Strona:Tryumf.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sporo czasu, nakoniec Grześ mruknął przez zęby: Niedoczekanie jego! Krzywdziciel zatracony! Dziśby i za jego duszę było...
Splunął, rzucił się na barłóg i odwróciwszy twarz ku ścianie, chciał spać. Nie mógł jednak. Znowu siadł jak pierwej i patrzał w ziemię.
Był słotny dzień jesienny. Wiatr szumiał ponuro wył, drobny deszcz dźwięczał na szybach jednostajnie i smutno.
Ściemniało się coraz bardziej.
— Nie pójdę! — rzekł do siebie Grześ.
Próbował znowu usnąć i znowu nie mógł wyleżeć. Coś go dźwigało ze słomy. Nakoniec i siedzieć nie mógł. Niepokój go jakiś ogarniał coraz to więcej i więcej; podniósł się i stanął przy oknie. Na polu było prawie ciemno.
Ale i tu wytrwać nie mógł długo. Wydawało mu się, że nim coś owładnęło. Wyszedł przed izbę — wyraźnie coś go zaczęło pchać naprzód, przed siebie.
Wszedł na chodnik, którym się szło ku kapliczce, przez pastwiska.
Przystanął i rzekł: Nie pójdę! — i znowu szedł dalej.
Coś go pchało naprzód. Za pastwiskiem zamajaczyły w zmroku rosnące z rzadka jałowce, świerczki drobne i modrzewie. Już słychać było szum rzeki.
Niebo rozjaśniło się nieco i w górze pokazał się księżyc, okrągły, mglisty, ołowiany.