Strona:Tryumf.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mitę, a nas nie? Bo gdyby towahrzystwo dzielono! Ale na poprzednim obiedzie byliśmy i my i oni. To inthyga jakaś, rhęczę ci!
— Dyabła tam intryga. Musieliśmy się niepodobać i tyle. Firtałaś się.
— A tyś się kłaniał, jak dziehrżawca!
— Gorzej, gdyby nas nie zaprosili na bal w imieniny arcyksiężniczki Elżbiety.
— To niemożliwe!
— No a jakby?
— Cóż my jesteśmy gohszego od Stefanów, któhrzy z pewnością będą?
— No, marszałek powiatu, członek izby panów, poseł na sejm — —
— A widzisz, a widzisz! Zawsze ci mówiłam! Niczem niechcesz być, na wsi siedzisz, tylko psy, konie, gospodarstwo! Widzisz! Znaczenia niemasz, jesteś nic, w twoim wieku, z twoim majątkiem z twojem nazwiskiem! Jesteś huha, huha, huha do bahszczu, huha huha!
— Jestem huha, czy nie jestem, to już tak Pan Bóg dał. Nie będziesz się Jego woli sprzeciwiać, Pusiu, co?
— Jesteś impehtynent! Głupi jesteś! No a Mita będzie na bal zaphoszona, jak zapisał.
— Ba! Kto jest z domu —
— No toś i ty się mógł z nią ożenić! Nie phosiłam się za ciebie!
— Pusiu — —