Strona:Tryumf.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do stolicy i okropnie się nudzę sama jedna. Proszę pana jutro na obiad.
— Dziękuję pani, ale na obiad nie mogę; jestem zajęty.
— Więc na kolacyę.
Wolałem tak.
Pocałowałem ją w rękę. Byłbym ją tak całował wiecznie. Wsiadłem na konia i wyjechałem na wzgórze. Obejrzałem się. Stała w ogrodzie.
Nim uchyliłem kapelusza, wyciągnęła ku mnie rękę z chustką.
Nie wiedząc prawie sam co robię, posłałem jej od ust pocałunek. Odwróciła się szybko.
Wtenczas spiąłem konia i krzycząc: palnę sobie w łeb! — poleciałem, jak furyat, do obozu.
Nazajutrz od czwartej rano kułem kilofem, jak prosty robotnik. Powiedziałem, że się trochę czuję niezdrów, że chcę wypędzić zaziębienie.
Przyszła pora wieczoru, a jeszcze kułem. W wieczór oświadczyłem, że kto chce na ochotnika i za osobnem wynagrodzeniem, to będziemy kuli przy pochodniach w nocy, gdyż obawiam się deszczów i że nam woda zaleje roboty i zasypie glina. Znalazło się kilkunastu ochotników. Rano, wyczerpany, znużony, bezsilny, runąłem jak kłoda na moje polowe łóżko w namiocie.
Kiedym się obudził, chłopiec służący zameldował mi, iż jest człowiek z listem.