Strona:Tryumf.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W tej chwili jeszcze nie mogę, panie hrabio.
— Kiedy ekscellencya pozwoli?
— Zobaczę, zobaczę, dam znać.
— Bo ja —
— Teraz są godziny urzędowe, kochany hrabio, jestem czem innem zajęty.
— O! Proszę na moją osobę zupełnie nie zważać! Moje najgłębsze uszanowanie, ekscellencyo! Przepraszam, że się ośmielam

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Żegnam, żegnam, panie hrabio. Adieu!
— Jakże cię phrzyjął?
— Jakto jak? Tak, jak może przyjąć minister książę Schwarzenberg hrabiego Tatarowskiego z Tatarowa — równy z równym. Jakżeś ty chciała? Jabym mu pokazał zresztą, ...........!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Fhed! Jedźmy stąd! Tu niema co ukhywać przed samym sobą! Lichtensteinowa mi ledwo kiwnęła głową dziś na Opehnhingu.
— Musiało ci się zdawać —
— Uważam też, że Hohenlohówna sthasznie phrzez rhamię rhozmawiała wczohaj wieczóh z Zygmuntem —
— Wszystko ci się zdaje kochana Pusiu.
— Rhobisz dobhą minę phrzy złej ghrze, a ci panowie austryaccy nic sobie z nas nie rhobią!