Strona:Tryumf.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miała taki wyraz oczu i ust, żem nie śmiał zaprzeczyć, bo czy może być śmieszniejsza pozycya, jak człowieka, który dowodzi, że jest cnotliwszy, niż o nim sądzą.
— Zostań tu. Ja chcę, żebyś został — — ja — — proszę...
Głowa jej po raz pierwszy pochyliła się ku mnie; głos po raz pierwszy stał się podobnym do błękitnego wschodu jutrzni rannej.
Pochyliła się ku mnie jeszcze więcej; uczułem gorąco jej ust.
Potem cofnęła się miękko i osłable i wyciągając ku mnie rękę, rzekła cicho:
— Więc ostatni raz?
— Przyjdę się jutro pożegnać.
— Kiedy?
— Rano. O świcie.

∗             ∗

Był przedświt cichy i szary, jak to źródło w ogrodzie, orosłe przez lilie i tulipany, w wieczorną porę. Czekałem na nią.
Nie spałem całą noc. Czułem, że tę kobietę kocham do szału, do obłędu, że jej pragnę, jak więzień powietrza, jak nędzarz chleba, jak wędrowiec wody. To już nie było moich lat dwadzieścia ośm, gorąco letnie, miesiące całe spędzone zdala od kobiety: to była miłość. Kochałem ją tak, jak się kocha, kiedy się kocha.
Ale tam czekał na mnie most, czekała budowa