Strona:Tryumf.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy tam, na dole, w suterenach, nędza toczyła tłumy, jak skir, a zbrodnia, jej nieodstępna siostra, najdziksze wyprawiała orgie: on skandował spokojnie swoje aleksandryny w wykwintnym gabinecie, palił dobre cygara w wykwintnym salonie, lub czekał w swej loży na oklaski teatralnej publiki. Oto dzieje jego apostolstwa, jego prawa do tego tytułu!
Kiedyś za młodu, lat temu kilkadziesiąt, jego przyjaciel, dawno zmarły malarz, naszkicował był Chrystusa, który, uginając się pod ciężarem krzyża w drodze na Golgotę, jeszcze znalazł w sobie dość siły, aby wolną ręką podać starcowi z tłumu, potrąconemu tak przez rzymskiego żołnierza, że upadł. O tym obrazie mówili wówczas wiele. Malarz usiłował Chrystusowi nadać wyraz niezmiernego zapomnienia o sobie, niezmiernego współczucia. Przez dziwne skojarzenie wrażeń — obraz ten, o którym poeta może kilkadziesiąt lat nie myślał, stanął mu teraz nagle żywo w pamięci.
Zakrył rękami twarz i pochylił głowę ku piersiom. Zdawało mu się, że ten Chrystus z wyciągniętą ku obalonemu starcowi ręką patrzy nań z dawnego obrazu z wyrzutem... Wszakże on nie niósł na barkach nic — a jednak nikomu ręki nie podał! Nie wisiała nad nim żadna klęska, a pamiętał tylko o sobie...
I życie jego całe, owe pół wieku pracy i try-