Strona:Tryumf.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pagórów leśnych, tak, iż go widzę po piersi. Patrzy na mnie i zasępia mię oczyma, podobnemi do chmur gradowych o kolorze groźnego granatu, i ramion swych szerokością, jak turnie skalne; ale nie podnosi przeciw mnie swych rąk, których nie widzę za wzgórzem zarosłem. I wydaje mi się, że uśmiecha się z jakąś spokojną, potwornego bożyszcza ironią. Więc nie uderzysz we mnie piorunem, ani nie strącisz mnie w przepaść, ale dasz mnie ukąsić żmii nędznej, co się czołga po ziemi i którą butem zgnieść mogę, albo skorpionowi, który ucieka przedemną? A ów straszny duch uśmiechał się cały, aby położyć się na wodnym mchu i rozpleść brodę po wrzosach i dzikich malinach.
Nie wiem, jak długo byliśmy już w puszczy, bom prawie stracił rachubę dni i nocy. Ale zeszły nam pewno ze dwa miesiące. Zrazu spotykaliśmy pasterzy i leśników; potem nikogo, oprócz od czasu do czasu pojawiających się w zaroślach mieszkańców z tamtej strony lasu.
Wtem pewnego dnia, o zachodzie słońca, kiedyśmy kończyli robotę i zabierali się do legowiska, dobiegło nas szczekanie psa.
Uśmiechnęliśmy się niemal wszyscy i mimowoli z tych i owych ust wyrwał się okrzyk radosny: a! a! — bośmy już byli zupełnie zdziczeli w puszczy i odwykli od ludzkich osad i chowanych zwierząt. Może po raz pierwszy od dłu-