Strona:Tryumf.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale nieraz rano, kiedy chmury zaścielały widnokrąg, wrzosy i maliny dzikie, pozaczepiane o kosodrzewinę, widniały smutne i niknące we mgle, kiedy rosa ociekała z drzew, albo deszcz padał i stosy pościnanego drzewa, porżniętych tramów i desek szkliły się od wody i pachniały przejmującą, zatęchłą wonią: zdejmował mię jakiś strach.
Miałem wówczas ochotę rozkrzyżować ręce i krzyczeć tej puszczy: zrozum to, że ja, człowiek, ja muszę tak działać! Zrozum to, że ja nie idę przeciw tobie dla niczego, dla samej z tobą walki i samego nad tobą zwycięstwa, ale że wiedzie mnie wyższa moc, ten duch, którego ani ty, ani ja nie pojmujemy, który w człowieka tchnął Bóg, Sobie tylko zostawiając jego widzialność i pojęcie. Bóg skazał cię na to, abyś grodziła nam drogę i abyśmy ją torowali przez ciebie — musisz ustąpić, musisz ulec, jesteś ślepą, bezwolną siłą, jak trzoda bawołów, musisz być zwyciężona przez ludzki rozum. Dlaczegóż oto nie rzucasz na nas głazów z twoich skalnych uboczy, dlaczegóż nie zatopisz nas powodzią, dlaczego nie dasz roznieść stadu rozhukanych piorunów?! Martwa jesteś, bezmyślna, bezwolna, trzoda bawołów, którą jeden pasterz biczem gna, a ona kroczy, gdzie każe.
Ale czasem wydawało mi się, że idzie z tej puszczy jakiś głos, że jakiś duch natury, kolosalny i straszny podnosi się przeciw mnie i spogląda mi twarzą w twarz, dźwigając się z wądołów, z za