Tryumf. Nowele/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Tryumf
Podtytuł Nowele
Data wydania 1916
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAZIMIERZ TETMAJER



TRYUMF

NOWELE







KRAKÓW
NAKŁADEM J. CZERNECKIEGO




KRAKÓW. — DRUK E. i Dr. K. KOZIAŃSKICH.

TRYUMF.



Był przedemną las, ogromny i otwarty.
Kolosalne góry, porosłe lasem, huczące strumieniami wodospadów, pełne zdradnych zapadłych jarów, ziejące urwiskami i czeluściami, gdzie zdawała się mieszkać śmierć.
Ludzie moi i maszyny wyrywali otwór w tym lesie i w tych górach ogromnych. Sto toporów podnosiło się i cięło drzewa, a te sto toporów dźwigała jedna moja dłoń. W huczących i tętniących maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce. Setki ludzi czuły, działały, żyły przeze mnie. Moje życie, moja wola była w tych minach dynamitowych, od których pękały złomy i zawały skalne. Na wysoko wystrzelającą jodłę, na jodłę, która znała dotąd tylko wiatr i pazury kołyszącego się na jej konarach orła, na jej wierzchołek kiedy padł mój wzrok: jodła drżała i przyginała się dumna ku ziemi. Olbrzymie odwieczne buki ochylały smutno ramiona, czekając śmierci. Strumienie ustawały szemrać, kiedy stanąłem nad niemi, nim zapadły się w wyrwaną pod ich stopami otchłań kamienną. Wicher, któremu odbierałem drzewa, gdzie szumiał dziko i przeraźliwie, głosząc sławę puszczy, albo gdzie przylegał cicho śpiący, jak ryś syty obłowu: bił w moją twarz z wściekłością, okradany i krzywdzony. Jelenie, którym wydzierałem las, pochylały na mój widok rogi i ryczały złowrogo. Albowiem w dziewiczą wiekuistą puszczę wniosłem zniszczenie, wniosłem klęskę, trwogę i śmierć zagładną.
Ale tam!...
Oto tam niosłem życie! Tam, za góry, ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów, spłynąć miało światło, spłynąć miał chleb, spłynąć miało nowe, świeże, promienne życie. Ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów spłynąć tam miała kultura, spłynąć miał nieznany dotąd dobrobyt, spłynąć miała nowa epoka, odrodzenie zapadłych, pleśniejących miejsc. Wydawało mi się, że niosę coś boskiego w sobie, że sam Bóg błogosławił mię na drogę i swe ręce nademną trzyma, rozchylone, potężne i święte. Z gromnym okrzykiem: Życie! Życie!... szedłem naprzód, darłem się przez krze, załomy, lasy, wikle, rzeki, jary i przepaści, rozbijałem i kruszyłem skały, płosząc orły, wilki i jelenie skalne, a setki dłoni podnosiły topory przez moją dłoń, w huczących i tętniących maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce.
Tak szedłem naprzód! naprzód! naprzód!
Byliśmy już głęboko zaszyci w puszczę. Ogniska nasze w nocy promieniały czerwono i biły dymem w górę; już głuche wieści musiały o nas dochodzić za góry i las, bo się czasem podkradały ku nam zdumione i wystraszone twarze i patrzały z gąszczów i haszcz na naszą robotę. Ludzie moi nazywali ich leśnymi dyabłami.
A mnie było tak dobrze! Naokoło miałem dziką, rozkiełzaną, pierwotną naturę i przed sobą piękny, wielki, święty cel!
W tem fizycznem życiu nie miałem czasu wątpić, nie miałem czasu wahać się, nie miałem czasu truć sobie myśli najokropniejszem z wszystkich pytań: po co? Bo zapewne, zapewne: po co tam szedłem, po co budowałem tę kolej? Czy to dobre, co niosę, nie wywoła nowego zła, które może będzie większe, niż zło dotychczasowe? Zapewne — ale nie pytałem się o to. Miarowy stuk toporów i głośne ich echo odpędzały mi wszelką refleksyjną, krytyczną myśl, czułem, że tworzę, że tworzę, że dążę, że praca sama dla siebie może być celem, szczęściem, upojeniem, jak wszystka rozkosz, której się szuka tylko dla rozkoszy, jak gimnastyka umysłowa przy księgach trudnych, ciężkich i zawiłych. Człowiek zresztą podobny jest do dziecka, które skacze i biega, nie zastanawiając się nad tem, czemu to robi, bo jego siły młode do tego prą. Tak samo akcya potrzebna jest dla tych ludzi, którzy są do niej zdolni, dosyć na nią silni, śmiali i przedsiębiorczy.
Kiedy wypracowałem plan mojej budowy, zdawało mi się, że nie wytrzymam w biurze, nad stołem, mapami i cyrklem. W wyobraźni mojej widziałem to, co teraz widzę, zanurzałem się w las, topiłem się w tej topieli pierwotnego prabytu i nieraz, kreśląc linie, porywałem się od stołu z wniesionemi w górę rękami, z rozdętą piersią, z tłumionym krzykiem w ustach, ja, człowiek pierwotny, którego dusza rwała się do swojej ojczyzny, do swego domu! Tylko, że nie szedłem tam już tylko po to, aby tam żyć: miałem cel, szedłem z myślą, z wolą, z zamiarem, dziesiątkami tysięcy lat, całemi warstwami cywilizacyi odległy od swego ja z przed dziesiątek tysięcy lat.
Puszcza ustępowała nam zwolna i z oporem. Zdawało mi się nieraz, kiedy patrzałem w jary, zasypane rumem, pogruchotanemi pniami jodeł i buków, powydzieranemi z ziemi korzeniami, że gwałcona woła o jakąś karę i pomstę na mnie, i te sterczące ku górze gałęzie i korzenie wydawały mi się podobne do rozpaczliwie ku niebu wygiętych ramion jakichś tytanów i gigantów, które swawolny bóg wyłamał i pogruchotał. A tam w górze była przecież jakaś Nemezys, jakieś Fatum, wyższe nad bogów i ludzi.
I czasem zdejmował mnie lęk.
Bo cóż mogło obchodzić tę puszczę, te odwieczne drzewa i nieruchome skały, jakieś światło, jacyś ludzie, jakieś życie, jakiś człowieczy cel? Zimna, niewzruszona i obojętna natura jakiż związek ma z istnieniem człowieka, co między nią, a nim jest wspólnego? Jak gwiazdy na niebie, tak drzewa na ziemi nie wiedzą o człowieku nic. Fizycznie jest tylko jedna wspólna ogromna materya, jeden wspólny, pierwotny początek, jedna pierwoegzystencya, jeden wspólny pierwiastek, do którego wszystko się da ściągnąć i z którego wszystko się da wyprowadzić — ale po za tem:

„jesteśmy łódką na szalonej fali,
bo niema żadnej miłości w naturze...“

Gdzie niema miłości, niema i nienawiści, ale jedynem uczuciem, jakieby między człowiekiem a naturą mogło być, gdyby wogóle jakie być mogło, byłaby nienawiść. Tam w górze nad ziemią

„wieczysta trwania
straszliwa obojętność z gwiazd się wyotchłania“;

tu w dole, nizko, na ziemi, gdzie walka wre, byłaby nienawiść, sprzeczność.
Wieczorem, znużony, zasypiałem, jak kamień, ale nieraz rano, kiedy chmury zaścielały widnokrąg, wrzosy i maliny dzikie, pozaczepiane o kosodrzewinę, widniały smutne i niknące we mgle, kiedy rosa ociekała z drzew, albo deszcz padał i stosy pościnanego drzewa, porżniętych tramów i desek szkliły się od wody i pachniały przejmującą, zatęchłą wonią: zdejmował mię jakiś strach.
Miałem wówczas ochotę rozkrzyżować ręce i krzyczeć tej puszczy: zrozum to, że ja, człowiek, ja muszę tak działać! Zrozum to, że ja nie idę przeciw tobie dla niczego, dla samej z tobą walki i samego nad tobą zwycięstwa, ale że wiedzie mnie wyższa moc, ten duch, którego ani ty, ani ja nie pojmujemy, który w człowieka tchnął Bóg, Sobie tylko zostawiając jego widzialność i pojęcie. Bóg skazał cię na to, abyś grodziła nam drogę i abyśmy ją torowali przez ciebie — musisz ustąpić, musisz ulec, jesteś ślepą, bezwolną siłą, jak trzoda bawołów, musisz być zwyciężona przez ludzki rozum. Dlaczegóż oto nie rzucasz na nas głazów z twoich skalnych uboczy, dlaczegóż nie zatopisz nas powodzią, dlaczego nie dasz roznieść stadu rozhukanych piorunów?! Martwa jesteś, bezmyślna, bezwolna, trzoda bawołów, którą jeden pasterz biczem gna, a ona kroczy, gdzie każe.
Ale czasem wydawało mi się, że idzie z tej puszczy jakiś głos, że jakiś duch natury, kolosalny i straszny podnosi się przeciw mnie i spogląda mi twarzą w twarz, dźwigając się z wądołów, z za pagórów leśnych, tak, iż go widzę po piersi. Patrzy na mnie i zasępia mię oczyma, podobnemi do chmur gradowych o kolorze groźnego granatu, i ramion swych szerokością, jak turnie skalne; ale nie podnosi przeciw mnie swych rąk, których nie widzę za wzgórzem zarosłem. I wydaje mi się, że uśmiecha się z jakąś spokojną, potwornego bożyszcza ironią. Więc nie uderzysz we mnie piorunem, ani nie strącisz mnie w przepaść, ale dasz mnie ukąsić żmii nędznej, co się czołga po ziemi i którą butem zgnieść mogę, albo skorpionowi, który ucieka przedemną? A ów straszny duch uśmiechał się cały, aby położyć się na wodnym mchu i rozpleść brodę po wrzosach i dzikich malinach.
Nie wiem, jak długo byliśmy już w puszczy, bom prawie stracił rachubę dni i nocy. Ale zeszły nam pewno ze dwa miesiące. Zrazu spotykaliśmy pasterzy i leśników; potem nikogo, oprócz od czasu do czasu pojawiających się w zaroślach mieszkańców z tamtej strony lasu.
Wtem pewnego dnia, o zachodzie słońca, kiedyśmy kończyli robotę i zabierali się do legowiska, dobiegło nas szczekanie psa.
Uśmiechnęliśmy się niemal wszyscy i mimowoli z tych i owych ust wyrwał się okrzyk radosny: a! a! — bośmy już byli zupełnie zdziczeli w puszczy i odwykli od ludzkich osad i chowanych zwierząt. Może po raz pierwszy od długich tygodni spojrzeliśmy po sobie: byliśmy prawie czarni od dymu, smoły, wichru i słońca, oberwani, zarośli, raczej banda opryszków, niż ludzie cywilizowanego świata.
Pies szczekał: po głosie poznałem, że to był gończy pies myśliwski i że nas zwęszył. Niezadługo zaszeleścił w zaroślach, a potem wysunął się ku nam w pół ciała, ujadając mocno. A potem — zupełnie jak w romantycznej bajce — w zaroślach pokazała się głowa sarny i z sokołem w kapturku na berle jakaś zaczarowana księżniczka, czy nimfa leśna, coś, o czem się mówi: nie, ciebie niema wcale, ty jesteś jeden cud.
I zaraz las począł szumieć dziwnie jakoś i niezwyczajnie, jakaś łagodna, słodka melodya poczęła płynąć po gałęziach, dalej i dalej, i rozpływać się, rozlewać po ciemni.
— Otom jest zaczarowany las — puszcza przepastna... — szumiało w bukach i jodłach.
Puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się we mnie, jako w krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Jako w źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, a niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy...
Trwało to zapewne sekundę; kiedy spojrzałem znowu, już jej nie było.

∗             ∗

Nie poszedłem, jak zwykle, na wspólną z robotnikami przy ogniu wieczerzę. Zamknąłem się w moim namiocie i rzuciłem na posłanie na wznak. Przez dwa miesiące nie widziałem kobiety; zapomniałem o niej, odwykłem od niej.
W tej puszczy, wśród ciągłej walki i ciągłego trudu, z myślą, jaka mi grała w głowie, niemiałem poprostu czasu pamiętać o kobiecie. Nie przywodziło mi jej na myśl nic, nic nie przypominało. Jakaś była taka groza świata, przez któryśmy szli, jakaś taka powaga w naszej pracy, że nikt nie śpiewał wesołych, lub hulaszczych piosenek, nie było mowy o rozpuście, lub swawoli. Twardy trud i majestat natury przemieniał nas w jakieś duchy o żelaznych mięśniach i żelaznej woli. Ludzkie, codzienne instynkty i namiętności, odpadły od nas, jak liście uwiędłe z drzewa, które ścisnął mróz. Było mi tak dobrze, tak swobodnie, miałem taką jasną, trzeźwą, bujną myśl, tyle spokojnej, pewnej, niegorączkowej, zdrowej energii...
Kto ona była, ta kobieta? Zkąd się wzięła w tym lesie? Po co przyszła?
Spokojny mój, rzeźwy sen pierzchł.
Czułem się jak zatruty. Przewracałem się po posłaniu, nie mogąc, nie chcąc zresztą zasnąć. Zgubione instynkty poczęły się we mnie budzić. Niewidna, zamglona, cienista postać kobiety poczęła mi się uplastyczniać, ujawniać, urzeczywistniać. Widziadło, które trwało sekundę i majaczyło mi tylko w oczach, poczęło się zamieniać w kształt. Już widziałem ciało kobiety, czułem je, przypominałem sobie.
Więc tak! Jeżeli to jest jakaś dziewczyna z lasu, jakaś córka odludka, lub leśnika, dlaczegóż niemam jej wziąść, dlaczegóż niemam się z nią naprzykład ożenić, jeżeli tylko za mnie wyjść zechce. Wówczas będziemy razem wspólnie pracowali, ona dopomoże mi do dokonania mego dzieła, razem wybudujemy tę kolej, poniesiemy doliną za lasem światło i chleb. Razem — ręka w rękę, dusza z duszą...
Hahaha! Porwał mię pusty, głośny śmiech. Odwieczne kłamstwo, odwieczna blaga, której kobiety żądają od mężczyzn, którą mężczyźni pozują sami przed sobą.
Jestem młody, nie mam lat trzydziestu, dwa miesiące nie widziałem kobiety, jem dobrze i piję, jestem zdrów i chce mi się jej uścisku, jej ust, nie jej duszy i wspólnej pracy. Wspólnej pracy dla ideału... Hahaha! śmiałem się znowu. Śmieszny i zabawny frazes. Gdyby ona tu ze mną była i gdyby miała włochatą brodawkę na ramieniu, niezawodnie bym jutro rano nie myślał o braterstwie dusz i wspólnej pracy dla ideału. Kłamstwo i blaga! Ojcowie naszych dusz wiedzieli dobrze, co o tem sądzić.
Ale jeżeli jest piękna i jest piękna cała, jak Wenus florencka...
Właściwie, to co mi do tych ludzi z za lasu? Żyję tak krótko i tylko raz....
Porwałem się z posłania i wylałem sobie kubeł zimnej wody na głowę. Poczem nalałem pełną miednicę i z jakąś gorączkową zapalczywością począłem maczać głowę w wodzie. Potem ogarnął mię śmiech, że taki jest fizyczny rezultat mego moralnego wrażenia, uwidoczniła mi się niesłychana śmieszność funkcyi fizycznych, wywołanych pobudkami moralnemi, otarłem głowę, zapaliłem cygaro i wyszedłem przed namiot na dwór.
Cisza była i noc. Nad drzewami świeciły gwiazdy na zupełnie czystem, pogodnem, ciemnogranatowem niebie. Kiedy bytem dzieckiem, wiele takich nocy spędziłem gdzieindziej w górach.
Była noc, noc gwieździsta...
— Pójdź — szeptał las. — Otom jest las zaczarowany, puszcza przepastna...
Źródło jest we mnie, źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy, gdy zamoczysz twą głowę w krynicę, gdy zanurzysz twe serce w wodę, którą obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Piękna, piękna! pragnę cię, chcę cię, szukam cię!... — począłem wołać na las, na ciszę na ciemność i na gwiazdy rozsiane nad puszczą.

∗             ∗


Nazajutrz wstałem z głową ciężką, późno. Po raz pierwszy nie budziłem moich podwładnych. Stary Szymon, mój główny pomocnik i specyalista od zakładania min dynamitowych, zbliżył się ku mnie, popatrzał na mnie niespokojnie i spytał, uchylając czapki:
— Czy pan inżynier nie słaby?
— Nie. Zaspałem tylko trochę.
— I sen pan inżynier miał niespokojny. Ja nadsłuchiwałem trochę przed namiotem. Bośmy się zwykle witali o czwartej, a teraz to już ósma dochodzi.
— Zaspałem. Późnom się położył. Ale robota idzie?
— Idzie. Ale tu na lewo, tylko się zniżyć trochę i za wodę, jest mieszkanie ludzkie.
Drgnąłem, ale usiłowałem nie zdradzić wzruszenia.
— Któż tam mieszka?
— Leśniczy królewski.
— Sam?
— Nie. Jest mała osada. Służba, krowy, konie. Gospodarstwo, jak zwykle.
— A w domu?
— Jego niema teraz, pojechał do stolicy. Została tylko żona.
— Zkądże to wszystko wiecie?
— To jest dwa kilometry ztąd. Ludzie nasi już tam byli, ci, co drzewo spuszczają.
Podałem Szymonowi cygaro i chciałem odejść, stary rzekł jeszcze do mnie:
— Panu inżynierowi toby się przydało choć tę parę dni, co tu będziemy jeszcze pracowali, przemieszkać nie w namiocie, ale w uczciwym domu. Bo to i o chorobę nie trudno.
— Ale my tu przecie nie będziemy już długo. Trzeba się nam będzie przenieść za rzekę i tam na czas rozłożyć.
— Ale tymczasem.
Odszedłem. Jest to więc zapewne córka królewskiego leśniczego...
Patrzałem na robotę, nie widząc jej; przez machinalną wprawę tylko nie zdradzałem się przed robotnikami, że jestem nieprzytomny.

∗             ∗


Uciekłem do mego namiotu i udałem, że mam listy pisać. Właściwie chciałem się zdobyć na odwagę pójścia do leśniczówki. Zacząłem się ubierać; wyszukałem zwierciadło, ubrałem się do pół. Potem zacząłem nie ściągać, ale zrywać z siebie ubranie z furyą. Potem zacząłem się znowu ubierać, wolno, systematycznie, zagryzając usta i wiążąc krawatę spokojnie, ale ściskając ją tak w palcach, jakbym ją chciał udusić. Ubrałem się. Wziąłem rewolwer do kieszeni, szpicrutę w rękę, kazałem sobie podać konia i pojechałem we wprost przeciwną stronę leśniczówce, aby, zrobiwszy łuk, nawrócić ku niej. Ale jechałem i jechałem coraz dalej. Począł mię w siebie wciągać las. Jest to wciąganie w siebie, jakie mają w sobie mrok, przestrzeń wodna i las — tonie się w czemś głębokiem, dlatego, że głębokie.
Jechałem i jechałem dalej, przez gąszcze, przez mchy, wrzosy i dzikie maliny. Już nie dochodził mię stuk toporów, ani kilofów. Raz tylko słyszałem huk; to mina rozerwała skałę. Rzucimy przez rzekę most tymczasowy i będziemy robili po prawym brzegu tunel.
Jechałem dalej.
Miałem na sobie piękny nowy ciemny garnitur, łosiowe spodnie, lakierowane buty i piękną, secesyonistyczną krawatę z perłą. Po cóż tak wystrojony jechałem w puszczę, gdzie dotąd oglądały mię tylko wiewiórki, kuny, żbiki i drozdy skalne? Zawróciłem konia i począłem się zniżać ku dołowi. Otwarła się leśna droga, zielona i miękka. Począłem pędzić z góry na łeb na szyję galopem; nagle lekkie wzniesienie, a poza niem, o kilkaset kroków, dom i zabudowania gospodarskie.
Leśniczówka.
Poczęło mi serce bić i zmięszałem się bardzo, bo co ja powiem i po co jadę? Stęskniłem się za ludźmi? Co ich to może obchodzić. Pragnę kilka dni pomieszkać w ich domu? Mogą mię tak przyjąć, że mi to przez gardło nie przejdzie. Powiem, że przyjeżdżam przestrzec, że będziemy bardzo dużo huku robili, rozsadzając skały, a ponieważ widziałem kobietę...
Już nie myślałem nic, tylko jechałem naprzód. Koń, znudzony wybojami leśnemi, grzmiał po miękkiej drodze, jak wiatr. Myśliwskie psy poczęły ujadać z za parkanu. Wkrótce jednak ktoś gwizdnął i kazał im być cicho. Podjechałem pod bramę. Ku bramie wyszedł parobek.
— Kto taki?
— Inżynier królewski.
Zdjął czapkę.
— Co pan każe?
— Czy jest kto w domu?
— Jest pani.
A panienka? — chciałem się spytać i zrobiło mi się bardzo przykro.
Wyjąłem bilet i kazałem się zameldować, wjechawszy w podwórze.
Po chwili parobek wrócił z odpowiedzią, że pani jest w ogrodzie i tam prosi.
Zły i zawiedzony oddałem konia i poszedłem za służącym, który wyszedł po mnie; powiem tej babie, że będą strzelać i niech ją zresztą dyabli porwą!
Będę minutę, powiem i odjadę.
Nawet się nie spytam o córkę, co mi tam! Przeszliśmy przez sień do ogrodu. I znowu jak w romantycznej bajce: na gałęzi chowany sokół, sarna i gończy pies u jej stóp, a na darniowej ławce z książką w ręku, ona, ta, której niema, ale jest tylko jeden cud...
— Jesteście panowie kolegami z moim mężem, ponieważ obaj służycie królowi — rzekła wstając i wyciągając ku mnie rękę — przyjmuję więc pana, mimo że męża mego niema w domu. Proszę niech pan siada. Pan w okolicy buduje kolej — nieprawdaż?
Żadnych:
— Co pana sprowadza i t. d.
Usiadłem i rozmawialiśmy — nie wiem o czem.
Kiedy mówiła, zdawało mi się, że za kwiatem rośnie kwiat. Tymczasem jej duże, ciemnoszafirowe oczy snuły mi się po twarzy i zupełnie niezależnie od ust, swoją miały wymowę.
Pytały.
Pytały mię o mnóstwo rzeczy najtajniejszych, najskrytszych, najbardziej nie do wymówienia. Pytały ciągle, uporczywie, rozkazująco. Musiałem zdawać jakiś egzamin, który mnie mieszał i drażnił, a razem sprawiał mi niewysłowioną rozkosz. Odpowiem ci na wszystko, wszystko — mówiłem jej nawzajem oczyma — bo cię kocham!...
A oczy jej, wybadawszy mię i skończywszy egzamin, poczęły potem dźwięczeć i dzwonić:
— Oto zaczarowany las, puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się, jako w krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Pójdź, niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy, krople wody, którą obrosły lilie i tulipany o liściu czerwonym...
Poszliśmy potem na kawę do pokoju. Tu było mnóstwo strzelb, fajek, łbów dziczych, niedźwiedzich skór i orłów wypchanych z rozpiętemi skrzydłami.
Na ścianie widniał portret starca.
— Mój mąż — wskazała mi portret ręką.
Mimowoli wyrwało mi się trochę nagle:
— Mąż pani?!
Uśmiechnęła się i odparła:
— Tak, panie inżynierze.
Kiedym ją żegnał, uścisnęła mi mocno rękę i powiedziała:
— Mam nadzieję, że pan mnie często odwiedzać będzie. Mąż mój wyjechał na długie tygodnie do stolicy i okropnie się nudzę sama jedna. Proszę pana jutro na obiad.
— Dziękuję pani, ale na obiad nie mogę; jestem zajęty.
— Więc na kolacyę.
Wolałem tak.
Pocałowałem ją w rękę. Byłbym ją tak całował wiecznie. Wsiadłem na konia i wyjechałem na wzgórze. Obejrzałem się. Stała w ogrodzie.
Nim uchyliłem kapelusza, wyciągnęła ku mnie rękę z chustką.
Nie wiedząc prawie sam co robię, posłałem jej od ust pocałunek. Odwróciła się szybko.
Wtenczas spiąłem konia i krzycząc: palnę sobie w łeb! — poleciałem, jak furyat, do obozu.
Nazajutrz od czwartej rano kułem kilofem, jak prosty robotnik. Powiedziałem, że się trochę czuję niezdrów, że chcę wypędzić zaziębienie.
Przyszła pora wieczoru, a jeszcze kułem. W wieczór oświadczyłem, że kto chce na ochotnika i za osobnem wynagrodzeniem, to będziemy kuli przy pochodniach w nocy, gdyż obawiam się deszczów i że nam woda zaleje roboty i zasypie glina. Znalazło się kilkunastu ochotników. Rano, wyczerpany, znużony, bezsilny, runąłem jak kłoda na moje polowe łóżko w namiocie.
Kiedym się obudził, chłopiec służący zameldował mi, iż jest człowiek z listem.
Serce uderzyło mi, jak młot. Wypowiada mi dom, co sam zrozumiałem...

— Daj list i odpraw człowieka.
— Powiada, że będzie odpowiedź.
— Daj list.
„Dlaczego pan nie przyszedł wczoraj i proszę donieść, kiedy pan przyjdzie. Wygląda pan na to, że pan lubi krem i był krem. W braku pana zjedli go Remus, Zagraj i Polot. To jest Polot, o tyle, że wsadził w niego dziób i szpony. Był bardzo dobry; proszę żałować i przyjść na drugi.
Do widzenia
Myrta X...“
Napisałem: „Boję się“ — dałem posłańcowi dukata, wyrzuciłem chłopca z namiotu i całowałem list, każde słowo, każdą kreskę. Potem porwałem się znowu do kilofa.
Około południa przyszedł drugi list: „Od tego jest miłosierdzie, żeby były grzechy. Czekam wieczorem“.
Przyrządziłem sam minę dynamitową, wyprawiwszy Szymona pod jakimś pozorem. Straszny huk, który rozdarł powietrze, poobalał ludzi z nóg i zatrząsł całą puszczą.
Był to okrzyk mojego tryumfu, „mina à la crème de cafè...
Hurrra!!!...

∗             ∗


I tak chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Zaczarowane państwo znów otwarło przed nami bramy. To, co młody człowiek może śnić, może marzyć, to, za czem miliony tęsknią, czego miliardy pragną i co nie jest im dane nigdy: to miałem urzeczywistnione.
Chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Było źródło błękitne, jasne, obrosłe przez lilie i tulipany czerwone. Sama je tam Myrta posiała na wiosnę. Kwitły i odbijały się w wodzie. Tym była nasza najulubieńsza wycieczka.
Tam, kiedy odeszła raz, aby wydać podwieczorek czeladzi, leżałem twarzą ku ziemi, patrząc w wodę i odbite w niej kwiaty i wierzchołki drzew. Myślałem o niej, jak jest piękna. Nagle uczułem na oczach dwie dłonie.
— Kto? — spytał mię zmieniony głos.
Nie wiem dlaczego odpowiedziałem:
— Żona.
Chwila milczenia i naturalny głos Myrty odpowiada mi:
— Ja nie jestem żona.
Wykręciłem kark i spojrzałem jej bystro w oczy. Była różowa cała od rumieńca.
— Ja nie jestem żona — powtórzyła.
Nie pytałem się naturalnie o nic.
— Ja wyszłam za mego męża — mówiła dalej — byłam biedną dziewczyną i wydali mię za niego. Miałam lat ośmnaście, a on miał blizko siedmdziesiąt. Cztery lata temu.
Upoważniony przez nią spytałem:
— Czy pani jest dobrze?
Pomilczała chwilę i odpowiedziała mi:
— Bardzo jest dla mnie dobry i mam pewny byt — —
...Wydało mi się, że lilie i tulipany pochyliły głowę...
— Ale — mówiła dalej — ja jestem raczej jego córką, niż żoną. Nie mamy przecież dzieci.
...Wydało mi się, że lilie i tulipany znowu pochyliły głowy ku ziemi...
— Nie macie dzieci — powtórzyłem machinalnie.
— Bardzo przykro niemieć dzieci — westchnęła.
— Porwałem jej ręce do ust i zacząłem całować, namiętnie, gorąco, bez pamięci. Czułem się w prawie, w pełnem, zupełnem prawie. Nie broniła mi rąk. Nieruchome leżały one w moich rękach przy ustach.
— Moja, moja — szeptałem.
Nie odpowiadała mi nic.
Pies Zagraj i młody koziołek Remus patrzyły na nas jakby zdziwione, potem pies szczeknął, koziołek nastawił ku niemu rogi, pies począł, ogon podwinąwszy pod siebie, na złamanie karku biegać wkoło, przeskakując strumyki i rowki, koziołek pędził za nim.
Roześmiała się.
— Myrto — rzekłem, patrząc jej w oczy, klęczącej nademną.
— Prawda, jak ładnie — powiedziała.
— Myrto — powtórzyłem.
— Popatrzała na mnie i wydało mi się, że jej oczy widzą niezmiernie wiele.
— Tak, — uśmiechnęła się — miłosierdzie jest na to, aby przebaczać grzechy.

∗             ∗


Wszystkie jej słowa wydawały mi się cudowne, nadzwyczajne, niepospolite i nigdy nie słyszane.
Roboty nasze po lewym brzegu rzeki były już na ukończeniu. Stary Szymon przyszedł do mnie pewnego wieczoru w sprawie budowy tymczasowego mostu, co mogło być w przeciągu jednego dnia gotowe.
Jakto?! Jutro więc miałbym opuścić to miejsce?
Począłem wynajdywać tysiączne przyczyny, dla których trzeba było jeszcze zostać. Poszedłem raz jeszcze oglądać drogę i wynalazłem mnóstwo niedokładności i poprawek, na które stary Szymon kręcił głową i przypatrywał mi się ze zdumieniem. Nakoniec zmarszczył brwi i rzekł surowo:
— Panie, trzeba naprzód iść, albo robotę oddać innemu.
I patrzał na mnie przymrużonemi oczyma.
Krew uderzyła mi na twarz; ogarnął mię wstyd. Stary Szymon wiedział naturalnie doskonale, dlaczego ubieram się teraz inaczej i dokąd jeżdżę wieczorami konno. Nie mówił nic, bo nie śmiał, zresztą robota szła po swojemu; ale teraz powiedział mi wprost: trzeba naprzód iść, albo robotę oddać innemu.
Stałem przed nim zakłopotany. Jego olbrzymia postać wznosiła się nade mną. Z nabrzmiałemi na piersiach muskułami podobny był do odłamu skały; szpakowate włosy spadały mu ku ramionom, siwe wąsy, przycięte ku ustom.
Czułem, że tu nie mogę grać w zakryte karty.
— Cóżbyście wy zrobili na mojem miejscu? — spytałem.
Myślałem, że odpowie mi coś o grzechu, o cudzej własności, o starym nieobecnym mężu, o szóstem przykazaniu i sumieniu, ale on powiedział mi tylko:
— Albo bym naprzód szedł, albo robotę oddał.
— I poszlibyście naprzód?
— Jakbym się zawziął na początku, że pójdę, tobym poszedł.
— A jakbyście nie mogli iść?
— Niema musu, gdzie jest wola.
— Wola czasem nie wystarcza.
— Niema takiej woli, co nie wystarcza, chyba taka, co jej niema.
— Będziemy jutro nocowali za rzeką.
Wyciągnął ku mnie twardą starą rękę, potrząsnął moją dłonią i odszedł, pykając z fajki.

∗             ∗

Będziemy jutro nocowali za rzeką...
To znaczy — —
Wcisnąłem pięści w oczy i upadłem czołem na kraj stołu.
To znaczy rozstać się z Myrtą, rzucić wszystko, ją i ten ogród zaczarowany, i to zaczarowane źródło w lesie, orosłe przez lilie i tulipany, które ona sadziła na wiosnę.
Nie była moja, a ja byłem jej cały, ciałem i duszą, cały jej oddany, poświęcony, zgubiony w niej do szczętu.
Tego wieczora poszedłem do niej piechotą.
— Co panu jest? — spytała mię w progu.
— Przychodzę się pożegnać; jutro przenosimy się na drugą stronę rzeki.
— Dlaczego?
— Skończyliśmy tu roboty.
Popatrzyła na mnie pytająco.
— Jakto? Przenosisz się pan?
— Tak. Muszę.
— Niema musu tam, gdzie jest wola.
Spojrzałem na nią zdumiony.
— Przed chwilą te same słowa słyszałem od mego minera.
— A widzisz pan!
— Tak, ale on mówił dlatego, żem się ociągał z budową mostu.
— I zaczniesz pan budować?
— Zacznę.
— I przeniesiesz się pan?
— Tak.
Jej oczy — pierwszy raz — błysnęły, jakby się w nich proch zatlił.
— A gdybym... — urwała; pons ją oblał.
— Myrto — rzekłem przytłumionym głosem, chwytając ją za rękę — Myrto, ty wiesz przecie, że ja tam muszę iść, wiesz, dlaczego opuszczam to miejsce. Tam przecież krocie, miliony ludzi czekają na światło i chleb. I to ja im je dam.
— Boże! — krzyknęła, marszcząc twarz i podnosząc ramiona. — Czy jedna godzina szczęścia nie jest więcej warta, niż te wszystkie ideały, jakie osiągnąć zamierzasz?! Nie zrobisz ty, to zrobią inni.
— Ale to ja chcę zrobić.
Zmierzyła mnie wzrokiem.
— Ty powiesz, że to miłość, idea prowadzi cię, a ja ci powiem, że pycha i ambicya.
Miała taki wyraz oczu i ust, żem nie śmiał zaprzeczyć, bo czy może być śmieszniejsza pozycya, jak człowieka, który dowodzi, że jest cnotliwszy, niż o nim sądzą.
— Zostań tu. Ja chcę, żebyś został — — ja — — proszę...
Głowa jej po raz pierwszy pochyliła się ku mnie; głos po raz pierwszy stał się podobnym do błękitnego wschodu jutrzni rannej.
Pochyliła się ku mnie jeszcze więcej; uczułem gorąco jej ust.
Potem cofnęła się miękko i osłable i wyciągając ku mnie rękę, rzekła cicho:
— Więc ostatni raz?
— Przyjdę się jutro pożegnać.
— Kiedy?
— Rano. O świcie.

∗             ∗

Był przedświt cichy i szary, jak to źródło w ogrodzie, orosłe przez lilie i tulipany, w wieczorną porę. Czekałem na nią.
Nie spałem całą noc. Czułem, że tę kobietę kocham do szału, do obłędu, że jej pragnę, jak więzień powietrza, jak nędzarz chleba, jak wędrowiec wody. To już nie było moich lat dwadzieścia ośm, gorąco letnie, miesiące całe spędzone zdala od kobiety: to była miłość. Kochałem ją tak, jak się kocha, kiedy się kocha.
Ale tam czekał na mnie most, czekała budowa drogi żelaznej i ludzie za lasem, głodni, nędzni i ciemni. Czułem, że bez tej kobiety żyć nie będę mógł, póki albo ja, albo ona będziemy istnieli. Jedno z nas musi ustąpić: albo ja z moją miłością, albo ona ze swoim czarem, który mi ręce i nogi związał.
Jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży, że kobieta staje na drodze mężczyzny i przeszkadza mu w spełnieniu dzieła, które jest jego ideą i obowiązkiem, jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży: miliony mężczyzn łamią się i opętam przez anioła śmierci, lecą w otchłań. Tysiące, miliony mężczyzn... Jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży, że kobieta, zamiast być wiatrem popychającym żagiel, staje się rafą podwodną, albo mielizną; zamiast być gwiazdą przewodnią, staje się obłąkaniem burzy, zamiast być krynicą krzepiącą, staje się odbierającem siły opium: wtedy tysiące, miliony mężczyzn, którzy powinni naprzód iść, kruszą się i łamią, a powinni kruszyć i złamać kobietę; giną, a powinni poświęcić kobietę. Jeżeli się nie ma sił, aby od niej odejść, póki istnieje, a czuje się, że się będzie miało siły dalej iść, kiedy przestanie istnieć: powinna przestać istnieć.
O charakterze, znaczeniu i wartości czynu świadczą warunki.
Jeżeli Myrta nie stanie mi na przeszkodzie w mojej drodze: dobrze, dobrze dla niej. Ale jeżeli stanie — biada jej!
Tak jest: biada jej! Nie dam się złamać i zniweczyć ani jej, ani mojej namiętności, jeżeli złoży się tak nieszczęśliwie, że mi stanie na drodze, jak złe przeznaczenie.
Nie będę z liczby tych, którzy obłąkanem rozpaczą okiem patrzą za swem dziełem unicestwionem w otchłań, w którą runęło, jeżeli los nie przeznaczył mi, aby kobieta przeszła koło mnie obojętnie, albo podała mi rękę do wspólnej pracy.
Nie będę igraszką losu, kołem, które się tam toczy, dokąd je pchną.
Gdybym miał nawet zrobić coś strasznego: wyrwę się i pójdę naprzód.
Był przedświt cichy i szary, słońce zaczynało się dopiero dobywać z za krawędzi ziemnej. Wtedy nagle i niespodziewanie stanęła przy mnie. Nie miała na sobie sukni, tylko na bieliznę rzucony płaszcz, miękki i wolny. Ciało jej całe modelowało się, jak gips pod wilgotną draperyą.
Przeszła koło mnie, rzucając mi jedno słowo:
— Pójdziesz?
Odparłem:
— Pójdę.
— Bądź w wieczór nad urwiskiem, koło kapliczki.
I poszła dalej, nie odwracając się wcale, cudowny posąg, którego każdy ruch odbierał zmysły.

∗             ∗
Nadszedł szalenie upalny, parny, duszący dzień. Pot lał się z robotników, którzy stawiali tymczasowy most. Mnie krew biła do głowy i gorączka paliła mi oczy i wargi.

Co będzie w ten wieczór, w dzisiejszy wieczór?...
Cokolwiek bądź: pójdę dalej!
Przerzucenie mostu jest niczem, wrócić można i o tysiąc mil, ale ulec, dać się uwięzić tej kobiecie, która nie rozumie nic poza sobą: to jest wyrzec się siebie.
Nie jest winną. Niczego jej nie nauczono, nic jej nie powiedziano — nic nie myśli i nic nie czuje; ale jest piękna, piękna do oszalenia, do śmierci...
Gdybym ją miał zabić: wydrę się z jej uścisku!
Gdybym ją miał zabić!... Niech to sądzi Bóg. Podług mego sądu moje życie jest więcej warte, niż dziesięć takich żywotów, jak jej.
Kwitnie w tym lesie, jak błękitna goryczka w ustroniu leśnem, którędy przechodzi tylko wiatr i deszcz; podobna jest do palmy w puszczy, która wyrosła na skrawku ziemi zbyt szczupłym na oazę. Tamować mi drogi niema prawa.
Jeżeli będę czuł, że mię urzeka, że ginę: zabiję ją, jak szkodliwe zwierzę.

Po upalnym, duszącym dniu nadszedł wieczór równie parny i duszny. Zdawało się, że ziemia pęka od gorąca, że drzewa schną i więdną zioła leśne.
Woda wydawała się jak gdyby zmęczona w łożysku.
Poszedłem na miejsce wskazane.
Było to urwisko skalne nad rzeką, wysokie i strome, w miejscu, gdzie ktoś kiedyś, bardzo dawno, na starej jodle przybił małą kapliczkę, w której już nie było żadnego wizerunku. Chodziliśmy tam czasem z Myrtą na spacer.
Usiadłem na kamieniu, mając pod nogami przepaść z huczącą górską rzeką, oparłem czoło na dłoniach i zamknąłem oczy.
Mogłoby być tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze...
Moglibyśmy być przecie tacy szczęśliwi...
Moglibyśmy na ten kamień przychodzić po to, aby mówić sobie o wiecznej miłości i kochać się aż do śmierci...
Co pędzi mnie tam naprzód w świat?!...
Myrta nie opuści swego męża, nie pójdzie ze mną. Skazać się na to życie, jakieby trzeba wieść, to znaczy złamać szpadę na swoim własnym grobie. Koniec...
A mogłoby być tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze...
Dotknęła mi ramienia ręka: ocknąłem się z myśli.
— Odejdziesz? — spytała.
— Most już gotów. Odchodzę jutro.
— I nie wrócisz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Lękam się.
— Mnie?
— Raczej siebie.
— Myślisz, że nie pójdę z tobą, prawda?
— Tak, ty ze mną pójść nie zechcesz.
— Więc zostań tu! zostań, zostań!
Jej głos zmienił się w szept, przyklękła przy mnie i mówiła mi ustami w usta.
— A tam? — wskazałem ręką przed siebie.
— Tam?! — rzuciła się w tył. — Tam?! Tam, co cię to obchodzi? Czy wolisz ludzi, których nigdy nie widziałeś, niż mnie? Czy myślisz, że tam będziesz szczęśliwszy, niż ze mną? Po co ty tam idziesz? Nie pójdziesz ty, to pójdą inni, jeden, drugi, dziesięciu innych! Czy ty tylko jeden umiesz kolej budować? Ale tylko ciebie jednego ja chcę kochać! Rozumiesz, słyszę?! Ciebie, ciebie tylko jednego! Ja nie chcę, abyś ty odchodził odemnie! Ty musisz zostać! Musisz! I zostaniesz!
Tu w pobliskiem miasteczku — szeptała, zniżając znowu podniesiony głos — osiedlisz się. Będę do ciebie przybiegała konno. Widziałeś moją karą klacz ze strzałką na czole? Wiatrem mię do ciebie nosić będzie. Codzień będę u ciebie, kiedy zechcesz. Ja nie będę oszukiwała mego męża, ja jemu powiem wszystko. On jest rozumny i dobry.
— Powiedz mu więc, że go nie kochasz, że kochasz mnie, że chcesz żyć — i pójdź ze mną — tam!...
— Tam?! Nie, nie, ja się boję! Ja nie pójdę ztąd za nic, za nic! Tam, kto może wiedzieć, co czeka, co czyha? Kto może znać, co tam grozi? A tu, patrz! Las, głuchy, wielki, odwieczny bór, pełen woni, kwiatów dzikich, jeleni i sarn. Patrz — czy tu nie pięknie? Czy nie pachnie ci żywica i dziki leśny głóg? Patrz, jak się ku tobie wyginają paprocie, patrz na ich ogromne, wygięte liście. Słuchaj, jak ku tobie szumi bór... On cię chce także zatrzymać, bo on mnie kocha, mój stary, wielki, wiekuisty las!...
Słuchaj, jak szumi nade mną. On kocha mnie za moją piękność, za moją młodość... On wie, że jestem jego królową, dziecko leśne, córka puszczy wieczystej. On kocha mnie i nie chce mego nieszczęścia!...
Ty osiedlisz się tutaj, nieprawdaż? Nie porzucisz mnie?! Nie porzucisz lasu i mnie?
Upadła na kolana przedemną, składając ręce. Zasłoniłem oczy i odsunąłem ją lekko. W tej chwili błyskawica przedarła niebo i zdaleka ozwał się grzmot.
Ta błyskawica zdawało się, iż drasnęła serce Myrty swym ogniem. Zerwała się z ziemi krzycząc:
— Piorunami zapalę twój most! Chciałam, aby burza nadeszła i oto jest! Czarodziejką jestem leśną i wzywałam burzy całą potęgą mojego serca. Modliłam się do żywiołów, poganka i dzika dziewczyna! Piorunami zapalę twój most! Uczynię taki wylew, iż robota twoja w niwecz pójdzie! Żelazne twoje szyny toczyć się będą z falą, jak wióry spłókane z drwalni! Patrz! Słuchaj!
Istotnie burza nadeszła. Z niesłychaną szybkością nadleciały czarne chmury, rzucając z siebie raz wraz jasne błyskawice, grzmot i pioruny. Nie ubiegło paru minut, a burza szalała nad nami.
Stare jodły okrywały nam głowy od deszczu, który, zdawało się, płatami walił się z chmur na ziemię. Grom za gromem uderzał ze straszliwym łoskotem. Nie była to burza, ale oberwanie chmury.
Stałem na krawędzi przepaści obok Myrty, która z wyciągniętą szyją i półotwartemi ustami zdawała się czegoś wyczekiwać, czegoś chcieć.
Nagle słup ognia zaświecił w oddaleniu.
— Twój most! — krzyknęła z tryumfem Myrta.
Potoki leśne wezbrały; woda poczęła się falą lać z wyżyn leśnych. Z pośród drzew wybiegały strumienie, których nigdy przedtem nie było, wzdymały się, kłębiły i niebawem poczęły toczyć wydarte z ziemi pnie, obalone piorunami i wichrem drzewa. Prawie pod naszemi nogami przetaczały się znoszone głazy i jodły. Nagle począłem słyszeć w wodzie zgrzyt i brzęk.
— Szyny! — krzyknęła Marta.
Nie mogłem mieć wątpliwości, że jak daleko oberwanie chmury sięgnęło, robota nasza musiała ulec zniszczeniu. Woda ją poprostu musiała zedrzeć, zmyć i znieść.
Zacisnąłem pięści.
W świetle błyskawic, jasna od łuny płonącego mostu, wśród ryku piorunów, wichru, deszczu i powodzi, Myrta stała przedemną, patrząc mi w oczy, z rozwartemi ustami, z rozdętemi nozdrzami, z oczyma, w których odbijały się płomienie błyskawic.
— Widzisz?! Nie pójdziesz dalej! Musisz zostać! Zaklęłam burzę, zaklęłam wodę, zaklęłam pioruny! Płonie twój most, toczą się twoje szyny, wszystko leci w tę rzekę tam, na dole. Musisz zostać, bo ja tak chcę!
Straszliwy gniew zadławił mi gardło.
— Zbuduję nową kolej, postawię nowy most! — krzyknąłem. — Napróżno chcesz mnie zatrzymać ty i twój straszny las! Gdybyście się skłębili w jednego potwora, któryby mi stanął na drodze, zdławię go i pójdę naprzód!
Myrta zdawała się nie słyszeć moich słów. Chwyciła mnie za ręce i cisnąć je z całych sił, mówiła namiętnie:
— Nie opuścisz mnie; przysiąż, że nie opuścisz! Ja chcę tego, ja żądam tego; przysięgnij! Tyś mój! Oddał mi cię las, oddała mi cię burza, oddał mi cię wicher i deszcz; tyś mój! Przysięgnij, że zostaniesz tu ze mną! Co cię obchodzi świat, jeżeli mnie kochasz?! Jestem twoja — patrz!
Pociągnęła mi ramiona i po raz pierwszy objąłem jej ciało. Uczyniło mi się w jednym momencie czarno w mózgu i sucho, od braku oddechu, w ustach. Czułem, że ginę.
A Myrta ciągnęła mię ku sobie, okręcała się mojemi ramionami, splatała je za sobą. Czułem ją całą przy sobie.
— Tyś mój! — szeptała. — Przysięgnij, że nie pójdziesz: tam!
— Myrto — krzyknąłem — ustąp mi z drogi! Burza zniszczyła moją pracę, rozpocznę ją na nowo, ale ty puść mnie! Jeżeli nie rozumiesz mnie, to mnie puść! Praca moja jest całego życia, nie kończy się nigdy, aż ze śmiercią! Puść mnie!
— Nigdy! Ja wiem, ja czuję, żeś ty już mój! Oddał mi cię las, oddała mi cię burza, oddał mi cię wiatr i deszcz! Zostaniesz!
Jej piersi były na moich piersiach, usta na ustach, ciało na ciele: czułem, że ona musi przestać istnieć, abym ja mógł istnieć dalej. Burza, pożar mostu, zgrzyt i jęk toczonych wodą szyn pomieszały mi zmysły.
— Puść mnie! — krzyknąłem, wydzierając ramiona z rąk Myrty.
— Nigdy!
Jej głos brzmiał tryumfem. Uginałem się i słaniałem ku niej z nóg. Jeżeli raz dotknę jej ust, jeżeli raz będę jej, zginąłem na zawsze. A nie oprę się, nie oprę się, nie oprę się!...
Pochłaniała mię, ginąłem w niej, gubiłem moją istność. Czuła, że tryumfuje, że opadnę ku niej, jak drzewo ścięte, wyrzeknę się dla niej wszystkiego, przysięgnę, że nie opuszczę jej nigdy!...
Tryumfowała!...
Nagle mózg mój stał się zimny, jasny i trzeźwy, Z niesłychaną szybkością przedstawił mi się matematyczny pewnik, że, abym ja istniał, ona musi nieistnieć. I z całą świadomością mego czynu, z całem zimnem matematyki, z całym spokojem mechanicznego ruchu, wydarłszy ręce z jej rąk, pchnąłem ją w piersi i strąciłem w przepaść z krawędzi urwiska.

∗             ∗

Tam na dole w rzece, która z rykiem niesie pnie, głazy, bierwiona mego mostu i żelaza mojej zniszczonej kolei, musi się teraz toczyć, toczyć jej białe ciało...
Konary i gałęzie drą jej twarz, drą jej piersi, biodra i nogi białe; głazy miażdżą jej kostki, okropne, potworne patyki wyjęły jej oczy...
Woda zalewa jej usta, dusi ją i dławi... Jej włosy, wielkie, jedwabne rozszarpane włosy zaczepiają się o gałęzie, oplątują się w konarach, owijają w koło młodych zwalonych sosen, wikłają ją i ciągną — — co za ból! Jezus Marya!...
Jeszcze może żyć...
Jezus Marya! Jezus Marya! Jezusie Maryo!...
Burza, wodo! Ty straszliwy lesie, zabij ją już!...
Jezusie Maryo! Zabijcie ją! Niech umrze! Ooo!...

∗             ∗

Nazajutrz rozpoczęliśmy pracę na nowo. Zapalony piorunem most runął w wodę; na znacznej przestrzeni szyny wydarły i uniosła powódź.
Zaczęliśmy pracę na nowo.
Nad lasem, nad burzą, nad żywiołami, nad sobą samym zapanowałem: pójdę, dokąd chcę. Tryumfuje.
Napróżno groził mi ten straszny las. Wszedłem w niego, zadałem mu gwałt, zdeptałem jego świętość i jego uroczysko, zmusiłem go, aby mię uznał za pana. Porwał się na mnie burzą, piorunami, powodzią, — i uległ w walce.
Sto ramion podniosło siekiery w górę, a te sto ramion to jest jedna moja wola.
Sprzysiągł się na mnie z sercem mojem, z krwią moją, ze zmysłami mojemi. Postawił mi na oczach kobietę, zagrodził mi drogę światłem jej oczu, słodyczą jej ust, czarem jej głosu, falą jej piersi i łukiem biódr — — strąciłem ją w przepaść.
Idę, dokąd chcę, w tryumfie idę...
Silny jestem, zwycięzki, uświęcony zwycięztwem.
Prowadzę dalej budowę kolei. Gdy skończę tę linię, zacznę inną, nową. Dalej, dalej i dalej...

∗             ∗

Es ragt ins Meer der Runenstein,
Da sitz’ ich mit meinen Träumen;
Es pfeift der Wind, die Moewen schrein,
Die Wellen, die wandern und schäumen.
Ich habe geliebt manch schoenes Kind...
............
............
Es schaumen und wandern die Wellen[1].

Tryumf...




ZE WSPOMNIEŃ MALARZA.


Jednem z najsmutniejszych wspomnień, jakie mam, jest śmierć Horwena. Umierał tak, jak żył: samotny, opuszczony i bardzo nieszczęśliwy. Służyliśmy obaj jednej pani: sztuce; dalibóg, wszystkiemu innemu więcej służyć warto — dochodu z tego niema. Sława? Jeśli w parze z nią nie idzie zarobek, niema nic głupszego i śmieszniejszego od sławy.
Horwen malował peizaże bardzo dobre i póki je malował, jakieś tam pieniądze z „kunsthendlerów“ wyciskał, odkąd jednak położyły go suchoty na łóżko, piękne dni Aranjuezu się skończyły: cierpiał nędzę. My, tak, myśmy byli, aleśmy sami ledwo wegetowali. Byliśmy wszyscy młodzi, uczniowie Akademii, daleko od domu, od swoich, którzy zresztą mają wiele lepszych rzeczy do roboty, niż dbać o początkujących malarzy.
Cała garderoba Horwena, jego wspaniały, szary hawelok, którym się tak cieszył, jego szpilka z perełką, porte–bonheur od jakiejś kuzynki — wszystko poszło. Wiem o tem najlepiej, bo sam te rzeczy handlarzom sprzedawałem, albo do zastawu odnosiłem.
Jednego popołudnia w uroczy dzień marcowy, przyszedłem do Horwena. Ledwom drzwi otworzył, podniósł się żywo z pościeli i powiedział:
— Wiesz, kto tu był?
— Kto? — spytałem, spostrzegając odrazu, że ma bardzo silną gorączkę.
— Była śmierć. To było koło jedenastej rano. Leżałem z przymkniętemi oczami, nagłe przeszedł mnie chłód. Otworzyłem oczy. Włosy stanęły mi na głowie. Wyobraź sobie, siedziała tu na łóżku. Jest zupełnie taką, jak ją malują: w długiej oponie kościotrup. Wszystko we mnie zamarło z przerażenia i zgrozy. Wyciągnęła rękę i oparła mi na piersiach, tu. Mróz, zupełnie lodowy mróz, przeniknął mnie na wskróś... Potem wszystko znikło...
— Hallucynacya — wtrąciłem, chcąc go uspokoić.
— Nie, to śmierć... Już i koniec...
Głowa opadła mu na poduszkę. Blady był, jak płótno. Nie ulegało wątpliwości, że to była śmierć — Horwen kończył.
Milczeliśmy czas jakiś, potem on zaczął mówić:
— Wiesz, tam, u nas, na północy, tam jest takie wielkie, wielkie jezioro. Rosną koło niego jodły i leszczyny i gąszcze. Niedaleko od tego jeziora stał nasz dom. Słuchaj, jakbym chciał, żebyście mnie tam przewieźli, przywiązali do deski i puścili na wodę. U nas tam, na północy, mewy latają nad wodami... Jakbym chciał, żeby nademną latały... Czy to jest niemożliwe, żebyście mnie tam przewieźli, na północ, nad nasze wielkie jezioro?...
Mówił z niesłychaną żałością; tyle lat zbiegło, a każde słowo pamiętam.
I znowu milczeliśmy chwilę; Horwen podniósł nieco głowę, spojrzał po sobie i po pościeli i rzekł, prawie szepnął, z ogromnym smutkiem i przygnębieniem:
— Jakie to brudne...
Istotnie koszula jego, poszewka na poduszce, prześcieradło, wszystko było niezmienione widocznie od bardzo dawna.
— Dlaczego nie każesz posługaczce zmienić? — spytałem.
Popatrzył na mnie z uśmiechem i zdziwieniem:
— Ty się pytasz? Wszakże sam pomogłeś mi wyprzedać i wyzastawiać wszystko, co miałem. Nie mam nic, tylko to, co widzisz...
Kurcz ścisnął mi gardło, on zaś schylił głowę ku piersiom i milczał. Milczał dość długo, poczem znów mówił:
— Nie, nie wszystko. Tam w kuferku, mam jeszcze jedno czyste prześcieradło, czystą poszewkę i czystą koszulę. Schowałem to naumyślnie na śmierć. Nie mogę przecież leżeć, jak ostatni dziad. Nie jestem jeszcze taki nędzarz, jakby kto myślał: mam czystą pościel i czystą bieliznę. Są tacy, co i tego nie mają, prawda?...
Więc, mój drogi: słuchaj: kiedy umrę, pościelecie mi łóżko na nowo i obleczecie świeżo, a potem, jeżelibyście mogli, przewieźcie mnie tam do nas, na północ, nad to nasze wielkie jezioro; przywiążcie mnie do deski i puście na wodę w czystej koszuli... Tam, u nas, na północy, latają mewy; puście mnie tam na wodę...




DZWONEK TOPIELCÓW.


Była wieś nad rzeką, która się w jednem miejscu rozlewała w szeroką, mętną, prawie nieruchomą głąb wodną. Po prawym brzegu tej głębi był kamieniec pusty, rozległy, potem widać było wzgórza położyste nagie, potem lasy i góry; po lewym rosły zrzadka jałowce, drobne świerczki i modrzewie, a dalej czernił się las. Po tej stronie, na samym skraju usypiska nad wodą, stała pobielona kamienna kapliczka, przykryta stążkowatym spiczastym dachem z ośniedziałej blachy, na którego szczycie sterczał czarny, zardzewiały, żelazny krzyż.
Wejście do kapliczki było nizkie, wycięte w łuk; wewnątrz na kamiennej pogruchotanej podłodze stała wązka drewniana ławeczka. U góry, na poprzecznej belce, wisiał dzwonek, od którego sznur opadał tak, aby siedząc można było dzwonić.
Nikt nie pamiętał kiedy, w zimową noc, wesele przejeżdżając przez zamarzniętą ową głęb wodną, załamało się i poszło pod lód, ludzie i konie. Było to bardzo dawno. Na tę smutną pamiątkę wystawił ktoś kapliczkę i co wieczora dzwoniono w niej na modlitwy za dusze zmarłych bez ostatniego namaszczenia. Dzwonek nazywano dzwonkiem topielców.
Zawsze we wsi był dziad, który za pewnem fundacyjnem wynagrodzeniem chadzał dzwonić nad rzekę. Zdarzyło się, że kiedy jeden z takich dzwonników umierał, zgłosił się o tę służbę parobek, zwany powszechnie Grzesiem Mizerakiem.
Ten Grześ Mizerak był synem bogatego rolnika, ale kiedy rodzice zmarli, starszy brat wyzuł go z ojcowizny, wygnał z domu, a na dobitkę zabrał mu upodobaną dziewczynę i sam się z nią ożenił. Został tedy Grześ na szerokim świecie bez dachu nad głową, bez nikogo przy duszy, ze złością i okrutną zawiścią w sercu.
Tułał się, wałęsał, do roboty najmował, ale niepowodzenie go ścigało, aż tak wychudł i zbiedniał, że go Mizerakiem nazwano. Zemstę bratu poprzysiągł na wieczne czasy, na życie i śmierć.
Zostawszy dzwonnikiem, najął sobie Grześ izdebkę u grabarza na końcu wsi i ztamtąd, robotę najemną odbywszy, szedł o zmroku po odzwonieniu w kościele na Anioł Pański, dzwonić za dusze topielców.
Jednego razu, kiedy wracał do domu, wybiegła naprzeciw niemu grabarzowa, wołając z daleka: Nieszczęście was spotkało, brat się wam utopił!
Grześ przystanął: Brat? — spytał, jakby nie mógł uwierzyć.
Grabarzowa zaś mówiła: A dy wam mówię, brat. Jechał z drzewem do lasu, pod samą kaplicą ziemia się oberwała i wóz wpadł we wodę. Widział to leśny, ale nim przylecieć zdołał, już się skończyło. Ludzie choć ciało wyłowić próbowali, ale i to próżno.
Grześ słuchał jak osłupiały. Nie rzekł nic i poszedł ku swojej izdebce.
— Zadzwonicie dziś i bratu, Mizeraku — ozwała się z westchnieniem grabarzowa, ale Grześ nic jej nie odpowiedział. Wyszedł do izdebki, zamknął za sobą drzwi i siadł na barłogu, na którym sypiał.
Czas jakiś siedział tak, zupełnie zapamiętany i myśli mu się mąciły, nie wiedział, czy się cieszy, czy martwi? Aż nakoniec splunął i rzekł półgłosem: Dobrze mu tak!
Po chwili głośniej powtórzył: Dobrze mu tak! Krzywdzicielowi!
Wielki kościelny dzwon zaczął bić na Anioł Pański. Grześ, oparłszy brodę na rękach, słuchał. Nie klęknął, jak zazwyczaj, nie modlił się — tylko słuchał. Dzwon dzwonił, wydawało się Grzesiowi, posępniej niż zwykle. Ustawał wreszcie. Teraz była pora iść do kaplicy.
Ale Grześ nie wstawał z barłogu, tylko z brodą na rękach siedział i patrzał w ziemię. Zeszło tak sporo czasu, nakoniec Grześ mruknął przez zęby: Niedoczekanie jego! Krzywdziciel zatracony! Dziśby i za jego duszę było...
Splunął, rzucił się na barłóg i odwróciwszy twarz ku ścianie, chciał spać. Nie mógł jednak. Znowu siadł jak pierwej i patrzał w ziemię.
Był słotny dzień jesienny. Wiatr szumiał ponuro wył, drobny deszcz dźwięczał na szybach jednostajnie i smutno.
Ściemniało się coraz bardziej.
— Nie pójdę! — rzekł do siebie Grześ.
Próbował znowu usnąć i znowu nie mógł wyleżeć. Coś go dźwigało ze słomy. Nakoniec i siedzieć nie mógł. Niepokój go jakiś ogarniał coraz to więcej i więcej; podniósł się i stanął przy oknie. Na polu było prawie ciemno.
Ale i tu wytrwać nie mógł długo. Wydawało mu się, że nim coś owładnęło. Wyszedł przed izbę — wyraźnie coś go zaczęło pchać naprzód, przed siebie.
Wszedł na chodnik, którym się szło ku kapliczce, przez pastwiska.
Przystanął i rzekł: Nie pójdę! — i znowu szedł dalej.
Coś go pchało naprzód. Za pastwiskiem zamajaczyły w zmroku rosnące z rzadka jałowce, świerczki drobne i modrzewie. Już słychać było szum rzeki.
Niebo rozjaśniło się nieco i w górze pokazał się księżyc, okrągły, mglisty, ołowiany.
Grześ nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje. Czuł w sercu okrutną, chłopską zaciekłość ku nieboszczykowi bratu i jednocześnie mus zbliżania się ku kapliczce.
Wtem drgnął i stanął... Zdawało mu się, że prócz szumu wody i wiatru słyszy głos jakiś, jakiś dźwięk. Zląkł się i chciał nawrócić, ale owa dziwna moc, która nim owładła, pchnęła go naprzód.
Tymczasem dźwięk starał się coraz wyraźniejszy — był to dzwonek. Grzesiowi włosy podniosły się na głowie; między świerczkami zabieliła mu się martwą białością, w księżycowym poblasku kapliczka nad głębią. Pot zimny wystąpił mu na czoło, a w piersi zatamował mu się oddech; w kapliczce był ktoś i dzwonił. Stanął i jeszcze raz chciał zawrócić, ale jakaś ciekawość przeraźliwa i straszna zmusiła go iść dalej. Był już przy drzwiach; schylił się i zajrzał — i rozkrzyżowawszy ręce w górę, cofnął się raptownie w tył. Na ławeczce siedział jego brat, nagi, opuchły, rozdęty wodą, z przylepionemi do karku mokremi włosami i obwisłemi wąsami, trzymając w obu obrzękłych dłoniach sznurek od dzwonka, za który ciągnął. Zwrócił ku Grzesiowi bladą, nabrzmiałą twarz topielca i spojrzał nań zblakłemi, wychodzącemi z orbit oczyma. Grześ jęknął i zatoczywszy się, runął w głąb wodną.





BAJKA.


...Pochyl ku mnie główkę i posłuchaj...
Kiedy jeszcze bogowie obcowali z ludźmi, pewien poeta ateński ułożył na cześć Zeusa hymn, który tak rozradował serce gromowładnego, iż postanowił poetę nagrodzić podług miary swej radości. Zstąpił więc z Olimpu na ziemię, ogromny i promienisty, do słońca, które wyjdzie nad las podobny, w miejscu, gdzie poeta na skale nadwodnej usiadłszy, z czołem na dłoni opartem, patrzał na błękitną nieskończoność morza i wsłuchiwał się w jednotonny, pełen upajającego zamyślenia szum fal półsennych. Ujrzawszy pana ziemi i nieba przed sobą, strwożył się poeta, lecz Zeus ozwał się doń łagodnie:
— Uczciłeś mię pieśnią godną mej chwały i potęgi świętej — otoć nagrodzę. Dam twemu słowu moc i czar, iż na dźwięk jego morze przylegnie i słuchać cię będzie, a płynące po niebie obłoki lot zatrzymają; dam twemu słowu moc i czar, iż najlepsi mężowie za pieśń twą zniosąć złoto i purpurę i będziesz im, jak żóraw, który stadu przewodzi, a najpiękniejsze kobiety ofiarują ci swe dusze różowe i ciała białe i wonne.
Uczynięć możnym, bogatym i szczęśliwym.
Ale poeta, potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Ojcze bogów i ludzi, nagroda twa i skarby twoje nad zasługę śmiertelnych, godne twej nieśmiertelnej i wszechwładnej ręki — mnie ich jednak nie trzeba. Jam już bogaty, możny i szczęśliwy.
Zdumiał się olimpijczyk.
— Jakże to? — spytał. — Na barkach twoich, o poeto, widzę płaszcz zakurzony i kurz widzę z dróg ciężkich i trudzących na nogach twoich, a w ręku twym wędrowny kij. Smutek worał się bruzdami w twe czoło, w ustach twych mieszka gorycz i żal, a witałżeś kiedy złoty wóz Heliosa uśmiechem? Bez domu jesteś, jak ptak, któremu spłonęło gniazdo, samotny jesteś, jak górski głóg na skale — jakżeś to możny, bogaty i szczęśliwy? Cóż ty masz?
Ów zaś odparł:
— Jedno kobiece serce, które mnie słucha.
Uśmiechnął się ojciec bogów i ludzi i kładąc promienistą dłoń na ramieniu poety, powiedział:
— A jeśli uczynię, że cię słuchać nie będzie?
— Wtedy daj mi śmierć — rzekł poeta.

∗             ∗

Atoli Pan sprzeka, co nieopodal w gąszczu leżał, koźle nogi na krzyż założywszy, i gałązką wonnego mirtu muchy od siebie odganiał, ozwał się grubym basem:
— Wtedy daj mu inną, ojcze Zeusie.





ZA BRAMĄ RAJU.


Kiedy Adam wyszedł z Raju, otwarł się przed nim świat, straszliwy świat.
Lasy wyciągały ku niemu grozą, z konarów swoich, z gęstwy i tumanu konarów wyrzucały ku niemu wicher, który go porwać chciał i wchłonąć w las, jak odpływ morza porwać chce i zatopić dziecko, co się nad wodą zbłąkało.
Rzeki ryczały ku niemu odmętem, ciskając się, jak olbrzymie, podrażnione węże, w nieprzewidzialnych łukach i skrętach, ogarniając ryczącem swojem cielskiem niedostąpione, suche przedtem przestrzenie, zalewając łąki i zagaje, a złe oczy gwiazd odbite w wodzie, ścigały go, gdy stąpał nocami po ziemi, samotny, jak klęska.
Morze, podobne do lwa, który przyległ przed skokiem, mruczało złowrogo, lub podobne do szczęk potwornych krokodylów, połykało góry nadbrzeżne i wyspy, grożąc ziemi całej śmiercią i zgubą.
Straszliwe orkany uderzały o ściany skalne, aby spaść stamtąd wrące, jak pożar, dławiąc i niszcząc wszystko, wydzierając boki ziemi zarosłe, wyrywając jeziora z głębin, jak sęp szponem jeleniowi oko wyrywa.
Słońce zabijało upałem, lub przychodziły noce, kiedy trup–księżyc, jak upiór krążył nad światem, warząc mrozem zioła i kwiaty i jagody pożywne, śród chmur, jak upiór śród ptactwa śmierci, albo na pustem, zlodowaciałem niebie, jak śmierć, której twarz kościaną chłód szronem wysrebrzył.
Żywioły walczyły ze sobą: jak stado wilków walczy ze stadem sępów o rannego konia, tak wichry, morza, pożogi, trzęsienia ziemi i wulkany, powodzie i burze walczyły ze sobą o ziemię, na którą wstąpił Adam z Raju wygnany, która była jego dziedzictwem.
Śród tej walki był on jak krzew jałowcu górskiego na uboczu, kędy się lawina kamienna z lawiną śniegu i lodu nad nim spotka i zetrze.
Jagody truły, kwiaty odejmowały zmysły wonią, śród trawy miękkiej i do snu proszącej, czołgały się nieprzeliczone jadowite węże i płazy, pod drzewem czyhał lew, na drzewie lampart i przerażający, zaciekły pawian o krzyku szatańskim; orły wydzierały zdobycz z rąk, a nocami krążyły w koło hyeny, wyjąc i jęcząc jak duchy zagładę wróżące.
Ziemia krwawiła ręce, rozdzierała skórę, wyłamywała kości. Walka z nią była podobna do walki nasienia jodłowego, które wiatr rzucił na granit. Pierwsza krew i pierwszy pot wsiąkły w ziemię, zmieszane i hojne.
Zaś Bóg skrył się w niebiosach.
I Adam czuł się nieszczęśliwym i uginał się pod brzemieniem nieszczęścia.
Napróżno przychodziła ku niemu Ewa włosami miękkiemi ocierać mu czoło z potu, wodą kryniczną obmywać ręce z krwi; napróżno miękkie jej ciało tuliło się ku niemu, ogrzewało go w zimne noce, zasłaniało sobą od spieki upalnej. Napróżno czuł się kochanym — i Adam poznał, że miłość nie wystarcza i że dla rzeczy niewystarczającej wyrzekł się statku życia.
I uginał się pod brzemieniem nieszczęścia. Ogarnęło go zniechęcenie i nieokiełzana tęsknota za rajem, kędy był sam, każdemu ziołu, każdej roślinie pokrewny, każdemu zwierzęciu blizki: kędy las był mu, jak brat, woda, jak matka, gdzie gwiazdy schodziły mu na oczy, jak ćmy dźwięczne i miłe, gdzie słońce kołysało go promieniami swemi, jak lekki wiatr kołysze palmy i brzozy.
Tęsknota go zdjęła za tym krajem, gdzie nic nie przewidywał i nic nie pamiętał, gdzie błąkał się śród zieleni i stubarwnych, kolorowych kwiatów, jak się dźwięk głosu błąka śród kęp słonecznych i wzgórz bujną trawą i mchem miękkim porosłych. Tęsknił za tym krajem, gdzie był sam z Życiem, ze spokojem i ciszą Życia, na które tchnął Bóg. W uszach poczęły mu szemrać strumienie jasne i pogodne, w oczach poczęły mu szklić się błękitne, świetliste jeziora, dłonie jego poczęły czuć ciepły puch i gładką sierć życzliwych zwierząt — tęsknił ku temu zaczarowaniu ducha, ku temu snowi i omdleniu w piękności, które utracił, których się wyrzekł dla rzeczy, co nie była wystarczającą. Tęsknota poczęła go dusić i gryźć — pragnął Raju, pragnął Boga nad sobą... Ręce omdlały mu w pracy, duch w nim zamierał z tęsknoty — upadał pod ciężarem smutku.
A Szatan się śmiał.
On to bowiem, widząc, że Adam cierpi, ale walczy, krwią ocieka, ale idzie, schnie z pragnienia, ale dąży, obudził w nim największego wroga człowieka: smutek.
Smutek, który jest jak ciężki wąż, co się wczołguje na młodą latorośl i łamie gałęzie, gdzie zwiśnie, i całe drzewo pochyla ku ziemi, aż skruszy.
Skusiwszy Adama żądzą, gdy sprawił, że Bóg wygnał go z Raju i na trud skazał, zdumiał się, albowiem Adam, choć podobny do krzu jałowca na uboczy górskiej, gdy się nad nim zetrze lawina głazów i lawina śniegów zamarzłych, nie uląkł się, ale walczył, krew i pot zeń ciekły, jednak wydzierał z ziemi strawę, pętał wichry namiotem z gałęzi, kiełzał wezbrane potoki kamiennym wałem, tępił mróz wełną złupioną z owcy, ból i mękę koił miękkiem ciałem Ewy. Szatan więc zbudził w nim smutną myśl.
Adam począł tęsknić, począł rozpamiętywać, począł się dręczyć wewnętrznym wyrzutem własnej krzywdy, poczuł gorycz zawodu i jad rozczarowania, słyszał, jak szum skrzydeł orlich nad głową koźlęcia, najstraszliwsze z pytań: po co? dla czego?
I jął się chwiać.
Jak człowiek, który zabłądzi w skałach, po pierwszych wysiłkach, po pierwszem mrocznem odurzeniu świadomości zła, w które popadł, uczuwa lęk: tak Adam uczuł czczość, jałowość, tajń bezlitosną, a okrutną życia. Owiała go i chwyciła go w ramiona pustka, pustka zabijająca, jak powietrze z bagien nadrzecznych, mordercza, jak stado bawołów, pędzące na oślep. Adam począł pragnąć, począł chcieć, dyszeć za czemś, jak przywalony gorącą ziemią wulkanu za powietrzem. Praca dla utrzymania życia wydała mu się musem, konieczną, ale przeklętą męką; tryumf zwycięzcy nad dzikiem zwierzęciem, albo dzikszym żywiołem, wydał mu się godnym zwycięztwa tygrysa nad lwem, albo łosia, który jezioro wzburzone przepływa, ale niegodnym jego, człowieka; poczucie sił, męztwa, rozumu, krwią i potem wywalczonego władztwa na ziemi, wydało mu się nicością; miłość Ewy poznał, jako upojenie chwilowe, ale nie jako cel życia i statek życia — i smutek jego stał się tak potężnym, jak śmierć.
Upadał... Szatan zwyciężał...
Wtem zdało się Adamowi, iż nad głową jego wyrzekł ktoś w górze głosem cichym, ale donośnym i rozległym: „Królestwo twoje nie jest z tego świata“.



DUSZA LUDZKA.


Do pracowni wpadało blade księżycowe światło. Artysta leżał na szezlągu z zamkniętemi oczyma.
Wszystko to, co malowali i rzeźbili ludzie, wszystko to, co malował i rzeźbił on sam, wydawało mu się niewystarczające.
Chciał wymalować lub wyrzeźbić duszę, duszę ludzką.
Albowiem przyszła ona ku niemu w pewną noc miesięczną, kiedy wicher z gór zwiewał tumany obłoków, a na polach i ugorach rozesłane leżało światło, krystaliczne i tak spokojne, jak sen. W ową to noc, z pośród tego zwału obłoków, wichrem przez turnie strącanych i owych pól, pod światłem takiem jasnem i spokojnem, wyszła dusza, dusza ludzka i przystąpiwszy ku niemu, rzekła: uczyń mój obraz. Poczem znikła, a on został w jakiemś oczarowaniu i olśnieniu tajemniczem, w jakiemś osłupieniu pełnem cudu, zachwytu i rozpaczy, albowiem zjawisko trwało tak krótko, że kształtu jego pochwycić nie zdążył.
W uszach zaś brzmiał mu rozkaz duszy, duszy ludzkiej: uczyń mój obraz.
Usiłował więc sobie przypomnieć kształt zjawiska, lecz nadaremnie; niczego przypomnieć sobie nie mógł. Usiłował kształt ten stworzyć, wymaślić, lecz również napróżno. Wyobraźnia łamała skrzydła; czarna jakaś zasłona zapadała przed nią i ile razy pięła się naprzód, jak gdyby głos jakiś mówił jej:
Nie pójdziesz dalej.
Poczem przed oczy jej zapadał czarny mrok.
Wówczas, kiedy i pamięć zjawiska i wyobraźnia zawiodły artystę, począł szukać. Szukał w górach i lasach, szukał nad morzami w dni słoneczne i noce księżycowe, szukał na stepach i niezmiernych, równie pustych jak stepy, polach śniegowych, szukał wreszcie w poezyi, w muzyce, w sztuce plastycznej i nigdzie znaleźć kształtu duszy nie mógł. Psyche neapolitańska zarówno jak i marmurowe orkany Michała Anioła, anielska muzyka Mozarta, jak i bezdenne głębie Beethovena, poezya Danta, jak i poezya Mickiewicza: nic obrazu, kształtu duszy ludzkiej przed oczy mu rzucić nie mogło.
Podług tych pieśni, tych rzeźb i tych słów, można było zobaczyć może duszę gwiazd, można było zobaczyć może anioły, lecące w jasnych obłokach i drugie, z pochylonemi na pierś głowami, zadumane u skraju przepaści — ale kształtu szukanego nie dały.
Rzucił się więc artysta w studya filozofii, próbował wydrzeć kształt duszy religiom świata, szukał ziarna, któreby mu zapłodniło mózg żądanym obrazem, ale zawsze napróżno.
Począł więc szukać go w życiu. Stanęła przed nim kobieta, kobieta, o której mówią, że jeżeli powstała idea aniołów w niebie, to dlatego, że ona jest na ziemi. Począł kochać, kochać kobietę, jak bóstwo i jak do bóstwa się modlić, myśląc, że może modlitwą swoją wywoła z niej duszę jej i ujrzy podług niej uczyni, co mu uczynić kazano. Ale nawet miłość najwyższa, nawet ubóstwienie kobiety nie otwarło mu oczu, nie rozdarło czarnej zasłony przed niemi.
Więc przestał kochać.
I otoczyła go pustka, pustka pełna rozpaczy i bólu. Nic tworzyć nie mógł, wszystko bowiem, cokolwiekby stworzył, wydawało mu się świętkradztwem i bluźnierstwem wobec jego idei, wobec tej woli, która mu rozkaz dała.
Począł się jednak zastanawiać, co on miał uczynić?
Co miał uczynić? Wyrazić w plastycznym kształcie duszę ludzką? Jestże to podobnem? Jestże to możliwe? Nie jestże to szaleństwem? Szałem i obłędem twórczego mózgu, godnym śmiechu każdego rozumnego, normalnego człowieka? Czyli czas ten, te siły, to wszystko, nie jest napróżno zmarnowaną częścią żywota? Czy ten czar, który na niego spadł, nie jest przekleństwem jakiemś, klątwą, którą go urzekło złe przeznaczenie? Czy to wszystko nie jest czczym żartem, czczym, ale bolesnym, jak śmierć, i czy zjawisko to i wola jego nie jest dziełem tej strasznej Ironii, która rządzi i włada, szatan, któremu Bóg pozwolił siać zło? Jakże to można ujrzeć widomie duszę ludzką? zamknąć ją w kształt? dać jej formę?
Czyni się ją podobną do człowieka, jak do człowieka czyni się podobnym anioła, nawet Boga. Czy widział Ich kto kiedy? Jest to więc marna bezsilność twórczej potęgi ludzkiej, która każdy cud, każdą ideę z nieba ściągać musi na ziemię, aby módz pojąć, aby módz wierzyć, aby módz kochać? Wizye i zjawy, które miewali prorocy, brały postać ludzką, albowiem tworzyły się w ich wnętrzu, w ich własnych sercach i umysłach.
Ale ku niemu głos przyszedł z zewnątrz, z poza niego, z za świata.
Z za świata zkądś zjawiła mu się w ową noc miesięczną, z pośród zwału obłoków wichrem przez turnie pędzonych i pól, pod światłem krystalicznem i spokojnem, jak sen, zjawiła się i rzekła i rozkazała: uczyń mój obraz.
I stało się to tragedyą życia artysty. Poczęto go mieć za obłąkanego i on sam począł wątpić, żali nie jest obłędem dotknięty? I ów straszny anioł śmierci, który krąży nad światem, końcami swoich skrzydeł dotykając czół i piersi ludzi straconych, zdawało mu się, iż przeleciał po nad nim.
I z tą myślą w głowie, znużony i złamany moralnie, zabity na duchu, leżał w swojej pracowni z zamkniętemi oczyma, starając się nic nie czuć, nic nie wiedzieć i nic nie pamiętać. Ale choć wszystkie uczucia odganiał, straszliwa, miażdżąca tęsknota osiadła mu serce, straszliwe miażdżące pragnienie. Było mu tak, jakby mu uchylono drzwi Raju, ale nim krok w nie uczynił, zamknięto. Tęsknił i pragnął do śmierci.
Gdyby miał nawet umrzeć, gdyby miał nawet umrzeć, jak ów Faun, który wydzierając się z uścisków Nimfom i Dryadom leśnym, zakochany w wizyi świetlanej, czystej i świętej Psyche, przebiegał cały świat, szukając jej i śledząc, pełen niewysłowionej, śmiertelnej tęsknoty, a przypuszczając, iż

Pani błękitnych, cichych dni,
Pani błękitnych nieba drgnień,
Pani tych barw, któremi lśni
Morze, w zachodu idąc cień —

lęka się jego koźlich nóg i rogów na włochatej głowie: modli się o śmierć u pioruny siejącego Zeusa. I oto stał się cud! Przez miłość, przez tęsknotę, z bożka leśnego, którego Nimfy i Dryady dla jego wiecznej gonitwy za świetlaną Psyche, zwały szalonym Faunem: bóg się wypromienił, bóg jasny i święty, godny Eteru. Lecz w tejże chwili, w chwili zachwytu i wniebowstąpienia, padła nań śmierć.
Taką legendę znał artysta i gdyby mu nawet tak umrzeć przyszło, radby był umrzeć, zazdroszcząc Faunowi z legendy, że miał jedną chwilę objawienia, że jedną chwilę: widział.
Bo zaiste, lepiej jest raz wejrzeć w niebo, niż stulecia tylko ziemię oglądać.
Stracił nadzieję.
Wtem, w nocnym mroku, niewidzialna, ale blizka, stanęła Ona...
Serce, które ją uczuło, zadrżało, stokroć więcej zadrżało, niż drży, kiedy kochana, upragniona kobieta szepnie niewidzialna w mroku nocnym: przyszłam, jestem...
Ona, Dusza, dusza ludzka...
I zadźwięczał jej głos: gdzież to mnie szukasz?
— Szukałem cię wszędzie, na ziemi i w niebie.
— Więc pójdź.
Naówczas otwarł się przed oczyma artysty przedziwny świat. Nie była to ani ta ziemia, którą oczy ludzkie widzą, ani to niebo, które myśl ludzka marzy. Był to bezmiar, niezmierna, nieskończona przestrzeń. Wieki i światy, miliardy wieków i miliardy światów krążyły tu nieskończone w nieskończoności. Wszystkie wyżyny i wszystkie głębie tu były. Tu było wszystko, wszechwieczność czasu i wszechwieczność bytu.
Tu był Chaos, miejsce stawania się i nicestwienia, powszechne królestwo. Wszystkie żywioły, wszystkie potęgi i wszystkie moce elementarne tu miały swoje źródło i tu swój kres. Gwiazdy się tu rodziły i z osi swoich zerwane ginęły planety. Tu także kwiatowy pył rozpładniał się po świecie i słychać było dźwięk rosy, kiedy spływa po źdźble trawy na ziemię. Tu każda sekunda miała swój zegar, który ją znaczył, jak każdy wiek, i każdy wiek wieków bił w przestrzeni. Wszystko zaś było współrzędne, nie rozdzielne: dźwięk rosy ziemskiej zlany pył z ruchem gwiazd, stulecia zespolone były z płodnym pyłem kwiatowym. Tu było wszystko: wszechwieczność czasu i wszechwieczność bytu.
— Cóż to jest?! — spytał zdumiony artysta.
— Nie poznajesz–że? — odparł Głos. — To jest dusza ludzka.
— A tyżeś kto jest?
— I jam jest nią.
— Ty, coś przyszła ku mnie, dźwięczysz, jak liść nad potokiem i pachniesz, jak kwiat?
— Jam jest.
Zdumienie coraz większe ogarniało artystę.
— Jakżeś mogła — rzekł — oddzielić się, oddzielić się od tych przepaści i otchłani wieków i światów? Jakżeś mogła rozwiązać się ze spojeń z temi wszechmocami bytu, wyjść z tego Ruchu, który Cię całą wypełnia, który Ty wskroś przenikasz?
— Jam–że jest wszystkiem; jam jest Wszystko — rzekła Dusza.
— Jakżeż więc ja, człowiek, mogę Ci nadać jakiś kształt, zamknąć Cię w jakąś formę, oznaczyć Ci linie i granice, Tobie, która jesteś miejscem stawania się i nicestwienia w wieczności i nieskończoności, a która razem stajesz przy mnie i mówisz głosem, który ma dźwięk liścia nad strumieniem, a wonny jest, jak kwiat? Jakże mogę uczynić Twój obraz, gdy jeden tylko Bóg uczynićby go potrafił? Stoisz przy mnie, a mimo jasnego światła księżyca nie widzę Cię; mówisz do mnie, ale usta Twe jakoby były dokoła mnie w powietrzu; nie wiem, zkąd idzie głos? Gdybym wyciągnął rękę, wiem, że Ci się nie dotknę; gdybym chciał iść ku Tobie, wiem, że Cię nie napotkam. Jesteś czemś eterycznem, czemś wolnem, czemś nadludzkiem i nadziemskiem, niedostępnem i wyższem nad wszystko. Wydaje mi się, że jesteś jedna tylko, jedna wiekuista i jedna niezmierna, bez początku w praepoce, bez kresu w przyszłości. Wydaje mi się, że tylko cień Twój ludzie w sobie noszą — odblask Twój, jak odblaskiem słońca, znikomym i przelotnym, świecą fale płynące. Wydaje mi się, że olbrzymia, jak niebo, otaczasz świat. Wydaje mi się, że trwasz, jak ono, które nigdy nie ginie z oczu, czy dzień płonie, czy mroczy się noc. Słowa Twoje, symbol twój: zawsze i nigdy. Czyż nie jesteś uczyniona na obraz i podobieństwo Boga?
— Jam jest — odrzekła Dusza.
— Dlaczegóż więc przyszłaś i rzekłaś: uczyń mój obraz?
— Abyś mnie pojął.



LAUREAT.


Powrócił z jubileuszowej uczty.
Pięćdziesiąt lat — pół wieku pisał; liryczne poezye, dramaty, nowelle, powieści, wielki epos — oto plon jego półwiekowej twórczej pracy. Sobie na sławę, narodowi na chwałę pracował, naród go też czcić umiał. Dał mu, co mógł: dał mu honory, majątek, zaszczyty. Laurowe wieńce, zeschłe oddawna i świeże, jubileuszowe, wisiały na ścianach, księgi pamiątkowe leżały na stołach; wyprawiono mu wreszcie ucztę wspaniałą, naród cały zgromadził się w osobach swych przedstawicieli przy stole, aby mu powiedzieć: jesteś zasłużony, jesteś wielki. Więc zadowolony, a zmęczony owacyami, siedział siedmdziesięcioletni blizko starzec w wygodnym fotelu w swoim salonie i wpatrując się w ogień, po staroświecku na kominku kładziony, myślał: nie zmarnowałem życia...
Była już późna noc i cisza panowała ogromna. Wtem starzec drgnął, uszu jego doleciał jakby jęk jakiś... Przewidzenie, czy co?... Ale niebawem jęk się powtórzył, potem rozległy się przeraźliwe krzyki i wycia. Stało się coś w domu na dole.
Zadzwonił — nie przyszedł nikt. Widocznie służba, zbudzona hałasem, zbiegła na dół.
Starzec, niespokojny, począł chodzić po pokoju; jęki i wycia ustały, natomiast słychać było zgiełk podniesionych głosów męzkich i żeńskich. Co się działo, rozpoznać nie mógł. Zaczął się niecierpliwić i irytować; wreszcie wyszedł z mieszkania. Na schodach spotkał swego lokaja, który zdyszany i widocznie bardzo wzruszony, zatrzymał się, wołając:
— Jaśnie panie, jaśnie panie! Cóż się tam stało!...
— Cóż? Gadaj! Właśnie idę...
Lokaj podniósł ręce, jakby go chciał wstrzymać i zawołał:
— Niech jaśnie pan nie chodzi! Tam jest okropna rzecz! Tam jest trup!
— Trup!?
— A tak. Ten stolarz, co mieszkał w suterenach, miał córkę. Dziewczyna może miała piętnaście lat i była straszna pijaczka. Kradła ojcu pieniądze na wędkę, wszyscy o tem wiedzieli i on ją nieraz bił. Dziś ją też zaczął bić, a że katował bardzo, stolarzowa zaczęła ją bronić. Więc on, w tej wielkiej złości, jak porwie siekierę, obuchem żonę zdzielił w ciemię i zabił. Już go wzięli. Niech jaśnie pan nie chodzi, tam masa hołoty i policyi i trup stolarzowej. Niestara kobieta była, nie miała czterdziestu lat. Potrzebne też to właśnie dziś, po jubileuszu jaśnie pana...
Stary poeta powrócił do siebie.
— Czy rozebrać jaśnie pana?
— Nie, odejdź. Chcę sam zostać.
Lokaj wyszedł.


∗             ∗

Usiadłszy na fotelu, jak pierwej, zaczął znów patrzeć w ogień na kominku. Pół wieku pracy... majątek... honory... zaszczyty... Przypomniały mu się słowa jednego z mówców, który na cześć jego przemawiał: czcigodny jubilat i laureat pół wieku pracował z najwyższem poświęceniem i zaparciem się siebie dla społeczeństwa...
Przed dwiema godzinami może słowa te głaskały mile próżność i ambicyę starca, a teraz, przypomniawszy je sobie, prawie krzyknął: to nieprawda! to kłamstwo! Pracowałem tylko dla siebie, sobie na pożytek i na przyjemność tej garstce, która się zowie uprzywilejowanymi.
Zakochani studenci uczyli się na pamięć liryków, histeryczki płakały nad powieściami i mdlały po lożach na dramatach, starzy profesorowie i wykształconych kilku dyletantów rozkoszowało się epopeją, wiedział to — za to wyprawiono mu jubileusz, uczczono go, nazwano chwałą kraju, jego filarem, jego czołem, fryzem i fundamentem.
A on tam, do fundamentów, tam, na dół, do suteren, tam on nie zszedł nigdy. Arystokrata z usposobienia, błyszczał po budoarach i salonach, nie dbając o nic, tylko o zdobywanie sławy i wygód życia. I to się nazywa półwiekową pracą dla dobra społecznego z poświęceniem się i zaparciem najwyższem. Zaiste słusznie!...
Tak jest, natura dała mu talent niezwykły, może geniusz; Bóg wie co mógł zrobić, a zrobił — cóż? Wstrząsnął nerwy kilku, może kilkunastu tysiącom ludzi. A te miliony, te ogromne miliony?
One z jego pracy, raczej z darów, które mu dała natura, nie miały nic. Ze światłem swego mózgu, ze swoją myślą i ze swojem słowem, niezszedł tam nigdy na dół, do suteren.
Nazwano go „apostołem ducha“ — zaiste słusznie! Tam trzeba było iść, Chrystusa tłumom nieść, jeśli się było apostołem ducha.
Pod jego nogami, tam, na dole, działo się coś, ale on tego widzieć nie raczył: był na to za dostojny, zanadto honorowy, za wielki. Naprawdę, tak jest, tworzył dla tych, którzy go podejmowali szampanem i sadzali na pierwszem miejscu; pisał przedewszystkiem dla wielkich panów i bogatych dorobkiewiczów... Tak jest, tak jest, nieraz myśli, które mu przychodziły do głowy, odpędzał, karty, które mu się same pisały, w kosz wrzucał, aby się sferze, w której żył, nie narazić. Był apostołem, tak, ale swej własnej korzyści...
Gdy tam, na dole, w suterenach, nędza toczyła tłumy, jak skir, a zbrodnia, jej nieodstępna siostra, najdziksze wyprawiała orgie: on skandował spokojnie swoje aleksandryny w wykwintnym gabinecie, palił dobre cygara w wykwintnym salonie, lub czekał w swej loży na oklaski teatralnej publiki. Oto dzieje jego apostolstwa, jego prawa do tego tytułu!
Kiedyś za młodu, lat temu kilkadziesiąt, jego przyjaciel, dawno zmarły malarz, naszkicował był Chrystusa, który, uginając się pod ciężarem krzyża w drodze na Golgotę, jeszcze znalazł w sobie dość siły, aby wolną ręką podać starcowi z tłumu, potrąconemu tak przez rzymskiego żołnierza, że upadł. O tym obrazie mówili wówczas wiele. Malarz usiłował Chrystusowi nadać wyraz niezmiernego zapomnienia o sobie, niezmiernego współczucia. Przez dziwne skojarzenie wrażeń — obraz ten, o którym poeta może kilkadziesiąt lat nie myślał, stanął mu teraz nagle żywo w pamięci.
Zakrył rękami twarz i pochylił głowę ku piersiom. Zdawało mu się, że ten Chrystus z wyciągniętą ku obalonemu starcowi ręką patrzy nań z dawnego obrazu z wyrzutem... Wszakże on nie niósł na barkach nic — a jednak nikomu ręki nie podał! Nie wisiała nad nim żadna klęska, a pamiętał tylko o sobie...
I życie jego całe, owe pół wieku pracy i tryumf, wydało mu się takie czcze, takie jałowe, tak zmarnowane...
I potrzebaż było aż tak strasznego faktu, aby go z tego egoistycznego snu przebudzić?... I dlaczegóż budzi się zeń tak późno?..
Uczuł wstręt do swojej natury, do swej własnej duszy. Cała jego filozofia, oparta na prawie konieczności, wykluczającem winę i zasługę, runęła — czuł się winnym.
Miał ochotę powyrzucać przez okno wszystkie wieńce, księgi pamiątkowe i kosztowne prezenty, wypychał gwałtem z pamięci wspomnienie osób, które zgromadziły się około niego w dzień jego półwiekowego jubileuszu, aby go czcią otoczyć i hołdami.
— Dlaczegóż — powtarzał — dlaczegóż w ten dzisiejszy wieczór, przy moim własnym stole nie zasiadła rodzina owego stolarza, aby czytać książkę, którą ja dla nich napisałem, a która im niosła Chrystusa...
I czuł taki wstręt do swej natury i czuł się tak winnym i całe życie dotychczasowe wydało mu się tak nikczemnem... Ale już było na nowe zapóźno.



KSIĄDZ PIOTR.


— Jakiegoś to herbu, panie Dzięgielewski? — Cykorya?
— Ozorya, do usług księdza kanonika dobrodzieja.
— Aha! No proszę, ktoby myślał. A napiłbyś się panie Dzięgielewski herbu Ozorya wódki?
— Jak wola księdza kanonika. Czemu nie?
— A jakążbyś wacan dziś preferował: anyżówkę, czy kminkówkę?
— A no tak po prawdzie żeby powiedzieć, to kminkówka ze względu, jako jutro jest wtorek, wydaje mi się racyonalniejsza.
— O! Jakimże to górnym stylem przemawiasz! Myślałby kto, żeś z nieboszczykiem Słowackim Króla Ducha komponował. Ale cóż to ma do tego Dzięgielewski organisto?
— Niby co, za pozwoleniem księdza kanonika.. ma co do czego mieć?
— Kminkówka do wtorku?
— A no, po prawdzie, żeby powiedzieć, to ona może i nic do niego nie ma.
— To dlaczegóż wasan powiedziałeś?
— E, kiedy to jegomość to tylko zawsze tak człowieka musztruje...
— Ho! ho! panie Dzięgielewski, organisto kłonicki! Pamiętasz, jakem was maszerować uczył, tu na dziedzińcu przed plebanią, kiedy to się na burzę zabierało? I karabinem machać? Choć co prawda, tom sam maszerować nigdy nie umiał, bom służył w jeździe i miał pałasz, nie karabin. Pamiętasz, panie Dzięgielewski, jaki był ze mnie tęgi oficer w piątym pułku ułanów, za księcia Konstantego? Jakiego miałem konia kasztanka, ho! Pamiętasz waść, panie Dzięgielewski?
— Jakże mogę pamiętać, księże kanoniku dobrodzieju, kiedy wtenczas moja matka jeszcze panną bywszy, w Sabańciszkach na jarmarkach tańcowała?
— A prawda, panie Dzięgielewski, że tyś cokolwiek młodszy odemnie. Wieleż to wiosen sobie liczysz?
— W metryce mam, jakom się urodził w trzydziestym drugim, z ojca Kaspra Mateusza i Kleofasyi Zaściańskiej Ozorya Dzięgielewskich małżonków.
— I od razu miałeś takie żółte wąsy, panie Dzięgielewski organisto?
— Ou, gdzie zaś! Jakże mogłem wąsy mieć, dopiero z łona matki wyszedłszy?
— A był Rzymianin dentatus, co się z zębami urodził, dlaczegóżby nie miał być Dzięgielewski „wąsatus“? Czyś to co gorszego od jakowego poganina, albo co?
— Pewnie, żeśmy od pogan lepsi — jeszcze szlachta...
— A widzisz. A ja się urodziłem, w siedmset dziewięćdziesiątym dziewiątym, a teraz mamy ośmset ośmdziesiąty szósty, to ileż mi jeszcze do setki brakuje, panie Dzięgielewski, herbu Cykorya?
— Ozorya, żeby po prawdzie powiedzieć, do usług księdza kanonika dobrodzieja.
— Niech mu będzie. No, wiele?
— Żeby ksiądz kanonik miał dziewięćdziesiąt, to by brakowało dziewięć.
— A żebym miał sto, toby nie brakowało nic, prawda?
— E, kiedy to jegomość musi zaraz człowieka stropić. Jak się zaś od dziesiątki odejmie...
— No, wiele, prędko?
— Ouu, przecież to tak zaraz...
— A nibyś taki, panie Dzięgielewski, w rachunkach nagły, jak żyd w tańcu. To już ci pomogę. Trzynastka mi brakuje do setki. Wieleż to czyni?
— Właśnie chciałem powiedzieć, na psa urok, ośmdziesiąt siedm.
— Trzynastka, panie Dzięgielewski, trzynastka, feralna cyfra. Ale, jakem szlachcic, jakem Piotr Załański, nie opuszczę Panu Bogu od setki ani dnia, na honor, nie opuszczę. Czym to jeszcze nie krzepki? Zeszłej niedzieli, pamiętasz waść, jakem huknął z ambony ku panu Karasowskiemu Bolesławowi z Wólki, co był zasnął w ławce, tak się wzdrygnął, aż mu okulary z nosa spadły. Oho! jeszcze się nie dam. Napiłeś się, panie Dzięgielewski, wódki?
— Jakże, kiedy ksiądz kanonik tylko obiecać raczył?
— No, to wyjmijże karafeczkę z kredensu. A że dziś jest poniedziałek, a jutro wtorek, dwie. Nie tę, tamtą, tak. Na tę intencyę łykniesz sobie naprzód anyżki, potem kminkówki.
— Za łaską księdza kanonika.
— Łyknąłeś?
— Niby tak.
— Teraz drugą.
— Niby już.
— Zakąśże teraz pierniczkiem. Dobry?
— Hm! Hm! Delicye!
— No to idźże teraz, panie Dzięgielewski do domu, a kłaniaj się pięknie pani Dzięgielewskiej i pannie Anastazyi Paprykowskiej, jej siostrze ciotecznej, a ja sobie tymczasem pacierze poranne odmówię, Bóg z tobą, panie Dzięgielewski, herbu Cykorya.
— Całuję rączki księdza kanonika dobrodzieja. Ozorya.
I pan Dzięgielewski, obtarłszy rękawem płowe, siwiejące, długie wąsy, pocałował księdza kanonika niżej łokcia i wyszedł.
Wówczas staruszek przeżegnał się, złożył ręce na piersiach i począł chodzić po pokoju jednostajnym, wolnym krokiem, szepcąc półgłosem modlitwy, zaś stary gończy Zagraj, śpiący dotychczas pod kanapą, otwarł naprzód jedno oko, potem drugie, wstał, przeciągnął się, ziewnął, i jak to już od lat dawnych zwykł był czynić codziennie, puścił się krok w krok za swoim panem. Od czasu do czasu staruszek ręką muchy uprzykrzone odganiał, od czasu do czasu kłapał na nie zębami stary Zagraj i tak chodzili obaj aż do śniadania.
W trakcie modlitwy ksiądz Piotr spoglądał niekiedy na ścianę, gdzie wisiały pięknie wypolerowane dubeltówki i tkwiły wielkie, rosochate poroża jelenie, przyglądał się chwilę kwitnącym w doniczkach na oknie hyacentom i azaleom, albo wybujałym pod oknem malwom i słonecznikom, niekiedy przewiódł mimochodem oczyma po zrównanych w rząd cybuchach i połyskujących piankowych fajkach, lub też nie przerywając szeptu pacierza, przed szafą z książkami się zatrzymał, tę, ową poprawił, i szedł powoli dalej, pies za nim zaś. Na świat też nieraz spojrzał, bo na dziedzińcu uwijali się parobcy w ponsowych kabatach, pan Walenty Mościk, ekonom, krzyczał i komenderował, młode psy rozganiały kurczęta, stary, obłaskawiony żóraw, Marcin, źróbki płoszył i indorom się sprzeciwiał. Gwar był i ruch. Dziewki w żółtych i pstrokatych chustkach na głowie, przechodziły nucąc tęsknie i rozwiodle, pawie roztaczały świetne ogony i puszyły się, wlekąc skrzydła po ziemi, gołębie chmurą zlatywały z nad dachów i wznosiły się nad nie, zataczając wielkie koła. Na to wszystko padało poranne słońce, bardzo jasne i promieniste, kładło plamy złotawe na ziemi i słało jasność mieniącą na lipach i brzozach.
Ksiądz Piotr, nie przestając się modlić, patrzył w okno siwy i cichy, z dłoniami zetkniętemi przy ustach, a gdy już ostatnie słowa pacierza wyszeptał, jeszcze znaku krzyża nie kładł, tylko stał przy oknie długo i patrzył. I potem znak krzyża na własnych naprzód ramionach uczyniwszy, kreślił go w powietrzu, błogosławiąc z swego pokoju kłonickim łanom, lasom i wodom rybnym i ludziom w polu robiącym, i trzodom, co się po łąkach pasły.
Tak było często.
Wypiwszy kawę, ksiądz Piotr zapalał piękną fajkę piankową na długim, wiśniowym cybuchu, z dużym, kosztownym bursztynem, dar nieboszczyka kolatora pana marszałka i pociągnąwszy kilkanaście razy, pochylał się w tył w fotelu i zaczynał drzemać, przyczem zwykle coś mu się śnić musiało, pomrukiwał bowiem: ho! ho! i poruszał wskazującym palcem prawej ręki, co czynił zawsze, ile razy opowiadał z zajęciem, lub dawne czasy wspominał.
Miało mu się też co marzyć! Dzieciństwo naprawdę „sielskie anielskie“ w Załanach; służba pod księciem Konstantym, kilka lat emigracyi, długa wędrówka, wreszcie kilkadziesiąt lat służby Bożej, twardej i pełnionej po żołniersku, bez folgi, po rozkazie...
Księdzem nie został ten niegdyś świetny rotmistrz ułański z powołania; przyznawał się do tego otwarcie. — Ja — mówił nieraz — urodziłem się, kochanku, na księdza, jak moja dziewka Wikta, co korzec ziemniaków na plecy bierze, na baletnicę. Byłem młody, przystojny, ho! ho! nie biedny, a do tego żywy, lekkomyślny, pusty, ot szlachcic polski i do tego kawalerzysta. Alem poznał, kochanku, w czemeśmy zawinili. Ja, kiedy mi mój luzak, Sobek, chłopak z Załan, szabli niedopolerował, albo butów na czas nie przyniósł, buch go w pysk! Mój ojciec, mój dziad, mój pradziad, wszyscy Załańscy za takie same i podobne rzeczy swoich Sobków buch w pysk! Dlatego mi mój chłopak przed pierwszą bitwą uciekł, dlatego w czterdziestym szóstym mego brata stryjecznego Stanisława jego własny lokaj za nogę z konia ściągnął, a potem go chłopi tak zsiekli, że go poznać nie można było. Ja poszedłem robić ekspiacyę za siebie i za innych Załańskich, poszedłem, kochanku, służyć tym, względem których czułem się winny... A czy ty myślisz kochanku, że mnie było łatwo rzucić wszystko, cały świat, który mi się śmiał, sutannę oblec, na wieś iść, dzieci chłopskie chrzcić i szczerbate baby spowiadać? Nieraz myślałem, że nie wytrzymam, kochanku. Jeszcze jak węgierska wojna wybuchła, o małom sutanny na kołku nie zawiesił i za Karpaty nie ruszył. Ale powiedziałem sobie: zameldowałeś się Bogu do służby, służ! A służba Boża twarda rzecz i On nie żartuje. Kiedy dobry, to dobry, ale jak się rozsierdzi, wszyscy w kąt, nawet Michał Archanioł, choć to wielki wojownik i dyabłu skórę wyprał, stronami tylko szablą pobrzękuje, a przed Panem Bogiem tak ją cicho w garści niesie, jakby po cesarskich pokojach stąpał. A cóż dopiero marny człowiek, choćby nawet kanonik. Ho! ho! Ale potem jużbym za skarby świata mojej sutanny nie zwlókł i mojej parafii nie opuścił. Com z początku, kochanku, jako pokutę, jako ekspiacyę podjął, żebym ja, pan z panów i oficer kawaleryjski między proste chłopstwo schodził, życie mu moje, moje dni i noce w ofierze niósł, tom się w tem potem rozmiłował... A potem rozmiłowałem się i w rzeczach boskich i zacząłem te dusze boskiemi robić. I myślałem sobie znowu: co ja tu jedną duszę kłonicką Bogu przysposobię, to On tam, sędzia sprawiedliwy i miłosierny, Załańskim choć po roku jednym pokuty czyścowej odpuści. A potem przez miłość Boga zacząłem i ludzkość szeroką miłować i tę miłość w kłonickie dusze szczepić... I powiedz mi, możeż być co piękniejszego na ziemi, jak dusze Bogu, ojczyźnie i ludzkości skarbić? A te kłonickie dusze, one są gliniaste i kamieniste, ale w nich i czarnoziem jest, one nie są złe, one są dobre. Tylko one są bardzo trudne i trzeba je, kochanku, bardzo kochać i bardzo im pobłażać i ludzkość im świadczyć. Żebym ja był mojego Sobka mniej bił w pysk, a więcej do niego mówił, nie byłby mi on przed pierwszą batalią powiedział: „a mnie wciórnaści do tego“ — i uciekł, gdzie pieprz rośnie. I widzisz, mogę śmiało, kochanku, powiedzieć, że do czegom się zameldował, tom spełnił; byłem, śmiało mogę powiedzieć, dobrym księdzem, dobrym duszpasterzem. A żebyś mi to prorokował był tak lat temu sześćdziesiąt, kiedym ja dla panny Jadwigi Karśnickiej siwą klacz turecką ujeżdżał, a potem ją na tej samej klaczy wykradłem, Panie odpuść, dla mego przyjaciela, Hilarka Roszczewskiego, że mnie w sutannie do trumny będą kładli, kiedy ja myślałem w jeneralskich szlifach na dolinę Jozefata iść... Ho! ho! Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi... Ho! ho!... Niema tam gdzie pana Dzięgielewskiego?
Bez pana Dzięgielewskiego nie mógł się staruszek kilku godzin obejść. Ów zaś pan Dzięgielewski z drobnej, zagonowej, żmudzkiej czy litewskiej szlachty, przywędrował jeszcze z ojcem nieboszczykiem Kacprem Dzięgielewskim, herbu Ozorya, z Litwy, i znalazł przytułek w kłonickim dworze. Zrazu pomagał dworskiemu pisarzowi w rachunkach, ale, że do cyfr głowę miał nie osobliwą, a na flecie pięknie grywał, poświęcił się kunsztowi organistowskiemu i taką z miechów czułość wydobywać umiał, aż się pannie Krystynie Kolasikiewiczównie, pokojowej pani marszałkowej, mdło zrobiło podczas sumy i ostatecznie została panią organiściną, a razem ze stanu mieszczańskiego do godności szlacheckiej podniesioną.
Z panem Dzięgielewskim toczył ksiądz Piotr dysputy o wszystkiem, zacząwszy od owsa i polityki, kończąc na astronomii i motylicy. Droczył się z nim i trafiał w jego szaraczkową godność szlachecką, przekręcając mu Ozorya na cykoryę, co się najmniej od lat trzydziestu zawsze z jednakowym skutkiem powtarzało.
Pan Dzięgielewski nosił na codzień czarny halsztuk na szyi, długi tabaczkowy surdut, kamizelkę w centki i pasiaste spodnie, na niedzielę zaś i święta, imieniny papieża i księdza kanonika halsztuk z ciemnego granatu, nowy surdut tabaczkowy, kamizelkę sieraczkową i nowe, pasiaste spodnie. Miał pan Dzięgielewski czapkę z daszkiem, chustki do nosa czerwone z bronzowemi kółkami, rogową tabakierę, trzcinę z posrebrzaną gałką i mosiężną pieczątkę z herbem.
Ksiądz Piotr lubił go bardzo.
Koło plebanii było jak w arce Noego. Oprócz zwykłych, domowych zwierząt, miał ksiądz Piotr mały zwierzyniec, w którym sarny, zające i osobliwsze zamorskie gęsi żyły w bezprzykładnej zgodzie. Dozór nad tą menażeryą, jak i nad ogrodem, miały sobie powierzone wszelakie baby i dziady, oraz kaleki i sieroty, jakie się w okolicy udało znaleźć. Ksiądz Piotr zbierał biedactwo, przygarniał, odchowywał i wychowywał. Potrzebując dla siebie niewiele, bo go głównie piękne buty i rewerendy, do czego miał zawsze słabość, kosztowały, a mając i z parafii i z kapitałów własnych znaczne dochody, całe legiony ubogich żywił i odziewał. „Mój sąsiad — mawiał — ksiądz Wajdzik, kiedy kościół w Nowosiółku odnawiali, bronił malarzom po rusztowaniach chodzić, bo mógł który w okno wpaść, a szyby drogo kosztują; grosz do grosza zbija, psu na omastę nie da, żeby po jego śmierci chłopi blachą kościół pokryli i nową wystawili dzwonnicę; a ja mówię, że ja lepiej robię. Bo Pan Bóg o blachy na kościele nie dba, tylko o to, jakie się dusze w tym kościele modlą, a czy Mu się dzwon wyżej czy też niżej lipy majda, to Mu także wszystko jedno, byle Mu serca ludzkie ku niebu dźwigał. U mnie by się też to i owo na kościele dało naprawić, ale mnie pierwsza sieroca gęba, niż dziura w gontach kościelnych“.
Miał ksiądz Piotr duży ogród cienisty, w którym wiele drzew, dziś już wyrosłych, własną jeszcze ręką sadził, przeszło pół wieku bowiem już na parafii kłonickiej siedział. Na owocach znał się wybornie, hodował je na prezenta dla kolatora i sąsiadów, a kwiatów było u niego wbród. Kiedy się koło nich krzątał, zawsze z niemi rozmawiał. Jedne chwalił, na drugie zrzędził, nad innemi się litował. Trzeba było słuchać. — „Uu, takeś to wybujał, narcyzku, ażeś się złamał, widzisz. Poczekajże to cię podeprę. Tak. Teraz ci się będzie lepiej rosło. Trzymaj że się dobrze, tak. A ten słonecznik, łobuz, jak się to rozpanoszył! Myślałby kto, że Bóg wie co! Jaki tulipan zamorski, albo ananas! Ty zaś czego się tu spinasz, powoju jeden! Patrzcie! Będzie na płot lazł! Jakżeby żerdki nie miał! Owa! Jeszcze mi uczciwy groszek do czego złego namówisz. Spróbuj tylko! A te konwalijki, jakie śliczniutkie. Jak panienki! Tylko mi się tu nie pchajcie, astry. Ho! ho! znam ja was. Nibym to nie był przy ułanach! Ho, ho!“
Czasem ksiądz Piotr, gdy się dobrze po obiedzie wyspał, pod wpływem dawnych wspomnień nabierał rycerskiego animuszu, a że zdziecinniały już był trochę przez lata podeszłe, ofiarą padał pan Dzięgielewski. Kiedy się zaniosło na zawieruchę przed wojną prusko-austryacką, ksiądz Piotr, zakasawszy poły od sutanny, ze starą ułańską szablą w ręku, musztrował na dziedzińcu plebanii ochotników, między którymi był i pan Dzięgielewski, wówczas jeszcze pomocnik pisarza i kawaler. Otóż staruszek bywał od czasu do czasu ciekawy, czy organista nie zapomniał musztry?
— Bierz acan ten długi cybuch, nie ten, tamten, dłuższy — mawiał — a mnie proszę podać ten krótszy. Tak. Baczność! Marsz! W prawo zwrot! W lewo zwrot! Zachodź! Stój!
Organista spocony, zziajany, stawał wyciągnięty jak struna przed kanonikiem, a ten przyglądał się jego podstawie, szturchając go lekko cybuchem pod brodę i obciągając sieraczkową kamizelkę ku pasiastym spodniom.
Ćwiczenia te wojenne, choć dosyć rzadkie, irytowały mocno gospodynię księdza kanonika, pannę Katarzynę Capikównę, jako i z powagą stanu kapłańskiego nielicujące i zdrowiu jegomości szkodzić mogące.
Milczała jednak do czasu.
Ale raz nieszczęśliwie zdarzyło się, że księdzu Piotrowi, który słynął niegdyś jako rębacz i jedenaście pojedynków odbył, a tylko go raz pan Bogusław Chomialski lekko koło prawego ucha drasnął, za co sam miał twarz „rozjechaną“ od ucha po szyję, zachciało się spróbować, czy mu jeszcze „ręka chodzi“.
— Panie Dzięgielewski, weź-no dziś ten drugi, krótszy cybuch — rzekł, wstając z fotelu i zdejmując fajkę z cybucha, z którego ciągnął.
— Na co, że śmiem zapytać?
— Zobaczysz. Parujno kwartę.
— Jak ksiądz kanonik mówi?
— Broń waść brzucha z lewej strony.
Organista zdumiał się:
Wszelki duch Pana Boga chwali, po prawdzie żeby powiedzieć! Wedle czego?!
— Nie pytaj się nic, tylko słuchaj. Na lewej nodze się oprzej. Lepiej, tak. Przegnij się. Brzuch w tył. Ou, jaki to sztywny masz brzuch. Jakem był w twoim wieku, to jeszcze miałem jak panna Klocia Tymińska, com to jej onegdaj gruszek suszonych do Strzyżowic posłał na siedmnaste urodziny. Podnieś głowę. Prawa wolna. Tupnij! Raz, dwa! Wypnij piersi. Ręka tak. Potem tak. Rozumiesz? Ja tak, ty tak! Raz, dwa! Gardez vous!
— Podług rozkazu, księże kanoniku!
— Teraz baczność! En garde!
Organista jęknął, a kwarta poszła tak dobrze, że ugodziła nie tylko w brzuch pana Dzięgielewskiego, ale i w dwa wazonki z fuksyami na oknie, które zleciały z wielkim hałasem.

„Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą
Pomiędzy ostrza potężnych szermierzy“.
[2]

Zadeklamował ksiądz Piotr, stając nad skorupami, ale wtem panna Katarzyna Capikówna wpadła do pokoju, czerwona, jak pomidor, gwałtowna, jak bomba.

— Jegomość — krzyknęła.
— A coć — spytał skonfundowany nieco ksiądz Piotr, nadrabiając miną.
— Wstyd i obraza boska! Żeby tak kto zobaczył! Ksiądz kanonik, jak fircyk, z cybuchem po pokoju! A pan organista mógłby też mieć rozum. Ojciec dzieciom! I niby jakiś szlachcic! Jak się to jeszcze raz zdarzy, nie dam kawy, jak Boga mego, nie dam kawy!
— Owa! Babska groźba żabie deszcz! — ośmielił się mruknąć ksiądz Piotr.
— Babska nie babska! Jegomość mi też podlotek! — ofuknęła panna Katarzyna. — Może kamizeleczkę białą i żabocik! Patrzcie! — i zaperzona wypadła jak huragan z pokoju.
Ksiądz Piotr jednak był kontent.
— Baba jest zwyczajnie jędza — mruczał — a bądź co bądź ręka nie jest jeszcze zła. Jakby tak padło, ho, ho!
Lubił ksiądz Piotr w letnie południe za ogrodzenie plebańskie wyjść i na ławce pod starym cisem siadłszy, w świat patrzeć. Widział stąd zboża złociste, pełne modrych bławatków i maków czerwonych, różowe i białe zagony koniczyn, łąki zielone, przesiane mnóstwem różnobarwnych kwiatków, mieniące się pod blask słoneczny. Widział bór ciemny, jakoby pod drżącą, przeźroczą gazą złoto-szmaragdowego światła i gdzieś daleko mgliste, błękitniejące góry; a nieopodal widział jezioro wielkie, cichą, lekko falującą z wiatrem rozchwiej wodną, nenufarami u brzegów i szeleszczącem sitowiem zarosłą, iskrzącą się miejscem jak blacha srebrna w słońcu, miejscem siwą lub siwo-fioletową. Po jeziorze pływały kaczki dzikie, czerniąc się na topieli sznurami, zawisały ponad niem czaple o skrzydłach szerokich i chmary czajek krzykliwych, a jezioro ciągnęło się szeroko, głęboko w kraj, ciche, senne, lekko z wiatrem faliste.
Wszystko to było zatopione w jakąś srzeżogę światła, nieskończenie spokojne, rozległe, prawie bezgraniczne, jakby zasłuchane w wiatr i szum łąk i wody, łagodnej smętności, rozkołysanych tęsknot, jakiejś polnej zadumy i dziwnych, ogromnych upojeń pełne...
Ksiądz Piotr patrzał i patrzał, i zrazu odróżniał zboże od łąk, a las od wody, ale powoli poczynał mu się ten cały duży i rozmaity świat zlewać, łączyć, zamieniać w jedną wspólną barwę, błękitną a prześwietlną. Zboża, kwiaty, trawy i ciche kręgi fal jeziora i czaple na szerokich białych skrzydłach i stada krzykliwych czajek i obłoki przejrzyste i niebo jasno-błękitne, wszystko to napełniało mu oczy i czyniło w nich wielką światłość pogodną i niezmiernie słodką. Zdawało się księdzu Piotrowi, jakoby on już nie świat sam rzeczywisty, ale duszę świata widział, raczej opar jakiś czy mgłę, kolory ziemi niosącą, niż samą Ziemię.
A potem to widzenie więcej duchem, niż oczyma, poczynało się gubić i rozwiewać w przestrzeni wyłaniających się z pamięci obrazów, niegdyś widzianych. Zaczem poczynały się w duszy księdza Piotra rozbłękitniać olbrzymie przewieje morskie, z okrętami o białych żaglach i olbrzymie przewieje pustynne; poczynały w niej szumieć cedry Libanu i palmy oaz arabskich, poczynały w niej róść piramidy milczące i wulkany o czerwonych kiściach płomienia u szczytu; poczynały się jawić miasta wschodnie, stubarwne, i owo rzymskie martwe, z ziemi dobywane, i ludzi tłumy i zwierzęta dziwne; tworzył się w niej jakiś łagodny, przyćmiony odległością czasu chaos wrażeń, ogarniało ją zapomnienie się, zamyślenie. I nieraz dopiero wysłany umyślnie przez gospodynię ulubieniec staruszka, siedmioletni sierota, Ignaś Znajda, budził go z zadumy, ciągnąc za sutannę.
— Jegomość!
— A... a co?
— Jegomość spali?
— E, tak mi się tylko nieco zdrzemało.
— Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli.
— Dobrze, dobrze, zaraz idziemy.
— Jegomość!
— A co?
— A cy Pon Jezus to tak po niebie chodzi, jak jegomość po ziemi?
— A tak.
— A cy je bosy?
— A pewnie. Pocóżby tam buty nosił, kiedy ciepło.
— A cy je wielgi?
— Ho, ho! Jak świat!
— A to jak pierun gruchnie, to mu między palce od nóg leci?
— A pewnie, pewnie.
— A cy je dobry?
— Ho, ho! Jak miód!
— A miód je dobry?
— A czyśto nie próbował?
— A Pombók?
— A Pan Bóg jest też dobry?
— Jesce lepsejsy.
— Nie, jednako, jednako.
— A wielgi je Pombók?
— Taki, jak i Pan Jezus.
— Jegomość!
— A co?
— Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli.
— Dobrze, dobrze, chodźmy.
— No to pódźcie. Dojcie renke. Pomalućku, boście starzy.
I Ignaś brał za rękę księdza Piotra i szli razem ścieżką ku plebanii, rozmawiając po drodze dużo i seryo.
Zajęty służbą Bożą i ludzką, a zajęty bardzo ciężko, ksiądz wikary bowiem, studyujący dniami i nocami dzieła teologiczne, małą mu był wyręką, nie miał ksiądz Piotr wiele czasu myśleć o śmierci, tem bardziej, że zawsze zapowiadał, iż od setki ani dnia Panu Bogu nie opuści. Ale pewnego jesiennego wieczora, kiedy słońce zaszło, ostatnie fioletowe plamy kładąc na ciemnem niebie, ksiądz Piotr, który długo przedtem siedział w milczeniu na ganku od ogrodu, zdając się drzemać, zwrócił nagle głowę ku siedzącemu naprzeciw organiście i rzekł poważniejszym niż zazwyczaj głosem:
— Panie Dzięgielewski, mnie się zdaje, że trzeba iść.
— A dokąd, że śmiem zapytać?
— Dalej, niż ztąd do kancelaryi parafialnej. Tam... I pokazał ręką ku bielejącemu się opodal murowi cmentarnemu.
Dzięgielewski żachnął się:
— A co też ksiądz kanonik dobrodziej wygaduje! Po prawdzie, żeby powiedzieć, to nawet nie przystoi, pfe! Jeszcze można w złą godzinę...
— No, zobaczysz, panie Dzięgielewski, organisto kłonicki, że mnie już trzeba iść. Już czas, już i tę trzynastkę Panu Bogu odstąpić muszę.
— O, o! Wolałby jegomość nie wymawiać takich przykrości!
— E, już i czas. Spowiadałem się właśnie dziś rano, jakby umyślnie. I komunię przyjąłem. Gotów jestem. Po księdza wikarego też jeszcze posłać można będzie, ale przeprosić go pięknie, bo pewnie nad „Sumną teologiczną“, albo „Naśladowaniem Chrystusa“ będzie siedział. Takich kanonikami robić, nie mnie, starego bajdę.
Od pól szły przez ogród chłodne i zwiędłe wonie jesienne i słychać było cichy, jednostajny szum wiatru.
— Panie Dzięgielewski — ozwał się staruszek.
— Słucham księdza kanonika dobrodzieja.
— Słuchaj waść, ale nie mnie, tylko świata. Słyszysz, jaki to szum? Wydaje mi się, że słyszę obrót całej tej wielkiej maszyny, której Bóg jest budowniczym i maszynistą wiecznym. Kręcą się na osiach planety i słońca, wszystko idzie po swoich drogach i szumi. Cały świat szumi. A on, budowniczy i maszynista wieczny, słucha i raduje się. Pomyśl tylko panie organisto kłonicki, Mateuszu Tymoteuszu Dzięgielewski, herbu cykorya, jaki to ogromny i cudowny szum być musi! Ty myślisz, że jak wiatrak Kuby Michałowego z Zardzawicy, a to jak tysiąc, milion takich wiatraków. Ho, ho! Jak wszystkie fale Atlantyku i wszystkie wichry Sahary razem wzięte. Słuchajtylko...
— Słucham księże kanoniku.
— Słyszysz?
— Słyszę, jak wiatr po ogrodzie szuści.
— A tego szumu świata, tej maszyny ogromnej, nie słyszysz?
— Nie, z przeproszeniem księdza kanonika dobrodzieja.
Ksiądz Piotr pomilczał chwilę, a potem znowu zaczął mówić:
— Odsuń, mości organisto tę szybę od północy. Niech jak najwięcej zapachu z pola wejdzie. Tam, jak tam... może być, jeśli Bóg miłościwy, i światło prześliczne i chóry anielskie i wonie rajskie mogą być i wszelki cud, ale przecież kłonickich pól nie będzie, nie będzie tego zapachu z mego parafialnego ogrodu... Wieczność jest długa, ale i pięćdziesięciu lat też pies nie przeskoczy... Te młode wiązy każesz podeprzeć, a żeby grusze dobrze na zimę słomą owinęli... Ho, ho! takiego zapachu nie będzie... Mości panie Dzięgielewski, ja byłem w Ziemi Świętej i w Arabii i we włoskich pomarańczarniach, a takiego zapachu, jak u mnie w Załanach dawniej, a potem tu w Kłonicach, nigdzie nie było. Panie Dzięgielewski!
— Do usług księdza kanonika.
— Czy to już miesiąc wschodzi?
— Niby.
— Jasny jest? Bo mi się źle w tamtą stronę oglądać.
— Jasny.
— To chwała Bogu. Nie chciałbym w niepogodę umierać.
— Uu, co też to ksiądz kanonik...
— Cicho, panie Dzięgielewski, organisto, cicho. Miesiąc poświeci duszy, jasnym gościńcem pójdzie. A i dobrze, jeśli z ganku. To prawie tak, jakby z pola. U nas w rodzie mało kto na łóżku gasł. W polu gaśli. Dobrze, że się skończyli, bo kto wie, coby z nimi było, tak, jak z innymi. Kotu na łódź szlachectwo bez szlachetności w duszy. Tak panie Dzięgielewski.
— Słucham księdza kanonika...
— Ubierzesz mnie w nową sutannę, tę na jedwabnej podszewce, pasem jedwabnym przewiążesz, szpilką złotą z Korabiem przepiąć, buty nowe wyglansować, łańcuch kanoniczy na szyję, ordery moje wojskowe na pierś. Sygnet zostawić na palcu, niech idzie ze mną... Obsypiesz mnie kwiatami, dużo macierzanki, bo pachnie, narcyzy w głowach. I szablę moją, mości Dzięgielewski, złamać, bo jestem z rodu ostatni... Cóż to, ty buczysz panie Dzięgielewski?
— U–u u... bo ksiądz kanonik tylko mi serce kraje...
— Albo wiesz co, panie Dzięgielewski, szabli łamać szkoda, ale mi ją cicho, żeby ksiądz wikary nie widział, pod sutannę we fałdy włożysz. W rękach krzyż, nibym ja tylko ksiądz, ale tam, pod bokiem, szabla... Czujesz jak z mego ogrodu pachnie, panie organisto?
— Czu–czuję księże kan–n–noniku dobrodzieju...
— Testament jest tam, w biurku. Wszystko w porządku. Żebyś mi tu zawsze, panie Dzięgielewski, kwiaty w doniczkach podlewał i ogrodu strzegł. Nic nie sprzedawać, nic nie wypędzać. Na wszystko fundusz jest. Na dziady i na baby, na sieroty i kaleki, na zwierzyniec, na Marcina i Zagraja. Wszystko ma być, jak było, póki nie wymrze, albo nie wyrośnie i w świat nie pójdzie. U mnie było jedno serce dla całego świata. Sarnię bez kozy takiej litości warte, co i dziecko małe. Bóg wszystko stworzył, wszystko miłuje i o wszystkiem wie. Panie Dzięgielewski!
— Co ksiądz kanonik rozkaże?
— Bułanki panu Strzemieskiemu do Topolicy posłać. Broń Boże nie sprzedawać! On im łaskawy chleb da, bo niemi ostatni Załański jeździł. Mój dziad pannie Bronisławie Strzemieskiej, będąc nieco podchmielon, srebrny imbryczek z ręki wystrzelił, a potem jej do nóg padł i ona była moją babką. Ztąd my krewniacy. Bułanki do Topolicy, siwki księdzu wikaremu na pamiątkę, bo on rad tą maścią jeździ i tych jednych się nie bał. Strzałę weźmie porucznik Kotwicz, to kawaleryjski koń. Może da Bóg jeszcze obaj nie tej trąbki będą słuchali, co dzisiaj. Ho, ho!... Fajkę z Maryą Antoinettą i kałamarz bronzowy z Napoleonem także księdzu wikaremu. Z majątku mego będzie fundusz na zakład wychowawczy, a tobie, panie Dzięgielewski, przekazałem testamentem dwa buhajki, dziesięć tysięcy i jeszcze tam to i owo, a tu masz ciepłą ręką tę tabakierkę szyldkretową z rubinem, żebyś o starym księdzu pamiętał.
— Uu, uu, uu, księże kanoniku dobrodzieju!...
— A nie klękaj przedemną waść, nie całuj mię po kolanach, fe, wstyd, wszyscyśmy równi. A że ja mam więcej, to ci daję. Tak powinno być i koniec. A nie bucz tak, panie Dzięgielewski, bo ludzi budzisz... Narobią się dzień cały, potrzebują spać. Ja się też choć pół życia napracowałem, trza iść spać... A tak przecież dziwnie... Niby się wie, że się ma umrzeć, a tak dziwnie... Tu jutro już może człeka nie będzie, a tu żeby choć jeden listek z lipy opadł, żeby choć jedno źdźbło trawy zawiędło... A przecież wszystko z jednego Boga wyszło, Bogiem trwa... Marność marności jest człowiek i nic tylko marność... Rok, dwa będą pamiętali, potem zapomną... Niech tam, byle Bóg miłosierny nie zapomniał... O resztę nic!
Jak mi się też żywo przypomina, jakem tu pierwszego dnia przyjazdu po alei grabowej w ogrodzie chodził... Takie były te graby, jak i dzisiaj, rozłożyste i szumiące. Lat pięćdziesiąt, pół wieku z górą... Nie chce mi się wierzyć, że by ta pszenica tak samo prosto rosła, a przecież będzie... Tyle lat... Com ja tu chrzcił, com tu pochował... O, jak to jasno...
Przez liście winne, które ganek gęsto obrosły, poczęła wmykać się światłość miesięczna, cicha i srebrzysta, zawisała na liściach i patrzyła w dół. Szum wiatru, poruszając liśćmi, jakoby przymykał i odchylał jej powieki. Ksiądz Piotr spoglądał jakiś czas w górę, potem głowa opadła mu ku piersi, a pan Dzięgielewski, któremu grube łzy spływały na wąsy, słyszał, jak staruszek szeptał:
— Niema co, niema co, trzeba iść. Teraz wieczór, jutro rano, ale trza... Jak to księżyc na mnie patrzy... Jakby mi jasność jaką zapowiadał niebieską. Ale kto wie... Nigdym się niczego nie bał, com się to śmierci napatrzył w oczy, a przecież mi jakoś straszno... Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu... Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. A i krew jest na mojej duszy...
Opuścił jeszcze niżej głowę na piersi i milczał chwilę, ale nagle podniósł ją i silnym głosem przemówił:
— Mości Dzięgielewski, jak odśpiewają Requiescat in pace, każesz ze wszystkich moździerzy parafialnych huknąć... Pamiętam w Olszynce leci na mnie oficer dragoński, jak go chlasnę! Ale to było w dobrej sprawie, panie Dzięgielewski... Poprawno ten knotek w lampce przed Matką Boską Bolesną... Tak...
Poczem ksiądz Piotr przymknął powieki i począł drzemać, ale organiście się zdawało, że głowa opada staruszkowi coraz niżej i że oddycha coraz słabiej i słabiej. Trwało to czas jakiś, aż się pan Dzięgielewski zaniepokoił i miał już wstać, aby przywołać pannę Capikównę, gdy zegar uderzył dwa razy na wpół do dziesiątej i we drzwiach, wiodących z sieni do ganku ukazał się mały Ignaś Znajda w koszulinie i płóciennych majteczkach. Podszedł on ku fotelowi księdza Piotra i pociągnąwszy go lekko za sutannę ozwał się:
— Jegomość! Pójdźcie! Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli spać. Pójdźcie, dojcie renke! Pomalućku, boście starzy Jegomość!
Ale kiedy ksiądz Piotr nie poruszył się, ani nie odpowiedział, wówczas Ignaś podniósł wielkie oczy na pana Dzięgielewskiego i spytał:
— Panie organisto, cy jegomość pomarli?




PAN.


Szedł, szedł i szedł... Nie zważając na buty, szedł od jakiej piątej rano; słońce świeciło już prawie na środku nieba. Był już tęgi kawał za miastem, pośród pól, może ze trzy mile od niego. Nie znał tej okolicy; szedł gościńcem przed siebie, naprzód i naprzód...
A medytował tak, że nie zważał ani na buty, ani na to, że bez śniadania był dotąd, ani na okolicę. Redaktor wielkiego i poczytnego dziennika „Bylebyło“, posiadacz ośmiu tysięcy abonentów i trzech kolumn inseratów, obstalował u niego nowelę na tysiąc wierszy, na temat „słońce“, aż — wyjątkowo — po siedm kopiejek od wiersza! Siedm razy tysiąc, daje siedm tysięcy kopiejek, co daje siedmdziesiąt rubli. Siedmdziesiąt rubli... Ah! Siedmdziesiąt rubli to jest siedmdziesiąt rubli.
Jest lipiec, jest lato, miasto opustoszało, wyjechali wszyscy. Nawet w redakcyi „Bylebyła“ trzech starych współpracowników wzięło urlop. On nie był nigdy stałym współpracownikiem: nie chciano go angażować, gdyż „szkoda było jego literackich zdolności na dziennikarską pracę“. Dzięki tej pochlebnej opinii reporterzy zarabiali po dwieście i trzysta rubli miesięcznie, on przeciętnie od czterdziestu trzech do stu dwóch. To zdarzyło się tylko raz, kiedy za nowelkę o Bożem Narodzeniu dostał trzydzieści dziewięć rubli.
Od tego czasu jednak aż do lipca nie wydrukował żadnej noweli, raz dlatego, że redaktor „Bylebyła“, z którym miał najwięcej stosunków, niechętnie widział drukowanie po konkurencyjnych pismach, sam zaś miał tyle „wiadomości bieżących“, że mając stały powieściowy fejleton, nadzwyczaj rzadko mógł go przeznaczyć na nowele; nad to też sprawozdania z książek, za które się brało po dwie i pół kopiejki od wiersza, pochłaniały masę czasu.
Zresztą stanowisko jego, jako zaetatowego współpracownika w „Bylebyle“ było bardzo dobre: redaktor zawsze wstawał, kiedy się z nim witał i żegnał, nie mówiąc mu „mój panie Żytniewicz“, tylko „panie Hektorze“, albo „kochany panie Hektorze“, na nowy rok przyjmował go w salonie, nie w pokoju jadalnym, jak reporterów, a na imieniny żony z całej redakcyi oprócz kierownika działu politycznego i referenta spraw ekonomicznych, jego tylko jednego zapraszał na wieczór tańcujący. „E cóż, pan jest pan! Żebym ja taki był!“ mówili mu reporterzy „Bylebyła“ w swoich lśniących cylindrach, majtkach w kraty i różnobarwnych krawatach. Kpili sobie z niego w żywe oczy — każdy z nich mógł pójść gdziekolwiek do ogródka i zjeść kolacyę z aktorkami, albo za gotówkę, albo na kredyt, albo za reklamę dla restauratora, dyrektora teatrzyku, lub autora wystawianej sztuki. Prawie wszyscy nad ranem wracali pijani do domu. Jego zaś kolacye kosztowały bardzo mało i trwały bardzo krótko: kupował dwa serdelki po trzy kopiejki sztuka, dwie bułki po półtorej kopiejki — i najczęściej zjadał to na mieście, w jakiej bocznej ulicy. W domu było tak przykro i smutno wieczorem: cztery ściany, piec, dwa krzesła, umywalnia, stół z brudną serwetą i zamazaną atramentem różową tekturą, komoda, koszyk i kuferek — wszystko. Prawda: było jeszcze w pokoju mnóstwo karaluchów.
Na stoliku zaś stała fotografia panny Ewy oparta o kałamarz, na oknie ładna butelka z likierem waniliowym dla „Milci“, kochał się bowiem w pannie Ewie, a romans miał z żoną woźnego z konkurującego z „Bylebyłem“ organu „Abyszło“.
„Milcia“ lubiła likier waniliowy, a jak się ma lat dwadzieścia cztery, to jeść przez dwa tygodnie zamiast obiadu mieszaninę, za dwadzieścia kopiejek i dwa obwarzanki — jest nic, ani się wie o tem. Mając zaś siedmdziesiąt rubli w kieszeni możnaby na dwa tygodnie pojechać do Szczawnicy — trzecią klasą mało kosztuje — a tam jest panna Ewa... Milciby się powiedziało, że się jedzie do ciotki, a pannie Ewie za dwa tygodnie, że się musi wracać, bo się ma „ważne zajęcia“ w redakcyi...
Tymczasem jednak, jak na złość, nie przychodziło mu nic na myśl „o słońcu“, tem więcej nic godnego aż siedmiu kopiejek od wiersza... Od tygodnia o tem myślał i nic wymyśleć nie mógł — — nie szło, jak to czasem bywa. Był zmęczony, znużony, upał dopiekał, kurz, zaduch, wszystko nie uspasabiało do pisania. Za cztery dni miał oddać robotę — oprócz zaś pięciu, czy sześciu arkusików papieru z napisem „Słońce“ — przez Hektora Żytniewicza — nie miał nic.
Wyszedł więc rano w pole „szukać inspiracyi“.
Po drodze spotkał księgarza, który niedawno od niego kupił tomik drobnych szkiców, płacąc po trzy ruble od arkusza, i właściciela drukarni, gdzie się te szkice miały drukować; jechali na rowerach, księgarz w piaskowym spencerku, drukarz w ciemnogranatowym trykocie. Obaj ukłonili mu się pierwsi... Ludzie bardzo cywilizowani... On nie miał wprawdzie ani roweru, ani ciemnogranatowego trykotu, ani piaskowego spencerka, ale „miał przyszłość“. Kto wie, czy nie tkwi w nim drugi Sienkiewicz, albo Prus — sława narodu, oni zaś są tylko przemysłowcami...
Skrzywił dumnie głowę od lewej strony ku górze — „poczuł się“. Był artystą, kwiatem inteligencyi! Wprawdzie te kwiaty kwitną najczęściej w wytartych spodniach i podartych trzewikach, niemniej przeto literatura i sztuka są kwiatami inteligencyi. Evviva l’arte! I troska o nią publiczna...
Szedł i szukał inspiracyi do „słońca“ na tysiąc wierszy za siedmdziesiąt rubli.
Szedł zaś tak zamyślony, że nie widział, co się naokół niego dzieje. Myślał, myślał i myślał, a raczej starał się coś myśleć. Nagle potknął się i jakby ocknął.
Naokoło niego były zboża, jak złota toń. Gdzie sięgnął wzrokiem, łany, łany nieprzejrzane, jaśniejące ku niebu, bezmiar zbóż. A w tej toni, w tej fali pełnej blasku i światła, szkarłatne maki, błękitne bławaty, miedze zielone i chłopi w białych koszulach i żółtych, połyskujących, słomianych kapeluszach i kobiety w chustkach pstrych, żółtych i czerwonych na głowach, w białych koszulach i czerwonych spódnicach. Stalowe, srebrzyste sierpy dzwonią i migocą w ich rękach; ci żną tamci wiążą snopki; tu ogromny wóz drabiniasty ciągną woły, tam konie odprzężone od wozu skubią trawę na miedzy; dzieci plączą się, krzyczą, inne kołyszą młodsze, zawieszone w płachtach na kulikach — pełno życia, pełno gwaru — żniwa pszeniczne. A nad tem wszystkiem skowronki i wróble i olbrzymie, promienne, jaskrawe słońce na niebieskiem, nieruchomem niebie.
Patrzał, widział — i zaczęło mu się chcieć jeść, a zarazem uczuł zmęczenie. Ocknął się, gdy się potknął, jak ze snu.
Stanął i patrzy.
Oh! Jakiż ten świat piękny!... Jakiż to cud!... Jakiż to czar!... To morze zbóż, te kwiaty w niem czerwone i błękitne, ci ludzie kolorowi z sierpami w dłoniach, te wozy, woły, konie, dzieci, płachty — i to słońce olbrzymie na niebieskiem, nieruchomem niebie!... Jakiż to boski obraz! Co za poezya! Co za idylla anielska jakaś... Gdyby teraz Bóg na niebiesiech się ukazał i przeżegnał świat: czyż byłoby to dziwne? Czyż to nie jest boża czeladź na łanie? Czyż nie mógłby teraz zejść między tych ludzi i między te zboża Chrystus i usiadłszy na związanym powrósłem snopku, pośród uczniów swoich, głaszcząc dzieci po głowach, rzec im przypowieści o pszenicy i kąkolu?
I nie mogłabyż się z pomiędzy tych zbóż i tych ludzi rozejść znowu wieść, iż ślepi widzą, chromi chodzą, umarli zmartwychwstają i ubogim Ewangelia opowiadana bywa?...
A ponad tem wszystkiem to słońce... słońce... „Słońce“, siedm kopiejek od wiersza, tysiąc wierszy, siedmdziesiąt rubli... redaktor „Bylebyła“.. kwit do administracyi... panna Ewa w Szczawnicy... likier waniliowy na pożegnanie... dwa tygodnie bez karaluchów... kolacya za pół rubla... Chrystus biały, cichy, spokojny, nadludzko mądry i nadludzko dobry na związanym powrósłem snopie wśród toni zbóż i żeńców z sierpami, a w górze niebo i głos zeń mówiący: „Ten jest on syn mój miły, w którym mi się upodobało“...
W tej chwili ogarnęło go coś, to „coś“, które ogarnia twórcze umysły, kiedy się zdaje, że dusza „skrzydeł“" nie „anielskich“ wprawdzie, ale orlich „dostaje“. Zawrócił się, chciał biec do domu, byle prędzej, byle prędzej, byle natchnienie nie pierzchło, a trwożliwe jest ono, jak motyl, którego cień gałęzi chwianej wiatrem płoszy... Chciał biec — tyle mil — wtem zaturkotał wóz na drodze. Jechał chłop w siermiędze parą dobrych kasztanów, ku miastu. Gdyby wsiąść — jest tak zmęczony, tak głodny, tyle mil przed nim, a tak chciałby natychmiast, jak najprędzej zabrać się do pisania o słońcu, które kiedyś ujrzy powtórne odrodzenie świata, zupełne i doskonalsze, z pomiędzy zbóż i żeńców... Nim dojdzie do miasta, będzie wieczór... Będzie też tak zmęczony, że zaraz spać się będzie musiał położyć — „inspiracya“ może minąć...
„Gospodarzu!“ woła na chłopa.
„Co?“
„Zawieźlibyście mnie do miasta?“
„Bez co nie? Ale ile pon dajom? Bo musę skręcić tęgo“.
Żytniewicz stropił się — pomacał się nieznacznie po kieszeni: pulares był, tylko w nim...
„Ile chcecie?“
Chłop poskrobał się w głowę.
„Dyć wiem, ze mię taki pon nie skrzywdzi. Przecie ta co zarobiem”.
Nie wypadało się pytać, a iść piechotą dlategoż, że np. chłop żądałby rubla za skręcenie do miasta, iść za wozem?...
„Dobrze, to się tam na miejscu porachujemy“ — wsiadł.
Jedzie więc „taki pan“. W brzuchu ma bardzo pusto, ale w głowie bardzo pełno — bo oto przyjdzie chwila, że z pomiędzy zbóż i żeńców rozejdzie się wieść, iż Ewangelia opowiadaną bywa... I odrodzi się świat, zmartwychpowstanie... Zapanuje pokój ludziom dobrej woli, a stanie się to w blasku słońca... słońca... „Słońca“... Siedm kopiejek od wiersza... Szczawnica...
Wtem wóz zaturkotał na bruku. Żytniewicz wzdrygał się, jakby węża zobaczył. Pulares był, ale w nim tylko piętnaście kopiejek... Na co liczył wsiadając?.. Zapewne na swoje dwadzieścia cztery lata i swoją przyszłość... Co robić? W redakcyi nie było już nikogo, „Bylebyło“ kończyło robotę o drugiej, ani więc prosić o zaliczkę, ani pożyczyć od kogo „rubla do jutra“... Co robić? Psiakrew, co za lekkomyślność!... Dać swoje piętnaście kopiejek?... Naprzód znaczy to nic już nie jeść do jutra, a są to zawsze cztery serdelki i dwie bułki, a potem jakże można chłopu dać za taką drogę piętnaście kopiejek?... Może ze dwie mile skręcił?...
— „Kaj mom zajechać?“ — pyta chłop.
Młodzieńca ogarnęła rozpacz — nagle:
„Tu!“ krzyknął, kiedy przejeżdżali przed przechodnią kamienicą.
„Prrr!... Hoj!...“
„Macie ojcze tymczasem złoty. Pójdę tylko na górę i wezmę pieniądze, bo mam same dziesiątki... Dziękuję wam bardzo...“
„O nic ta, nic ta, zacekom“.
Chłop patrzał na szyld jeden, potem na szyld drugi, potem na szyby sklepowe, potem na trotuar, potem na ulicę, nareszcie zaklął:
„Taki pon! Ślicny pon! Bodaj go choroba trzęsła! Złoty doł! Z takim panem!“ — popluł w garść i machnął biczem, zaś Hektor Żytniewicz wpadłszy w bramę, jak jego sławny imiennik w bramę skajską niegdyś przed Achillem, biegnie z ulicy w ulicę ku domowi, drżąc, czy nie usłyszy za sobą turkotu i wołania „Hej! Panie! Panie! Kaj moja zapłata?!“ — a w głowie wirowało mu słońce, „Słońce“", siedmdziesiąt rubli, Szczawnica, panna Ewa, odrodzenie świata, zboże, żeńcy... A potem przyszła mu na myśl, że jednak ten chłop miał parę koni, a on nie zje czterech serdelków i dwóch bułek, po dwa na kolacyę i śniadanie — i łzy zakręciły się w oczach „takiemu panu“...




WRAŻENIA SŁUCHOWE
NAUCZYCIELA Z WIELKIEGO DOMU
Z DODATKAMI.


Zobaczy kochany pan, jaki to miły, zacny, mądry i obywatelski dom. Będzie tam panu, jak w raju. Moja kuzynka Pusia to najrozumniejsza kobieta w Polsce, a jej mąż to taki dzielny człowiek; dzieci wyjątkowo dobre i dystyngowane. Bardzo cieszę się, że kochanego pana tam wiozę. Bardzo cieszę się–ę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak więc płyniemy, pogoda cudna, człowiek by krzyczał, siedząc na pokładzie arcyksiążęcego jachtu i czytam książkę — zdaje mi się, się, coś Bourgeta — niepamiętam — wtem przechodzi arcyksiążę. Zrywam się, wstaję —
— I pan hrabia tak zaraz wstał?
— A, kochany panie, ja nierozumiem jakbym nawet mógł zaraz niewstać? To już we krwi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

To jest przecie dziwna rzecz. Ja, kiedy siedzę, choćby człowiek się nawet w przedpokoju zdrzymnął, choćby się i cały poprzedni dzień froterowało, jak przechodzi pan hrabia, albo pani hrabina, to się zaraz tak na nogi dźwignę, jakby mię kto szydłem dźgnął. To już tak we krwi siedzi, panie stangret.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A pan wybaczy, wybaczy, panie Naleśnik. —
— Kolesiak, do usług pana hrabiego.
— Ah pardon! Panie Kolesiak, pan wybaczy, u nas to już tak po domowemu, skromnie, skromnie. Na kolacyę mleczko kwaśne z ziemniakami, chleb i masło, kluseczki, herbata. Pan może przyzwyczajony lepiej, w mieście, ale my tu na wsi — —
— Ja też ze wsi, panie hrabio.
— Tak by nazwisko wskazywało: Polesiuk.
— Kolesik, Fhedzie —
— Ah pardon, masz racyę Pusiu, pan Kolesik. Biedny Fomio nie może się potem odjeść u cioci Pimci, jak wróci od nas z Tatarowa.
— Niechcesz panu Pałasikowi powiedzieć, że Fomio jada tylko u cioci Pimci, Fhedzie.
— No tak, Fred przecież wie, że się w klubie stołuję–ę.
— Ah pardon, masz racyę, Pusiu. Cóż tam nowego u was, na wielkim świecie, w stolicy? Stara Aurcia zawsze się jeszcze drze na dobroczynnych koncertach?
— Żartujesz, mój drogi, a księżna Aurora ma jeszcze czarujący głos i sama jest jeszcze czarującą kobietą–ą.
— A to „jeszcze“ to już ma około dwudziestu pięciu lat.
— Fhedzie!
— Zostaw Pusiu, zostaw, Fred zawsze z polska dowcipny, ha ha ha!
— Panu Kieliszakowi niesmakują kluski ze słoniną? Ja ogromnie lubię kluski ze słoniną.
— Pan Tomasik może nie phrzyzwyczajony do słoniny? W okolicy jadają?
— Pyszne, pyszne. Pawle, jeszcze proszę–ę.
— Paweł, herbatę do palmiarni. Dobranoc panu, panie Pawlik.
— Dobranoc panu Kiełbasikowi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Yyy!
— Czegóż płaczesz, Józek?
— Bo niech pan Paweł sam powie! Żeby mnie młody pan hrabia w pysk wyrżnął, ale mnie młody pan hrabia kopnął jak psa! R y y!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Jakto? Stefanowie byli przedwczohaj u ahcyksięcia?
— A byli...
— I Mita?
— Aha!
— A nas nie phosili!
— A nie.
— Mój dhogi, to musi być jakaś inthyga! To trzeba zbadać! Phoszą Stefanów, phoszą Mitę, a nas nie? Bo gdyby towahrzystwo dzielono! Ale na poprzednim obiedzie byliśmy i my i oni. To inthyga jakaś, rhęczę ci!
— Dyabła tam intryga. Musieliśmy się niepodobać i tyle. Firtałaś się.
— A tyś się kłaniał, jak dziehrżawca!
— Gorzej, gdyby nas nie zaprosili na bal w imieniny arcyksiężniczki Elżbiety.
— To niemożliwe!
— No a jakby?
— Cóż my jesteśmy gohszego od Stefanów, któhrzy z pewnością będą?
— No, marszałek powiatu, członek izby panów, poseł na sejm — —
— A widzisz, a widzisz! Zawsze ci mówiłam! Niczem niechcesz być, na wsi siedzisz, tylko psy, konie, gospodarstwo! Widzisz! Znaczenia niemasz, jesteś nic, w twoim wieku, z twoim majątkiem z twojem nazwiskiem! Jesteś huha, huha, huha do bahszczu, huha huha!
— Jestem huha, czy nie jestem, to już tak Pan Bóg dał. Nie będziesz się Jego woli sprzeciwiać, Pusiu, co?
— Jesteś impehtynent! Głupi jesteś! No a Mita będzie na bal zaphoszona, jak zapisał.
— Ba! Kto jest z domu —
— No toś i ty się mógł z nią ożenić! Nie phosiłam się za ciebie!
— Pusiu — —
— Jeżeli nie jestem taka sama z domu, to w każdym rhazie jestem hhabianka Kańczugowska.
— Ależ wiem, wiem, Pusiu.
— Jeżeli nas nie zaphosili wczohaj na obiad i nie zaphoszą na bal, to z pewnością zasługa twego stanowiska!
— Ależ dobrze, dobrze — —
— Żebyś nie był zehem, toby cię z pewnością do zamku zawsze phosili. A z tobą i mnie, choć jestem tylko hhabianka —
— Ależ dobrze, dobrze, Pusiu — —
— Niemniej jednak, jeżeli nas nie zaphoszą, nasza pozycya będzie tu niemożliwa — —
— A cóż, zejdziemy do szlachty.
— To sobie ty schodź, jeżeli ci się podoba, ale nie ja i moje dzieci!
— A pewnie, pewnie. Każdy wie —
— Zhobiłeś mezalians?
— Ależ broń Boże, broń Boże — —
— Więc co to miało znaczyć?
— Co co miało znaczyć?
— Cokolwiekbądź, jeżeli nas do ahcyksięcia nie będą phosić, jesteśmy skomphomitowani! Nie pozostanie nam nic innego, tylko Tatahów sprzedać i wynieść się.
— Hm — — myślisz, że aż tak?...
— Psssjakhew! Psssjakhew! Psssjakhew!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Phoszę pana, bez ohtoghafii polskiej można żyć. Adaś, dzięki Bogu, nie będzie pothrzebował być bakałahrzem. A po fhancusku pisze już tehaz phawie bez błędu. Phoszę go nie męczyć błahostkami.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Napisałem do Bogusia, żeby mi się nie mieszał do żadnych obchodów listopadowych, pochodów na Trzeciego Maja, ani żadnych tym podobnych narodowo-gimnazyalnych głupstw. Poleciłem mu także unikać wszelkich podawań ręki tak zwanym kolegom — takem mu napisał — z wyjątkiem tych, których zna z domów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Taki jestem zirytowany mój Fredzie, że strach!
— Albo co znowu?
— Przyszły mi z poczty pisma i znowu na nas napisali, nawet względnie w przyzwoitem piśmie!
— Cóż takiego?
— A mówiłem z Augustem przed wyjazdem do was. Powiada: znowu będą na mnie krzyki, że kupiłem majątek na Węgrzech, a nie na Śląsku, a ja wiem, do jakiego stopnia dyrektor kamery arcyksiążęcej sobie nie życzy, aby kto z nas na Ślązku kupował. Cóż miałem z pieniądzmi robić? Przez okno rzucać? Nie będę się przecież dla głupich czyichś tam krzyków narażał. No, przyznaj sam, Fredzie, że trudno, jeżeli sobie dyrektor nie życzy. A przytem nie miałkie głowy nie mogą zrozumieć, że skoro sobie dyrektor nie życzy, to nie życzą sobie i dalej. Ślązk jest stracony, to darmo. Nie mówię, my Polacy, ale Austrya ma także swoje prawa i cele państwowe. A gdy się raz do kogoś należy...y...
— Ależ naturalnie! Gdyśmy się raz dostali Austryi, to jesteśmy obywatelami austryackimi i kwita. Mnie tam zresztą wszystko jedno! Byle był sąsiad dobry, to czy on tam Niemiec, Polak, Żyd, czy Turek! Niech będzie dyabeł, jaki chce! Co mi tam! Ja tylko ciebie nie rozumiem, mój Fomiu, że ty sobie temi rozmaitemi pismami krew psujesz? Gazetę powinien człowiek czytywać tylko taką, którą jak mu kamerdyner rano przynosi, żeby się zdawało, że ją sam zredagował.
— No i cóż ty sobie prenumerujesz, Fredzie?
— „Przegląd“ lwowski.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wiesz Fred, dostaniemy Władzia na starostę.
— Tak? Wiesz pewnie?
— Mam nawet list namiestnika przy sobie. Patrz: „jakeś chciał, poślę wam Władzia. Trochę będzie niezadowolenia, bo poprzednik nie spodziewał się tak nagłego i bez powodu przeniesienia. Władzio chłopak energiczny. Da sobie rady z waszymi zbyt autonomicznymi chłopami...“
— No, ale jakże to? Ty — marszałek powiatu, autonomista — cóż powiedzą?
— Nic nie powiedzą. Trudno — nie każdy może być namiestnikiem. Ale z marszałkostwa krajowego na namiestnika jeden krok.
— Wizujesz na to, Stefanie?
— Pocóżbym u dyabła z tą hołotą okoliczną i z chłopami w tej głupiej radzie powiatowej siedział? Tędy właśnie droga! Już mam tej autonomii wyżej uszu! Lada starostka ma żandarmów do rozporządzenia — a ja co?...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wyjedziesz pan, panie Strygulewicz, o szóstej rano z domu, wieczór będziesz pan w Wiedniu i wieczorem załatwisz pan tam wszystko, rano będziesz pan w Berlinie, wieczorem pan wyjedziesz, rano w Krakowie proszę iść wszędzie, gdzie potrzeba, na noc wyjechać, dziś poniedziałek — we czwartek proszę być w Tatarowie z powrotem.
— Dobrze, panie hrabio, tylko kiedy ja będę spał?
— A, proszę pana, jak kto bierze siedm tysięcy reńskich rocznie, to może spać w wagonie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Niech pan krzyczy!
— Co? Albo co?
— Stalugi!
— Co?
— Rem — brandt!
— Rembrandt?
— Rem — brandt! I wystaw pan sobie, gdzie go znalazłem?! Wisiał przy piecu w kredensie! Wchodzę kazać sobie buty czyścić — patrzę — no! Co!
— Istotnie — — jeżeli — —
— Co? W Tatarowie Rembrandt! Nowina? Co? Europa spuchnie! Jeden rzut oka! Co–o?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Fhedzie, Fhedzie! Rhembhandt w Tatahowie! Euhopa spuchnie! Ja myślę, że ahcyksiążę phrzyjedzie!
— A jak sobie każe posłać pokazać?
— Ah ty, czahny phohoku! Złoty ten Fomio, nieopłacony! Wiesz, on nic niema, pożycz mu jakie głupie dwa tysiące kohon.
— Pożycz?
— No mniejsza o to! Phrzecież to khocie wahte, miliony! Dzięki Bogu sphrzedać nie potrzebujesz. Stefanowa pęknie!
— Europa spuchnie, Stefanowa pęknie —
— Zobaczysz, że ahcyksiążę phrzyjedzie!
— Pusia, ale czy to naprawdę Rembrandt?
— No jakże?! Taki znawca, jak Fomio, mówi!
— Ale bo to, widzisz, wisi już u nas od niepamiętnych czasów —
— I same gapy się na to pathrzyły! Pomyśl tylko! Rhembhandt w Tatahowie! Ah! Ahcyksiążę niezawodnie phrzyjedzie!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

......Hem, g...... nie Rembrandt... Hem... uff! Wyciągnę się... Hem... Fomiu — dostałeś tysiąc reńskich... A jak to ładnie dali... Na jaki nowy obraz którego z tych biedaków malarzy, skoro się taki skarb znalazło... Hem... Fomiu, trzymaj się... Za piecem w kredensie g... wisiało... Rembrandt! Ciekawym, czy ten Kolesiak, czy jak mu tam, uwierzył?... Hem... Ale ja tu mruczę sam do siebie, a on może nie śpi... Hem... Ale to bydło ten Fred i ta Pusia... Uff!... Fomiu, tysiąc reńskich piechotą nie chodzi... Ah! Gdyby to widział mój ojciec, który miał jedenaście milionów talarów... Po cóż stracił, stary lampart... Hem... Uff! Dobranoc Fomiu... Nowy frak... szpilka... z perełką...ą...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Eh, Fomiu, ty jesteś idealista, niepraktyczny człowiek, szoengeist! Dyabeł mi tam, kto nad nami, byle tylko podatki nie były takie wielkie i jakieś przecie należne nam przywileje przed kanalią zachowane. Tak zawsze myślałem i w tem dzieci, da Bóg wychowam.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Prawda? Miła niespodzianka?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Tęgi chłopak ten korepetytor.
— Ba!
— Taką masz minę, Tesiu, jakbyś już coś wiedziała o tem.
— A cóż ty myślisz, że będę czas tracić?
— Jakżeś się urządziła?
— Wyszłam w nocy przez okno na balkon i przez okno tam. Już mię zastał.
— I cóż?
— Głupią minę zrobił. Leżałam rozebrana i paliłam papierosa.
— No i co? co?
— Poczkaj — długo ty tu będziesz, Ala?
— Do przyszłej soboty.
— Czekaj! Ja muszę być we czwartek w Wiedniu — mam rendez–vous z Gotfrydem Polen–Holen — — no to będziesz miała czas i ty. Tylko o ile ci co z niego zostawię. Ale! Po coś ty tu dzieci przywiozła?!
— Któż mógł wiedzieć?!
— Ja nigdy nigdzie dzieci z sobą nie biorę. A nuż? Trzeba być zawsze gotowym. Znasz moją historyę z Hotelu Bristol w Genui?
— Opowiadałaś.
— Ładnie bym była wyglądała z dziećmi! Ah! To był pyszny chłopak, ten turkos! Dwadzieścia pięć lat, młody, ale już nie głupi, ah! Trzy tygodnie myślałam, że trzaski ze mnie polecą! A propos — znałaś ty kapitana „Junony“, Holendra, van den Berga?
— Taki blondyn?
— Z piwnemi oczami.
— Czerwona plamka nad lewem okiem?
— To to to!
— I czarne znamię na kostce, bardzo oryginalne?
— Tak.
— Pysznie!
— To był chłop! Co? Ale kiedyżeś go spotkała?
— Jakie — czekaj — byłam trzy lata za Antonim, był Karol, zerwałam z Józefem Tęgopolskim — jedenaście lat temu.
— No to rok po mnie — akurat.
— Zawsze mnie uprzedzasz.
— No nie — Tęgopolskiego wzięłam w sukcesyi.
— Szkoda, że się trzeba starzeć...
— Dobrze przynajmniej że nietylko my. I pawiom na jesień ogony wylatują...
— I powiadasz, że ten korepetytor? Ale jakaś ty pełna zaufania! Ja zawsze naprzód posyłam moją Franię.
— Zna się?
— Jak ogrodnik na szparagach!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— E, mój kochany, możemy spać spokojnie. Jeszcze dużo wody upłynie, zanim się polska demokracya przestanie sama uważać za niegrzeczne dzieci.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Cóż ty durniu, nibyś kuzyn, ale cóż tobie powiedzą?... ci powiedzą! A mnie; jaśnie oświecony książę!
— Książę — co psy wiążę!
— Hrabia — co psy obrabia!
— Chcesz w pysk?
— A ty?
— Panie Kolesiak, bo się Adaś ze Zdzisiem chcą bić po pyskach.!
— A bo on mnie nazywa książe, co psy wiąże!
— A on mnie hrabia, co psy obrabia!
— Stul mordę, ty świnio!
— Tyś sam świnia!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Dzieci, pamiętajcie to sobie — mówi wam to dziadzio Ludwik: na to są przywileje kastowe, żeby ich strzedz.
Zawsze jestem wzruszony, ile razy mówię do młodych pokoleń.
— Złote są maksymy stryja!
— Kochany wuj phawdziwy pathyahcha!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Pathrz? Wiktoh Paskudzewski sphrze-dał Paskudzewo komisyi kolonizacyjnej.
— A jeżeli mu tak było dogodnie —
— To nic! Ale mu tu w tej Fomiowej gazecie sthasznie wymyślają. Od sphrzedawczyków i zdhajców! Hodzina się go wypahła!
— A bo to był zawsze głupi człowiek! Któż tak robi! Sprzedaje się niby jakiemu panu Kubalskiemu, czy Fubalskiemu i od tego pana Kubalskiego, czy Fubalskiego niby kupuje dopiero komisya kolonizacyjna. Sam sobie winien.
— Mój dhogi — ale to zawsze bahdzo nieładnie.
— Moja Pusiu — walka z wiatrakami. Dziesięć lat później, dziesięć lat wcześniej. Poznańskie i tak stracone. Zresztą, proszę cię: czy Niemcy nie mają racyi? Interes swój przedewszystkiem. A te ordynarne i głupie wrzaski patryotyczne — ośmieszamy się tylko. Jak się komu taki psi pech trafił, że się urodził Polakiem, to uszy stulić i siedzieć cicho. Nic od nas nie słychać, tylko jęki i skargi. Żeby taki Józio nie przegrał paru milionów w Wiedniu, taki Mikołaj niemiał pałacu w Paryżu, książę Adam nie był krewny Orleanów, a „Intrygant“ nie był wziął austryackiego derby: to dalibóg myśleliby, że u nas tylko wyjce. A ileż dostał Paskudzewski za majątek?
— Sześć milionów marek.
— No, to przynajmniej zagranica będzie wiedziała, że panowie polscy mają jeszcze co sprzedać. I to coś warte.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ja, proszę stryja, zawsze mówię moim chłopcom: trzymać się klamki dworskiej i nadstawiać nosa, skąd wiatr wieje. Polacy w Wiedniu w łasce — dobrze; Polacy w niełasce — także dobrze, byleście wy w łasce zostali. Tron nas potrzebuje, ale my tronu jeszcze więcej.
— Słusznie, bardzo słusznie! A co, kochany Fredzie, myślisz z nimi zrobić?
— Majątku nie podzielę, Zygmunt, najstarszy, dostanie cały klucz Tatarowski i Bałwanowszczyznę. A Bogusia i Adasia oddam do wojska. Boguś już w Terezyanum, Adaś pójdzie na przyszły rok. Uważam to sobie poprostu za patryotyczny obowiązek względem dworu.
— I gdzież? Naturalnie do ułanów?
— Nie, gdyby się dało, to do jakiego czeskiego lub austryackiego pułku dragonów. Mają wejść w stosunki, to niechaj wejdą w najpierwsze — z Lichtensteinami, z Schwarzenbergami, z Lobkowicami, z Auerspergami et caetera.
— Zhesztą phoszę wuja, podobno dhagoni lepiej są widziani u góhy.
— I kto wie jeszcze co się zdarzy? Chłopcy przystojne, zdrowe — karyerę się robi nietylko przez konika i szabelkę... Trzeba wogóle dobrze jeździć...
— Fhed! Phoszę cię.
— Hahaha!
— A bo to jeden!
— Pfi, Fhed!
— Niechże więc i moje chłopcy próbują — może się uda.
— Fhed, phoszę cię!
— Ona się stryja wstydzi! Ale duma macierzyńska byłaby pogłaskana, co? Jakby tak cronique scandaleuse.... Co do Zygmusia, to chciałbym go jak najprędzej ożenić i to w Austryi. Naszemu domowi brakuje pokrewieństwa w austryackich sferach. Przy tem co austryacki pani to pan! Co, Pusiu? Princesse, albo comtesse Auersperg? Jaka Hoyosówna, albo Paar? Hę?
— Ah, jakabym była szczęśliwa!
— No i karyera gotowa! Po Melce się wiele niespodziewam. Nieładna i niedam tylko dwakroć i sto na wyprawę. Boję się nawet, że gdzie na jakim galicyjskim hrabi skończy.
— Hm hm...
— Fhed w ostatnich czasach z polowania na polowanie — rhobi się ghuboskóhny, jak szlachcic.
— Z polowania na polowanie, ale jak stryj widzi, o dzieciach się nie zapomina.
— Zbudowany jestem, mój drogi, zbudowany — —
— Jak taki pathyahcha mówi...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Sługa pana hrabiego dobrodzieja!
— Cóż, panie Pałaszowski, ładnie strzeliłem, co?
— Jak Dyana, jak Boga kocham, jak Dyana!
— Kiedy byłem na bażantach w Anglii —
— Toś tam był przedstawiony lordowi Douglasowi.
— Nie byłem wcale „przedstawiony“ mój Fredzie, tylko zapoznaliśmy się —
— Tylko tyś zapamiętał jego nazwisko, a on twego nie —
— Mój dro —
— Lord Douglas — Witold Marcyan Kaczykuper z Wielkich Obór Udęcki. Zaraz sobie pomyślał: o! magnat ze wschodniej Galicyi! Cóż pan taki milczący, panie Wiadropojski?
— Do usług pana hrabiego!
— Cóż, panie Wiadropojski, jakże tam dziki w Porytem?
— Czekają na pana hrabiego, czekają!
— Nie strzelaliście?
— A broń Boże! Tyle obiecane zaszczytne odwiedziny — —
— Ale to chłopom musiało szkodę porobić?
— At kwiczało tam to tałałajstwo —
— Któż? Chłopi, czy świnie?
— Hahaha! Na honor! Hahaha!
— Kiedy byłem na bażantach w Anglii —
— Tak, cóż panie hrabio, tak cóż?
— Zapoznaliśmy się z lordem Duglasem —
— I cóż, panie hrabio, i cóż?...
— Zdrowie hrabiego Alfreda!
— Niech żyje nam! Niech żyje nam! Niech żyyyje nam!
— Fred, po co ty spraszasz tę hołotę? My —
— Straszne mieszane dziś towarzystwo u Alfreda.
— Pan baron uważa?
— Proszę pana, panie Udęcki, gdybym ja coś podobnego w Zedrzyszlachciu Podolskiem pokazał arcyksięciu, jak do mnie na rogacze przyjedzie —
— Kiedy byłem proszony na bażanty do lorda Hamiltona w Anglii —
— Słyszałem. Trzeba sobie powiedzieć: my, albo nie my.
— Tak to sobie trzeba powiedzieć, panie baronie...
— Pan pozwoli, panie Udęcki, że zapytam poufnie ochmistrza arcyksięcia, markiza Pissenpologne, czy pozwoli pana zaprosić na następne polowanie? Takbym rad pana módz widzieć wtedy u siebie — —
— Dziękuję panu uprzejmie, panie baronie. Zedrzyszlachcie nie jest nam o tyle obce, że mój pradziad, kasztelan trociński, bywał nieraz u świętej pamięci Popolskich.
— Tek?
— Tek, panie baronie.
— O czem że ty tak Witoldzie z tym Żydem?
— Et!
— O czem że to kochany baron z „hrabią“ Witoldem Udęckim?
— It!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wyobhaź sobie, Fhed, Sthygulewiczowa się obhaża, że jej się nie odkłaniam. Cóż za znajomość? Mąż służy u nas, a cóż mnie ona obchodzi? Może jeszcze mam phosić do zamku?
— A tak, i on podobno ma pretensyę, że mu na polowanie napisałem: proszę ale z laseczką na koniku. Nagankę prowadził. Powiada, że w Czechach, gdzie był, stał na stanowisku, jak każdy inny.
— Włóczą się po bahbahrzyńskich khajach i potem powhacają nasiąknięci masonehyą. Skończył akademię rholniczą, a ona liceum żeńskie — ale się nazywają Sthygulewiczowie i u nas służą i kwita.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A tego mi już nikt nigdy, moja dhoga, nie wypehswaduje, żeby, jak ja się modlę i Sthygulewiczowa, któha jest cóhką adwokata i poszła za naszego plenipotenta, tam, w niebie, modlitwy nasze miały być jednakowo thaktowane. Nikt nigdy. Zhesztą, phoszę ojca, czy mam rhacyę?
— Pani hrabino, Chrystus Pan urodził się wprawdzie w stajence, ale z królów pochodził. O tem nie trzeba nigdy zapominać.
— A widzisz! A widzisz! Jeździsz po Pahyżach i nasiąkasz masonehyą. Chrystus z khólów pochodził nie na to, żeby o tem w niebie nie pamiętać. Rhówności niema, nie było i nie będzie! Phawda, ojcze?
— Jest dziewięć chórów anielskich, mocy różnej, są święci więksi i mniejsi, apostołowie nawet nie byli jednakowo umiłowani przez Chrystusa Pana, pani hrabino.
— A widzisz! A widzisz! Masz phrzewhócone w głowie!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Phoszę ojca, ja uważam, że to jest mój obowiązek czuwać nad zbawieniem całego Tatahowa i Bałwanowszczyzny, że do tego zostałam powołana przez Opatrzność. Więc phoszę, niech ojciec im powie podczas kazania, że jakby się tu jaki agitatoh socyalistyczny, albo bhoń Boże jeszcze gorzej anahchistyczny khęcił po wsiach, to mają go związać, obić i do dwohu odstawić, zkąd się go odda żandarmom. Ale obić koniecznie. Phoszę nie zapomnieć. Bahdzo się cieszę, że to z ust obcego księdza usłyszą. Nasz phoboszcz stahuszek, a na wikahego już skahgę posłałam do księdza biskupa. Sthaszny człowiek!
— Cóż robi, pani hrabino?
— Ależ to buntownik phosty, sokół, fahmazon! Powiada, że niema żadnej pothrzeby, żeby się chłopi do nóg kłaniali kapeluszem, ani żeby baby pod kolana obejmowały, jak o co phoszą! Sama słyszałam, jak mówił na ambonie, że póty nie będzie na ziemi dobhrze, póki ludzie phrzed phawem, (tak, jak phrzed Bogiem, nie będą wszyscy hówni, bo, powiada, obecna rhówność jest tylko pozohną. Albo: księdza w rhękę całujesz — rhaz mówił — dlatego, że ksiądz. Jak ksiądz nieuczciwy, niepohrządny, niemohalny, to się do niego plecami obhóć i nawet nie chodź do niego do spowiedzi, tylko idź gdzie indziej, do dobhego księdza. No phoszę! Chłop ma sądzić o mohalności księdza!
— Istotnie tak mówił? To wikary tutejszy, w Tatarowie?
— A tak. Ojcowie jezuici macie taki wpływ u księdza biskupa. Ja już skahgę pisałam. Niech go ztąd zabiohą! Notabene ludzie go tu kochają i szanują. Tak zbałamucił.
— Może pani hrabina być spokojna.
— Hehezyi ich uczy, w głowach im mąci! Postępowiec! Do kahcehu w klasztohrze na rhekolekcyę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A to nie do wytrzymania. Pusiu! Znowu jakaś składka „na oświatę“! Dopiero co dałem odczepnego dziesięć koron na jakiś „cel narodowy“. Nie dam nic i basta! Moje dzieci mają z torbami iść dlatego, że się pierwszemu lepszemu tromtadracie podoba chłopów „oświecać“? „Polskę“ robić!
— Rhaz nie daj, to ci dadzą pokój! Zwydhrzyli się. To nawet ghrzech — chłop jak się uczy, to zahaz anahchista. Jutho ojciec Ignacy będzie miał w zamkowej kaplicy specyalną mszę na intencyę nawhócenia wszystkich zbłąkanych naszych pahafian, a taką samą mszę odphawią w sobotę w klasztohrze. Posłałam pięćset rheńskich. Jak się jest rhaz powołaną na stanowisko phrzez Opathrzność — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Cóż, moi drodzy, człowiek teraz nawet swobody mówienia niema. Odezwij że się teraz głośno, że za czasów pańszczyzny, kiedy chłop nie umiał czytać i pisać, a jak co przeskrobał baty brał, i chłop się miał lepiej i pan się miał lepiej i obu było lepiej. Zakraczą cię, zawrzeszczą, przezwą obskurantem, zacofańcem, gotowi zadziobać! Smutne to są czasy, gdy wolny obywatel we własnym kraju nie może śmiało swego zdania wypowiadać...
— Choć taki mąż stanu, jak wuj, nie powinien się liczyć z opinią. Kto stoi wyżej ponad opinię — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ah cóż to za miły dom! Ja tam co rok jestem zapraszany, czasem dwa razy.
— Nie rozumiem, jak się to mogło stać, że ja dotąd nie byłem u księstwa Henrykostwa — —
— Ależ oni cię znają! Księżna kiedyś głośno czytała ten twój wiersz, co to się zaczyna „Pod korynckiej kolumny wyrzeźbionym liściem“ —
— „Stałem cichy i prosty — wieśniak mazowiecki“...
— To to to! Księżna bardzo lubi twoje wiersze i chciałaby cię poznać.

— „Pod Akropolu klasycznym progiem
przypomniał mi się mój szary domek —
wół, zbożne jarzmo ciągnący rogiem
i skromna czerwień polnych poziomek“...

— Księżna Henrykowa mówi, że żaden ze współczesnych poetów niema takiej prostoty, jak ty i wogóle ciebie jednego nazywa prawdziwym poetą.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A tehaz nam pan powie co swego. Koniecznie phoszę!

— Ze szlacheckiego dworu na Akropol
wstąpiwszy patrzę i helleńskich topól,
kędy od Ossy wiatr różany wieje,
pytam się cicho: co się u nas dzieje?

Czy zawsze jeszcze jednako o wiośnie
w polu tatarak i bławatek rośnie,
i czy jednako nad tonią błękitną
mak purpurowy, srebrne lilie kwitną?

I czyli zawsze, gdy Dyana blada
na niebie świeci, wierzba z wierzbą gada,
i czyli zawsze na kurhanie z krzyża
Chrystus bolesną twarz nad nami zniża?...

— Cudowne!
— Nasze!
— Ah jakie nasze! Jakie swojskie!
— Jeszcze, jeszcze! słuchałabym do rana!
— Phosimy! Koniecznie!

— Choć w twojem czarnem, zimnem oku
helikońskiego czar uroku
i Afrodyty twa potęga
nieodpartego władztwa sięga;

choć na twój widok leśne bogi
szalonym tan zawodzą pląsem:
me serce, krwi oblane pąsem,
nie runie pod twe białe nogi!

I nic w tryumfie pójdziesz dumna,
żem, jak strzaskana padł kolumna,
ani pod mocą twą błękitną
lilie słów moich nie zakwitną!...

— Chwalić byłoby świętokradztwem!
— Jaką ona ma prostotę!
— I co za forma!
— Cudne! A gdybyś był tak zostawił, jakeś chciał z początku: „lilie mych pieśni“, byłbyś zepsuł cały wiersz.
— Powiem, jak Cato: prostota, prostota, prostota.
— I jeszcze jeden ma pan phrzymiot —
— ?
— Skhomność.
— Gdyby pan nam jeszcze co powiedział!
— Ah tak! Dwie strofki!

— Hej ty dziewojo z różanym wieńcem,
choć już nie jestem krzepkim młodzieńcem
jedną godzinę zostań mi wierna —
nalej falerna!

Złocistem winem napełnij czarę!
Evoë Bacche! Uderz w gitarę
i nim się w zimne zamienim woski,
odegnaj troski!

— Bhawo! Bhawo!
— Równego połączenia oryginalności z kulturą śmiało chyba mogę powiedzieć, że od czasów Zygmunta w poezyi polskiej nie spotkałem.
— Dophawdy nie umiałabym panu podziękować, ale sądzę, że słowa z ust tak pathyahchalnych stahczą panu za podziękowania...
— Wiesz Fomiu, że nie rozumiem, jak się to mogło stać, że ja dotąd u księstwa Henrykostwa nie byłem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

....Złocistem winem napełnij czahę —
Evoë Bacche! Uderz w gitahę
i nim się w zimne zamienim woski
odegnaj thoski!...

— Cóż ty tam deklamujesz, Pusiu?
— Nic... Tak dziwnie jestem usposobiona —
— Rozebrało cię?
— Rhozmahrzyła mnie poezya... Fhed!
— Co?
— Fhed...
— No co?
— Fhedzie?...
— No co u dyabła ciężkiego?
— Pamiętasz?
— Co?
— „W taką to noc letnią“ —
— Świerszcze brzęczały i bąki buczały...
— Bahbahrzyniec jesteś! „W taką to noc letnią piękna Jessyka“ — —
— Cóż ty robisz, bój się Boga, kobieto?
— Całuję cię —
— A to po co? Ale dajże pokój!
— Niechcesz? Fhed?
— Ale dajże mi iść spać? Do trzeciej rżnął ci wiersze — dobranoc ci, Pusiu!
— Dobhanoc...
— A to pudło stare! Jeszcze czego mu się zachciewa?!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jaśnie wielmożny wojewoda przynajmniej trzech szlachciców na tydzień rżnął w pysk, a potem łagodził sprawę stosownie do stanowiska: czasem czapką sobolową, a czasem i tabakierką z szyldkretu. Raz jaśnie wielmożny wojewoda, wychodząc z zajazdu, gdzie podochociwszy sobie wystałym miodem, dwunastu braci szlachty w pysk trzasnął i co miał przy sobie, wszystko rozdał, tak, że w końcu szlachcie już i pieniądze wprost z kalety podróżnej dawał, iż ich zbrakło, ujrzał przy drzwiach wysokiego szlachcica, który mu drogę zastąpił. Puść waść — rzecze jaśnie wielmożny wojewoda.
— A nie puszczę!
— Puść, proszę!
— Nie.
— A to tak! — i jaśnie wielmożny wojewoda w pysk trzasnąć raczył, aż się szlachcic ku ścianie pochylił. A miał na sobie jaśnie wielmożny wojewoda nowe czerwone safianowe buty, za które majstrowi w Krakowie dziesięć czerwonych złotych dał, ile że napiętki były złotemi ze szczerego złota podkówkami podkute. Szlachcic nie w ciemię bity snadź to był spenetrował, bo się do nóg jaśnie wojewodzie chylając krzyczy: Jaśnie wielmożny wojewodo! Szlachecka gęba nie bagatel! Wieża, lub buty! Roześmiał się wojewoda i siadłszy na ławie i nogę do szlachcica wyciągnąwszy — naści — powiada — zezuj panie bracie! Szlachcic klęknął, buty ściągnąwszy i pod pachę włożywszy w pas się pokłonił, a wojewoda w płótnie do kolasy doszedłszy, pachołowi służebnemu buty zdjąć kazał i do stolice dalej ruszyć raczył“...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Tu jaśnie wielmożny wojewoda, czegom naocznym był świadkiem, do nóg króla jegomości upadłszy i rękę pańską całując, za obdarowanie tak bogatem starostwem dziękował. A król się nieco był uśmiechnął, ileż że, o czem mi mówiono, wiadomem mu było, iż po elekcyi jaśnie wielmożny wojewoda głośno się odzywał: pierwej mi czapka do uszu przyrośnie, niżbym jej przed stolnikiem litewskim uchylił!...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Co? — krzyknął jaśnie wielmożny wojewoda w furyi. — Ja, co mam w rodzie hetmanów i kanclerzy, miałbym do tej konfederacyi należeć, której potomek kasztelanów drążkowych regimentarzuje?! Kraj zginie, niżby się po mnie co podobnego pokazać miało!...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Trzy tysiące dukatów rocznie, będzie? — pyta kniaź.
A jaśnie wielmożny wojewoda się obruszył. A cóż to — powiada — najjaśniejsza imperatorowa myśli, że u nas w Polsce złota nie widzieli?
I stanęło na pięciu tysiącach...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Tak tedy, kiedy jaśnie wielmożnemu wojewodzie, panu memu, jaśnie wielmożny wojewoda stryjeczny od jurgieltników, zdrajców, sprzedawczyków, łotrów, łajdaków i psów nawymyślał, stosunki między domami się zerwały i jaśnie wielmożny wojewoda pan mój srodze się miał za pokrzywdzonego ale na rękę nie wyzywał i satysfakcyi nie szukał, mówiąc, że Chrystus przebaczać każe...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Ale, że to wdowa była i ująć się za nią, zwłaszcza w owych burzliwych i niespokojnych czasach, kto niemiał, bez strachu z rozkazu jaśnie wielmożnego wojewody w nocy dom zajechaliśmy i na wyegzekwowanie należności dzierżawnej, ile że grosza w domu nie było, tak wszystko zabrali, że dzieci na gołej ziemi spać pokładła, bo co się wziąć nie udało, jako to łóżka, stoły zrąbaliśmy i pogruchotali na trzaski. A było nas samej urodzonej szlachty czternastu i pachołków ku temu dziewięciu. Ona zaś, nieboga, tylko dwie dziewki służebne miała. Żartów jaśnie wielmożny wojewoda nieznał...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Ten tedy oficerek w zamku stanąwszy, jął się rządzić, jak u siebie w domu. Gaspada — prawi do jaśnie wielmożnego wojewody — tak na was jest donos... Jaśnie wielmożny wojewoda z płaczem się przed nim zaklinał, aż niemiło było patrzeć, bo ów oficerek w czapce siedział, a jaśnie wielmożny wojewoda z gołą głową przed nim stał i ręce składał. Wreszcie, wziąwszy trzysta talarów i cztery wierzchowe konie, każdy po pięćset talarów wart, i złoty zegarek nader misternej roboty, brylantami wysadzany, w niewinność jaśnie wielmożnego wojewody uwierzył, która zresztą żadnemu wątpieniu nie podpadała, bo jaśnie wielmożny wojewoda nawet i w domu po polsku z żoną i dziećmi mówić zgoła przestał...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Tego dnia scena była przykra, bo jaśnie wielmożny wojewoda oświadczył, że chyba przez sekretarza swego z deputatami narodowymi mówić będzie i żeby się do komnat nie ważyli, bo mu salę zasmrodzą, a nie, to ich psami wyszczuć każe...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Buty całując jaśnie wielmożny wojewoda o darowanie życia błagał, nie zważając, iż prości to łyczkowie na szubienicę go, jako zdrajcę miłej ojczyzny, wiedli.“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tradycya to jest święta rzecz, podstawa wszelkiej przyszłości. Bez tradycyi nie mogą się rozwijać ani narody, ani społeczeństwa. Czcić ją jak świętość należy.
— Święte są słowa wuja.
— A thadycya i szlachta to synonim.
— Szlachecka tradycya jest jak drzewo, z którego dopiero konary wyrastać mogą. To też gdyby Czesi mieli szlachecką tradycyę — —
— Spodziewam się też, Fredzie, że dzieci twoje w pamięci i poszanowaniu wspomnień rodzinnych utrzymujesz — —
— Śmieszą mnie zawsze, proszę stryja, wszelkie napaści na arystokracyę rodu. Bo można zostać królem, można zostać cesarzem, można zostać nawet papieżem, ale nie można zostać arystokratą, kto się nim nie urodził.
— Tak samo, jak artystą–ą.
— Ah ty, Fomiu, zawsze ze swojemi sztukami pięknemi!
— Zhesztą, mój dhogi, ahtyści są tylko dla siebie, nie zaczynają hodów. Czy jest jaki książę Dante, hhabia Buonahotti, albo Fheiheh von Goethe?
— Niespodzianie, ale trafnie postawiłaś tę kwestyę, moja kuzynko. Rody zaczynają tylko rycerze. Więc nawet tacy Bonapartowie są dziś, nawet bez tronu, książętami krwi dlatego, że ich przodek, acz niedawny, był wojownikiem. Wszystkie znakomite rody z krwi własnej, z bohaterstwa wzięły początek. To też duma arystokratyczna jest najbardziej usprawiedliwioną, a może jedynie usprawiedliwioną dumą na świecie. Pochodzi ona z poczucia szlachetnej rycerskiej krwi, jaka płynie w naszych żyłach. Bo proszę, z czego znów tak naprawdę dumny ma być uczony, poeta, artysta, filozof? Ma zdolności, czy talent, bo mu je Pan Bóg dał. Ale gdy się pomyśli o bohaterstwie swoich przodków, o rycerskim, rzec można, lwim początku rodu, z którego się pochodzi... Pod tym względem nasze polskie rody do najświetniejszych i najczystszych należą. Rogami musiał bóść i piersi nadstawiać, kto się Bawołem pieczętuje...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Kiedy po tak niesławnej śmierci jaśnie wielmożnego wojewody, pana mego, do zamku powróciwszy, do służb jaśnie wielmożnej wojewodziny i jej dzieci, czas wolniejszy miałem: jąłem stare papiery w skrytkach chowane wertować, ile że nikt mnie nie kontrolował i oto com na pergaminie wyczytał: Janowi Skurczybykowi rodem z Tatarowa wiernemu rękodajnemu naszemu za długoletnie przy naszej królewskiej osobie usługi nadajemy przywilej handlu solą z żup wielickich dobywaną... A w drugim pergaminie tak: Ten Jan z Tatarowa ku handlowi solą i handlu warzywami na rynku krakowskim się jąwszy, fortuny znacznej się dobił. Ówże Tatarów possesor, kanonik kapituły krakowskiej, o współżycie z gamratką przed konsystorz biskupi wołany, z trojgiem swych dzieci kochanicę oną Janowi Skurczybykowi w małżeństwo dając, wianem przydał. Tem fortunę wzmógłszy, Jan Skurczybyk Johannes de Tatarów pisać się począł. Tenczyńskiemu Sebastyanowi kwotę na wielką lichwę pożyczywszy, tej lichwy pół za uzyskanie szlachectwa u króla imci z przydomkiem Bawół, odpuścił.“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Praszczur mój jako błędny rycerz przywędrował z Węgier, początek mamy wspólny z Esterhazymi, od Arpada. Odznaczywszy się w bitwie z Tatarami, Tatarów nadaniem otrzymał i stąd nazwisko. Taka jest tradycya rodzinna.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Twój dziadek był kozakiem u Zasławskich!
— A twój jeden sprzedawał sól, a drugi był ekonomem u mojego dziadka! Ukradliście nam Bałwanowszczyznę!
— A twoja matka to z kamerdynerów z Petersburga!
— Ekonomczuk!
— Kamerdynerczuk!
— Chcesz w pysk?!
— A ty?!
— Hrabia co psy obrabia!
— Książe co psy wiąże!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Folwarki wypuszczam głównie Żydom. Najlepiej płacą, przytem nie robią z chłopstwem ceremonii. Maszyny rolnicze sprowadzam z Niemiec. Stamtąd także mam buchaltera i bereitera. Udało mi się dostać wysłużonego wachmistrza od czarnych huzarów. Jegermeistra sprowadziłem z Górnej Austryi. Plenipotenta tylko trzymam Polaka, Strygulewicza, niepodobna bowiem znaleźć za granicą nikogo, coby umiał po polsku.
— Bóg nas pokahał tym lokajskim językiem.[3]
— To się zaprzeczyć nieda, że ta nieszczęsna polskość bokiem nieraz wyłazi! Idąc z duchem czasu dałem Miecia na politechnikę w Lipsku. Skończył. Pojechałem po niego, wiecie, że majątku tak dużego niemam, rektor mi radzi, żeby go zostawić w Niemczech. No tak — powiadam — ale Polak, a Niemiec się zaczyna śmiać: „Na ja, Herr Graf, da haben Sie rechts’ist’s ja keine gute Rekommendation“. Cóż mu miałem powiedzieć, kiedy psiakrew ma racyę!
— No to też pocóż tak na gwałt wyjeżdżać? Ja za granicą w hotelach, czy gdzie, przez y — Autrichien, a w Paryżu już bywało, że i przez skij. Może się cki wymawiać jak ki, to czemuż się niema ski pisać skij?
— Wszystko to głupstwo, aby handel szedł.
— No a cóż tam twoje phezesuhy, Mieczysławie?
— A prawda, że ich mam do dyabla! Byłem dotąd prezesem towarzystwa wioślarzy, towarzystwa cyklistów, towarzystwa naszych prowincyonalnych wyścigów konnych, honorowym prezesem straży ogniowej, a teraz mię jeszcze zrobili prezesem rady powiatowej i delegatem szkolnym. Przytem sejm —
— No ale kiedyż ty, u Pana Boga, masz czas na to wszystko?!
— Zgłupiałeś, Fred, czy co? Podpiszę czasem co, ale nigdy nic nie czytam, chyba o straży ogniowej, bo mię to bawi. Od czegóż jestem w Polsce hrabią? A do Lwowa wpaść czasem na winta ode mnie blizko.
— Pyszny sobie ten Mieczysław z tą phostodusznością i z tym humohem!
— A bo prawda! Ale wiesz już, Józio został tajnym radcą, ekscellencyą! Wczoraj nominowany!
— A zacóż ten?! Głupi jak but i nic nie robi, tylko w karty gra!
— No, mój drogi, jak się ma nasze nazwisko i dwa miliony koron dochodu, a jeszcze z milion się dogra —
— A — przepraszam, że tak wpadam, ale co za burza w parlamencie–e!
— No co, co?
— Fomio zawsze ze swojemi thomtadhackiemi gazetami!
— Gadaj: co?
— Wyobraźcie sobie, poseł jakiś wniósł sprawę złego traktowania w wojsku nauczycieli ludowych, rezerwistów — każą im podłogi w koszarach myć, jeden oficer mówił, że on im to umyślnie robić każe, bo on zna galicyjskich nauczycieli, a drugi, że jak Defilirung nie wypadnie dobrze, to koszule będą mokre, bo on ma czas. Przytem wymyślania od „polska chudoba“, a to jeszcze podobno najmniej, przed frontem —
— Oficerowie bywają czasem trochę wymagający i trochę niecierpliwi, ale dobrze robią. Gdyby nie wojsko, toby nas ta hołota rozniosła. Wiesz, Mieczysławie, jesteś w sejmie, stykasz się z wybitnymi ludźmi, mógłbyś też podnieść, aby żandarmom polecono więcej jeszcze zwracać uwagę na stan umysłów po wsiach, niż dotychczas. Żandarm powinien być poprostu kontrolerem nauczyciela ludowego i chłopa.
— A taki nasz wikahy? Czy to się niepowinno w dyby zakuć i do konsystohrza odphowadzić?!
— Żaden też z moich synów nie zawaha się na czele dragonów robić porządku, jak się to mówi, jeżeli zajdzie potrzeba. Tego jestem pewien.
— Nie naphóżno wychowaliśmy ich w zasadach...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wiesz? Mam klucz!
— E?
— Papa ma tam najmniej ze trzy tysiące drobnemi. Wezmę sto bla koronami, to ani spostrzeże!
— A pożyczysz mi choć trzydzieści?
— Dobrze, ale jak tak zrobisz, żebym widział, jak się Żorżeta myje?
— Jakże, kiedy Żorżeta u was z mamą śpi?
— No to jak my do was przyjedziemy.
— To wiesz co, pożycz mi jeszcze piątkę, to ci pokażę, jak się Żorżeta kąpie.
— A ty widziałeś?
— Ba! Abo raz?!
— Jakże — kiedy siostra?
— Strasznie jeszcze jesteś naiwny, mój Adasiu!
— No to albo wiesz co? Ja ci niedam tej piątki, a pokażę ci, jak się Melka rozbiera. Albo wiesz co? Spuść z tych trzydziestu, co chcesz odemnie pożyczyć, jeszcze piątkę, to cię podprowadzę do dziurki w ścianie od kąpieli.
— A skądże wiesz, że tam jest dziurka, kiedyś taki cnotliwy?
— A bo tam się ciocia Tesia chodziła kąpać i sama mi tę dziurkę pokazała.
— I więcej co?
— Yhym!
— I mnie też!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wiesz, Fhed, u Sthygulewiczów dziś zupa szczawiowa, sztuka mięsa z sosem cebulowym, kaczki z kompotem i khem kawowy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— No przyznaj, kochany Fomiu, że jak się nosi moje nazwisko, to byle co ani imponować, ani pochlebić niemoże. Teka ministra, rodaka, order Złotego Runa — mógłbym przyjąć, ale żeby mi to miało pochlebiać! Pierwszą cechą mego charakteru jest, co zresztą naturalne, ta duma wielkiego pana, która wyklucza wszelką próżność. Ja niepotrzebuję być niczem więcej, niż jestem. Rohan je suis — to jedno, a noblesse oblige — to drugie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Panie hrabio, tędy kolej niemoże być prowadzona, byłoby to nietylko wbrew interesom chłopów, ale nawet z ich krzywdą. A przy tem budowa linii według tego planu, jak pan hrabia sobie życzy, kosztowałaby kraj o sześć milionów koron publicznego grosza więcej.
— Proszę pana: czy pan radca chce, aby chłopi poparli w powiecie pańską kandydaturę do parlamentu?
— No zapewne, ale —
— W takim razie niech pan radca orzeknie i postara się, aby cała komisya orzekła, że najwłaściwszy tor jest ten, który ja panu wskazałem. To trudno — ja muszę mieć ułatwiony zwóz drzewa ze Suchego i stacyę jedną w Kamieniu, a drugą w Czernej. Proszę dać do zrozumienia tym panom, że będę umiał być wdzięcznym.
— Panie hrabio, to —
— Panie radco, jestem gotów wyasygnować czterdzieści tysięcy koron na agitacyę za panem i dwadzieścia tysięcy koron do pańskiej ewentualnej dyspozycyi — do pańskiej dys–po–zy–cyi.
— Hahaha, panie hrabio! Szybko pan hrabia obliczył dziesiąty procent trzyletniego zysku!
— Ja zawsze szybko rachuję, panie radco.
— No tak, panie hrabio, ostatecznie — — ale we Lwowie —
— Dwadzieścia pięć tysięcy do pańskiej dyspozycyi.
— Obawiam się jednak, że Wiedeń —
— Trzydzieści tysięcy.
— W końcu, przy wielkich staraniach —
— Proszę pamiętać: jedna stacya w Kamieniu, druga w Czernej.
— Ileż mogę mieć głosów chłopskich w powiecie?
— Każę rozwinąć najżywszą agitacyę. Obiecaj pan swoją drogą Izaakowi Silberstokowi i Pawlukowi z Podkamienia po trzysta reńskich.
— Ou! To dużo!
— Panie radco, ja biorę na siebie agitacyę w całym powiecie, a pan masz trzydzieści ty–się–cy koron do dys–po–zy–cyi.
— No więc, jak to mówią, ręka, panie hrabio!
— Soit, panie radco.
— No a teraz mi czas w drogę. Upadam do nóżek pana hrabiego dobrodzieja, uniżony sługa.
— Żegnam, panie radco; dowidzenia.
— Polecam się. Moje uszanowanie panu hrabiemu. Upadam do nóżek!
— A to szubrawiec!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Mamo, Ewa Kańczugowska idzie zamąż i pisze z prośbą, czybym nie chciała być jej drużką?
— Także?
— Ja też sobie zaraz pomyślałam. Takie dziady!
— I za kogóż to idzie?
— Za budowniczego.
— No to jej napisz, że za honoh dhużbowania dziękujesz, a że na folwahku w Patoce dach się na obohrze zepsuł, to może jej mąż rhobotę dostać. Także! Encohe des Kańczugowski!
— Czy to naprawdę, mamo, tak blizkie pokrewieństwo, jak ona pisze?
— Wcale nie, wcale nie. To nawet rhaczej nie jest żadne pokhewieństwo, tylko nazwisko wspólne —
— Jak się raz papa na Zygmusia rozgniewał, to powiedział, że się w nim ekonomska krew odezwała —
— Papa jest duh — To tak papa powiedział ze złości. Niewiesz, że się mówi: Nos iście hhabiowski, pewnie Kańczugowski!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— No cóż, jaśnie panie hrabio, czy pan Budnowski zapłacił co tego roku z Malinowej Górki?
— Dwieście reńskich. Tłomaczył się, że nieurodzaje, powódź, że żona się rozchorowała i że go to przeszło siedmset reńskich kosztowało.
— No, ona na przyszły rok nie będzie zdrowsza.
— Cóż jej jest?
— Suchoty ma. To jaśnie pan hrabia jest tego roku stratny na Malinowej Górce dziewięćset reńskich. I co pan hrabia myśli?
— A cóż mam myśleć? Z gardła mu nie wycisnę.
— Za psie pieniądze trzymać i jeszcze nie płacić —
— Prawda, że psie pieniądze?! Zawsze to myślałem. To ten Strygulewicz! Powiada, że tam grunta nieurodzajne —
— Cy cy cy! Jak pan Strygulewicz tak mówi.. Tam grunta są urodzajne, tylko jak się komu podoba mieć chorą żonę, dwóch synów w gimnazyum, córkę na pensyi, to choćby on w samej mączce kościanej siał — —
— Albo i ta słota i powódź? Wszędzie było to samo!
— Jak kto potrzebuje na obiad dwie potrawy jeść, buty tylko dwa razy do podzelowania dawać — — może mu i cały listopad słońce świecić! Jaśnie pan hrabia także dzieci ma —
— A bo prawda!
— Jeszcze więcej o jedno, niż on.
— No, a ileż pan, panie Mendelpflanz, myśli, ile Malinowa Górka powinna dać? Strygulewicz mówi, że tysiąc sto reńskich, to jest wyśrubowane jak na katolika i nie złodzieja.
— A ja słowo jaśnie panu hrabiemu daję, jak jestem uczciwy człowiek, daję w pierwszym roku tysiąc sto pięćdziesiąt, a w następnym po tysiąc sto siedmdziesiąt pięć.
— Hm —
— Kto nie dotrzymuje warunków umowy kontraktu, ustąpić musi bez wypowiedzenia bez względu na przyczyny.
— Ja innych kontraktów nie robię. Straty ewentualne pokrywa się z własności dzierżawcy w drodze egzekucyi. Ale on pisze do mnie, że na przyszły rok spłaci połowę zaległości, na drugi rok drugą połowę.
— Jaśnie pan hrabia wie, gdzie jego żona tego roku była?
— No?
— W Zakopanem. A na przyszły rok ma jechać do Davos.
— Pani Budnowska!
— Fhed — a, pan Mandelpflanz — odebhałam w tej chwili list od Budnowskiej, impehtynentka! Słuchaj — „Jaśnie wielmożna Pani Hhabino Dobhodziejko! Ośmielam się do Jaśnie Wielmożnej Hhabiny Dobhodziejki udać z najpokohniejszą phośbą, ale doszły nas słuchy — co za wyhażenie! — że pan Mendelpflanz chce nam odebhać dziehżawę, ale deszcze i powodzie i moja ciężka chohoba — ciekawam, co jej jest? —
— Suchoty, jaśnie pani hrabino —
— A a a! Phecz! Obhrzydła baba! Fhedzie?! Masz kahbol tutaj?
— Tam — od brzytwy. Panie Mendelpflanz, czytaj pan dalej —
— Za pozwoleniem jaśnie pana hrabiego —
— A, pan Kolesiak — proszę podnieść ten list z dywanu i zacząć czytać od „ciężka choroba“.
— Ciężka choroba sprawiły, iż nieszczęśliwy mój mąż zabrnął w takie długi, że na obiad tylko rosół i sztuka mięsa jadamy i to cztery razy w tygodniu tylko —
— A to hygienicznie —
A myślę, że Jaśnie Wielmożnym Państwu Hrabiostwu Dobrodziejstwu, którzy mają przeszło milion koron dochodu, te ubogie dziewięćset reńskich, które na przyszły rok —
— Będzie mi liczył mój dochód!
— Phoszę cię! Ona „myśli“! Jak śmie phosta impehtynencya! I jeszcze pisze — taka choha!
— Synowie w gimnazyum, na panów, córka na pensyi —
— A samego rhosołu z tahtem ciastem i na dhugie kalahepki nie łaska?
— Właśnie pan Mandelpflanz ofiarowuje w pierwszym roku tysiąc sto pięćdziesiąt —
— Ja już piszę. Kochana pani Budnowska! Do intehesów się nie mieszam. O wyniku sphawy zawiadomi męża pani pan Mandelpflanz. Phoszę się modlić codzień koniecznie do świętej Klahy z Avignonu o zdhowie, a do mnie więcej nie pisywać, bo muszę list kłaść w kahbol. Bóg nie opuści.

Hhabina Tatahowska.
— Jak ty to umiesz, Pusiu —

— Khótko a theściwie.
— No więc zgoda, jaśnie panie hrabio?
— Zgoda.
— Tylko co Pan Strygulewicz powie? On taki ućciwy —
— A cóż to ja nieuczciwy jestem, do kroćset dyabłów, panie Mandelpflanz?!
— Za przeproszeniem jaśnie pana hrabiego, ja tego nie powiedziałem, ja chciałem powiedzieć, że pan Strygulewicz to ma swoje pojęcia —
— O, i na to jest sposób! Dhugi list. Łaskawa i dhoga Pani! Phrzykho mi bahdzo, że nie miałam szczęścia z tak blizką sąsiadką zawhrzeć dotąd znajomości. Jutho święto, phoszę nam zhobić tę phrzyjemność i phrzyjść do zamku z mężem na śniadanie.

Najuphrzejmiejsze ukłony,
Małgohrzata Tatahowska.
do Wielmożnej Pani Anastazyi Sthygulewiczowej.

— Hahaha! No więc do widzenia panie Mendelpflanz. Resztę u notaryusza.
— Kłaniam się do nóg jaśnie panu hrabiemu. Całuje rączki jaśnie pani hrabinie.
Adieu, panie Mendelpflanz.
— Ućciwy! Powinienem był tego kanalię Żyda wyrzucić za drzwi! Te głupie sto, czy stopięćdziesiąt koron więcej!
— Tyle daje? Zahaz whócę. Panie Mendelpflanz!
— Słucham jaśnie pani hrabiny —
— Mój mąż się thochę obhaził na pana — waha się —
— O — — jaśnie pani hrabina pozwoli coś powiedzieć?
— Phoszę.
— Ja, choć jestem niby Żyd, ale jabym dał na ręce jaśnie pani hrabiny pięćdziesiąt reńskich na misye w Afryce — niby przy zawarciu umowy.
— Bahdzo panu dziękuję. Ja myślę, że pan już jednak może być spokojny.
Pawle! Phoszę powiedzieć kucharzowi, że na jutho na śniadanie dwa kotlety więcej!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Bo widzi pan, panie komisarzu, chłopi twierdzą, że te sześćdziesiąt morgów są ich własnością, że kupiony od nich był tylko las, a nie grunt pod nim —
— Proszę być spokojnym, panie hrabio proszę być spokojnym!
— A tu mi właśnie te sześćdziesiąt morgów klinem w mój las wchodzą —
— Ależ naturalnie, panie hrabio, naturalnie. Proszę być spokojnym!
— I jest mojem szczerem przekonaniem, że należą do tatarowskiego skarbu —
— Ależ niewątpliwie, panie hrabio, niewątpliwie!
— Proszę mi wierzyć, jakkolwiek chłopi dowodzą nadaniami królewskiemi i dokumentami swojej własności, proszę mi wierzyć, panie komisarzu, że to jest moje szczere przekonanie —
— Ależ, panie hrabio, tak jak zrobione!
— A pan co myśli?
— Ależ, panie hrabio, gdzież jabym sobie mógł pozwolić na inne zdanie, jak pana hrabiego? Byłoby to przecież ubliżeniem!
— Może cygaro? Pan, zdaje mi się, jest dosyć długo już komisarzem?
— Ha trudno, trzeba za koleją — —
— No tak, tak. Będę się niedługo widział z pańskim przełożonym —
— Zbytek łaski, panie hrabio, zbytek łaski!
— Więc dowidzenia panu.
— Ścielę się do stóp pana hrabiego!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— No cóż, co? Jedziemy już?
— Awansik pewny! Psiakość!
— Przysądzimy?
— A cóżeś ty myślał?! Jak taki pan czego chce!
— No ale to jest prosta kradzież to przesunięcie granicy leśnej.
— Pst! Halt’s Maul! Stul pysk! Chcesz, żeby cię wylali na bruk z urzędu?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Pięciu chłopów, trzy kobiety i jedno dziecko zabite, siedm osób rannych, z tych dwie ciężko, proszę pani hrabiny.
— To thudno. Złodzieje muszą być ukarani. Jutho ksiądz phoboszcz odphawi uhoczyste nabożeństwo za dusze zmahłych. Phoszę Wąthóbską dać żandahmom podwieczohek.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Jeszcze ich mało natłukli! Bydło chłopskie! Jak to śmiało, panie Pawle, na naszego pana się porywać! Pan hrabia by ich czapką przykrył! strzały, to aż tu, w kawiarni było słychać!
— Hołota! Chamstwo się zuchwali, pani Wątróbska, takie czasy — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio! Mając honor najuprzejmiej podziękować za tyle zaszczytne dla mnie zaproszenie, pozwalam sobie odpowiedzieć, iż nieomieszkam zeń skorzystać, łącząc dla JWnej Pani Hrabiny i JWnego Pana Hrabiego wyrazy mego najuniżeńszego szacunku i poważania —
— Po stylu znać człowieka z kulturą.
— No cóż chcesz? Profesor uniwersytetu!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio! Mam honor najuprzejmiej donieść, że jutro będę miał wielki dla mnie zaszczyt u JWnego Pana Hrabi być. Łączę dla JWnego Pana Hrabiego i JWnej Pani Hrabiny wyrazy mego najuniżeńszego uszanowania
najpowolniejszy sługa
Jakób Balsambaum
kupiec zboziem“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Mój Fhedzie, jesteś khólem dwudziestu powiatów, ale stanowczo bhak ci jakiegokolwiek obywatelskiego tytułu. Możebyś został phrzynajmniej phezesem Towahrzystwa Tathrzańskiego, jak dotychczasowy phezes zostanie ministhem.
— Moja droga, nigdy nawet w Tatrach nie byłem —
— Nieboszczyk Stefan Zamoyski także wcale w Tathach nie był jeszcze, kiedy go obhali. A i potem dopieho w kilka lat piehwszy rhaz pojechał. Dla wydziału towahrzystwa tathrzańskiego twoje stanowisko towahrzyskie zupełnie wystahcza.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ja tam po polsku phawie nie czytam. Tyle jest wybohnych książek fhancuskich i angielskich!
— A ten, co to dedykował pani Stanisławowej — jakże się —
— Asnyk? Póki myślał, że się wkhęci, to dedykował, a umah thomtadhatą!
— Ale wiesz, że podobno coś nieprzyjemnego wyszło — jakieś „Papugi i pasożyty“.
— Skoho się stoi wyżej nad wszelką khytyką i to jeszcze khytyką phrzez dzióhkę od klucza... Guahda e passa! Die Hehhhen heiten — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A to coś okhopnego! To powinna phokuhatohya! Do czego tą dochodzi! Powinni go do khyminału zamknąć! To łoth! To łajdak! To jest fohmalna zdhada khaju! To jest kalanie własnego gniazda! To jest nieposzanowanie świętości! To jest zamach stanu! To jest paszkwil! A! A! A! To jest książka, któha zgubi do rheszty Polskę! To się powinno zakazać sphrzedawać! To potwohność! To się powinno na indeks! Ten człowiek waht inkwizycyi świętej! To thrzeba z ambon! Jego thrzeba z khaju wyświecić!
— Jakże, kiedy nikt nie wie, kto to jest — pseudonim.
— Moja dhoga, ja tysiąc rheńskich dam, kto go odkhyje! Napiszę zahaz do ojca Nenufaha — kto mu da rhady, to jezuici! Zdemaskować łotha!
— Okhopne czasy. Rhunie ta biedna ojczyzna, gdy się w niej takie książki ukazują... „Papugi i pasożyty“!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— No i co moja dhoga, no i co?
— Jakem się wzięła do łoboty, cały pokój w Watykanie urządziłam! Meble bołdo ze złoceniami —
— No i co Ojciec Święty?
— Bałdzo był kontent. Ofiałował mi ciełń z krzaka, pod któłym męczenniczka Petłonela uległa gwałtowi konsula Antymona. Patrz — gustowny medalion dałam złobić?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Psiakrew! Znowu na tych przeklętych pogorzelców zbierają! Ki mi dyabli, że się szewcy i bednarze spalili! —
— Daj cokolwiek odczepnego, mój Fhedzie, pahę rheńskich, bo ja się muszę czemś także zaznaczyć. Klema urządziła pokój Ojcu Świętemu w Watykanie. Jabym chciała tego rhoku posłać osobno do Watykanu dziesięć tysięcy fhanków.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ależ panie hrabio, ja nie mogę przetrzymywać na stacyi pociągu o piętnaście minut, dlatego, że pan hrabia się spóźnia. I tak przecież kuryer staje tu tylko umyślnie —
— Nie możesz pan zatrzymywać? No to ja panu pokażę, że pan prędzej jeszcze stąd wyjedziesz, niż blic wiedeński!
— Pan hrabia daruje —
— Mój panie, jeżeli na jedno moje słowo w dyrekcyi wszystkie kuryery tu umyślnie tylko dla mnie stają, to zdaje mi się, że nie będzie mi trudno pańską ważną osobę stąd ruszyć. Na drugi raz żeby mi pociąg stał, do kroćset dyabłów!
— A pan tu co?! Milczeć, bo każę wyrzucić z peronu!
— Co?! Ja pana dziś jeszcze — telegrafem — Ja ci tu pokażę ty żebrak — Klask! (Jakżeby kto w pysk dostał).
— Musimy wrócić do domu, panie Kolesiak — pociąg wyjątkowo musiał odjechać. Tak się uderzyłem mocno w twarz o drzwi wychodząc — — — Jechał kuryer cesarza Wilhelma, dlatego —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Ja osobiście bynajmniej nic niemam przeciwko tutejszemu naczelnikowi stacyi, ale ustawne skargi, które mnie na niego dochodzą, jego gburowate i ubliżające obchodzenie się z chłopami, zaniedbywanie obowiązków, gdzie w grę wchodzi życie ludzkie, wskutek lenistwa, niedbalstwa, gry w karty i częstej nietrzeźwości, wreszcie jego niemoralne prowadzenie się, zniewalają mnie równie ze względów humanitarnych, jak obywatelskich, wreszcie jako katolika“...
Osobno zaproszę dyrektora na zające — — — zdaje mi się, że nikt nie słyszał, ani nie widział. A ten się nie pochwali, bo się będzie o siebie bał — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Więc, ekscellencyo, czy mogę pozwolić sobie mieć nadzieję, że ekscellencya się raczy przychylić do mojej prośby?
— Zobaczę, zobaczę —
— Może zaraz —
— W tej chwili jeszcze nie mogę, panie hrabio.
— Kiedy ekscellencya pozwoli?
— Zobaczę, zobaczę, dam znać.
— Bo ja —
— Teraz są godziny urzędowe, kochany hrabio, jestem czem innem zajęty.
— O! Proszę na moją osobę zupełnie nie zważać! Moje najgłębsze uszanowanie, ekscellencyo! Przepraszam, że się ośmielam.

— Jakże cię phrzyjął?
— Jakto jak? Tak, jak może przyjąć minister książę Schwarzenberg hrabiego Tatarowskiego z Tatarowa — równy z równym. Jakżeś ty chciała? Jabym mu pokazał zresztą, ...........!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Fhed! Jedźmy stąd! Tu niema co ukhywać przed samym sobą! Lichtensteinowa mi ledwo kiwnęła głową dziś na Opehnhingu.
— Musiało ci się zdawać —
— Uważam też, że Hohenlohówna sthasznie phrzez rhamię rhozmawiała wczohaj wieczóh z Zygmuntem —
— Wszystko ci się zdaje kochana Pusiu.
— Rhobisz dobhą minę phrzy złej ghrze, a ci panowie austryaccy nic sobie z nas nie rhobią!
— Zdaje ci się! Zresztą — phy!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ekscellencya raczy darować, że ośmielam się —
— Proszę zabrać papiery, panie hrabio. Przejrzałem. Nierozumiem, po co pan właściwie udawał się z tem aż do mnie? Załatwią to panu we Lwowie we właściwym urzędzie —
— Chciałem, ekscellencyo, od razu do wielkiego ołtarza, myślałem —
— Do wielkich ołtarzy idzie się po stopniach, panie hrabio. Do widzenia! Zobaczymy się może na jeleniach w Karpatach?
— Ah, byłoby to dla mnie prawdziwym zaszczytem i szczęściem, gdyby książę raczył —
— Dziękuję, panie hrabio, dziękuję. Ma pan ładny stan?
— Pięć byków będzie pewnych. Parole d’honneur.
— No to jak przyjadę do Nadwórnej z arcyksięciem Leopoldem i Ernestem Koburgiem, to sobie pozwolę wstąpić do pana. Bądź pan zdrów, panie hrabio! Do widzenia na jeleniach!
— Moje najgłębsze uszanowanie, ekscellencyo! Proszę raczyć nie zapomnieć o moich nizkich progach! Będzie to dla mnie prawdziwy honor, mości książę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Muszę wcześniej wracać do domu.
— Czemuż tak?
— Schwarzenberg, ten minister, prosił, żeby go zaprosić na jelenie. Ponieważ ma mi tam załatwić pewną kwestyę drogową — — niechce mi się tego — ale przypuszczam, że prędzej przeprowadzi. Zresztą ci Niemcy to się tak wpraszają —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Doprasam się tys łaski pana hrabiego, leśny mi zajon krowe, jo tys biedna wdowa, dziecko małe pasło, niewiedziało — — przez mlika my jus trzeci dzień —
— Ja się tem nie zajmuje. Byliście u pana nadleśniczego?
— Miemiec! Byłam, ale mie nie rozumioł — za drzwi mie jogier wypchnon —
— No to się postarajcie o takiego, co po niemiecku umie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Prose tys łaski jaśniewielmoznego pana hrabi, joby kciał ściele w lesie kupić, ale mi tys brakuje do fury dwanaście grajcarów, pon leśnicy Vyklepal mie odesłał — ze nimo prawa —
— Moi kochani, jabym chciał, ale jak pan Vyklepal się nie zgadza, to ja nie mogę. To od niego zależy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Słuchajcie no Czaja, powiedzcie ludziom wyraźnie, że jak będą na ludowego kandydata głosowali, to się niemają co spodziewać regulacyi Grabimorgi, ani Łupiwody, szacunki assekuracyi ogniowej będą się obliczały przez pół wartości a ja się o to postaram, aby szpitala w Tyfusicach i szkoły w Chłopskiej Krzywzie do sądnego dnia nie wystawiano!
— Prosę pana hrabiego, przecie chłopi dajom na to piniondze —
— Chłopi mogą dać jeszcze trzy razy tyle, a bez pozwolenia rządu stawiać nie mogą! Niewiecie o tem?
— Dyć wiem —
— A przy wyborach niech pamiętają: wojsko nie żartuje! A nie przyjdą tu wasi, tylko huzary węgierskie.
— Te zatracone —
— Pamiętajcie także, że dałem się umyślnie wybrać do komisyi zapomogowej po ostatniej powodzi; co ja powiem —
— Dyś wiemy, ze co pon hrabia powi w powiecie, to święte —
— No więc!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Jabym takiej ladacznicy za phóg domu nie puściła!
— A księżna Tesia?
— A, moja dhoga, to zupełnie co innego. Tesię unosi nadmiehny tempehament. Ale taka żona phostego dyhektoha banku — —
— To jest zupełnie co innego. Licia w żaden sposób nie można nazwać szulerem. To jest tylko wyładowanie nadmiaru energii. Co będzie robił cały dzień człowiek, którego przodkowie całe życie spędzali na koniu i w lesie, jeżeli się nie zajmuje gospodarstwem? Energia musi się przecież w czemś wyładować — —

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— To jest przecież oburzające, co tu czytam! Chłopi na pograniczu Ślązka i Czech pierwsi się czechizują i Ślązakom mówią: „poco wy głupi chcecie Polakami być!? Na głód i na szlachciców robić?“ Tylko polski chłop potrafi być taki podły!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Sthaszna katasthofa! Dwustu góhników. Tem się tylko pocieszać można, że to z pewnością byli socyaliści...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Nie jest to żaden wielki honoh, ale bahdzo jestem kontenta, że Fhed phrzyjął photektohat nad wystawą khajowych świń w Szlachtosmhodach Galicyjskich.
— Nie można było odmówić — deputacyę wysłali —
— I to, phoszę wuja, co najpiewhszego w powiecie! Thrzech z ghubej szlachty, jeden obywatel Niemiec i dwóch bogatych Żydów, właścicieli ziemskich.
— Bardzo dobrze, żeś przyjął, jak niedziwię się, że tobie właśnie ten protektorat ofiarowano. Nosisz pierwsze w powiecie nazwisko i masz największą fortunę. Ja to uważam, Alfredzie, jako pierwszy krok twojej obywatelskiej karyery. Od tego protektoratu wystawy świń powinna się zacząć twoja era. Pięknie, że nie uchylasz się od włożonych na ciebie przez urodzenie i majątek obowiązków.
— A właśnie tego dnia miało być u nas polowanie na kuropatwy —
— Tem piękniej. Żyłeś zanadto w dumnem oddaleniu od szerszego ogółu. Trzeba coś z siebie poświęcić. Gdy staniesz pośród krajowych świń, niejedna myśl trafna, niejedna idea właściwa i odpowiednia przyjdzie ci do głowy, kto wie? Może te świnie zaprowadzą cię bardzo wysoko?! Ze Szlachtosmrodów możesz zajść aż do Wiednia. Staraj się tylko być zawsze hetmanem.
A obywatele, tobie ofiarowując protektorat, dowodzą, że święte tradycye naszego narodu nie giną jeszcze. Okopy „Świętej Trójcy“ dzierżą się mocno. „Hrabia Henryk“ wbrew pessymizmowi Zygmunta Krasińskiego, który przypisać należy jedynie chorobie, zwyciężał! Traditio — vicisti!
I słusznie. Wielkie rody są nato, żeby wskazywały drogę i były niejako wrodzoną zwierzchnością narodu. Dawniej rodziliśmy się na to, aby być kasztelanami, wojewodami, kanclerzami, hetmanami, prymasami i wiedliśmy kraj na pole chwały. Dziś z prawa urodzenia należą nam się prezesury, wysokie i najwyższe urzędy, dygnitarstwa krajowe, wszelkie protektoraty i reprezentacye. Gdyby nas nie było, któżby był Polską wobec zagranicy, wobec świata? To też wszelkie środki, które władzę i znaczenie w naszych rękach utrzymują i utrwalają, które nam pozwalają mieć je, są dobre. Na szczęście naród polski jest jeszcze na tym stopniu kultury i cywilizacyi, że uważa nas za swoje czoło. Byliśmy i będziemy czołem narodu!
— Godne mahmuhu są słowa wuja! Byliśmy i będziemy czołem nahodu!
— My jedni w narodzie mamy wielkie tradycye polityczne, my jedni rozum polityczny. Dalecy zarówno szowinizmom, jak wygórowanym ambicyom, niepraktycznym ideom, przesadnym pragnieniom i mogącej kogo draźnić narodowej miłości własnej, stoimy, gdzieśmy stać powinni. Wieki uświęciły niewzruszone nasze stanowisko. Jednem ramieniem wsparci o kościół, drugim o monarchizm, jak święty Grzegorz smoka, zwalczamy hydrę nowatorskich idei! Naj budę jak bywało, bo bywało dobrze! Tylko te państwa, które miały silnie zaznaczoną hierarchię stanów, były zdrowe, tylko oligarchiczne rządy były zbawienienne!
A te trzy różne rodzaje guzików szambelańskich, które tu dziś widzę na zebraniu w Tatarowie, te trzy różne cechy liberyi wspólnej, jedynej, jaka nam pozostaje, rozumnej i politycznej dyrektywy — to symbol naszej pracy i zasługi narodowej. To też naród polski rozumie i ocenia, czem dla niego jesteśmy i co nam jest winien. A znów na nas przez Boga obowiązkiem włożonym jest świecenie mu przykładem i protegowanie jego godnych protekcyi usiłowań.
— To też bahdzo jestem kontenta, że Fheda uphosiła szlachta o photektohat wystawy świń khajowych w Szlachtosmhodach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



Przypisy

  1. Heine.
  2. Hamlet.
  3. Autentyczne. Pani G. z Podola.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.