Strona:Tryumf.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biodra i nogi białe; głazy miażdżą jej kostki, okropne, potworne patyki wyjęły jej oczy...
Woda zalewa jej usta, dusi ją i dławi... Jej włosy, wielkie, jedwabne rozszarpane włosy zaczepiają się o gałęzie, oplątują się w konarach, owijają w koło młodych zwalonych sosen, wikłają ją i ciągną — — co za ból! Jezus Marya!...
Jeszcze może żyć...
Jezus Marya! Jezus Marya! Jezusie Maryo!...
Burza, wodo! Ty straszliwy lesie, zabij ją już!...
Jezusie Maryo! Zabijcie ją! Niech umrze! Ooo!...

∗             ∗

Nazajutrz rozpoczęliśmy pracę na nowo. Zapalony piorunem most runął w wodę; na znacznej przestrzeni szyny wydarły i uniosła powódź.
Zaczęliśmy pracę na nowo.
Nad lasem, nad burzą, nad żywiołami, nad sobą samym zapanowałem: pójdę, dokąd chcę. Tryumfuje.
Napróżno groził mi ten straszny las. Wszedłem w niego, zadałem mu gwałt, zdeptałem jego świętość i jego uroczysko, zmusiłem go, aby mię uznał za pana. Porwał się na mnie burzą, piorunami, powodzią, — i uległ w walce.
Sto ramion podniosło siekiery w górę, a te sto ramion to jest jedna moja wola.