Strona:Tryumf.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Puść mnie! — krzyknąłem, wydzierając ramiona z rąk Myrty.
— Nigdy!
Jej głos brzmiał tryumfem. Uginałem się i słaniałem ku niej z nóg. Jeżeli raz dotknę jej ust, jeżeli raz będę jej, zginąłem na zawsze. A nie oprę się, nie oprę się, nie oprę się!...
Pochłaniała mię, ginąłem w niej, gubiłem moją istność. Czuła, że tryumfuje, że opadnę ku niej, jak drzewo ścięte, wyrzeknę się dla niej wszystkiego, przysięgnę, że nie opuszczę jej nigdy!...
Tryumfowała!...
Nagle mózg mój stał się zimny, jasny i trzeźwy, Z niesłychaną szybkością przedstawił mi się matematyczny pewnik, że, abym ja istniał, ona musi nieistnieć. I z całą świadomością mego czynu, z całem zimnem matematyki, z całym spokojem mechanicznego ruchu, wydarłszy ręce z jej rąk, pchnąłem ją w piersi i strąciłem w przepaść z krawędzi urwiska.

∗             ∗

Tam na dole w rzece, która z rykiem niesie pnie, głazy, bierwiona mego mostu i żelaza mojej zniszczonej kolei, musi się teraz toczyć, toczyć jej białe ciało...
Konary i gałęzie drą jej twarz, drą jej piersi,