Strona:Tryumf.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do suteren, tam on nie zszedł nigdy. Arystokrata z usposobienia, błyszczał po budoarach i salonach, nie dbając o nic, tylko o zdobywanie sławy i wygód życia. I to się nazywa półwiekową pracą dla dobra społecznego z poświęceniem się i zaparciem najwyższem. Zaiste słusznie!...
Tak jest, natura dała mu talent niezwykły, może geniusz; Bóg wie co mógł zrobić, a zrobił — cóż? Wstrząsnął nerwy kilku, może kilkunastu tysiącom ludzi. A te miliony, te ogromne miliony?
One z jego pracy, raczej z darów, które mu dała natura, nie miały nic. Ze światłem swego mózgu, ze swoją myślą i ze swojem słowem, niezszedł tam nigdy na dół, do suteren.
Nazwano go „apostołem ducha“ — zaiste słusznie! Tam trzeba było iść, Chrystusa tłumom nieść, jeśli się było apostołem ducha.
Pod jego nogami, tam, na dole, działo się coś, ale on tego widzieć nie raczył: był na to za dostojny, zanadto honorowy, za wielki. Naprawdę, tak jest, tworzył dla tych, którzy go podejmowali szampanem i sadzali na pierwszem miejscu; pisał przedewszystkiem dla wielkich panów i bogatych dorobkiewiczów... Tak jest, tak jest, nieraz myśli, które mu przychodziły do głowy, odpędzał, karty, które mu się same pisały, w kosz wrzucał, aby się sferze, w której żył, nie narazić. Był apostołem, tak, ale swej własnej korzyści...