Strona:Tryumf.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cząc wszystko, wydzierając boki ziemi zarosłe, wyrywając jeziora z głębin, jak sęp szponem jeleniowi oko wyrywa.
Słońce zabijało upałem, lub przychodziły noce, kiedy trup–księżyc, jak upiór krążył nad światem, warząc mrozem zioła i kwiaty i jagody pożywne, śród chmur, jak upiór śród ptactwa śmierci, albo na pustem, zlodowaciałem niebie, jak śmierć, której twarz kościaną chłód szronem wysrebrzył.
Żywioły walczyły ze sobą: jak stado wilków walczy ze stadem sępów o rannego konia, tak wichry, morza, pożogi, trzęsienia ziemi i wulkany, powodzie i burze walczyły ze sobą o ziemię, na którą wstąpił Adam z Raju wygnany, która była jego dziedzictwem.
Śród tej walki był on jak krzew jałowcu górskiego na uboczu, kędy się lawina kamienna z lawiną śniegu i lodu nad nim spotka i zetrze.
Jagody truły, kwiaty odejmowały zmysły wonią, śród trawy miękkiej i do snu proszącej, czołgały się nieprzeliczone jadowite węże i płazy, pod drzewem czyhał lew, na drzewie lampart i przerażający, zaciekły pawian o krzyku szatańskim; orły wydzierały zdobycz z rąk, a nocami krążyły w koło hyeny, wyjąc i jęcząc jak duchy zagładę wróżące.
Ziemia krwawiła ręce, rozdzierała skórę, wyłamywała kości. Walka z nią była podobna do walki nasienia jodłowego, które wiatr rzucił na