Strona:Tryumf.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w górze była przecież jakaś Nemezys, jakieś Fatum, wyższe nad bogów i ludzi.
I czasem zdejmował mnie lęk.
Bo cóż mogło obchodzić tę puszczę, te odwieczne drzewa i nieruchome skały, jakieś światło, jacyś ludzie, jakieś życie, jakiś człowieczy cel? Zimna, niewzruszona i obojętna natura jakiż związek ma z istnieniem człowieka, co między nią, a nim jest wspólnego? Jak gwiazdy na niebie, tak drzewa na ziemi nie wiedzą o człowieku nic. Fizycznie jest tylko jedna wspólna ogromna materya, jeden wspólny, pierwotny początek, jedna pierwoegzystencya, jeden wspólny pierwiastek, do którego wszystko się da ściągnąć i z którego wszystko się da wyprowadzić — ale po za tem:

„jesteśmy łódką na szalonej fali,
bo niema żadnej miłości w naturze...“

Gdzie niema miłości, niema i nienawiści, ale jedynem uczuciem, jakieby między człowiekiem a naturą mogło być, gdyby wogóle jakie być mogło, byłaby nienawiść. Tam w górze nad ziemią

„wieczysta trwania
straszliwa obojętność z gwiazd się wyotchłania“;

tu w dole, nizko, na ziemi, gdzie walka wre, byłaby nienawiść, sprzeczność.
Wieczorem, znużony, zasypiałem, jak kamień,