za ułanem... Pieśń brzmiała coraz potężnej:

Ty córeczko najstarsza
Ty od wojny najdalsza..
Ja do wojny nie pójdę
Ja wojować nie będę
Bo ja serca miękiego
Nie zabiję nikiego.

— Hu! ha! — krzyknęli razem i powtórzyli:

Nie zabiję nikiego!

Dziewki i mołodyce zwabione wesoła nutą pieśni zaczęły się gromadzić w około spiewających; Anikę opuściły skrupuły i zachęcona czarką wódki, podaną jej przez ułana, usiadła obok niego na ławie i nie wzdragała się nawet tem, że silne ramię w błękitny rękaw strojne, opasało jej kibić... Nie wzdragały się i inne, czerwone chusty pomięszały się z czarnymi, piórami ozdobionymi krisaniami...[3] Nowa, nieznana nuta krew barzyła, płomienie jakieś w piersiach nieciła. Ułan spiewał dalej:

Ty córeczko najmłodsza
Ty do wojny najbliższa...
Oh! ja tatu ja pójdę
Ja wojować wam będę,
Bo ja serca twardego
Ja zabiję każdego.

Nagle ułan przerwał spiewanie; uczuł że go ktoś za rękaw od mundura pociąga, zwrócił się więc w tę stronę i aż się wzdrygnął. Stała przed nim stara, zgarbiona, o pomarszczonej, jak ziemia czarnej twarzy cyganka, Rina.... Oczy jej połyskiwały dziwnym blaskiem, który objawiał radość; zaschnięte suche wargi do uśmiechu się wykrzywiły, ukazując kilka pożółkłych zębów.
— Witaj sokole mój! — wołała stara — witaj bohatyrski synu, wojciechowy jedynaku! Za tobą orliku stara Rina oczy wypłakała! Za tobą wzdłuż całej naszej rzeki dziewki i mołodyce z żalu schną....
— Odczep się babo! — zawołał ułan opryskliwie.
Ona jednak nie odchodziła tylko nachylając mu się do ucha szepnęła:
— Dam znać Mariczce, żeś w nasz kraj wrócił... Choć ona teraz Semaniukowa, choć ona ślubem waszym oddana temu opryszkowi Andryjowi.... to ona zawsze jeszcze twoja; schnie i smuci się przy nielubie, a wieczorami we wrotach stoi i oczy szafirowe wypatruje czy ty sokole nie wracam... Powiem jej, że ty do niej zagościsz.
— Pójdź precz babo! Precz czarownico! Masz tu odczepnego!... — i rzucił cygance kilka srebrnych pieniążków, sam zaś zaczął spiewać dalej, jednak jakoś smutniej i tęskniej:

Jak jej włosy wcinali —
Wszystkie panny płakali;
Jak jej konia siodłali —
Ojciec, matka płakali;
Jak, na konia siadała —
Z tym się światem żegnała!...

Wrażliwe dusze młodych hucułów opanowała od razu dziwna jakaś tęskota i odbiła się w nucie pieśni; cały chór żałośnie kilka razy powtarzał:
Z tym się światem żegnała! żegnała!...
Anika opierając swą piękną głowę na ramieniu ułana, szepnęła:
— Ilku! Ty za Mariką banujesz....[4] Ona tobie najmilsza lubaska....[5] Ty mnie nie lubisz, nigdyś mnie nie lubił.
Wzdrygnął się ułan na te słowa pięknej hucułki; dreszcz jakiś przebiegł mu po całem ciele, gorączkowym ruchem, niby odgarniając jakąś zmorę, machnął ręką i wnet objął siedzącą obok niego kobietę w pół i zaczął ją gwałtownie, namiętnie całować.
— Nie! nie! — szeptał jej do ucha. — Nie! nie chcę Maryki, ona straszna, ona nawiedzona, ona czarować umie! Nie! nie! Tyś mi najmilsza lubaska, tyś jak ptak wesoła, jak promień słonka jasna.
— Dalej Ilku! dalej! Kończ pieśń! — wołali chórem parobcy. — Zostaw Anikę! Do domu ją poprowadzisz... Spiewaj! spiewaj!...
Ułan na wezwanie przestał szeptać, spojrzał w koło, wychylił świeżo nalaną czarkę i znowu zawadyacko i wesoło śpiewał dalej.

Jak do wojny wstąpiła
Tysiąc muża zabiła....
Sam si cysar dywował
Co za husar wojował?...
Oj! nie husar — husarka.
Cisarskaja panianka!

Wszyscy obecni zaczęli uderzać rękoma po stole w tak pieśni i powtarzali długo:

Oj! nie husar — husarka
Cisarskaja — panianka!...
Cisarskaja. — panianka!...

— A widział ty ją Ilku, wraży łeginiu? — zapytał drzącym głosem Maksym Merdiuk, sławny z tego, że sam umiał pieśni różne układać. Czy ty ją widział tę husarkę?... Hej! hej! Żebym ją zobaczył; na jej złotą zbroję się popatrzył, w jej promienne oczy zajrzał, to dość by mi życia było... Sam bym pod kopyta jej konia bystrego się rzucił... Niech by mnie złotemi podkowami podeptał... Nie chciałbym żyć więcej.
— Durnyś ty Maksym! durny! — odpowiedział, śmiejąc się wesoło ułan. Takiej teraz już nie ma; to pieśń o dawnych husarkach; teraz one w złotych pałacach siedzą, z grafami i jednorołami rozmawiają i na złotej kądzieli srebrną przędzę snują.... Wiatr na nie nie wieje, ni słonko nie świeci, z tęczy mają tkane suknie, a jak narodowi ich pokazują to tylko w kryształowej karecie, jak ptaka jakiego zamorskiego.
— A widział ty taką? — powtarzał uparcie pytanie Maksym.
— Czemu nie! — odrzekł dumnie żołnierz. — Tamtego roku cesarski syn przywoził swoją żonę, cesarską synową do swojego miasta Krakowa i całemu narodowi pokazywał; nasz pułk wach paradę im robił... Jak szła siadać do karyty to tak na nią się patrzyłem, jak na Anikę.... Białaż ona biała... i bardzo delikatna.
— A nie ukląkł ty przed nią!
— Nie! Nie można! Tylko szablami prezentowaliśmy przed nią, a pan Ober-leitnant[6] krzyczeli: habt acht! t. zn. żeby się na nią ułany patrzyli... i jak który do domu wróci, żeby wiedział jak ludziom o niej opowiadać.
— Oj! Ilku, Ilku! czemuż mnie do ułanów nie wzięli, żebym ją był zobaczył, to bym przed nią był na ziemię upadł: kraj jej złotej sukni całował... Choć by mnie mieli potem stracić za to.... Niech bym i umarł, żeby ją tylko widzieć.
— Durnym się rodziłeś i durnym umrzesz! — zakonkludował ułan, całując swą sąsiadk. Ja wolę Anikę! Co by ci przyszło z tego, żebyś cesarską synowę zobaczył? Z mraki ona i z pajęczyny, a blask od niej taki blady, jak z próchna w noc ciemną.... Ja wolę Anikę!...
W tej chwili rozległy się tony muzyki. Oleksa Sawicz rozochocony przybyciem Ilka i wesołością panującą w karczmie, pobiegł do domu po skrzypce; po drodze zwerbował cygana Szandora z cymbałami; mały synek Szandora, Kierosz, przyniósł bębenek i kapela była gotowa. Ułan pierwszy wziął w taniec Anikę, za nimi posypały się inne pary i aż ściany karczmy trzęsły się od prysiudów i hołubców, aż szyby w małych okienkach drżały.
— Żydzie! Hej Judko! — wołał rozochocony ułan — dawaj narodowi chrześciańskiemu wódki i wina wbród! Kto co wypije, wiele czyja łaska! Niech wiedzą, że wójta syn, że Ilko hułan wraca do domu.... Zapłacę! — tu uderzył butnie po kieszeniach czerwonych spodni. Zapłacę sam!... A jakby pieniędzy mi nie stało. — to stary ojciec zapłaci! Nie pożałuje na taką okazyę... stać go na to, żeby dziesięciu takich jak ty kupił!... Nalewaj! Nalewaj!...
Hulanka szła dalej; wino i wódka się lały... W kącie tylko starzy gazdowie[7] szeptali coś sobie z cicha.
— Nie będzie miał stary kudłaty rizuń, Szwabiuk przeklęty pociechy z syna — mówił stary Sawa do Kornija. Co nie to nie! Roztraci on i te czerwońce, gdzieś tam po dworach zrabowane; roztraci i te ogrody i te połoniny od biednych hucułów za lichwę zagrabione; roztraci i te owce, woły, a konie co się po połoninach tych pasą... Zobaczycie kumie, że roztraci.... W tym parobku hulacka, huculska krew, po matce, mało, że włosy i wąsy ma jasne mazurskie.
— Prawda wasza, kumie Sawo! — odpowiadał, potrząsając smutnie głową Kornij — Jaki on syn? Stary czeka go już drugi tydzień; bab nasprowadzał całą kupę, żeby czarowały, żeby mu mówiły, dlaczego syna dotąd nie ma: a on tu z leginiami wódkę pije, z cudzą mołodycą w taniec idzie, lubaskie głupstwa do ucha jej szepcze.... Taki czas, że nie warto się syna dochować! Na pijmy się kumie po czarce wódki! Napijmy się za wójtowe pieniądze!
— Krwawicę cudzą będziesz pił kumie Korniju — odrzekł Sawa i gorzko się uśmiechnął.
— Eh! chyba swoją własną i twoją i nas wszystkich — zachęcał Kornij. — Co ojciec udarł z narodu, to syn żydom wróci! Niech choć człowiek do syta się napije za własną krzywdę.
— Grajcie obertasa! — zawołał nagle ułan, stając przed muzykantami.
— Nie umiemy! — odpowiedzieli razem.
— Naści wam srebrnych łewów[8] garść — rzekł, dobywając z kieszeni kilka srebrnych dużych monet. — Uczcie się! słuchajcie!... Świstać wam będę, grajcie!
I zaczął wyświstywać skoczną nutę mazurskiego ludowego tańca. Cygan się nachylił, słuchał uważnie i wnet w takt świstania wygrywał tę samą nutę na swym brzękliwym instrumencie; Oleksa bez trudu wtórować mu zaczął na skrzypcach. Muzyka była gotowa, pary poszły w nowy taniec.... Tylko muzyka i sam taniec były jakieś dziksze, namiętniejsze, niż tam nad Wisłoką i Dunajcem.
O północy przechodzący żandarm rozpędził całą kompanię. Ułan pożegnał się z towarzyszami, odsalutował po wojskowemu przed żandarmem i.... poprowadził rozszalałą trunkiem i tańcem Anikę — do domu.
Gdy znaleźli się na płaju[9] prowadzącym do zagrody Dudiaka, o jakie dwieście metrów po nad karczmą, Anika zarzuciła ręce na szyję ułana i całując go szeptała.
— Chodź, chodź! Ilku mój słodki... lubasie[10] mój jedyny! Chodź! mego nie ma w chacie, ze spławem, z derabę[11] poszedł do Kut.... Chodź! chodź! Ty mój! Tyś nie Mariki!...
Ułan odpowiedział jej — pocałunkiem.




II.

Na wschodnim krańcu czarnohorskich stoków stała obszerna sadyba Andrija Demaniuka. Była ona tam przyczepiona do szarej, piaskowej skały, odosobniona i nieprzystępna jak gniazdo orle. O sto sążni poniżej chaty piął się płaj prowadzący na przełącz, który rozciąga się pomiędzy gruniami[12] Pop-Iwanem i Smotreżem i ciągnący się dalej... hen w węgierskie ziemie. Budynki wszystkie, wbrew zwyczajowi huculskiemu Andrij z szarego piaskowca pomurował, tak że zdala zdawały się być tylko częścią skały piętrzącej się po wyżej — chata tylko mieszkalna była z kiedryny[13] zbudowana, z wielkich, potężnych tramów w zrąb kładzionych.
Na drugi dzień po uczcie, wyprawionej w karczmie przez Ilka Szwabiuka, Andrijewa młoda żona — piękna Marika obudziła się przed wschodem słońca.... Zerwała się zaraz z pościeli i wybiegła przed chatę.... Właściwie nie miała po co się spieszyć.... Stada bydła i owiec już od dwóch tygodni pasły się na połoninach, strzeżone przez licznych bowharów[14] owczarzy; kilka pozostałych przy chacie krów już od godziny wydoiły służebne dziewki i wygnały na bujną paszę po niżej chaty.... Mogła była spać spokojnie bohatyrska[15] gazdynia.... Mogła, a jednak nie spała.... Nuda ją jakaś gnębiła, pierś młodą toczyła, sen od powiek odganiała.
Wybiegła jakby strachem jakim gnana, wybiegła nie oglądając się nawet po za siebie.... Sam w chacie na pościeli leżał jej mąż, chrapał jak niedźwiedź w legowisku.
— Mąż! mąż! — zawołała z cicha i boleśnie załamała ręce; oparła głowę o zimne kamienie otaczającego obejście muru i szlochać z cicha zaczęła.
Po chwili oczy zapłakane podniosła i spojrzała przed siebie. Tysiąc razy już może widziała wschodzące z poza górskich szczytów słońce, a jednak dziś po raz może pierwszy zaczęła się uważnie przypatrywać wspaniałemu zjawisku.
Dziwne, różowe, jasne płomienie gorzały na wschodniej stronie nieba, nasycając wilgotne górskie powietrze jakby płynem jakimś złoto-purpurowym.... Kamieniste szczyty Roztiezki i sąsiednich gór zdawały się płonąć i żarzyć niby jakieś olbrzymie piece wapniarskie, lub węglarki rozpalone do czerwoności.... Cienie na zachodnim stoku przeciwległych gór usuwały się zwolna; czerwony odcień przybierał coraz to jaśniejsze, bardziej przejrzyste tony, wreszcie kula złota ukazała się z poza kamienistego wierzchołka Roztiezki.
Kobieta patrząca na to tak zwyczajne, a mimo to tak wspaniałe zjawisko, pochyliła białe czoło, mimowolnie przeżegnała się i poczęła szeptać bezmyślnie słowa modlitwy. Nie modliła się jednak do Boga.... Nie! Te na wpół dzikie dzieci gór nie mają jasnego pojęcia o Bogu; na pozór powierzchownie są chrześcianami, chodzą do świątyń chrześciańskich i duchowieństwu składają dziesięciny; w duszy ich jednak panuje chaos wierzeń i pojęć; dawne wspomnienia pogańskie i obrzędy chrześciańskie zlały się w jakąś dziwną, fatalistyczną religię, która do dziś nie znalazła godnego siebie badacza.
Gdy skończyła szeptać słowa pacierza, Marika Semaniukowa spuściła oczy w dół, promienie słoneczne coraz jaskrawsze nie pozwalały już spoglądać w słońce; spuściła oczy i spojrzała w doliny.... Tam noc prawie jeszcze panowała; Czeremosz otulony płaszczem mgły białej, ukryty przed ciekawem ludzkiem okiem szumiał w wąskiem korycie, szemrał jakoś złowrogo i gniewliwie.... Nie żył jeszcze.... tylko do życia się budził i mruczał w śnie pogrążony.... Cisza zresztą w dolinie panowała wielka, niezmierzona, snadź ludzie tam mieszkający, snadź nawet psy ich mieszkań strzegący spali jeszcze.... Od ciszy tej dziwnie odbijał gwar panujący w górnych okolicach; na połoninach dzwoniły już i klekotały liczne stada bydła; rogi i trębity[16] pasterskie odzywały się po połoninach.... a orzeł siwy, olbrzym czarnohorski, wyleciał już z kamienistego gniazda i krążył po nad mgły nadrzeczne upatrując żeru łatwego.
Marika patrzyła na królewskiego ptaka; patrzyła na dalekie połoniny, na których pasły się ogromne stada jej męża, patrzyła na zamczyste budynki i kute bramy, obejścia.... i wspomnienia jakieś dawne, marzenia jakieś nieuchwytne duszę jej opanowały.
Dziwne to wspomnienia: Dwa lata temu była jeszcze jedynaczką u ubogiej wdowy.... Matka jej, stara Martynicha, miała tylko małą pochyłą chatynę nad brzegiem Czeremoszu, szmatek jałowego ogrodu i jedną starą krowinę.... A jednak Marika czuła się szczęśliwą, stokroć szczęśliwszą, niż teraz, gdy jest najbogatszą gazdynią nad brzegami czarnego Czeremoszu.... Czuła się szczęśliwą, bo uwielbiali ją wszyscy, wszyscy leginie głowy przed nią chylili i głośno jej mówili: że ona najpiękniejsza pomiędzy wszystkiem huculskiemi dziewkami. Od chwili, gdy skończyła piętnaście lat, od tej pamiętnej jesieni drzwi się niskiej chatynki nie zamykały, od synów najbogatszych gazdów swatowie przychodzili i z ręcznikami haftowanymi, z kogutami czerwonymi szli i do nóg się starej neńce[17], siwej Martynisze kłaniali i o jej donię[18] o przepiękną Marikę prosili....
Ona sama nie chciała, matce się sprzeciwiała, swatów z harbuzem odprawiała.
— Czas mi jeszcze neńko stara! mówiła do matki — czas! czas! Niech waszą starość opieką otoczę, niech was przypilnuję jak oka własnego!
Nie chciała, bo od tego, co jej był miły, swatów nie było.
Spotkała go raz była na leśnym płazu, spotkała tego Ilka Szwabiukowego i jego czarne, dziwne oczy zatonęły w jej błękitnych źrenicach i od oczu tych młodego bohatyrskiego łeginia ognie dziwnie żarzące w piersi jej zapłonęły.... Pamięta wtenczas, kiedy go spotkała, niosła wielką wiązkę gałęzi na opał do domu; on ją pozdrowił po chrześciańsku i ciężar z jej ramion zdjął i za nią aż do chaty zaniósł. Później coraz częściej go spotykała, sama go już szukała, on igrał z nią, jak orzeł z gołębiem bezsilnym.... — Igrał!... igrał! — szepnęła, zaciskając usta, a twarz jej piękna zbladła tak, ze stała się równie biała jak jej koszula z cienkiego w mieście kupowanego płótna, w ciemnych, szafirowych oczach łza zaświeciła, a ręce małe i białe złożyła na bujnej piersi, niby bicie serca hamując.
— Ja mu wierzyłam — szepnęła boleśnie. — Ja wierzyłam jemu... Szwabiukowi... synowi rizunia i czarownika... Szwabiukowi! Szwabiukowi!...
— Przez chwilę chciała wrócić do chaty, gwałtem przerwać bolesne wspomnienia, cisnące się do mózgu.... Nie mogła! Sił jej zabrakło, jak podcięta oparła się o szare głazy muru i snuła dalsze wspomnienia; widziadła jakieś straszne otoczyły ją dokoła.
— Hańba! hańba! — szeptała blademi ustami i widziała gdyby na jawie: jak on, jej kochanek, zadość uczyniwszy swej namiętności, rzucił ją dla innej, dla pustej Aniki, która przed nim już miała pół kopy lubasów.... Wzdrygnęła się nagle, jakby na gada jadowitego nastąpiła: to przed oczyma jej duszy przesunęła się zmarszczona żółta twarz Riny Cyganki.... Ta stara wiedźma duszę jej na wieki zgubiła, przed hańbą, przed obmową ludzką ją osłoniła, ślady błędu i winy ukryła.... ale duszę jej zagubiła, dyabłu w moc oddała; w grzech śmiertelny, nieodpuszczony wtrąciła.
— Neniuż moja! Matko rodzona! — zawołała szlochając już głośno Marika — tyś jedna tylko całą prawdę wiedziała, tyś przez nią do grobu, pod zimną ziemię, pod murawę zieloną poszła.
— Nie płacz gołąbko liliowa! Rąk białych nie łam! — rozległ się głos jakiś tuż obok niej i postać starej wiedźmy, jak z pod ziemi wyrosła, stanęła przed Mariką. — Pokój niech będzie z tobą światła bohaterko! — mówiła cyganka dalej, krzywiąc twarz do przyjemnego uśmiechu — komu się radować i weselić jak nie tobie Semaniukowa gazdynio.
Marika jakiś czas stała jakby skamieniała, z ust jej zbielałych nie mogło się żadne słowo przecisnąć; po chwili dopiero zdołała zapanować nad ogarniającem ją przerażeniem i z lękiem przesądnym i wyciągnąwszy ręce przed siebie, niby broniąc się i osłaniając przed wiedźmą, zawołała rozpaczliwym głosem:
— Precz! precz gadzino! precz wilczyco! znowuś przyszła znęcać się nademną, znowuś przyszła krew mi z serca wysysać.... Znowu chcesz, żebym dla ciebie robiła się złodziejką, żebym szła z mężowskiej skrzyni czerwońce kraść i tobie dawać.... Nie! nie pójdę! — wołała a na jej twarzy widniały rozpacz straszna i dzika rezygnacya. — Idź! idź do niego, idź do Semaniuka, starego opryszka, powiedz mu wszystko, powiedz mu żem była lubaską Szwabiukową, żem przy twojej pomocy dziecko straciła, żem go kradła, żem jego zrabowane złoto tobie wiedźmo dawała.... Idź powiedz mu wszystko!... Ja sama mu powiem, ludziom wszystkim rozpowiem, do Kossowa do sądu pójdę i sprawiedliwości nad swojem nędznem ciałem zażądam.... Bo świat mi czarny i to słonko czarne!... Tyś mnie na ziemi w piekło wtrąciła!...
Wszystko to mówiła gwałtownie, coraz to bardziej zapalając się, nie zważała na nieme prośby i znaki Cyganki, przy ostatnich dopiero słowach tchu jej zabrakło, przerwała więc mowę i opuściła głowę na piersi, spoglądając dzikim wzrokiem na Rinę.
— Pokój niech będzie z tobą zazuloż ty moja, najpiękniejsza z najpiękniejszych! — zawołała cyganka korzystając z chwilowego milczenia Mariki. — Nie bój się, nie po czerwońce przychodzę! Nie! Jest już w naszych górach taki co da mi tyle złota wiele zechcę.... Mariko gołąbko, wesołą wieść ci przynoszę: twój sokół, twój lubas powrócił, z cesarskich hułanow powrócił zdrów i cały, aż łuna od niego bije.... Mariko, wczoraj u Judki w karczmie nad sinym brodem, widziałam Ilka Szwabiuka.
Na dzwięk tych słów dziwna zmiana zaszła w całej postaci Mariki: omdlałość i zmęczenie jakieś opuściły ją od razu, oczy jej szafirowe zaświeciły strasznym jakimś blaskiem, przybierając aż granatowe odcienie i mieniąc się przytem stalowym połyskiem; twarz tylko zbladła jeszcze bardziej, a różowe zazwyczaj wargi posiniały prawie.
— Niech się nie waży! — zowołała porywczo, zaciskając pięście i podsuwając je do twarzy cyganki. — Niech mi się nie waży ten.... ten.... Szwabiuk w drogę mi wchodzić! Niech się nie waży!... Ja ślubna!... Rozumiesz mnie wiedźmo — ja ślubna — ślubna żona Andrija Semaniuka.... Powiedz mu: że jak on mi na oczy się będzie nawijać to Andrij.... Ty wiesz co Andrij.... Jemu to nie nowina. On wie co krew.... ha! ha! ha! On wie! i ja jego żona także wiem!... ha! ha! ha!... Djabeł sto par chodaków schodził, żeby nas złączyć.... Teraz wiesz Rino!... powiedz mu!
— Gołąbkoż ty moja — szeptała cyganka przerywając słowa rozgniewanej kobiety — urok na ciebie ktoś rzucił. Pek ta cur na ciebie! Za co się na swoją sługę najpokorniejszą gniewasz?... On wrócił — prawda! ale on ci twego życia nie zamąci, między żonę a męża niezgody nie rzuci; on wie gdzie go przyhołubią, on już wczoraj z karczmy Anikę do domu poprowadził; on wie że Dudiak mu żony nie pożałuje.... hi! hi! kołaczem białym i winem słodkiem go przyjmie.
Semaniukowa słów tych słuchała z trudnem do zrozumienia uczuciem, wywarły one na nią dziwne wrażenie: Gdyby Ilko wróciwszy z wojska czołgał się jej u kolan i zmiłowania prosił, była by go z pogardą odtrąciła; teraz gdy dowiedziała się, że jest znowu kochankiem Aniki uczuła w sercu ból jakiś i zazdrość niepojętą i myśl zemsty w duszy jej kiełkować zaczęła.
— Anika! Znowu Anika! — szepnęła bezwiednie prawie i ręką mimowolnie poprawiła czarne sploty włosów, które się z pod czerwonej wzorzystej chustki wysunęły. — Anika — dodała po chwili — taka a taka, ladaco umyślnie na niego w karczmie czekała....
— Kto ją tam wie czy umyślnie czy przypadkiem — podchwyciła cyganka uśmiechając się nieznacznie, — to tylko wiem, że on ją do domu poprowadził, a tobie śliczna Mariko w drogę nie wejdzie....
— Nie wejdzie! Oh! nie wejdzie — szepnęła jak echo młoda kobieta i pogrążyła się w głęboką zadumę, Cyganka także milczała i wpatrywała się bacznie w grę twarzy Mariki; radowała się swem dziełem; czuła że celu dopięła, że w duszy namiętnej kobiety roznieciła nowy pożar; nie dbała oto jakie on rozmiary przybierze, jakie spustoszenia sprawi.... nie, ona tylko wiedziała, że skorzystać z tego potrafi.
Nagle Semaniukowa, jakby ze snu jakiego przykrego zbudzona, oczy dłonią przetarła, popatrzyła na pokornie schyloną przed nią Rinę i zerwawszy z szyi najgrubszy sznur korali, przy którym był zawieszony duży podwójny dukat węgierski, wręczyła go starej mówiąc:
— Masz tu Rina! Teraz idź! idź! I Semaniukowi na oczy się nie nawijaj.... A jak coś.... o nim.... wiesz o nim o.... Szwabiuku nowego się dowiesz, to daj mi znać.... No idź! idź! — i odtrąciła niecierpliwie cygankę, usiłującą pocałować ją w rękę. Odwróciła się raptownie i weszła do wnętrza chaty.
Z obszernej sieni na lewo było wejście do ogromnej izby czeladnej; Marika skierowała się na prawo i weszła do świetlicy, po za którą był jeszcze alkierz, w którym gospodarstwo sypiali... Szła jak odurzona mocnym trunkiem, twarz jej pałała płomiennym rumieńcem, a w całym organizmie uczuwała przejmujące, niby chorobliwe dreszcze... Na odgłos jej kroków spiący dotychczas mąż obudził się i spojrzawszy na nią zapytał:
— Dawno wstałaś Mariko?
— Nie! nie dawno! odrzekła.
Głos jej drżał dziwnie, pierś się wznosiła gwałtownie, a oczami starała się uniknąć spojrzeń Semaniuka. On odczuł nienaturalne brzmienie jej głosu i popatrzył na nią bacznie, po chwili zrywając się z pościeli zapytał z wyraźnym niepokojem:
— Co ci jest Mariko? Tyś chora! albo cię kto przestraszył.
— Nie! nie! Andriju! — odrzekła pospiesznie opanowując wzruszenie. Zdrowa jestem, tylko chłód poranny mnie owiał... dreszcz mną wstrząsnął.
Mówiąc to chwyciła z ławy ciepły kieptar[19] i pospiesznie się weń odziała....
— Słuchaj! — zawołał mąż troskliwie — powiedz jeżeli ty chora, to ci sprowadzę wszystkich wróżbitów, wszystkie baby... może ci radę dadzą.... Sprowadzę ci Rinę cygankę może uroki ci odpędzi... Słuchaj! powiedz Mariko! Grosza na wróżby nie pożałuję.
— Nie! Mówię wam gazdo — odrzekła z wyraźną niecierpliwością — że nic mi nie jest; wiatr górny mnie owiał i zimno mi się zrobiło... Zresztą — dodała po chwili — gdyby mi nie było lepiej, to za Riną poszlę.
On słuchając tych słów, ubierał się pospiesznie.... Z wielkiej glinianej misy czerpał wodę, umył nią twarz i ręce, później ubrał szerokie szafirowe szarawary, na nogi obuł sznurowane łapcie, przepasał się szerokim bronzami nabijanym, skórzanym pasem, na ramiona zarzucił czarną gunię.... i był gotów.
— Chciałem dziś na połoniny pojechać — rzekł uspokojonym już trochę głosem — do czeladzi i chudoby się dowiedzieć.... boję się jednak tak cię zostawić... słabą.
— Jedźcie! jedźcie Andriju! — zawołała pospiesznie, a w głosie jej zabrzmiała radość. Mnie nic nie będzie, zdrowam chwała Bogu!... A do czeladzi dowiedzieć się trzeba, już drugi tydzień jak trzody wypędzili na połoniny, a słychu o nich nie ma....
Mówiąc to, zbliżyła się do pieca, gdzie przy ogniu stało kilka garnków i z jednego nabrała duży kawał kukurudzianej mamałygi, a okrasiwszy ją rozgrzaną słoniną i bryndzą postawiła na stole, zapraszając męża do jedzenia. Andrij przeżegnawszy się trzy razy przed wiszącymi na ścianach świetlicy obrazami, zasiadł do jedzenia, nie miał jednak tego dnia swego zwykłego apetytu; na pięknej twarzy smagłej niepokój jakiś się malował, oczami siwemi przenikliwemi wodził za żoną, która stała zadumana jakoś dziwnie, ze złożonemi na piersiach rękoma, zapatrzona przez małe okienko, hen w dal w sine niebo, wznoszące się nad bukowińskiemi i siedmiogrodzkiemi górami.
— Marika! co ci jest kobieto! — zawołał znowu, wstając raptownie z ławy. Powiedz! tyś chora?
— Nie! nie! — odrzekła uparcie — Jedźcie do chudoby nie bójcie się o mnie.... Zaraz idę konia wam osiodłać. — I wyszła pospiesznie.
Mąż został w chacie, odmawiając po cichu modlitwę przed obrazami. Modlił się stojąc i teraz, gdy tak stał wyprostowany, można było przypatrzeć się dokładnie jego postaci.... Rosły był i barczysty jak świerk karpacki, pół wieku przeżytego nie zostawiło prawie śladu na jego ciele, tylko tu i owdzie w gęstych, czarnych włosach świeciła pojedyńcza nitka biała; wąs długi, sumiasty i orli nos robiły go podobnym do junaków zadunajskich.... To też nie obcy mu oni byli, po kilkakroć po między nimi gościł.... gdy mu było za ciasno, za duszno, umykał za Dunaj i znał Bałkan tak jak swoje rodzone góry.... Ludzie opowiadali sobie po cichu, że nie jedną on duszę na tamten świat wyprawił, że nie jeden wór złota z za Dunaj do swej chaty przyniósł.... Miał już dwóch dorosłych synów z pierwszej żony, ale ci gdzieś po szerokim świecie błądzili, krew opryszkowska, junacka w nich kipiała.... On sam dwa lata temu drugi raz się ożenił ze śliczną Mariką.... sierotą bezdomną.... Czar jakiś na niego rzuciła — mawiali z cicha ludzie — bo od tego czasu stał się innym człowiekiem, żony, domu i gospodarstwa pilnuje, nawet grosza na cerkiew nie żałował.
Andrij skończył się modlić, przeżegnał się pobożnie i wyszedł na podwórze. Przed drzwiami chaty stał już mały, mocny, o suchych nogach i małej głowie, siwy mierzyn, osiodłany i przyprowadzony tu przez Marikę. Gazda opatrzył sam siodło i popręgi, zatknął nabijany bogato bronzami toporczyk za pas, uścisnął żonę i siadł na konia.
— Mariko duszo! — zawołał raz jeszcze zatrzymując się już we wrotach — jak by ci było gorzej, to daj mi znać.... Masz tu dwóch najmytów.... jednego możesz pchnąć do mnie a drugiego do Riny....
— Bądźcie spokojni Andriju! Nic mi nie będzie.... Jedźcie z dobrą myślą.... Niech was Bóg prowadzi!
Wróciła do chaty, próbowała zająć się czemkolwiek, ale robota z rąk się jej usuwała, a ona dumała.... o Szwabiuku znienawidzonym i jego czarnych oczach, które czarować umieją.
— Czem on mnie mógł odurzyć? — myślała — taki pusty wiatr, taki głupi, tylko hulanka a swawola mu w głowie....
Odpowiedzi nie mogła znaleść, tylko czuła, że i teraz jeszcze mógł by ją durzyć. Nienawidziła go srodze, a zobaczyć go pragnęła.... Rozmyślając o nim, usiadła przed małem zwierciadełkiem, które jej mąż z Kut był przywiózł i pilnie poczęła się przypatrywać swej twarzy: w miarę przypatrywania się wyraz jakiegoś zadowolenia wypiętnował się na jej twarzy, uśmiechnęła się przez pół radośnie, przez pół szydersko i szepnęła sama do siebie:
— Wróci on! oh! wróci.... Wtenczas!




III.

Wojciech Koński przywędrował był w góry należące do państwa: „Zabie“, w tym strasznym roku kiedy to po raz pierwszy w podkarpackiej ziemi zaczęły gnić kartofle, kiedy na Mazurach głód panował straszny i na ludzi rozbestwionych mór przyszedł okrótny; kiedy ci, co na wiosnę panów swych zarzynali w jesieni i w zimie sami jak muchy marli; przyszedł wynędzniały i bardziej do mary cmentarnej niż do człowieka podobny. Odkarmił się jednak prędko.... Przyniósł był bowiem z sobą jakieś sekretne papiery, z którymi stawił się u mandatora[20]; ten papiery odczytał, Wojciechowi kazał dać jeść i pić do woli i trzymał go w mandatorskim dworcu, aż póki się ciepło nie zrobiło....
Hucułom nowy ten przybysz nie podobał się, choć był młody, silny i rosły, ale jakiś nieprzyjemy, oczy miał bowiem zielone, przejrzyste jak u żaby, a włosy i wąsy jasne, w czerwone aż wpadające.... Zwyczajem huculskim przezwali go Szwabiukiem, tak jak każdego obcego przybysza, po cichu jednak nazywali go i rizuniem bo paszkary mandatorskie rozpuścili pomiędzy ludźmi wieść, że Wojciech z tych to chłopów co panów swych na Mazurach rznęli.... Mało sobie z tego gadania Wojciech robił.... Odkarmiał się u mandatora, jadł i pił jak koń i sekretną służbę puszkarską robił. Gdy się odżywił dobrze a dnie już zaczęły się już były cieplejsze, znikł był na kilka miesięcy.... Z wędrówki wrócił z pieniędzmi wielkimi i zaraz sadybę nad rzeką po nieboszczyku Józku Mądraku zakupił i zrobił się od razu zamożnym gazdą.
Później nastały straszne czasy; naród chrześciański w całem cesarskiem państwie się buntował.... Jak bunt się szerzył to Wojciech zapadał gdzieś jak pod ziemią, jak cesarscy byli górą, to znowu się zjawiał i przy wojsku i komisarzach się mieszał i służby im różne robił. Lubili go też za to i starosta i komisarze i mandatar, umiał on z tego korzystać; jak burza przeminęła i pozostało wiele gruntów pustych po tych co gdzieś w zawierusze poginęli lub za Dunaj poszli, to on grunta te i połoniny i ogrody za byle co od mandatara pokupował i stał się najbogatszym gazdą na dwadzieścia mil w około.
I tego mu było mało, skupił i dusił grosz, aż ludzie zaczęli szeptać, że duszę dyabłu za pieniądze zaprzedał. Z żydami się zwąchał, na lichwę srogą gazdom pieniądze pożyczał, a później, gdy nie oddawali, grabił co mógł: krowy, owce, konie, sadyby.
Gdy już strasznie się zbogacił, wówczas przyszła na niego dziwna choroba.... raz miłował się na umor w biednej dziewczynie, córce ubogiego gazdy z putiłowskich, wołoskich gór; zrazu dziewki dać nie chcieli za starszego, bo już miał wtenczas po za trzydzieści, ale on gadać sobie tego nie dał, choć dziewka płakała i ręce łamała, wziął ją, wziął przemocą prawie; ci co te czasy pamiętają, mówią, że zapłacił tysiąc łewów w srebrze rodzicom swej żony.... Nie długo się nią cieszył; roku nie dożyła, przy pierwszem dziecku umarła.... Szwabiuk potem zdziczał do reszty, stał się jak wilk drapieżny, tylko synka jedynego hołubił i patrzył w duże, czarne oczy, które dziecko odziedziczyło po matce.... Siedział w domu i grosz zbierał dla syna.
Raz tylko na dłużej ruszył się z domu.... Było to wtenczas, kiedy niemieckich komisarzy wypędzono, a ludzie zaczęli gadać, że znowu pańskie rządy wracają.... Wojciech zebrał się wtenczas i mówią, że aż do Lwowa jeździł; że ze starostą nowym w Kossowie i z gubernatorem we Lwowie gadał....
Gdy w rok później kossowski starosta objeżdżał podległe mu góry, to nocował w chacie Wojciecha, i później głośno ludziom powiedział, że to co na Wojciecha wygadywano, jest kłamstwo, że on najporządniejszy człowiek na wszystkie te góry; i kazał go wybrać na wójta.... Wójtem on dziś, przed starostą i żandarmami głowę już siwą chyli. Syna zaś własnego, do cesarskiego wojska dał, choć mógł go jako jedynaka zatrzymać.
— Niech idzie służyć Cesarzowi najjaśniejszemu — mówił Wojciech przed ludźmi i starostą, gdy syna dawał — niech służy tak jak ja służyłem, niech między mieszczanami, między panami rozumu się uczy, aby go miał jak wróci do domu i na gospodarstwie moim osiądzie!...
Pomimo że tak przed ludźmi mówił, jednak za synem żałował i choć dopiero drugi rok minął od kiedy Ilko poszedł, to dłużej nie mógł już wytrzymać i Chaima faktora do Krakowa posłał, żeby z doktorami wojskowymi pogadał, zapłacił wiele zechcą, żeby tylko syna mu do domu puścili.... Chaim wrócił bez pieniędzy, ale z dobrą wieścią: że Ilko za kilka dni po nim przyjedzie.... tymczasem już drugi tydzień od powrotu Chaima minął, a syna jak niema tak niema. Od kilku dni niepokój jakiś dręczył bogatego wójta, godzinami całemi stał we wrotach obejścia i przymglonym wzrokiem wpatrywał się na drogę wiodącą z Żabiego, na próżno — syn nie nadchodził.
Tego samego poranku, kiedy Rina cyganka przyniosła Marice wieść o powrocie młodego Szwabiuka, Wojciech uczuwał najsroższy niepokój. Przed wschodem słońca zerwał się z pościeli i łaził po całem obejściu łając czeladź i gderząc bez ustanku. Nie wiedział sam co począć: czy czekać cierpliwie, czy wysyłać kogo za synem, czy jechać samemu? Godziny poranne mijały, a on nie zdecydował się na nic stanowczego. Gdy tak zadumany stał przy wrotach, nagle bury psisko „hauczyk“ zaszczekał głośno, a później zaczął wyć przeraźliwie; wstrząsnął się stary, dreszcz jakiś go przeszedł i z przesadną obawą wyglądnął na drogę. O kilkanaście zaledwie kroków od wrót szła stara cyganka Rina i ujrzawszy wójta, zaczęła mu dawać rękoma jakieś radosne znaki porozumienia.
— Czart cię nosi stara wiedźmo! — zawołał do niej z gniewem wójt — doczekasz się tego czarownico, że cię żandarmom wydam i....
— Żandarmom mnie nie wydasz braciszku — odrzekła śmiejąc się ironicznie cyganka — kruk krukowi oka nie wykole.
— Jaki ja ci brat? Gdzie wronie do kruka! Znam nie jedną twoją sprawkę i jak mi tylko po nad rzeką między ludźmi będziesz się wałęsać, to oddam cię żandarmom — wołał, wpadając w srogi gniew. — Znam twoje roboty!...
— No jeśli znasz to dobrze, to nie za jedną powinieneś mi być wdzięczny.... Ha! co?.. Za Marikę? ha! — i śmiała się wiedźma obrzydliwie.... Po chwili podeszła do samych wrót i oparłszy się na kiju, przechyliła całą swą zgarbioną postać naprzód i zawołała głośno: — Hej kumie Wojtku! Hej Szwabiuku bogaczu sławny i wójcie możny! Każ-no zabić wołu i barana, bo wielką radość mieć będziesz.
— Jaką radość? — zapytał i drżeć cały począł.
— Widzisz kumie, ja nie taka jak ty, stara Rina dobrem za złe płaci.... Ciesz się nietoperzu bracie, twój szczeniuk z cesarskcih hułanów powrócił.
— Gdzie? Kiedy? To nie może być.... do ojca by przyszedł.
— Cha! Cha! Cha! Do ojca? — śmiała się cyganka — także miałby się do kogo spieszyć! hi! hi! Do lubaski mu spieszniej, ciebie stary nietoperzu będzie miał do woli. Do lubaski! do lubaski!
— Przez dyabła rogatego! gadajże rozumnie wiedźmo! — zawołał stary. — Gdzie on? Gdzie Eliasz?...
— U Aniki Dudiakowej! U Aniki! braciszku — mówiła śmiejąc się ciągle. — W karczmie u Judki rudego wczoraj bal sprawił parobkom, a ztamtąd poprowadził Anikę do domu.... Poprowadził biedaczkę samotnicę, męża nie ma w domu to on ją zabawiał.... Dobre ma serce twój szczeniak Wojciechu.... oh dobre!...
Przy słowach cyganki twarz starego Wojciecha rozchmurzać się zaczęła, oczy mu jaśniej zaświeciły, wreszcie zawołał:
— Powiedz prawdę dyablico! Powiedz prawdę: czy on w rzeczy samej już przyszedł?
— Tak jak teraz słońce świeci, tak jak teraz dzień jasny! Każ braciszku wołu rznąć, bo tylko co go nie widać.... Od północy do teraz dość miał czasu nacieszyć się lubaską.... Tylko co go nie widać.... A ot! patrz! patrz kumie! Tam na prawo na krętym płaju miga sina kurtka i czerwona czapka.... To on! Patrz jaki jasny idzie w słonecznym blasku.
Wójt nie odpowiadał, tylko przesłoniwszy oczy dłonią wpatrywał się we wskazane przez cygankę miejsce. Wreszcie dłonie od czoła usunął, z niezwyczajną w jego wieku szybkością przez wrota przesadził i zaczął biedz ku ścieżynie, ciągnącej się od połonin.
— Hej! Czekajno braciszku, czekaj kumie! — wołała biegnąc za nim cyganka. Daj co Rinie za wiadomość! Daj co za nowinę!
Wojciech sięgnął do pasa i znalazłszy tam srebrnego guldena cisnął go cygance, sam zaś pobiegł naprzeciw syna, który już wychodził ze świerkowych zarośli.
— Będziesz miał z niego pociechę, oh! będziesz miał — szeptała stara ze złością, chowając talara do małej skórzanej torebki — będziesz miał skąpcze! będziesz miał czartowski kumie! będziesz miał rezuniu!... Rina ci się postara, żebyś się wnuków dochował. I śmiała się głosem puhacza.
Tymczasem ojciec spotkał się z synem.
Ułan ujrzawszy zadyszanego, potem okrytego starca, stanął i z pewną bojaźnią i uszanowaniem, odkrywszy głowę, w rękę go pocałował, — Ilku! Synu! — zawołał stary ściskając go. Czyś ty miał sumienie do baby iść nim się z ojcem przywitać?
— Eh! wielka sztuka! — odrzekł syn prostując się i powracając do swej zwykłej zawadyackiej miny — z wami ojcze to i po dniu się przywitam.... a z Aniką.... to lepiej w nocy. Ha! ha! ha! Ona po nocy milsza i ładniejsza. I śmiał się z lekceważeniem.
— Ej! chłopcze.... Ej! synu — odrzekł cicho, z dziwnym jakimś smutkiem stary — Zginiesz marnie przez te baby... Zginiesz!...
Syn popatrzył nań z niekłamanem zadziwieniem i zatrzymując się na chwilkę zapytał:
— Co?... Jak ojciec mówi?... Taż ty sam stary naraiłeś mi tę Anikę.... Zapomniałeś jak cię błagałem, jak u nóg ci się włóczyłem, żebyś mi pozwolił swatać[21] wdowią córkę, Marikę... Śmiałeś się ze mnie, mówiłeś żem głupi, świat sobie jedną babą zawiązywać.... A teraz łajcie! Za co? Zato, żem jedną noc później do chaty przyszedł... Ona nie pierwsza i nie ostatnia!... Kiedy sercu nie dogodziłem niech choć ciału dogodzę!...
Mówił, zapalając się coraz bardziej, na twarzy płonął mu silny rumieniec, a czarne oczy tak pałały, że zdawało się, iż skry się z nich sypią. Na twarzy starego malował się strach jakiś i wahanie i dziwna niepewność; gdy syn przerwał na chwilę słowa dla nabrania oddechu, stary szepnął:
— Pewno! pewno chłopcze!... Bronić ci nie bronię!... Tylko widzisz, żebyś się znowu nie zadurzył w jakiej.... a ja bym chciał gdzieś po ludzku cię ożenić.... Chciałbym wnuków się doczekać — szepnął ciszej jeszcze.
— Jak czas przyjdzie to się ożenię z kim każecie! — odrzekł syn. Teraz wolę mi dajcie! Posłuchałem was, grzech na sumienie wziąłem i dziewczynie życie zmarnowałem.... Co mi teraz? Co? Niech choć życia użyję za wasz grosz! Wnuków!... Wnuków ci się chce stary! Po Podgórzu ich szukaj! I szedł dalej milcząc już, tylko śmiał się sucho, bezdźwięcznie.
I stary zamilkł, pospieszając za synem, dopiero nieopodal od wrót obejścia znowu zapytał:
— Którędyś jechał? — Od Kołomyi eizenbanem.... stamtąd przez Kossów do Żabiego forszpanem.... no, a z Żabiego piechotą.... Poszlijcie kogo do Mendla w Żabiu... po moje tertiło!...[22]
— A u starosty w Kossowie czyś się meldował?
— Byłem, ale starosty samego nie zastałem; dałem reńskiego staremu kanceliście Knopfowi to i zapisał mój abszyt do meldunkowej książki.
— Źle! źle, żeś u samego starosty nie był! — mruczał stary. Musisz jeszcze pojechać! Mnie życia nie długo, trzeba, żeby cię starosta znał... żeby wiedział o tobie, jak umrę, żeby ciebie kazał na wójta wybrać, nie tego opryszka Semaniuka, co go szelmy hucuły na mego następcę rychtują.
— Oh! Coś nowego! — zawołał ułan i rozśmiał się wesoło. Ty ojcze jeszcze mnie przeżyjesz.... Mnie hulanka teraz po głowie nie wójtostwo.... Gdzie mnie tam jeszcze o tem myśleć.
— Myśl! Ja ci mówię myśl synu! — przerwał mu stary i znowu wstrząsnął się cały. Widzisz! — dodał uśmiechając się smutnie — śmierć mi w oczy zagląda.... Ah! a czasem... czasem... straszne mam sny... straszne... czerwone... br! br! — i zakrył oczy dłonią i już do samej chaty nie rzekł ani słowa.
Wieczorem tego dnia, na dziedzińcu Szwabiukowej chaty, grała muzyka, a młodzież z najdalszych nawet sadyb, położonych nad czarnym Czeremoszem zbiegła się na tańce i poczęstunek. Stary wójt wbrew swemu zwyczajowi był wesoły i dziwnie uprzejmy dla wszystkich, dziewczętom i mołodycom komplimenty prawił; Anikę Dudiakową w chacie, na ławie, na głównem miejscu posadził i wina jej nalewał; z gazdami i parobkami rozmawiał długo i grzecznie.... Ujął też za serce dobroduszny lud do tego stopnia, że gdy zmierzchło się, to parobcy głośno krzyczeć zaczęli, że do śmierci innych rządów nie chcą tylko Szwabiukowych.
— Jak stary zaniemoże — wołali do Ilka — to ciebie na wójta wybierzemy i tak już będzie, dopóki ród twój będzie żyć w tych górach.
Na uczcie tej była cała prawie ludność, należąca do gminy podległej władzy starego Szwabiuka, nawet stary dobrodziej, proboszcz zjawił się na chwilę i siedział na tem samem miejscu, na którem prezydowała nie dawno Anika, tylko jednego Andrija Semaniuka i jego pięknej żony nie było.
— Stary opryszek jak niedźwiedź w jamie siedzi! — szeptali półgłosem dobrze już podochoceni gazdowie — nie łaskaw zejść w dolinę nad rzekę z narodem chrześciańskim, z gazdami-sąsiadami poweselić się trochę.
— Dajcie mu pokój! — odpowiadał Szwabiuk — po świecie on szerokim brodził, życie tajone prowadził.... nie rad się z wójtem a może i żandarmami spotykać.... Oh! nie rad.... Ja mu daję spokój.... choć! choć. Tu uśmiechał się tajemniczo i szedł dalej, a pozostali huculi szeptali:
— Nasz wójt na tego opryszka, musi coś wiedzieć.... Oh! musi. Tylko nie powie.... nam nie powie, chyba samemu staroście w Kossowie jak pora ta i godzina nadejdzie.
Pomysł fety wydanej na przyjście syna był genialny. Popularność Szwabiuka wzrosła do niebywałych przed tem nigdy rozmiarów; między na wpół dzikimi hucułami „papką i czapką“ jednał on serca, tak samo jak pośród karmazynowej braci szlachty. W kilka dni później głośno już ludzie mówili sobie:
— Coż, że stary był ciężki a srogi dla narodu? Ale on za to przyjmować umie uczciwie.... A już jego syn to całkiem nasz, z matki huculska krew w nim płynie, serce ma z wosku a słowa z miodu.... Hulaka to hulaka! ale przez to hucuł sprawiedliwy.
Nie nudził się Ilko w ojcowskiej chacie. Co prawda nie wiele w niej przesiadywał. Jego przybycie dało hasło do rozpoczęcia okresu hulanki, hulanki strasznej, nieokiełzanej, hulanki takiej jakiej nie znają inne słowiańskie plemiona; chyba tylko pomiędzy zaporożcami w ubiegłych wiekach, lub pośród hajduków bałkańskich zabawy tego rodzaju kwitły. Dziwne to huculskie plemię: rysami twarzy i budową ciała różne od rasy słowiańskiej, tylko mową i tą miękością gołębią w życiu rodzinnem przypomina swych pobratymców z równin i lasów; podniecone jednak trunkiem lub namiętnością od razu zaznacza swą odrębność. Zemsta osobista i nieposzanowanie węzłów małżeńskich — oto dwa kardynalne rysy plemienia huculskiego, to dwie największe wady.
Młody ułan stał się jawnym kochankiem.... lubasem, jak huculi mówią, Aniki Dudiakowej.... Mąż jej nic nie miał przeciw temu, uważał wójtowego syna za przyjaciela, pił z nim razem, razem chodził zasiadać na niedźwiedzia, lub strzelać kozły w kameralnych kniejach.... A wtedy zaś, gdy dla zarobku szedł ze spławem drzewa w dół rzeki, powierzał mu żonę w opiekę i pozwalał, by z nim chodziła na muzykę do karczmy lub na okazyę do sąsiadów....
I nikt się temu nie dziwił?... Nie!... Był jeden człowiek, który inne miał zdanie. Raz Dudiak podchmielony wracał do domu zostawiwszy zonę w karczmie pod opieką Szwabiuka. Na drodze spotkał Andrija Semeniuka, skłonił mu się uniżenie jak bohatyrowi należy i chciał minąć.... Andrij jednak stanął mu na drodze i pierwszy przemówił:
— He! Hryńku Dudiaku, gazdo i pobratymie!... wódkiś się napił do syta, a gdzieżeś to żonę zostawił?
— Żonę? hi! hi! — zaśmiał się głupkowato pijany góral — żona tańcuje tam z cesarskim hułanem, z wójtowym synem.... Co ci do tego gazdo Andriju? — dodał po chwili, podpierając się w boki i przybierając zawadyacką minę....
— Mnie? pewno że nic! — odrzekł Andrij — ale z ciebie ludzie się śmieją.... Mówią, żeś za wódkę i pieniądze żonę Szwabiukowi sprzedał.... Rozpusta to i hańba, ślub brałeś!...
— Co ci do tego? — zawołał porywczo Hryńko, chwytając za toporek — będziesz gadał jak do twojej mołodycy zacznie chodzić.... Tyś stary, grzybie.... on młody.... zobaczysz!....
Na suchej, niby rzeźbionej twarzy Andrija, mignęła błyskawica gniewu, potężną dłonią chwycił z rąk pijanego górala toporek i złamawszy go jak pręcik cisnął za rozścielający się tuż obok parów.... Później rzekł mu przyciszonym, ale drżącym z gniewu głosem:
— Głupiś! głupiś Hryńku.... Głupszy i podlejszy niż najpodlejszy mój byk!... Gdyby nie to, to ubiłbym cię jak psa.... Moja żona, zawołał, zapalając się i nie hamując już głosu — moja żona jest uczciwa gazdynia i zasię do niej takim hultajom jak Szwabiuk!... Rozumiesz! Zasię! Jakby się odważył na nią oczy podnieść to.... to.... ubiłbym jak psa wściekłego.... Rozumiesz! Powiedz mu to!
Hryń uciekł i dopiero, gdy był ze sto sążni ponad Andrijem, zawołał:
— Zobaczymy!




IV.

Po tej rozmowie Andrij wzburzony, rozszalały wracał do domu.
Więcej niż dwa razy starszy ożenił się z dziewiętnasto-letnią Mariką; kochał ją po swojemu dziko i namiętnie.... Poetyczna, samowolna dusza opryszka dała się unieść, nasycić miłością do cudownie pięknej kobiety. Żeniąc się nie rozumował, nie zastanawiał się nad niczem; dziś rozwaga, zbudzona słowami na pół pijanego, upodlonego hucuła, dziwne mu myśli nasuwała. Straszną gorycz uczuł w sercu na samą myśl — prawdopodobieństwa zdrady ze strony ukochanej żony, kurczowo ściskał niesiony kris[23] w dłoni.
Nagle stanął, ujrzał na dwieście może kroków krążącego, na łup polującego jastrząbka, w jednej chwili podniósł strzelbę do ramienia, strzał padł, kula trafiła w cel i drapieżny ptak, zataczając w powietrzu wielkie kręgi, martwy padł w dziki parów. Po tym strzale, twarz Andrija rozpogodziła się nagle.
— Tak i jemuby było! — szepnął przez zęby i ruszył spieszniej do domu.
W drzwiach chaty ujrzał żonę, która usłyszawszy strzał i ujrzawszy z daleka nadchodzącego męża, wyszła na jego spotkanie. Marika była blada i mizerna; szafirowe jej oczy były okrążone ciemną, granatową obwódką, która jeszcze podnosiła dziwną białość jej twarzy. Andrij popatrzył na nią badawczo i przenikliwie i po raz pierwszy może ujrzał jej bladość, wypieczone na policzkach rumieńce i wargi spieczone.
— Na miłość Boga, co ci jest kobieto? — zawołał ściskając ją. — Ona popatrzyła nań ze ździwieniem; czuła; że coś niezwyczajnego spotkać go musiało, nigdy w ten sposób z nią się nie witał, nie ściskał jej tak gwałtownie i namiętnie.
— Mariko tyś ciągle chora! — wołał głosem, w którym dźwięczała obawa i troskliwość. — Chcesz czy nie chcesz, a ja ci sprowadzę wróżbitów i znachorów z całego świata, po Ilonkę cygankę sławną w siedmiogrodzkie góry poszlę, niech cię ratuje.... Mariko!...
— Nie obawiajcie się Andriju! Nic mi nie jest i nie będzie — odrzekła ze zdziwieniem nań patrząc. — Ot lepiej powiedzcie mnie — dodała po chwili z pewnem wahaniem — co wam się zdarzyło? Ja wiem, ja czuję, że coś niemiłego was spotkało.
— Eh! głupstwo! — zawołał mąż uśmiechając się z przymusem. — Durnia tego, gałgana tego, Hryńka Dudiaka spotkałem, no i wyłajałem go za to, że pozwala swej żonie zakałę gromadzie robić, że pozwala jej publicznie z tym ladaco Szwabiukiem po karczmach się włóczyć... On coś odpowiedział....
Marika przy tych słowach męża to bladła, to ponsowiała, oddychała pospiesznie, a pierś jej podnosiła się gwałtownie, oczami jakby zawisła na ustach męża.
— A on co? — zapytała bez tchu prawie.
— Ah! Co taki dureń wie? — odrzekł niechętnie Andrij. — Zwyczajnie bydło... Powiedział, żebym swojej żony, nie jego, pilnował. Powiedział, że Szwabiuk do ciebie w zaloty posunie.
— Zasię mu! — zawołała ze straszną gwałtownością kobieta, a w głosie jej zadźwięczało coś niby zgrzyt żelaza po szkle.... Twarz jej zbladła nagle jeszcze bardziej, trupio prawie, całe ciało zesztywniało, a ręce wyciągnęła przed siebie jakby do obrony przed grożącem jej niebezpieczeństwem.
— Mariko, dziecko! — krzyknął przestraszony Andrij.
— Zasię mu! Zasię do mnie — wołała kobieta spazmatycznie, łkając to śmiejąc się na przemiany. — Zasię do gazdyni! Zasię do Semaniukowej żony!... Andriju, mężu mój ślubny, przysięgnij mi: że zabijesz go jak psa wściekłego, jeżeli poważy się na mnie oczy podnieść.... Zabić! zabić! Niech.... gi....nie!
Głosu jej zabrakło, śmiech ją zdławił, chwyciła się obu rękoma za piersi i jak martwa padła na stojącą przy drzwiach ławę.
Przestraszony mąż zaniósł ją na rękach do chaty i rozesłał wszystkich najmitów[24] szukać po górach za Riką cyganką.
Zanim cygankę odnaleziono i sprowadzono Marika, przyszła do siebie. Zamknęła się jednak w alkierzu i nie chciała odpowiadać na zapytania zaniepokojonego męża. Sama nie wiedziała, co jej jest, czuła jednak, że dziwne jakieś rzeczy w duszy się jej działy, dziwne a straszne.
Od powrotu Ilka cyganka wieści jej o nim przynosiła. Zrazu zdawało się jej, że ją to cieszy, iż on zapomniał o niej i za Aniką się włóczy. Coraz częściej jednak myślała o nim, o tym niewinnym.... W sercu jej rosły i potężniały różne uczucia naraz: nienawiść do wiarołomcy i chęć zemsty, zazdrość drapieżna.... i miłość, miłość jakaś dzika, nieokiełzana... Uczuwała czasem szaloną chęć uściskania tego pustego łeginia o dziwnych, cudnych, czarnych oczach, pragnęła uścisnąć go tak, żeby w szale i upojeniu on skonał w jej objęciach.... a ona przy jego trupie...
Żegnała się i modliła, na ofiary słała do sąsiednich cerkwi i skitów[25] dla odpędzenia pokusy — nic nie pomagało; czarne oczy i piękna twarz okolona jasnym włosem wracała jej przed wzrok duszy uparcie.
Sprowadzała wróżki i znachorów, kazała zdejmować uroki — i to nie pomagało, czarne oczy ciągle ją prześladowały.
Ni snu, ni czuwania spokojnego nie miała; noce spędzała wijąc się na pościeli; dnie trawiła w nudzie strasznej, nie do zniesienia.
Wyschła i zmizerniała straszliwie; oczy tylko szafirowe płonęły blaskiem dziwnym, nie ziemskim, żądza trawiąca ciało i duszę blask ten podnosiła.
Dom i mąż stali się dla niej nieznośnymi. Każdy uścisk męża palił ją, dotknięcia jego ręki stawały się dla niej równie bolesne jak dotknięcie rozpalonego żelaza; pieszczota — torturą.... A jednak i na myśl samą o Szwabiuku wzdragała się cała i śmierci mu życzyła i potępienia wiecznego i ognia piekielnego. Czuła, że on przyczyną jej męczarni, ze on życie jej zatruł swym oddechem zakażonym, swą pieszczotą lekkomyślną, a tak słodką.
Gdy cyganka nadeszła, Marika natychmiast ją wpuściła i znowu drzwi zaryglowała. Na uspakajające słowa Riny Andrij opuścił świetlicę i wyszedł obejrzeć gospodarstwo, korzystając z tego cyganka do Mariki szeptać zaczęła:
— Już prędko będzie koniec twej niedoli, gołąbko moja słodka.... Sokół twój tamtą wronę porzuci, znudziła go, znudziła.... Gdzie jej sokoła hołubić.
— Milcz stara! — wołała niecierpliwie broniąca się przed pokusą kobieta, jednak słuchała dalej.
— Wczoraj, wczoraj w nocy — ciągnęła dalej cyganka, nie zważając na słowa Mariki — bili się w karczmie, a później on ją na płaju pijanią zostawił.... Dziś rano spotkał mnie przed karczmą Judki i pytał mnie o ciebie zazulo ty moja złocista.... Mówił, że stary życie mu spaskudził, bo swatać mu ciebie nie pozwolił... Mówił, że choć raz jeszcze w życiu chciałby cię zobaczyć, twoją liliową twarz pocałować.
— Zasię mu! — zawołała kobieta wybuchając znowu kurczowem łkaniem — powiedz mu — mówiła przez zły — niech się nie waży.... bo.... bo Semaniuk jak psa go zastrzeli.
— Eh! Ułana cesarskiego nie zastrzeli — przerwała machając lekceważąco ręką cyganka — zresztą czy on ma zaraz wiedzieć o tem, on po połoninach, po miastach zwija, do Węgier gdzieś jeździ, czasem całymi dniami, całymi tygodniami w domu go nie ma. Czy jemu zaraz wszystko wiedzieć?
— Teraz ciągle w domu siedzi — odrzekła niby namyślając się, czy wahając Marika.
— Sposób i na niego znaleźć można, żebyś ty tylko zazulo zechciała.
— Nie! Nie kuś mnie szatanico — zawołała porywczo — nie kuś mnie, bo nieszczęście jakieś sprowadzisz.... I tak już dość.... Krew! krew! — zawołała zasłaniając oczy — czerwono!... I znowu zesztywniała.
Z trudnością cyganka ją docuciła.
Gdy Andrij powrócił do chaty i począł pytać Rinę: o przyczynę niezdrowia żony.
— W niewoli ją trzymasz! — odrzekła mu cyganka porywczo. — Młodą żonę wziąłeś, a każesz jej jak starej chaty tylko pilnować. Świata, ni ludzi nie widzi biedaczka! Na muzyce nie była od kiedy za mąż poszła.
— A czy ja jej bronię! odrzekł niecierpliwie. — Słowa mi nigdy nie powiedziała.
— Eh! Ona nie taka, żeby się sama zabawy dopraszała — mówiła stara dalej — wy sami gazdo ją namówcie.... Ona nie wie, co jej brakuje.... Puśćcie ją raz, drugi na zabawę, zobaczycie zaraz jak jej liczko poróżowieje.... Młodość młodością.... a ona taka, że wam wstydu nie zrobi!... Ona nie taka jak Anika Dudiakowa.
— Pewno, że nie taka! — zawołał Andrij — dla tego nie bronię jej. Niech idzie! Niech idzie kiedy zechce — i skierował się do alkierza.
— Czekajcie! — szepnęła cyganka i chwytając go za rękaw guni. — Teraz jej nie mówcie nic! Tem coście jej o Szwabiuku powiedzieli, wzburzyliście w niej krew tak, że z żółcią się pomieszała, a jakbyście jej teraz mówili o muzyce to ona na przekorę powie: że nie pójdzie! Czekajcie aż uspokoi się krew, aż żółć odejdzie.
Andrij słuchał we wszystkiem teraz rad cyganki, obawa o zdrowie Mariki zmuszała go do tego. Stara Rina na dobre rozgospodarowała się w Semaniukowej chacie; pod pozorem, że czuwa nad Mariką, i dnie i noce spędzała stara wiedźma w sadybie Andrija. Czasami tylko znikała na kilka godzin, później, wróciwszy, szeptała coś z cicha Marice, a od wieści tych krew gwałtownie nabiegała do mózgu rozstrojonej nerwowo kobiety, pulsa jej biły gwałtownie, a w piersi żal jakiś uczuwała, żądza jakaś paląca w ciele się jej gnieździła.
Dnie teraz były cudnie piękne, słoneczne ale — jak na czerwiec w górach — przedwcześnie upalne. Wietrzyk żaden nie poruszał rozpalonego powietrza, a jakieś mgły i opary, z topniejących po szczytach i parowach śniegów sprawiały: że powietrze to upajało i odurzało. Upałem przedwczesnym pobudzona wegetacya rozwinęła się bujnie połoniny i pastwiska na stokach gór ukryły się dywanami różnobarwnych kwiatów, a woń ich mieszając się z zapachem wydzielającym się z lasów szpilkowych, nasycała całą atmosferę, dziwnie działającym na nerwy aromatem. Tchnienie miłości, lubieżnej i zmysłowej wraz z wdychanem powietrzem wpływało w krew ludzką.
Marika pobudzana jeszcze namowami cyganki, poddawać się zaczęła z lubością temu tchnieniu, tym szeptom rozkoszy dyszącej przyrody. Opanowała ją niby senność jakaś pełna marzeń i widziadeł rozkosznych.... Siły ją opuszczały, traciła ochotę i możność do dalszej walki i skrupuły rozpływały się w woni kwiatów karpackich.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I z Ilkiem niezwyczajne rzeczy się działy.
Młody, zuchowaty i zawadyacki ułan wpadł w ostatnich czasach w jakąś niezwykłą melancholię. Z Aniką zerwał zupełnie, od dwóch tygodni ani jednej pohulanki towarzyszom nie wyprawił, z domu znikał i dniami całymi błądził gdzieś po górach. Rina cyganka często nawiedzała wójtowe obejście i na uboczu, pod starem wiśniowem drzewem szeptała z młodym ułanem.
— We łzach gołąbka twoja tonie — mówiła mu cyganka — dawne kochanie zagościło znowu do jej serca.... Ciężkie życie jej z nielubem.... Za tobą Ilku sokole tęskni, za tobą płacze!
— Oh! Ona mnie kochać już nie może — odpowiadał chłopak, smutnie spoglądając w około. Za srogo ją skrzywdziłem.... Żeby jakie kochanie — to zgaśnie od takiej krzywdy.... Zgaśnie! W nienawiść się zamieni!
— Zrazu tak! Przeklinała cię, nienawidziła — pocieszała strapionego parobka stara cyganka. — Teraz już wie.... ja jej powiedziałam, że nie twoja wola a wina była, że to stary Szwabiuk umyślnie cię do wojska dał.
— A Anika co? — wołał łamiąc dłonie Ilko. — Przecież o Anice ona wie.
— A onaż sama z żalu zamąż nie poszła? co? — tłómaczyła dalej. — Żal miary nie ma! W żalu człowiek zabić może. Nie sumuj Ilku, oczu czarnych nie wypłakuj! Ona będzie twoja, bo ja tak chcę. Rina stara tak chce!
I mówiła prawdę. Chciała w rzeczy samej, żeby Marika znowu stała się lubaską Szwabiukowego syna, byłoby to bowiem niewyczerpane źródło dochodu dla niej, dla Riny. Namowami swojemi rozdmuchała stara wiedźma w tych dwóch dawniej kochających się sercach, żądzę posiadania się znowu. W piersi Mariki był to ponury, złowrogi płomień, wydający czarne, duszące i odurzające dymy; nieszczęśliwa kobieta sama nie wiedziała czego pragnie i gdzie dąży, obłok pożądliwości oczy jej przesłonił i szła na oślep... ku przepaści!
Ilko nie doświadczał tak strasznych tortur, miał inną, pogodniejszą, weselszą naturę nadwiślańskich mieszkańców, tylko w małej części zabarwioną huculskim sentymentalizmem.... Brał życie z bardziej powierzchownej strony.... Anika go nudziła, Semaniukową kochał dawniej, teraz wrócił by z ochotą do dawnej kochanki.... Wróciłby, coś mu jednak szeptało w duszy, coś przestrzegało — mimo zapewnień Riny — że w sercu Mariki nienawiść zmięszała się z dawną miłością i kto, wie czy jej nie zagłuszyła zupełnie. Były chwile, że obawiał się zemsty, nie długo jednak one trwały. Uśmiechał się po nich lekceważąco ufny w swą piękność i siłę swych muszkułów. Nie była to miłość duchowa — tylko żądza lekkomyślnego chłopaka, pragnącego zyskać nową kochankę na miejsce dawnej, która mu zbrzydła.
Ilko zaczął krążyć godzinami wokoło chaty Semaniuka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Taktyka Riny wydała bujne plony. Pewnej soboty zapowiedział Andrij, mającej się tego dnia prawie zupełnie dobrze, Marice: że nazajutrz rusza ze stadem opasowych skopów do Kut, a jeżeli tam nie sprzeda na wtorkowym jarmarku, to popędzi stado aż do Śniatyna, na targ czwartkowy.

— Nie zostawiajcie mnie samej! — zawołała drżącym głosem przerażona kobieta. Nuda mnie bez was zabije!
— Nie wydziwiaj kobieto! — odparł wesoło mąż, rad z tej oznaki przywiązania. Ot jutro niedziela, muzyka będzie na bazarze w Jaworniku.... Jedź, zabaw się, potańcz! Tak jak inne robią! Niech ludzie nie mówią: że przez starego męża twój młody wiek przepada.
— Jakże to? tak bez was? — pytała dalej wahającym głosem i czuła, że całe jej ciało przechodził prąd jakiś dziwny, niby strumienie kipiątku strasznego, a jednak rozkosznego.
— A bezemnie! Któraż mołodyca u nas ciągnie męża za sobą na muzykę?... Ty możesz jechać sama choćby do Szigetu, albo Kołomyi.... ludzie znają mnie i moją rękę! nikt ci krzywdy nie zrobi!... Tyś bezpieczna!
Słuchała słów męża, nie rozumiała jednak ich znaczenia, nie słyszała ich nawet. Upojenie i szał jakiś lubieżny opanowywał każdy jej nerw po kolei, sciskał dziwnie jej serce i wzrok mgłą słodką przesłaniał.
— Sam tego chce! Stary dziad sam mnie tamtemu w ręce wpycha — usprawiedliwiała się w myśli. A jednak: nic z tego! Zasię mu do mnie! — broniła się w myśli resztkami woli. Choć ten mi obrzydliwy — to i tamtego nienawidzę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Mimo tych skrupułów spóźnionych, tego wieczoru jeszcze Rina cyganka doniosła Ilkowi: że Marika będzie jutro sama na muzyce w jawornickim bazarze.




V.

„Bazarem jawornickim“ nazywa lud huculski karczmę, należącą do zarządu dóbr państwowych w Jaworniku. Karczma ta obszerna i porządnie zbudowana, stoi obok nowej drogi, wijącej się po nad korytem Czeremoszu, a prowadzącej z Żabiego do zakładu kąpielowego w Burkucie.
Owej niedzieli, kiedy Andrij Semaniuk wybrał się z owcami na targ do Kut, od południa już gwarno było „na bazarze.“ Ludzie którzy zeszli się byli na nabożeństwo do jawornickiej cerkiewki, po „służbie Bożej“ tłumnie zebrali się na odpoczynek... w karczmie. Całe podsienie zapchane było wierzchowymi i pociągowymi końmi; nie wszystkie jednak znalazły tam przytułek, kilkanaście tych krępych, małych, lecz ogromnie pewnych i silnych koników stało uwiązanych do żerdzi otaczających bazar. W izbie szynkowej na poczesnem miejscu, pod cesarskim portretem, siedział cygan Szandor ze swym synkiem Kieroszem i obaj spoglądali wzrokiem pełnym jakiejś melancholijnej ironii na hucułów, ściągających się coraz tłumniej na zabawę i traktament. Oleksa Sawycz skrzypek-samouczek, siedział obok cyganów w kącie izby i machinalnie wodził smyczkiem po strunach; przyciszone dźwięki wydobywające się z pierwotnego instrumentu, były jakieś smętne i ponure, przywodziły na pamięć gwizdy i jęki wichrów górnych, szalejących pomiędzy szczytami, po równinach połonin.... Oleksa, niepodniecony trunkiem i hulaszezem towarzystwem łeginiów, był zawsze smutny i grać wesoło nie umiał — tylko do tańca.
Pewne wrażenie i ożywienie wywołał przyjazd Ilka Szwabiuka.... Przyjechał on — jak na bogackiego syna przystało — strojnie i hucznie. Kilkunastu łeginiów z niższego biegu rzeki, sąsiadów i przyjaciół towarzyszyło wójtowemu synowi. Przystrojony już po huculsku, w haftowanej koszuli, przepasanej szerokim na pół łokcia pasem, w kapeluszu strojnym w pawie pióra, z toporkiem w ręku, a pistoletami za pasem, siedział na karym koniku, który był i większy i piękniejszy od wierzchowców otaczających go towarzyszy. Obok Ilka jechał Semań Ruńka, w ubraniu może jeszcze strojniejszem, tylko na dużo lichszym, starym, dereszowatym koniu. Po za tymi dwoma przewódcami cisnęło się kilkunastu innych jeźdźców, którzy spychali jeden drugiego z drogi, potrącali się, byleby być bliżej dwóch prowodyrów.
Gospodarz bazaru, mały garbaty żydek, wybiegł na powitanie wójtowego syna i sam mu potrzymał konia przy zsiadanuu, później wypchnąwszy na plac przed karczmą kilka nędzniejszych koników, karego Szwabinkowego wierzchowca ulokował na ich miejscu i rzucił mu obfitą wiązkę siana za drabinę.
Zebrani parobcy okrzykiem radości witali nowoprzybyłych, i z miejsca zachęcali do rozpoczęcia pohulanki; żyd gospodarz z pewną ostentacyą ulokował za szynkwasem pełną, nie nadpoczętą beczułkę węgierskiego wina.... Usposobienie jednak Szwabiuka było dziś niezwykłe jakieś: pić nie chciał, na żarty dziewcząt i mołodyc nie odpowiadał nawet, milcząco przecisnął się przez tłum, zalegający izbę szynkową i ulokował się obok Oleksy.
Zamyślony muzyk kiwnął mu głową na powitanie, nie przerywając swej melancholijnej improwizacyi. Ilko słuchał i zamyślał się coraz smutniej. Nagle, uderzając Oleksę po ramieniu zawołał:
— Bracie Sawiczu, zagraj mi tak, żeby smutek mnie opuścił, żeby mi krew po dawnemu w żyłach popłynęła, żebym się mógł zaśmiać wesoło.... Zagraj mi tak, a sprowadzę ci takie skrzypce, jakich jeszcze w górach nikt nie widział.... dam ci takie na jakich dla magnackich córek grają, kiedy się im na taniec zechce iść.... Słyszysz?... No graj, graj Sawicz!...
Z początku, przy słowach Ilka, oczy muzykanta zaiskrzyły się pożądliwie, po chwilowym jednak namyśle blask oczu zgasł znowu i Oleksa szepnął smutno:
— Nie mam ja siły grać tak! Gdybym umiał, to nasamprzód sobie bym zagrał.... Smutek i nuda obsiadły twoją duszę, a na to żadne granie nie pomoże!... Nie pomoże! Oh nie!
Zamilkł i znowu dały się słyszeć tęskne przyciszone tony. Oleksa, od czasu kiedy napróżno ubiegał się o łaskę pięknej Mariki, gdy była jeszcze niezamężną, zapomniał grać wesoło; smutne tylko melodye ze strun jego skrzypiec wypływały... Czasem tylko, gdy na pocieszenie wódki się do syta opił — to dawne wesołe czasy przypominał sobie i wesołe tony ludziom na pastwę rzucał. Niestety, co raz częściej tego narkotyku używał.... Tak często, że go już ludzie nazywali: Oleksą muzyką, lub Oleksą... pijakiem.
Około trzeciej godziny z południa, gdy już zabawa szła ochoczo, gdy już muzyka rzępoliła od ucha, a co gorętsi parobcy wybijali prysiudy, rozległ się nagle szum jakiś przed bazarem.
— Patrzcie! patrzcie braty! wołał Semań Ruńka, przerywając taniec. — Niech mnie zwierz rozszarpie, jeżeli to nieprawda!... Patrzcie! Cud się stał, Marika Semaniukowa ze swoją cyganką tu jedzie....
Wrażenie wywołane temi słowami było wielkie.... Muzyka grać przestała, taniec przerwano, a młodzież cała cisnęła się do rogu karczmy, aby ztamtąd spojrzeć na przybywającą. Ilko Szwabiuk cisnął się między pierwszymi, rozpychał parobków, potrącał dziewczęta, wreszcie znalazł się na przodzie, mógł patrzeć.... I zobaczył: Na ślicznym, karym koniu, siedząc po męsku, jechała Marika.... Upał dnia i zmęczenie zarumieniły jej twarz, tak, że ślady bladości znikły zupełnie; była tak piękna, jak dawniej, piękniejsza nawet może, bo twarz jej wyszczuplała, a przez to profil stał się ostrzejszy, usta delikatnie zarysowane, a oczy bardziej wyraziste i głębiej osadzone. Kary konik na widok takiego tłumu koni i ludzi uszy wzniósł w górę i z widocznym strachem spoglądał wokoło, widocznem było, że miał ochotę spłoszyć się i umknąć w bok; silna jednak ręka wprawnej mołodycy trzymała go na wodzy; szedł więc prychając trwożliwie, szyję zgiął, głowę pochylił ku szerokiej piersi i żuł zajadle wędzidło, tocząc przytem z pyska białą pianę, spadającą mu wielkimi kawałami na piersi i nogi.
Zanim stanęła przed bramą karczmy, rozległ się gwar i hałas, a po nad nią wzbił się jeden okrzyk, wzniesiony przez parobków:
— Witaj nam piękna Mariko!... Witaj Semaniukowa gazdyni! Witaj najpiękniejsza!...
Ona już stała pośród tego tłumu, serce jej biło, krew do głowy uderzała.... Przypomniała sobie dawne dzieje.... I dawniej przyjmowano ją z takim zapałem, przyjmowano ją, choć przychodziła na zabawy pieszo, a nie przyjeżdżała na drogocennym wierzchowcu, choć miała na sobie skromne odzienie, a nie korale i dukacze[26] ocenione na z górą tysiąc reńskich....
Ilko pierwszy podbiegł, aby jej pomódz z konia zsiąść. Kobieta wzdrygnęła się w pierwszej chwili, on oczy spuścił zawstydzony, po chwili jednak spojrzeli na siebie znowu.... i zapomnieli o świecie całym, ona oparła mu rękę na ramieniu, on ujął ją w pół wiotkiej kibici i przyciskając do wzburzonej piersi postawił obok siebie na ziemi.... Płomień przygasły, lecz tlejący zawsze w ich sercach, buchnął z całą siłą.... Marika nie czyniła mu najmniejszych wyrzutów, witała go tak, jak gdyby wczoraj się z nim rozstała, on musiał użyć całej siły panowania nad sobą, ażeby jej tu, wobec wszystkich ludzi, publicznie przed bazarem — nie pocałować w koralowe usta.
— Cyganka zaprowadziła konie do stajni, zabawa rozpoczęła się na nowo z jeszcze większem ożywieniem. Ilko Szwabiuk tańczył bez przestanku z Mariką. Pojętna tancerka w moment nauczyła się modnego już ówczas „obertasa“; skoczna muzyka upajała ją jeszcze bardziej, krew warem krążyła.... W upojeniu przytulała się do rosłego tancerza i zapominała o świecie całym.
Od czasu do czasu, przychodziły na nią chwile rozwagi.... Odsuwała się wówczas od Ilka i zastanawiała się, do czego ją to zapomnienie doprowadzić może.... Nie długo jednak chwile te trwały, szał był mocniejszy, oddawała mu się znowu zupełnie i opuściwszy się bezwładnie prawie w silne ramiona tancerza, mknęła dalej....
— Niech czart wszystko porwie! — szeptała w duszy. — Co mi tam! Raz matka rodziła, raz umrzeć muszę!
I tańczyła z taką zapamiętałością, że wszyscy obecni zwrócili na nią uwagę.
— Patrzcie! patrzcie! — szeptały starsze baby. — Jak ta Semaniukowa mołodyca ze Szwabiukowym łeginiem wywija. Dawne czasy przypomniała, dawne kochanie jej w głowie, dawnego lubasa do serca tuli.
Oleksa patrzył i serce mu się krajało i pił blaszankę wódki po blaszance i grał tak, że aż cyganie się dziwili i z niedowierzaniem nań spoglądali.... Skoczna nuta obertasa przybierała jakieś szatańskie, piekielne tony, wesołość tryskająca z tej muzyki nie była zdrową, ludzką wesołością, przypominała ów szał, który ogarnia skazanych na śmierć.
— Bracie Olekso — zapytał stary Szandor — gdzieś się tak grać nauczył?... Co to za granie? Mnie się zdaje, że w piekle tak grać musieli, kiedy żenił się stary belzebub.
— Być może! — odrzekł na wpół już pijany chłopak — Tak! tak grać dziś należy, bo to także czartowe wesele — i bryznął w uszy słuchaczy strasznym, zgrzytliwym dysonansem.
Około szóstej, gdy promienie słoneczne padały już wskośnie, muskając w swym pochodzie szczyty Pop Iwana — Marika tak uczuła się zmęczona, że dalej tańczyć nie mogła. Ilko i cyganka Rina odprowadzili ją do żydowskiego alkierza.
— Słuchaj wraży łeginiu — zawołała Marika, znalazłszy się za drzwiami alkierza. — Niech wszystko przepada!... Co mi tam!... Teraz idź sobie i za mną nie patrz nawet.... A.... a.... nim księżyc zejdzie.... bądź koło „puszkarskich skał“ tam opodal od „smotreżowego płaju“.... tam czekać cię będę... No idź! Idź już!
I odpychała go od siebie, nic to jednak nie pomagało, bo on ją przyciskał do piersi i usta jej całował.
— No idź już sobie, bo mnie więcej nie zobaczysz! Śmierć sobie zrobię, a twoją już nie będę.... No idź! idź!
Puścił i słowa nie rzekłszy, wyszedł z alkierza do szynkownej izby.
W kwadrans później Marika w towarzystwie Riny wyjechała stępo z karczmy, kierując się w dół rzeki ku swej sadybie.
Z jej wyjazdem zabawa nie ustała; rozhulani parobcy i dziewki tańczyli dalej zapamiętale; Oleksa popijał wódkę i grał zajadle.... Ilko jeden nie tańczył już, tylko opatrywał swego wierzchowca, przyciągał popręgi, wreszcie siadł na konia i zwracając na siebie ogólną uwagę i żegnając się prawie ze wszystkimi, wyjechał na drogę i skierował konia w górę biegu rzeki, ku węgierskiej granicy.
— Czemu nas opuszczasz? Którędy jedziesz? — wołali za nim parobcy.
— Muszę! — odpowiedział stanowczo — jutro jarmark w Kereszmezo, jadę dla starego kupić byczków na połoniny.... na węgierskiej stronie taniej.... I tak boję się, że będzie za późno, bowhary nasi jeszcze rano ruszyli.
Przy ostatnich słowach machnął na pożegnanie kapeluszem, zebrał konia wędzidłem i ruszył z miejsca galopem. Długo jeszcze migał się koń i jeździec na kręto wijącej się drożynie; przez luki pomiędzy budynkami na leżącymi do „kameralnej ekonomii“ widzieć można było pędzącego cwałem karego mierzyna i pochylonego po nad jego szyją rosłego jeźdzca; długo jeszcze tętent podków, uderzających o skalistą drogę mięszał się z dziką muzyką dwóch cyganów i pijanego już zupełnie Oleksy.
Jeździec popędził przed siebie, nie oglądając się. Przez kilka kilometrów równej, po nad rzeką wijącej się drogi nie wstrzymywał zupełnie ognistego wierzchowca; dopiero przed mostem, gdzie droga wiodąca do Burkutu przechodzi na lewy brzeg Czeremoszu — wstrzymał konia i opuszczając szeroką drogę skierował się na prawo; stępo przejechał obok zabudowań stojącej tu kolonii i wyjechał na drogę wiodącą do tartaków i zbiorników wody, sztucznych stawów, w których zatrzymują wodę, ażeby później puszczona, niosła na swym grzbiecie w dół, ku morzu Czarnemu, ciężkie tramy i świerki masztowe.
Opodal od stawu stoi chatka niemca strażnika.... tam Ilko zatrzymał się, z konia zsiadł i oddał go pod opiekę niemca, który wyszedł go przywitać.
— Na węgierską stronę muszę się dziś jeszcze dostać — rzekł do strażnika — ścieżki przykre i koń zawadzać mi będzie, zatrzymajcie go u siebie, jutro po niego przyjdę....
I nie wdając się w dalszą rozmowę, ruszył stromą ścieżką w górę. Nim słońce zaszło zupełnie, znalazł się na przełęczy pomiędzy Pop-Iwanem a Smotreżem na szerokim udeptanym płaju, po którym idą wszystkie karawany do Węgier. Tam jednak nie skierował się na południe, tylko zawrócił na małą ścieżynę wijącą się pomiędzy kosodrzewiną w dół stromych Smotrożowych stoków.
Noc się robić zaczęła, ciemność go otaczała, jaśniały jeszcze tylko dwa wyniosłe szczyty, a z poza przełęczy niby odblask łuny jakiejś, niby płomienie karmazynowe buchały z węgierskiej strony.... To blask zachodu złocił karpackie szczyty.
Młody hucuł szedł pospiesznie nie zważając na to, że ostry drobny żwir obuwie mu uszkadzał, nogi już nawet kaleczył.... Ścieżka stawała się coraz węższa, tak, że z trudnością zaledwie zdołał się przedzierać przez splecione gałęzie tej dziwnej rośliny, która ma giętkość węża w połączeniu z mocą świerków niebotycznych.... Nie zważał jednak na nic, krokiem ze ścieżyny nie zboczył, choć czuł, że z guni strzępki zostawały na gałęziach kosodrzewiny, a z łokci i ramion krew się ciepła sączyła.... Nie zważał on na to; namiętność go gnała....
Wreszcie wydobył się z pasu kosodrzewin.... Znalazł się na szerszej drodze, przeszedł strumyczek i zapuścił się w czarny świerkowy bór.... Już wkrótce znajdzie się u celu.... Serce raźniej mu uderzyło, zaczął mimo ciemnicy strasznej iść spieszniej, za kilka minut drzewa zrzadły, przed oczyma Ilka, przyzwyczajonemi do ciemnicy boru błysnął brzask jakiś jaśniejszy.... Stanął na chwilę, aby się zoryentować. Poznał miejsce wyraźnie.... Tak to tu! Nie zbłądził. Ujrzał przed sobą polanę w lesie, a na niej kamieni kilka, wąskich a wysokich, pionowo w górę strzelających. Brzask różowy na wschodzie, po nad szczytem Roztieżki rodzący się, pozwalał mu rozeznać dokładnie kontury i położenie miejscowości. — Tak to „puszkarskie skały“; w miejscowości tej przed laty rozegrał się jeden z tych dramatów, w które obfituje tradycya huculskiego ludu.... Znaleziono tu ongi sześć trupów puszkarzy mandatarskich... Kto ich pozabijał? W walce z kim życie oddali? — Śledztwo sądowe nie wykryło; tradycya ludowa utworzyła sobie na ten temat — kilka legend.
Ilko postąpił śmiało naprzód. Gdy znalazł się pomiędzy skałami, postać jakaś słuszna i wiotka podniosła się ze złomu skały, zbliżyła się do niego zarzuciła mu ręce na szyję i powitała namiętnym pocałunkiem....
Słowami nie wiele mówili do siebie, utonęli w rozkosznem upojeniu, które sprawiło, że oboje zapomnieli o całym otaczającym ich świecie.... Noc ta pogrążyła piękną Marikę w szale bolesnym, lecz tak upajającym, że boleść nawet staje się najwyższą rozkoszą.
— Co mi tam! co mi tam! — szeptała i wilgotnemi ustami całowała twarz i oczy parobka. ............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Świt nadchodzącego poranku oprzytomnił kochanków.
Ilko usiadł na kamieniu i opuścił głowę na piersi, senne oczy kleiły się, spać mu się chciało.
Ona stała wyprostowana i sztywna niby jedna z otaczających ją skał, niby ich siostra rodzona. Spoglądała to na brzask rodzący się, to na tego usypiającego parobka. Wstręt jakiś nieopisany uczuła nasamprzód do siebie, później do niego, do wszystkiego na świecie... Kamienie i drzewa otaczające, wydawały jej się ohydnymi, brzask wschodu wstrętnym, szum Czeremoszu bezwstydnym.... Zaspokojona żądza cielesna opuściła ją zupełnie i wydała na pastwę wyrzutów sumienia i tortur duchowych.. Omal, że rąk własnych nie gryzła, tak się jej wstrętnem zdawało ciało własne. Spojrzała znowu na tego, który ją po raz wtóry w życiu z drogi obowiązku sprowadził.... I zaśmiała się ironicznie, konwulsyjnie.
Ilko siedział na złomie skały, otulił się poszarpaną we wczorajszej podróży gunią, głowę oparł o omszony kamień i usypiał.... Twarz miał zmęczoną, oczy zapadłe; a krew skrzepła na rękach i nogach sprawiała, że podobny był do włóczęgi jakiegoś. Toporek wysunął mu się z ręki i leżał tuż obok.
— Tfu! I jest przez kogo duszę gubić — pomyślała z goryczą. To nie on mnie opętał! Nie! To szatan przez niego!... Szatan! W nim jest czart! W starym rzezunie jest czart....
— Czart! czart! — szeptała, poruszając nieznacznie wargami, a słowo to miało dla niej dziwny jakiś, niewytłómaczony urok; lubowała się dźwiękiem tego strasznego imienia. Oczy jej przeniosły się z twarzy śpiącego łeginia na obok leżący toporek — i jak od iskry jednej wybucha mina, tak błyszczący ten przedmiot rozpłomienił w duszy Mariki pożar straszliwy; pożar, na który materyał palny był zdawna przygotowany.
— Zabiję go! — pomyślała i chciała ująć za rękojeść toporka. Zabiję go i krzywdę swą, hańbę swą zmażę! — myślała dalej, a przed oczami wyobraźni przesuwać się zaczęły następstwa tego czynu: Izba sądowa... kat... szubienica wysoka.... Wzdrygnęła się i rękę cofnęła — lecz myśl raz zrodzona nie zginęła, pozostała w mózgu jako rana straszliwie piekąca, nie dająca na chwilę spokoju.
— Cudzemi rękoma się zemszczę! — rzekła sama do siebie i znowu się zaśmiała, tym razem tak głośno, że aż echo z pomiędzy skał śmiech ten dziwny powtórzyło, a Ilko obudził się i oczy przetarł.
— Zazulo moja! — rzekł przetarłszy oczy i chcąc ją znowu wziąć w ramiona.
— Dość! dzień biały! Idź już — zawołała — cofając się ze wstrętem, którego ukryć nie była w stanie.
— Mariko, duszo, jutro tu wyjdź! wyjdź wcześniej! — mówił Ilko wstając i zbierając porozrzucane po ziemi pistolety i toporek.
— Będę! — odrzekła krótko, lecz jakoś tak złowrogo, że nawet Ilka uderzył dziwny dźwięk jej głosu.
— Co ci Mariko? — spytał....
— Nic! Idź już! Jutro wieczorem wyjdę. Przyjdź! — i zniknęła w sąsiedniej gęstwinie.
Ilko wrócił do stróża po konia.




VI.

Pospiesznymi, ale chwiejnymi krokami wróciła Marika do chaty.
Nikogo ze sług tam nie było tylko w alkierzu na pościeli spała Rina cyganka. Obudzona wejściem Mariki, spojrzała na nią i śmiejąc się wesoło zawołała:
— Cóż gołąbko, słodką noc miałaś? Miodem serceś nakarmiła?
Zapytana stała jak widmo blada, krwi pozbawione usta jej drżały; z oczu dziwnie rozwartych obłęd przezierał.
— Cóż wdzięcznaś Rinie za lubasa? — pytała stara dalej.
— Masz czegoś chciała! Masz dyablico! Ciesz się! — zawołała kobieta opierając się o ścianę — Marika Semaniukowa bez czci i bez sławy — wołała zapalając się coraz namiętniej. — Masz czegoś chciała szatańska córko! Mogą mnie teraz palcami pokazywać! Mogą za mną wołać: „Marika lubaska Szwabiukowego syna!“
— Nie pierwszaś i nie ostatnia! — szepnęła stara i przestraszona brzmieniem głosu i postawą młodej kobiety, zerwała się z łóżka i podbiegła do niej. — Co ci jest gołąbko! — zapytała ujmując jej rękę.
— Nic! nic! — zawołała Marika i wyrwała dłoń z rąk cyganki. — Nic mi nie brakuje! Nic! Mam czego chciałam.... Mam kochanka! Mam lubasa! Miałam go dziś, będę mieć jutro, będę go miała jak długo zechcę.
— Mleka się gorącego napij — rzekła z troskliwością Rina — chłód nocy cię objął dreszcze tobą trzęsą.
— Idź ugotuj! — odparła obojętnie i nie mówiąc ani słowa więcej, usiadła na pościeli.
Pogrążyła się w strasznem, krwawem dumaniu — układała plany zemsty.... Zemsty, która stała się dla niej teraz najsłodszem marzeniem, potrzebą wykrzywionej, chorej duszy.... Z rozkoszą i lubością snuła krwawe kombinacye; przed oczami chorobliwie podnieconej wyobraźni przesuwały się różne obrazy, a w każdym z nich widziała tę samą głowę, tę samą twarz, którą dzisiejszej nocy okrywała pocałunkami — zbryzgane krwią; te czarne, czaru pełne oczy — zamarłe i martwem białkiem świecące.
Los młodego Ilka rozstrzygał się w tej chwili; gorączkowo podniecony mózg kobiety wydał już wyrok.... Za rozkosz i chwilę szału miał piękny ułan zapłacić — życiem. I nic go już nie zdoła uratować, bo namiętna dusza rozszalałej kobiety nie cofnie się przed niczem.
— Cyganka może mi przeszkodzić — pomyślała i posmutniała na chwilę, lecz wnet piekielny uśmiech zaigrał znowu na spiekłych ustach i zrodziła się myśl nowa: — Wyszlę ją zaraz, dziś jeszcze do Węgier, w Siedmiogrodzkie góry po jej kumę sławną Ilonkę.... Nie przeszkodzi mi! Nie!
W tej chwili Rina wniosła garnuszek buchającego gęstą parą mleka.
— Rino! — zawołała żywo Marika — czarów wielkich potrzebuję.... Czarów takich, że ty sama im nie podołasz.... Idź zaraz w góry siedmiogrodzkiej ziemi i znajdź mi sławną twą siostrę Ilonkę czarownicę, wracaj z nią tu.... Pieniędzy wam nie pożałuję, srebrem, złotem obsypię, tylko żebyście mi zczarowały tak jak chcę.
— Po co ci Ilonki? — odparła niechętnie cyganka. — Ja sama zczarować mogę co zechcesz....
— Nie! Nie! Ilonki chcę, bo ty słaba do takich czarów.... Nie bój się — dodała po chwili — i tobie hojnie zapłacę.... I... Szwabiuk pieniędzy da.... Ilonkę sprowadź, bo bez niej nawet gadać z tobą nie będę.
— Kiedy ci się tak zachciało zazulo, to już pójdę, ale to z tydzień minie nim ja z Ilonką tu wrócę.
— Będę czekać — urwała krótko Marika. — Teraz idź zaraz.... A po drodze wstąp do Ilka i powiedz mu, że jak dobry zmrok zapadnie, będę znowu czekać go przy „puszkarskieh skałach.“
W pół godziny później stara cyganka, z węzełkiem na plecach i opierając się na kiju schodziła ścieżką, prowadzącą od sadyby Semaniukowej na dół za koryto Czeremoszu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Marika została sama.
Obłęd przesłaniający jej wzrok ustąpił zupełnie; patrzyła przed siebie, w oczach jej szafirowych lśnił niby blask jakiś metalowy, zimny i ostry, podobny do połysku dobrze polerowanej szabli. Chwilę jeszcze po odejściu cyganki siedziała nieruchomo, wzburzenie jednak, tak widoczne pierwej na jej twarzy ustąpiło, piękne lica uspokoiły się, zmartwiały prawie, znać walka wewnętrzna skończyła się, a jej miejsce zajęło stanowcze jakieś postanowienie.
Gdy przez małe okienko świetlicy nie można już było dojrzeć zgarbionej postaci cyganki, gdy Rina znikła po za gęstemi zaroślami młodej jedliny, młoda hucułka wyszła pospiesznie do stajni, tam osiodłała sama konia, opatrzyła własnoręcznie drzwi chaty i wrota obejścia, siadła na karego i wyjechała w góry, w kierunku mężowskich połonin.
W godzinę poźniej siwy Matwij, najstarszy bowhar Andrija, z podziwieniem i czcią wielką witał młodą gazdynię, która w czasie nieobecności męża przyjechała odwiedzić jego dobytek.... Troskliwość ta podobała się bardzo Matwijowi.
— Niech was Bóg błogosławi piękna gazdyni — mówił przytrzymując jej konia — za to żeście przypomnieli sobie o chudobie własnej....
— Nie za tem ja Matwiju przyjechała — odrzekła Marika, stanąwszy na ziemi. — Inna sprawa mnie tu przygnała. Męża w domu nie ma, a tu....
— Cóż się stało? — zapytał przerywając jej z nieudaną troskliwością bowhar.
— Stało się coś takiego, że tylko jemu samemu mogę powiedzieć! — zawołała zaciskając pięści. — Wy Matwiju najwierniejszy jego sługa i towarzysz, wy znaleść go potraficie.... Jedźcież do niego i powiedzcie mu, że jak do środy do wieczora nie wróci, to żony już nie znajdzie żywą.... Rozumiecie.... Mówić nic nie będę.... on sam się domyśli.
— Co się stało? Co się stało? — pytał strapiony Matwij.
— Nic się nie stało! — odparła niecierpliwie tupiąc nogą, ale stać się może, jak on nie wróci.... Ot mój koń, pewny jest i szybki, siadaj stary na niego i jedź do miasta Kut z wieścią do naszego gazdy.
Matwij nie długo się do drogi sposobił, wziął w torbę zapas chleba i bryndzy. Marika dała mu kilka sztuk srebrnej monety, siadł na karego mierzyna i wkrótce znikł na krętej górskiej ścieżynie. Komendę nad czeladzią objął młodszy bowhar Iwan.
Dla oka ludzkiego Marika około godziny zabawiła przy stadach, rozmawiała z pasterzami, rzuciła okiem na jagnięta i cielęta, które już tu, na połoninach się porodziły.... Gdyby jednak baczne oko na nią patrzyło, to dostrzegłoby, że oględziny te odbywała ona bez wszelkiej uwagi, machinalnie, bezmyślnie.... Myśl jej błądziła gdzieś daleko i uwagę całą za sobą pociągała.... To też czem prędzej ukończyła ceremoniał urzędowych oględzin i piechotą skierowała się ku sadybie.
Miała przed sobą półtora godziny drogi, dziś jednak droga ta zajęła jej ze trzy godziny. Szła jak lunatyczka, nie patrzyła przed siebie, utykała na korzeniach drzew i kamieniach. Od czasu do czasu siadała na przydrożnych skałach i zatapiała się w głębokiej zadumie. Najwyraźniej myśl jej pracowała; nie znać było wahania, tylko zdawać się mogło, że młoda kobieta wysila wszelkie władze umysłu nad ułożeniem jakiegoś planu. — Tak było w rzeczy samej, układała plan zemsty nad Szwabiukiem.
Myśli te pochłonęły jej dzień cały. Wróciwszy do chaty, usiadła na ławie i snuła najrozmaitsze kombinacye. I aż żachnęła się, gdy ujrzała w koło siebie mrok, gdy przekonała się, że długi letni dzień już minął, że wieczór nadchodzi i.... Ilko będzie ją znowu czekać koło „skał puszkarskich....“ Nie długo się namyślała. Rzuciła okiem na wygasły komin i dopiero teraz przypomniała sobie, że dziś nic w ustach nie miała, nie czuła jednak głodu; myśl, trawiąca cały jej organizm, starczyła jej za pokarm i napój. Uśmiechnęła się tylko boleśnie, wzięła ze ściany jeden z mężowskich, bogato w bronzy zdobnych toporków, wyszła z chaty, pozamykała drzwi i wrota i skierowała się ku „puszkarskim skałom“.
Ilko przed zachodem słońca jeszcze przyszedł na umówione miejsce schadzki; czekał, niecierpliwiąc się i spoglądając na ścieżkę, wiodącą od chaty Semaniukowej. Kiedy Marika nadeszła, mrok już był taki, że widzieć jej prawie nie mógł, tylko cień jakiś, przesuwający się pomiędzy zarośla i szmer cichy, trudny do pochwycenia, zapowiedział mu przybycie kochanki. Zerwał się pospiesznie i podbiegł kilka kroków ku niej.
— Mariko złota! — szepnął, starając się ująć ją w objęcia.
— Zostaw mnie! — rzekła kobieta, odpychając jego ręce. — Zostaw!
— Dla czego? — zapytał zdziwionym głosem. — Przecież mnie kochasz, przecież do mnie wyszłaś tu gołąbko i ponowił usiłowania w celu uściskania jej.
Ona jednak pod dotknięciem jego dłoni wstrząsnęła się cała i odskoczywszy kilka kroków w bok, zawołała rozpaczliwie:
— Zostaw mnie! — potem mówiła wzburzonym głosem: — Pfe! Ohyda, szkarada! Dwóch mężów mieć nie mogę! Nie mogę! Rozumiesz mnie? Nie mogę! On we czwartek, w piątek, najdalej w sobotę wróci.... i ściskać mnie będzie także i całować.... i będę musiała.... będę musiała do niego należeć.... Bo! bo!... Czy ty mnie rozumiesz?... Ja będę musiała znosić jego pocałunki i pieszczoty.... Ty! Ty Ilku Szwabiuku.... czy ty to rozumiesz?
On stał ogłuszony potokiem jej słów, zamyślony, nie wiedząc, co ma jej odpowiedzieć.
— Cóż? Inaczej być nie może! — przerwał jej po chwili.
— I tak być nie może! — zawołała z rozpaczliwą stanowczością. — Ja do dwóch chłopów należeć nie mogę!... Prędzej śmierć! Rozumiesz śmierć! Jeżelim ci miła.... to.... to spiesz zaraz.... zaraz w nocy do Kossowa do starosty cesarskiego, wyrób pass[27] na nas oboje i uciekniemy!.. Uciekajmy w świat daleki!... Uciekajmy w wołoskie kraje, wszędzie pójdę za tobą, żebym tylko jego więcej nie widziała.
— Zastanów się Mariko — błagał ją parobek — passu ja tak prędko nie dostanę, choć abszyt[28] mam ale może w cudzy kraj passu mi nie dadzą, może starego pytać zechcą.... Zresztą z czem pojedziemy?... Pieniędzy gdzie wezmę?
— Podłyś! — zawołała kobieta doprowadzona do wściekłości prawie. Podłyś! — wołała, a oczy jej aż w ciemności zaświeciły fosforycznym blaskiem. Dwa razy podszedłeś mnie, dwa razyś duszę moją w grzechu, a ciało w ohydzie ponurzał, a teraz.... teraz boisz się, boisz się grzechu.... Stary twój ma pieniędzy jak lodu w zimie.... Weź! weź! Czart czy tak czy tak zabierze jego duszę.... Weź srebra, weź złota, zapłać w becyrku[29] i wracaj, będę twoja na śmierć i życie....
— Możesz i tak być moja! — szepnął chwytając ją przemocą.
— Pójdź precz! — zawołała wyrywając mu się z dziwną siłą. Powiadam ci, albo w nocy ze środy na czwartek przyjdziesz z passem, przyjdziesz do mojej chaty.... to pójdę za tobą i będę twoja, albo zrobię sobie śmierć, ale przed tem wszystko Semaniukowi opowiem.... A wtenczas nie żyć ci na świecie.... Wybieraj łeginiu!
On stał zadumany, wahający się.... Czuł, że kobieta ta kusi go do czynu szalonego, a jednak żądza jakaś niezwalczona nakazywała mu robić, to, co ona mu robić każe.... Blask jej oczu świecących wśród ciemności nocy, poruszał w nim najdrobniejsze nerwy.... w tej chwili poznał, że niema już dla niego życia bez niej.... A ojciec? — pomyślał i zawahał się znowu na chwilę.
Ona snać odczuła, że zrodziła się w jego duszy jakaś wątpliwość i stłumić ją postanowiła. Przysunęła się więc do niego i ruchem pieszczotliwym, lecz równocześnie drapieżnym, kocim, objęła go za szyję i głowę jego przycisnęła do piersi. Ręce jej były zimne jak lód, a z ust rozpalonych wiał gorączkowy oddech.
— Ilku! Lubasie mój Ilku! — szepnęła. Idz po pass! Idź!... Jak znajdziemy się na obcej ziemi, daleko od niego, od nieluba.... wynagrodzę ci to, wynagrodzę pieszczotą.... wynagrodzę pocałunkami — i całowała spiekłemi ustami jego czarne oczy. Będę twoją na zawsze!... na zawsze!... Rozumiesz ty to słowo?
Wreszcie odskoczyła znowu i rozkazującym tonem zawołała:
— No idź już! We środę w nocy, po pierwszych kurach czekać cię będę!... Nikt nam nie przeszkodzi.... Psy nawet posną tej nocy na wieki! No idź.
On jeszcze raz pochwycił ją w ramiona, jeszcze raz przycisnął pałającą twarz do jej jak marmur białej, lecz i tak samo zimnej piersi.... I poszedł.
Ona została wśród sterczących skał, a gdy ucichł odgłos kroków parobka, rozśmiała się złowrogo, drapieżnie, rozśmiała się tak, że wielki puhacz w gąszczy leśnej odpowiedział jej.... myśląc, że to kochanka tak go wabi do siebie.




VII.

We środę z południa jeszcze krwawa łuna nad czarnohorskim pasmem płonąca, świadczyła, iż słońce tylko co za szczyty zapadło, gdy Marika, siedząca na ławie przed chatą usłyszała gwałtowny tętent galopującego konia.
Serce jej bić gwałtownie zaczęło, pot zimny wystąpił na czoło, z trudnością powstała z ławki i zbliżyła się do wrot....
Słuch jej nie omylił.... Ujrzała teraz wyraźnie silną i rozrosłą postać Andrzeja, pochyloną nad szyją pędzącego cwałem konia.... Gnał po krętej górskiej ścieżynie, głazy i ziemia sypały się z pod kopyt konia.... on jeden tylko między wszystkimi hucułami wzdłuż brzegów Czeremoszu, mógł tak nieopatrznie pędzić po nad przepaścią, on jeden tylko miał tak twarde serce i duszę tak nieulęknioną.
— Temu ręka nie zadrzy! — szepnęła w duszy i zatopiła oczy w postaci dzielnego jeźdzca.
Za chwilę osadził konia przed wrotami i pospiesznie zeskoczył z siodła. Kary mierzyn na litość zasługiwał. Ze spienionych boków lał się pot zmieszany z krwią, widoczne były ślady strasznego drucianego nahaja, łopatki i brzuch miał pokrajane jak razami ostrego noża; z pokaleczonych, podrapanych nóg spływały gęste krople krwi; oddechu schwycić nie mógł, a oczy krwią mu zabiegły.... Gdy jeździec zeskoczył z wierzchowca, to koń tylko jęknął i jak martwy powalił się na ziemię....
— Biedny koń! — zawołała mimowolnie Marika.
— Nic mu nie będzie! — zawołał z lekceważeniem Andrij — jutro rano wstanie, a na połoninie za dwa tygodnie wróci do sił. Powiedz co się stało?
— Zaraz! — odrzekła krótko i wziąwszy go za rękaw od wiszącej guni wiodła za sobą do izby.
— Co się stało? — powtórzył hucuł pytanie, skoro się przed obrazami przeżegnał. — Dlaczegoś mnie tak na gwałt wzywała?
Marika stała blada i sztywna; przez chwilę mignęło w jej oczach wahanie jakieś, chwilka wątpliwości, w oczach zjawił się czulszy wyraz; znikł jednak wnet i ustąpił miejsca owemu metalicznemu połyskowi.
— Andriju Semaniuku! — zawołała — złą radę daliście swej żonie.... Na bazarze w niedzielę Szwabiuka syn zalecał się do mnie jak do jakiej bezdomnej.... W nocy tu przyłaził, ledwiem go się pozbyła.... I dziś tu przyjdzie!... Dziś tu będzie!.... Przekazywał przez „durnego Mykołę“.... Dla tego dałam wam znać.... Brońcie czci waszej żony.... własnej czci waszej....
Mówiła to bez najmniejszego drżenia głosu, bez zarumienienia się nawet.
On patrzył na nią badawczym wzrokiem, pragnął aż w głąb duszy jej zajrzeć; dusza ta jednak była zamknięta, niedostępna; nie dowiedział się nic więcej — oprócz tego co mu jej słowa mówiły.
— Dałaś mu przyczynę? — zapytał nagle.
— Nie krzywdź mnie! — zawołała porywczo. — Nie dałam nigdy nikomu przyczyny do tego, żeby mnie pohańbił.... I tobie nie!
Zmarszczyło się na te słowa czoło Semaniuka, z oczu strzeliły straszne płomienie, zagryzając usta zapytał:
— Jakże on przekazywał?...
— Durny Mykoła był tu dziś rano i prosił: „nagotujcie gazdyni, gołąbków[30], nagotujcie pierogów, postawcie na stół chleba białego i wina słodkiego, bo światłego gościa będziecie mieli.... Jak kury zapieją przyjdzie was pocieszać w samotności....
— Pocieszę ja go! — zawołał Andrzej przerywając słowa żony. Czekaj na niego! Puść go do chaty.... Pogadam ja z nim sam.... Pocieszę ja go po naszemu.... Szwabska podła krew.... Dam mu cudzą żonę zaczepiać....
Zamilkł na chwilę, podszedł do ściany i zaczął wybierać pomiędzy toporkami.... Wreszcie wybrał jeden, machnął nim kilka razy, położył go na stole, sam zaś usiadł obok na ławie i podparłszy głowę pięścią, spoglądał na kręcącą się po izbie żonę.
I ona milczała. Zaczerpnęła z garnka stojącego przy żarze strawy i nalawszy ją na misę postawiła przed mężem. Andrzej wziął kilka łyżek do ust, mimo zmęczenia jednak nie miał widocznie apetytu, bo wnet odsunął misę i dalej patrzył na żonę. Wzrok ten badawczy zawadzał jej, słowem jednak nie zdradziła tego, dołożyła tylko drew do pieca i usiadła pod oknem.
Jasny płomień oświecił wnet obszerne wnętrze izby, ślizgał się na obrazach świętych, przybranych w posrebrzane i pozłacane blachy, migotał po toporkach i strzelbach ozdobnych w bogate bronzowe inkrustacye.... Milczenia nikt nie przerywał.... Kot tylko czarny, olbrzymi, wysunął się z pod komina i mrucząc z cicha podszedł do Mariki i otarł się jej o nogi. Odtrąciła go niecierpliwie. Odszedł i siadł obok Andrija na stole, pomrukując złowrogo.
Czas wlókł się okropnie długo; Marice zdawało się, że wiek cały minął już od przyjazdu męża; nigdy w życiu przedtem tak straszliwie długich godzin nie przeżyła. Ogarnęło ją jakieś straszne odrętwienie; jakaś martwota duchowa i bezmyślność chorobliwa.... Wszystkie wrażenia w życiu doznawane skłębiły się w chaos jakiś dziwaczny, i chaos ten otoczył ją zewsząd, napełniał ją całą.... Czuła wszystkiego po troszę, nic jednak dokładnie.... Zdawało się jej, że wie, iż stanie się coś strasznego; tak ją jednak siły opuściły, że niezdolną była nawet palcem ruszyć na zażegnanie tej okropności.... Wreszcie sama nie wiedziała: czy za jej wolą, czy bez niej stanie się ta rzecz okropna.... Podobna była swą bezsilnością do kilkodniowego dziecka, lub człowieka wielką gorączką zmożonego.
Od czasu do czasu rzucała trwożne spojrzenia w stronę męża. Siedział tam zawsze niby martwy, topor błyskał obok prawej ręki, a tuż koło topora siedział czarny kot i mył się łapką: mrucząc gniewliwie. W migotliwych blaskach dopalającego się ogniska, widniała sucha, ogorzała twarz podstarzałego opryszka, a z twarzy tej brązowej błysnęły czasem złowrogo białka dużych wyrazistych oczu.
Nagle Marika uczuła zimny dreszcz przejmujący od razu całe jej ciało.... Młody kogucik, ochrypłym głosem pierwszy dał hasło.... Wnet po nim ozwały się inne — koncert się zaczął — godzina straszna, godzina duchów się zbliżała.
W kilka minut później przyciszone, niby lękliwe pukanie do okna dało się słyszeć. Marika zerwała się, jakby siłą jakąś odrzucona od ławy.... Pobladła i trząść się zaczęła jak w febrze.... Na kominie wielka kłoda rozpadła się na kilka kawałów i buchnął jasny płomień oświetlający wnętrze izby.
— Puść go! — ozwał się przyciszony, lecz rozkazujący i do głębi węzłów nerwowych trafiający głos Andrija.
Ona stała po środku izby zmartwiała zupełnie. Nie miała siły wykonać rozkazu męża.... Nie mogła już i tamtego przestrzedz.... Z dziwną niemocą słyszała jak drzwi od dziedzińca się otworzyły i on wszedł do izby.... Pociemniało jej w oczach, omal nie upadła na ziemię, aż musiała się oprzeć o przypiecek....
Ilko stał przed nią, piękny i wesoły, w świetnym, błyszczącym mundurze cesarskiego ułana; stał i wyciągał obie ręce ku niej....
— Chodź! — zawołał na nią tylko patrząc. — Wszystko gotowe, będziesz moja!
W tej chwili Andrij z toporem w ręku rzucił się jak żbik naprzód i stanął pomiędzy ułanem a drzwiami, zagradzając mu drogę do odwrotu.
— Złodzieju! — wrzasnął tak, że aż obrazy na ścianach zadrżały, kot umknął pod ławę, a płomień w kominie zamigotał. — Złodzieju! chciałeś ukraść cudzą żonę, tak jak twój ojciec pokradł cudze grunta i ogrody. — I podniósł topór w górę.
— Ona moja! Pierwej była moją niż twoją! — odpowiedział ułan sięgając po zawieszony u boku rewolwer.
Nie zdołał go jednak pochwycić, topór jak błyskawica mignął w powietrzu, uderzył w czerwoną myckę ułana, krew i mózg bryznęły na ściany izby, na żarzące się węgle w kominie, na twarz przerażonej kobiety.... Żar zaskwierczał, kobieta jęknęła boleśnie, a Ilko Szwabiuk jak podcięty świerk karpacki, zwalił się na ziemię.
Stało się! W duszy Mariki przeciągnięta struna jakaś pękła i wydając zgrzyt okropny zadźwięczała po raz ostatni.... Bezsilność opuściła ją, jak tygrysica zraniona rzuciła się do ciała zabitego kochanka, twarz swą krwią jego zmazała i zaczęła całować stygnące usta i gasnące oczy.
— On prawdę powiedział! — krzyknęła rozpaczliwie. — On był mój! mój lubas!... Jam do niego należała pierwej nim ciebie zbóju poznałam.... On był mój!... mój!... mój!... — i cisnęła głowę do piersi w której serce już bić przestało.
— Wiedziałem o tem! — ozwał się z głuchym śmiechem rozwścieczony opryszek.
I topor błysnął po raz wtóry w powietrzu i martwe ciało Mariki spoczęło obok trupa kochanka....
Zabójca, po dokonaniu podwójnej zbrodni, usiadł na ławie, jakby pragnął odpoczynku.... Czyn spełniony i sąsiedztwo pomordowanych ofiar nie przerażały go zbytecznie i zachowywał się tak, jakby nie po raz pierwszy w życiu funkcyę taką spełniał....
Posiedział trochę, odsapnął jak by po ciężkiej pracy, później wstał, poprawił ognisko, dorzucił drew i zabrał się do oglądania zabitych przez siebie istot.... Twarz mu się przy tem zajęciu krzywiła ironicznym uśmiechem.
— Cudzej ci się zachciało — szepnął przez zęby potrącając trupa ułana. — Masz za swoje!
Mówiąc to nachylił się nad trupem, porozpinał guziki munduru i z kieszeni na piersiach wyjął pulares.... Znalazł tam dwa tysiące reńskich stuguldenowymi banknotami i świeżo wydany pasport.... Popatrzył na zdobycz z przyjemnością, pieniądze przeliczywszy schował do żelaznej skrzyni, na pasport popatrzył raz jeszcze, znał się z takimi papierami, nie raz brał je z becyrku dla siebie i towarzyszy.
— Ot tobie podróż z cudzą żoną! — zawołał i cisnął książeczkę w płonące ognisko.
Później ciała pomordowanych powynosił, pozakopywał w zaroślach, ślady krwi w chacie pozacierał i spać się położył jak po pracy ciężkiej.

∗             ∗

Na drugi dzień jak grom rozlegała się po dolinie Czeremoszu wieść: że Szwabiuka syn okradł ojca i wraz z żoną Semaniuka, piękną Mariką uciekł gdzieś w cudze kraje.
Stary wójt wpadł w szał jakiś: latał i zwijał się jak oparzony, wypytywał żandarmów, pojechał do starostwa. Tam dowiedział się, że przekupiony i podpojony przez Ilka stary kancelista Knopf pasport mu na wyjazd za granicę wystawił i podsunął niepostrzeżenie staroście do podpisu.... Pasport był — jak z rewersu się przekonano — wystawiony na imię Ilka Końskiego i jego żony Maryi.... Kancelista Knopf stracił miejsce i poszedł na pół roku do więzienia; nie uspokoiło to starego wójta, szał jego wzmagał się z dniem każdym, pił na zabój i obłęd jakiś chwytał go od trunku.... Przyszły później jakieś majaczenia gorączkowe.... Grunta i połoniny za byle co żydom sprzedawał, a pieniądze zbierał i trząsł się nad nimi.... Tylko Rina cyganka dostęp do starego miała, jeść mu gotowała i w napadach jego pielęgnowała....
Z czasem doszło do tego, iż niechciał wierzyć, iż syn jego z cudzą żoną uciekł.... Siadywał we wrotach chaty lub na ławie przed karczmą i wołał rozdzierającym głosem:
— Ciarachy się pomściły!... Krew pańska bez pomsty nie przepadnie.... Za krew przelaną.... za dziateczki pomordowane, za wielmożne dziedziczki pohańbione, pański Bóg się pomścił na Wojciechu.... Hu! hu!... I cysarz słaby przeciw niego, przeciw tego Boga pańskiego.... Hu! hu! I starosta słaby, i żandarmy bez mocy... Hu! hu!.. Synkuż ty mój, Iliaszu dziecko zasługuj się tam w niebie ciarachom zasługuj, żeby nie znęcali się nad tobą za winy twego ojca.... Hu! hu!... Krew! krew! krew! czerwona!
Huculi słuchali mało zrozumiałych słów i śmieli się, wzruszając ramionami.
Do pół roku po zniknięciu Ilka stary Szwabiuk wysprzedał prawie wszystkie grunta, tylko chatę nad rzeką zostawił sobie i w niej przechowywał pieniądze ze sprzedaży ziemi zyskane. Cyganka jeść mu gotowała i ona jedna nieustannie w chacie przebywała.
Pewnego poranku znaleziono w chacie trupa tylko. Ktoś zabił starego, a pieniądze i cyganka znikły.
W tydzień później udało się żandarmom wyśledzić Rinę. Wzięta na konfesatę wyznała, że Szwabiuka zamordowali: Andrij Semaniuk i dwóch jego synów, którzy wrócili z gór bałkańskich.............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed sądem w Kołomyi stawiono zabójców. Stary opryszek widząc, że się tym razem od stryczka nie wykręci, zapragnął zaimponować licznie zebranym słuchaczom.... Opowiedział przebieg całego życia.... Skrzętnie stenografujący tę dziwną i straszną spowiedź reporter dziennikarski, zapisał trzydzieści siedm zbrodni zabójstwa, popełnionych przez tego dobrodusznego na pozór człowieka.
W skutek wyroku śmierci, wydanego przez ławę przysięgłych.... ojca i trzech synów powieszono w murach kołomyjskiego więzienia....





Przypisy

  1. Podwoda.
  2. Łegin = tęgi parobek, junak.
  3. kapeluszami.
  4. Tęsknisz.
  5. Kochanka.
  6. starszy porucznik.
  7. gospodarze.
  8. guldenów.
  9. drożyna górska.
  10. kochanku.
  11. tratwa.
  12. Gruń, szczyt.
  13. Rodzaj sosny (prima limba).
  14. Pasterze bydła.
  15. Bogacka.
  16. Długa trąba z kory.
  17. neńka matka.
  18. donia córka.
  19. kożuszek bez rękawów.
  20. Urzędnik policyjny z czasów pańszczyznianych, był naznaczony przez rząd a płacony przez dwór.
  21. oświadczyć się.
  22. tertiło = pakunek.
  23. Kris znaczy strzelba, sztuciec.
  24. Parobek służebny.
  25. Skit = górski klasztor gdzie mieszkają mnisi wschodniego obrządku.
  26. Dukacze = złote monety, zawieszane przez huculskie kobiety wraz z koralami na piersiach.
  27. Z niemiecka „pasport“.
  28. Uwolnienie z wojska.
  29. Starostwo.
  30. pierogi z kaszy zawinięte w kapuściane liście, potrawa podawana na uroczystości.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.