Strona:Tryumf.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żali nie jest obłędem dotknięty? I ów straszny anioł śmierci, który krąży nad światem, końcami swoich skrzydeł dotykając czół i piersi ludzi straconych, zdawało mu się, iż przeleciał po nad nim.
I z tą myślą w głowie, znużony i złamany moralnie, zabity na duchu, leżał w swojej pracowni z zamkniętemi oczyma, starając się nic nie czuć, nic nie wiedzieć i nic nie pamiętać. Ale choć wszystkie uczucia odganiał, straszliwa, miażdżąca tęsknota osiadła mu serce, straszliwe miażdżące pragnienie. Było mu tak, jakby mu uchylono drzwi Raju, ale nim krok w nie uczynił, zamknięto. Tęsknił i pragnął do śmierci.
Gdyby miał nawet umrzeć, gdyby miał nawet umrzeć, jak ów Faun, który wydzierając się z uścisków Nimfom i Dryadom leśnym, zakochany w wizyi świetlanej, czystej i świętej Psyche, przebiegał cały świat, szukając jej i śledząc, pełen niewysłowionej, śmiertelnej tęsknoty, a przypuszczając, iż

Pani błękitnych, cichych dni,
Pani błękitnych nieba drgnień,
Pani tych barw, któremi lśni
Morze, w zachodu idąc cień —

lęka się jego koźlich nóg i rogów na włochatej głowie: modli się o śmierć u pioruny siejącego Zeusa. I oto stał się cud! Przez miłość, przez tęsknotę, z bożka leśnego, którego Nimfy i Dryady dla jego wiecznej gonitwy za świetlaną Psyche,