Strona:Tryumf.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gać wkoło, przeskakując strumyki i rowki, koziołek pędził za nim.
Roześmiała się.
— Myrto — rzekłem, patrząc jej w oczy, klęczącej nademną.
— Prawda, jak ładnie — powiedziała.
— Myrto — powtórzyłem.
— Popatrzała na mnie i wydało mi się, że jej oczy widzą niezmiernie wiele.
— Tak, — uśmiechnęła się — miłosierdzie jest na to, aby przebaczać grzechy.

∗             ∗


Wszystkie jej słowa wydawały mi się cudowne, nadzwyczajne, niepospolite i nigdy nie słyszane.
Roboty nasze po lewym brzegu rzeki były już na ukończeniu. Stary Szymon przyszedł do mnie pewnego wieczoru w sprawie budowy tymczasowego mostu, co mogło być w przeciągu jednego dnia gotowe.
Jakto?! Jutro więc miałbym opuścić to miejsce?
Począłem wynajdywać tysiączne przyczyny, dla których trzeba było jeszcze zostać. Poszedłem raz jeszcze oglądać drogę i wynalazłem mnóstwo niedokładności i poprawek, na które stary Szymon kręcił głową i przypatrywał mi się ze zdu-