Strona:Tryumf.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gich tygodni spojrzeliśmy po sobie: byliśmy prawie czarni od dymu, smoły, wichru i słońca, oberwani, zarośli, raczej banda opryszków, niż ludzie cywilizowanego świata.
Pies szczekał: po głosie poznałem, że to był gończy pies myśliwski i że nas zwęszył. Niezadługo zaszeleścił w zaroślach, a potem wysunął się ku nam w pół ciała, ujadając mocno. A potem — zupełnie jak w romantycznej bajce — w zaroślach pokazała się głowa sarny i z sokołem w kapturku na berle jakaś zaczarowana księżniczka, czy nimfa leśna, coś, o czem się mówi: nie, ciebie niema wcale, ty jesteś jeden cud.
I zaraz las począł szumieć dziwnie jakoś i niezwyczajnie, jakaś łagodna, słodka melodya poczęła płynąć po gałęziach, dalej i dalej, i rozpływać się, rozlewać po ciemni.
— Otom jest zaczarowany las — puszcza przepastna... — szumiało w bukach i jodłach.
Puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się we mnie, jako w krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Jako w źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, a niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy...