Strona:Tryumf.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrzał, widział — i zaczęło mu się chcieć jeść, a zarazem uczuł zmęczenie. Ocknął się, gdy się potknął, jak ze snu.
Stanął i patrzy.
Oh! Jakiż ten świat piękny!... Jakiż to cud!... Jakiż to czar!... To morze zbóż, te kwiaty w niem czerwone i błękitne, ci ludzie kolorowi z sierpami w dłoniach, te wozy, woły, konie, dzieci, płachty — i to słońce olbrzymie na niebieskiem, nieruchomem niebie!... Jakiż to boski obraz! Co za poezya! Co za idylla anielska jakaś... Gdyby teraz Bóg na niebiesiech się ukazał i przeżegnał świat: czyż byłoby to dziwne? Czyż to nie jest boża czeladź na łanie? Czyż nie mógłby teraz zejść między tych ludzi i między te zboża Chrystus i usiadłszy na związanym powrósłem snopku, pośród uczniów swoich, głaszcząc dzieci po głowach, rzec im przypowieści o pszenicy i kąkolu?
I nie mogłabyż się z pomiędzy tych zbóż i tych ludzi rozejść znowu wieść, iż ślepi widzą, chromi chodzą, umarli zmartwychwstają i ubogim Ewangelia opowiadana bywa?...
A ponad tem wszystkiem to słońce... słońce... „Słońce“, siedm kopiejek od wiersza, tysiąc wierszy, siedmdziesiąt rubli... redaktor „Bylebyła“.. kwit do administracyi... panna Ewa w Szczawnicy... likier waniliowy na pożegnanie... dwa tygodnie bez karaluchów... kolacya za pół rubla... Chrystus biały, cichy, spokojny, nadludzko mądry