Strona:Tryumf.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Grześ nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje. Czuł w sercu okrutną, chłopską zaciekłość ku nieboszczykowi bratu i jednocześnie mus zbliżania się ku kapliczce.
Wtem drgnął i stanął... Zdawało mu się, że prócz szumu wody i wiatru słyszy głos jakiś, jakiś dźwięk. Zląkł się i chciał nawrócić, ale owa dziwna moc, która nim owładła, pchnęła go naprzód.
Tymczasem dźwięk starał się coraz wyraźniejszy — był to dzwonek. Grzesiowi włosy podniosły się na głowie; między świerczkami zabieliła mu się martwą białością, w księżycowym poblasku kapliczka nad głębią. Pot zimny wystąpił mu na czoło, a w piersi zatamował mu się oddech; w kapliczce był ktoś i dzwonił. Stanął i jeszcze raz chciał zawrócić, ale jakaś ciekawość przeraźliwa i straszna zmusiła go iść dalej. Był już przy drzwiach; schylił się i zajrzał — i rozkrzyżowawszy ręce w górę, cofnął się raptownie w tył. Na ławeczce siedział jego brat, nagi, opuchły, rozdęty wodą, z przylepionemi do karku mokremi włosami i obwisłemi wąsami, trzymając w obu obrzękłych dłoniach sznurek od dzwonka, za który ciągnął. Zwrócił ku Grzesiowi bladą, nabrzmiałą twarz topielca i spojrzał nań zblakłemi, wychodzącemi z orbit oczyma. Grześ jęknął i zatoczywszy się, runął w głąb wodną.