Strona:Tryumf.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak. Muszę.
— Niema musu tam, gdzie jest wola.
Spojrzałem na nią zdumiony.
— Przed chwilą te same słowa słyszałem od mego minera.
— A widzisz pan!
— Tak, ale on mówił dlatego, żem się ociągał z budową mostu.
— I zaczniesz pan budować?
— Zacznę.
— I przeniesiesz się pan?
— Tak.
Jej oczy — pierwszy raz — błysnęły, jakby się w nich proch zatlił.
— A gdybym... — urwała; pons ją oblał.
Myrto — rzekłem przytłumionym głosem, chwytając ją za rękę — Myrto, ty wiesz przecie, że ja tam muszę iść, wiesz, dlaczego opuszczam to miejsce. Tam przecież krocie, miliony ludzi czekają na światło i chleb. I to ja im je dam.
— Boże! — krzyknęła, marszcząc twarz i podnosząc ramiona. — Czy jedna godzina szczęścia nie jest więcej warta, niż te wszystkie ideały, jakie osiągnąć zamierzasz?! Nie zrobisz ty, to zrobią inni.
— Ale to ja chcę zrobić.
Zmierzyła mnie wzrokiem.
— Ty powiesz, że to miłość, idea prowadzi cię, a ja ci powiem, że pycha i ambicya.