Strona:Tryumf.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieka? Czyli czas ten, te siły, to wszystko, nie jest napróżno zmarnowaną częścią żywota? Czy ten czar, który na niego spadł, nie jest przekleństwem jakiemś, klątwą, którą go urzekło złe przeznaczenie? Czy to wszystko nie jest czczym żartem, czczym, ale bolesnym, jak śmierć, i czy zjawisko to i wola jego nie jest dziełem tej strasznej Ironii, która rządzi i włada, szatan, któremu Bóg pozwolił siać zło? Jakże to można ujrzeć widomie duszę ludzką? zamknąć ją w kształt? dać jej formę?
Czyni się ją podobną do człowieka, jak do człowieka czyni się podobnym anioła, nawet Boga. Czy widział Ich kto kiedy? Jest to więc marna bezsilność twórczej potęgi ludzkiej, która każdy cud, każdą ideę z nieba ściągać musi na ziemię, aby módz pojąć, aby módz wierzyć, aby módz kochać? Wizye i zjawy, które miewali prorocy, brały postać ludzką, albowiem tworzyły się w ich wnętrzu, w ich własnych sercach i umysłach.
Ale ku niemu głos przyszedł z zewnątrz, z poza niego, z za świata.
Z za świata zkądś zjawiła mu się w ową noc miesięczną, z pośród zwału obłoków wichrem przez turnie pędzonych i pól, pod światłem krystalicznem i spokojnem, jak sen, zjawiła się i rzekła i rozkazała: uczyń mój obraz.
I stało się to tragedyą życia artysty. Poczęto go mieć za obłąkanego i on sam począł wątpić,