Strona:Tryumf.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nadszedł szalenie upalny, parny, duszący dzień. Pot lał się z robołników, którzy stawiali tymczasowy most. Mnie krew biła do głowy i gorączka paliła mi oczy i wargi.
Co będzie w ten wieczór, w dzisiejszy wieczór?...
Cokolwiek bądź: pójdę dalej!
Przerzucenie mostu jest niczem, wrócić można i o tysiąc mil, ale ulec, dać się uwięzić tej kobiecie, która nie rozumie nic poza sobą: to jest wyrzec się siebie.
Nie jest winną. Niczego jej nie nauczono, nic jej nie powiedziano — nic nie myśli i nic nie czuje; ale jest piękna, piękna do oszalenia, do śmierci...
Gdybym ją miał zabić: wydrę się z jej uścisku!
Gdybym ją miał zabić!... Niech to sądzi Bóg. Podług mego sądu moje życie jest więcej warte, niż dziesięć takich żywotów, jak jej.
Kwitnie w tym lesie, jak błękitna goryczka w ustroniu leśnem, którędy przechodzi tylko wiatr i deszcz; podobna jest do palmy w puszczy, która wyrosła na skrawku ziemi zbyt szczupłym na oazę. Tamować mi drogi niema prawa.
Jeżeli będę czuł, że mię urzeka, że ginę: zabiję ją, jak szkodliwe zwierzę.

Po upalnym, duszącym dniu nadszedł wieczór równie parny i duszny. Zdawało się, że ziemia