Strona:Tryumf.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


umf, wydało mu się takie czcze, takie jałowe, tak zmarnowane...
I potrzebaż było aż tak strasznego faktu, aby go z tego egoistycznego snu przebudzić?... I dlaczegóż budzi się zeń tak późno?..
Uczuł wstręt do swojej natury, do swej własnej duszy. Cała jego filozofia, oparta na prawie konieczności, wykluczającem winę i zasługę, runęła — czuł się winnym.
Miał ochotę powyrzucać przez okno wszystkie wieńce, księgi pamiątkowe i kosztowne prezenty, wypychał gwałtem z pamięci wspomnienie osób, które zgromadziły się około niego w dzień jego półwiekowego jubileuszu, aby go czcią otoczyć i hołdami.
— Dlaczegóż — powtarzał — dlaczegóż w ten dzisiejszy wieczór, przy moim własnym stole nie zasiadła rodzina owego stolarza, aby czytać książkę, którą ja dla nich napisałem, a która im niosła Chrystusa...
I czuł taki wstręt do swej natury i czuł się tak winnym i całe życie dotychczasowe wydało mu się tak nikczemnem... Ale już było na nowe zapóźno.