Strona:Tryumf.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zapadły się w wyrwaną pod ich stopami otchłań kamienną. Wicher, któremu odbierałem drzewa, gdzie szumiał dziko i przeraźliwie, głosząc sławę puszczy, albo gdzie przylegał cicho śpiący, jak ryś syty obłowu: bił w moją twarz z wściekłością, okradany i krzywdzony. Jelenie, którym wydzierałem las, pochylały na mój widok rogi i ryczały złowrogo. Albowiem w dziewiczą wiekuistą puszczę wniosłem zniszczenie, wniosłem klęskę, trwogę i śmierć zagładną.
Ale tam!...
Oto tam niosłem życie! Tam, za góry, ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów, spłynąć miało światło, spłynąć miał chleb, spłynąć miało nowe, świeże, promienne życie. Ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów spłynąć tam miała kultura, spłynąć miał nieznany dotąd dobrobyt, spłynąć miała nowa epoka, odrodzenie zapadłych, pleśniejących miejsc. Wydawało mi się, że niosę coś boskiego w sobie, że sam Bóg błogosławił mię na drogę i swe ręce nademną trzyma, rozchylone, potężne i święte. Z gromnym okrzykiem: Życie! Życie!... szedłem naprzód, darłem się przez krze, załomy, lasy, wikle, rzeki, jary i przepaści, rozbijałem i kruszyłem skały, płosząc orły, wilki i jelenie skalne, a setki dłoni podnosiły topory przez moją dłoń, w huczących i tętniących maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce.