Strona:Tryumf.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potem zacząłem nie ściągać, ale zrywać z siebie ubranie z furyą. Potem zacząłem się znowu ubierać, wolno, systematycznie, zagryzając usta i wiążąc krawatę spokojnie, ale ściskając ją tak w palcach, jakbym ją chciał udusić. Ubrałem się. Wziąłem rewolwer do kieszeni, szpicrutę w rękę, kazałem sobie podać konia i pojechałem we wprost przeciwną stronę leśniczówce, aby, zrobiwszy łuk, nawrócić ku niej. Ale jechałem i jechałem coraz dalej. Począł mię w siebie wciągać las. Jest to wciąganie w siebie, jakie mają w sobie mrok, przestrzeń wodna i las — tonie się w czemś głębokiem, dlatego, że głębokie.
Jechałem i jechałem dalej, przez gąszcze, przez mchy, wrzosy i dzikie maliny. Już nie dochodził mię stuk toporów, ani kilofów. Raz tylko słyszałem huk; to mina rozerwała skałę. Rzucimy przez rzekę most tymczasowy i będziemy robili po prawym brzegu tunel.
Jechałem dalej.
Miałem na sobie piękny nowy ciemny garnitur, łosiowe spodnie, lakierowane buty i piękną, secesyonistyczną krawatę z perłą. Po cóż tak wystrojony jechałem w puszczę, gdzie dotąd oglądały mię tylko wiewiórki, kuny, żbiki i drozdy skalne? Zawróciłem konia i począłem się zniżać ku dołowi. Otwarła się leśna droga, zielona i miękka. Począłem pędzić z góry na łeb na szyję galopem;